Rugby, rywalizacja i rozwój

Argentyna swój pierwszy mecz przeciwko Nowej Zelandii rozegrała 26 października 1985 w Buenos Aires. Przegrała 22:30. W powtórce, tydzień później, sensacyjnie zremisowała 21:21 po świetnym występie niesamowitego łącznika ataku Hugona Porty (m.in. 3 drop goale). Ale na pierwsze zwycięstwo musiała czekać 30 meczów i niemal równe 35 lat.

Dwa przykłady

Po drodze pasmo samych porażek. M.in. w 1989 – 9:60, w 1997 – 8:93 i 10:62, w 2001 – 19:67, na Pucharze Świata w 2011 – 10:33. Bilans meczów Argentyny z Nową Zelandią na koniec 2011 wynosił 0:13 (plus wspomniany remis), z RPA – 0:13, a z Australią – 4:12 (plus jeden remis). Mimo tak fatalnych statystyk w 2012 Argentyna dostała niesamowitą szansę. Zaproszono ją do udziału w turnieju Tri Nations gromadzącym dotąd tylko trzy niekwestionowane potęgi południowej półkuli. Turniej zmienił nazwę na The Rugby Championship i Argentyna zaczęła praktycznie co roku rozgrywać po sześć spotkań z rywalami z najwyższej półki (nie licząc spotkań z Europejczykami). W trzech pierwszych edycjach zajmowała ostatnie miejsca. W czwartej po pięknym i pierwszym w historii zwycięstwie nad Południową Afryką zajęła trzecią lokatę. A potem, choć wróciła do „drewnianych łyżek”, solidnie mieszała i psuła szyki faworytom. W 2018 wygrała i z Południową Afryką, i z Australią. A w ostatni weekend – cóż, sami widzieliśmy.

Oczywiście, Argentyna w 2012 nie była bajkowym Kopciuszkiem sprzed balu. Po kiepskich występach w pierwszych Pucharach Świata, w 2007 roku pokonała Irlandię, Szkocję i dwukrotnie Francję i zajęła w imprezie trzecie miejsce. Wspomniana porażka z Nową Zelandią w 2011 zdarzyła się jej w ćwierćfinale, po tym gdy wyeliminowała z imprezy Szkocję. Ba, jeszcze przed 1985 grała i zdarzało jej się wygrywać z drużynami z Europy, a nieoficjalna drużyna omijająca zakaz kontaktów sportowych z reżimem apartheidu wygrała z RPA w 1982. Nie zmienia to jednak faktu, że należała do drużyn drugiego szeregu i wciąż rzadko wygrywała w zmaganiach z ekipami z najwyższego poziomu. Ale dostała szansę na regularną i częstą grę z drużynami z absolutnego światowego topu i efekty tego zaczęły szybko przychodzić. Na kolejnych Pucharach Świata nikt nie traktował już jej niepoważnie. W 2015 doszła do półfinału, a w 2019 trafiła do „grupy śmierci” i o braku awansu z grupy zadecydował minimalnie przegrany mecz z Francją. Wynik odwrotny nie byłby niespodzianką. A dorzućmy do tego Jaguares – ekipę stworzoną dla najlepszych graczy z Argentyny, którzy nie grali poza granicami. W 2016 dołączyli do Super Rugby i z roku na rok byli w tej lidze coraz wyżej. W ostatniej edycji w 2019 zostali jej wicemistrzami i mogą bardzo żałować, że Super Rugby w takiej postaci już nie wróci.

Spójrzmy na inny przykład z południowej półkuli: Fidżi. Ci z Nową Zelandią w całej historii zagrali zaledwie bodaj sześciokrotnie (w tym raz na Pucharze Świata). Z Południową Afryką trzykrotnie (dwa razy na Pucharze Świata). Nieco częściej zdarzało im się grać z Australią, ale choć meczów tych było ponad 20, to są one rozciągnięte na 70 lat, a przerwy pomiędzy poszczególnymi seriami to zwykle dobrych kilka lat, a czasami nawet kilkanaście. Efekt? Choć w romantycznych początkach rywalizacji z Australią Fidżyjczykom udało się odnieść dwa zwycięstwa i raz zremisować, potem wyniki były coraz gorsze. Nie było szans na regularne, częste granie, a więc zawodnicy wyjeżdżali za granicę szukać swojej szansy na coś więcej niż lokalną szarzyznę. A tych, którzy wyjeżdżali, wsysały jak gąbka reprezentacje krajów, do których trafiali. Godzili się? Cóż, jak mieli odmówić, skoro tam mogli grać o najwyższe cele.

Czy Anglia powinna grać z Gruzją?

W ostatnim, 35. wydaniu świetnego podcastu rugbowego „Atak na młyn” (polecam gorąco!) Kuba Sieradzki rozmawiał z redaktorem Robertem Grzędowskim o pierwszych meczach w jesiennym turnieju Autumn Nations Cup. Jednym z tematów, który przy okazji startu tej imprezy rozgrzał osoby kibicujące reprezentacjom z zaplecza światowej elity, był występ reprezentacji Gruzji. To ekipa, która od lat zdecydowanie dominuje na drugim poziomie europejskich rozgrywek. Mimo to bilans jej meczów z drużynami europejskimi startującymi w Pucharze Sześciu Narodów jest dramatyczny – i nie chodzi tu o wyniki (wszystkie spotkania przegrane), ale o liczbę tych spotkań. Przez prawie czterdzieści lat istnienia zagrała zaledwie raz z Francją, po dwa razy z Anglią, Walią i Włochami, czterokrotnie z Irlandią i pięć razy ze Szkocją. Większość z tych spotkań była nie do uniknięcia przez wyżej notowane reprezentacje – los zetknął je z Gruzinami na Pucharach Świata czy w kwalifikacjach do niego (to dotyczy m.in. wszystkich spotkań Anglii i Francji).

Nieunikniona porażka Gruzinów z Anglią (cóż, pomijając „normalną” różnicę poziomów, połowa gruzińskiej reprezentacji przystępowała do niego w praktyce bez ogrania, bo liga w tym kraju po zawieszeniu spowodowanym epidemią ruszyła parę dni przed pierwszym testem Gruzji przeciwko Szkocji, a zatem ci gracze mieli rozegrane po jednym, może po dwóch meczach z prawdziwego zdarzenia) sprowokowała podczas podcastu konstatację, że takie mecze są bez sensu. Że chcemy oglądać dobre rugby, a skoro Gruzini do tego dobrego rugby nie dorastają, to już ich problem. Że powinni ściągnąć kogoś z pieniędzmi, kto by to odmienił, to wtedy może to będzie miało sens. I niech sobie Gruzini grają z podobnymi sobie, a nie stają do walki z Anglikami, którzy mają 150 lat tradycji rugby i trudno im dorównać. Nie wspominając o mrzonkach o regule awansów i spadków w Pucharze Sześciu Narodów.

Jednak takie podejście nigdy nie spowoduje, że Gruzini zaczną grać na poziomie Anglii. W dzisiejszych czasach nie da się dzięki samemu treningowi osiągnąć sukcesu w grach zespołowych. Nie da się rozwijać swoich umiejętności, nie grając z lepszymi od siebie. Jeśli Gruzinów pozostawimy tam, gdzie są dzisiaj, jeśli będą grali tylko z Rosją, Hiszpanią i im podobnymi – nie zrobią żadnego poważnego kroku naprzód. A ich rywale co najwyżej zrobią ten krok, który pozwoli im zrównać się z Gruzinami, ale gdy sami jakimś cudem staną przeciwko Anglii czy Francji, poniosą sromotną klęskę. Kto wie, gdyby Gruzini grali parę dni temu nie dopiero trzeci, ale trzydziesty mecz z Anglikami – tak jak z Nową Zelandią Argentyna, nad którą wszyscy się dziś zachwycają – obraz tego spotkania zapewne byłby inny.

Pieniądze i rywalizacja

W rugbowym światku często dość pogardliwie spogląda się na świat piłkarski, w którym idea realnej stawki w rywalizacji, system spadków i awansów są dość powszechnie obecne. Tak, wiele jest wartości w rugby, których warto bronić. Ale rugbowy światek nie jest idealny i są rzeczy, których na piłce nożnej możemy się nauczyć. Zresztą, mam wrażenie, że Wyspiarze czegoś na piłce się nauczyli: gdy wypuścili ster z ręki, utracili dominujące miejsce w piłkarskiej rzeczywistości także pod względem sportowym. Oczywiście, różnice poziomów w rugby trudniej wyrównać niż w piłce nożnej (a w szczególności od momentu wprowadzenia profesjonalizmu, który zróżnicował poziomy gry jak nigdy), ale jak pokazuje Argentyna czy Japonia – jest to możliwe. Warunek jest tylko jeden: trzeba mieć szanse gry z lepszymi od siebie, aby móc się rozwijać.

Tak, w rugby rządzą pieniądze, a w Pucharze Sześciu Narodów rządzą absolutnie. Włochów włączono do imprezy nie dlatego, że prezentowali znakomity poziom, ale po to, aby zarobić więcej pieniędzy. Bo z rynków, które mogłyby dać spory zysk, ten prezentował się najbardziej obiecująco, a grali przyzwoicie. Problem jednak w tym, że jedną z największych atrakcji sportu jest nieprzewidywalność. Są to wygrane maluczkich z wielkimi. W rugby o to trudniej niż gdzie indziej – popatrzmy na mecz Argentyny z Nową Zelandią. Przecież to grały dwie ekipy z pierwszej dziesiątki światowego rankingu, a zwycięstwo jednej z nich nad drugą okazało się „sensacyjne” i „historyczne”. Jeśli jednak nie będzie więcej drużyn, które są w stanie sprawić takie niespodzianki, jeśli poziom nie będzie się wyrównywał, ten sport będzie powoli umierał. Bo zainteresowanie i pieniądze zaczną płynąć (ba, już płyną, popatrzmy choćby na Australię, popatrzmy nawet na Nową Zelandię, gdzie wśród młodzieży rugby ponoć przegrywa z koszykówką) tam, gdzie szanse na coś takiego są większe. Ile było takich historii w ostatnich latach? Ze dwie (w 2018, gdy Fidżi pokonało Francję w Marsylii, i na ostatnim Pucharze Świata sukcesy Japonii)? Zamykanie się 10 czy 12 reprezentacji w swoim gronie, stawanie na boisku przeciwko słabszym raz na cztery lata przy okazji Pucharu Świata (ewentualnie drugimi składami podczas tournée Lwów – też raz na cztery lata) to podcinanie gałęzi, na której samemu się siedzi. Bo może w Wielkiej Brytanii ktoś za następne 150 lat będzie się emocjonował meczami Anglików ze Szkotami. Ale jeśli nie będą się rozwijać nowe rynki rugby, będzie ono poza Wyspami sportem coraz bardziej niszowym i zapominanym. I powtarzam: tu chodzi właśnie o pieniądze, tylko w nieco dłuższej perspektywie.

I tu zaczyna się kwestia rywalizacji. Wiadomo, że awans Gruzinów do Pucharu Sześciu Narodów jest nierealny. Ale gdyby ktoś lepszy jednak z nimi regularnie grał (choćby i często testując rezerwowych) i gdyby istniała szansa awansu (choćby przez baraż najlepszej drużyny REC z najsłabszą drużyną z Sześciu Narodów), to wtedy byłaby szansa właśnie na pieniądze. Bo brak szansy na awans oznacza brak stawki w rywalizacji. Brak możliwości, brak celu. A jeśli nie ma ambitnego celu do osiągnięcia, kto wpakuje wielkie pieniądze w taki projekt? Wspomniany przez redaktora Grzędowskiego Roman Abramowicz kupił Chelsea wiedząc, że można wygrać Premiership, awansować do Ligi Mistrzów i zdobyć najcenniejsze trofeum klubowego świata w piłce nożnej. Nie wpompuje pieniędzy w reprezentację Gruzji, bo przecież wie, że nigdy mu się nie zwrócą. Że nigdy nie będzie sukcesu. Bo nie ma żadnego ambitnego celu. Bo szansa jest raz na cztery lata, a jeśli pomiędzy tymi szansami mamy okres zastoju, to i szansa jest praktycznie zerowa.

A gdy nie ma pieniędzy – nie ma zawodników. Wysysanie najlepszych graczy z wysp Pacyfiku przez Nową Zelandię chyba najlepiej skomentował Eddie Jones, gdy na pytanie o nowozelandzkie drużyny rugby odpowiedział, że źródłem sukcesu jest posiadanie trzech największych rugbowych akademii na świecie: Fidżi, Samoa i Tonga. Stwierdzenie wywołało śmiech, ale kryje się za nim bolesna prawda (kolonialny wyzysk młodych rugbistów z Oceanii przedstawił ostatnio Dan Leo w dokumencie Oceans Apart: Greed, Betrayal and Pacific Rugby). Świeżym przykładem z innego końca świata jest świetnie zapowiadający się młody Niemiec, Anton Segner. Z Niemiec przeniósł się do Nowej Zelandii i marzy o występach w czarnej koszulce. W Niemczech mógłby grać co najwyżej z Polską albo Holandią, a pieniądze Wilda tak szybko jak się pojawiły, odpłynęły (bo i nie było po co inwestować). A nawet jeśli najlepsi, którzy wyjechali, nie grają dla obcych, często nie mają szans aby zagrać dla swoich. Bo terminy meczów międzynarodowych są podyktowane przez najlepszych, a najlepsze ligi nie chcą zwalniać zawodników poza nimi.

Zresztą, co tu dużo pisać. Spójrzmy na kwalifikacje do Pucharu Świata. 60% drużyn nie uczestniczy w żadnych kwalifikacjach, bo przecież nie mogłyby się skalać grą z maluczkimi (a odkąd wprowadzono ten system, te same dziesięć drużyn kwalifikuje się w ten sposób za każdym razem, zmiany dotyczą tylko dwóch miejsc). Z pozostałych 40%… O wolne miejsca dla Europy będzie konkurować nie cały kontynent, ale siedem ekip. Polska czy Niemcy, będące w czwartej dziesiątce światowego rankingu, nie dostały nawet teoretycznej szansy. Jasne, pewnie nie awansowałyby. Ale mogłyby nazwać jakieś mecze kwalifikacjami do Pucharu Świata, przez moment pobłyszczeć choćby odbitym blaskiem najlepszych i pokazać sponsorom, że jest jakaś stawka, o którą można walczyć.

Oczywiście, nie każdy musi wykorzystać szansę – poniekąd przykładem są Włochy, którym granie z najlepszymi jakoś nie posłużyło. Choć mieli dobre lata, od pięciu sezonów nie wygrali w Pucharze Sześciu Narodów ani jednego spotkania. Cóż, nie każdy wykorzystuje stojące przed nim szanse. Jednak jeśli nikt nie będzie szansy dostawał, na pewno nic z tego nie będzie wynikało.

Szanse

Ten problem dostrzega wiele osób. Parę dni temu dokładnie w tym duchu wypowiadał się przewodniczący SANZAAR, Brett Impey. Oczywiście, SANZAAR ma swoje za uszami – żądanie wielkiej kasy od Japończyków czy Fidżyjczyków za sam start w Super Rugby ostatecznie wyeliminowało te nacje z zawodów. Reprezentacja Nowej Zelandii, gdzie na czele federacji stoi także Impey, też nie gra z maluczkimi. Ale facet na pewno ma rację, gdy mówi, że warunkiem rozwoju tego sportu są rozgrywki, w których biorą udział i wielcy, i maluczcy, a ci ostatni mają szansę awansu i walki z potęgami na boisku. Ba, temat ogólnoświatowych rozgrywek pojawił się w World Rugby dwa lata temu (inicjatorem był Agustín Pichot, którego jednak już tam nie ma) i powrócił po ostatnich wyborach – choć tu na pewno najsensowniejsza była propozycja spoza organizacji, Gruzinów, która zakładała całkiem sensowny mechanizm grania z ciut lepszymi od siebie.

Dlatego nie odsyłałbym Gruzinów tam, gdzie ich miejsce, ale przeciwnie: dałbym im więcej szans. W Autumn Nations Cup znaleźli się niestety z przypadku, gdy zabrakło lepszych (z punktu widzenia organizatorów oczywiście) kandydatów na to miejsce. W piłce nożnej jakoś trzykrotnym czterokrotnym mistrzom świata, Włochom, korona nie spada, gdy grają w eliminacjach do mistrzostw Europy z Liechtensteinem i wynik można z góry wskazać. Otrzaskują rezerwy, ale przy okazji otrzaskują się i Liechtensteinczycy. I coraz mniej jest meczów, w których wynik z góry jest w stu procentach pewny. Oczywiście, w rugby aż taka przepaść pewnie byłaby niebezpieczna. Wyrównanie poziomu trudniejsze. Ale to jedyna droga.

Sporo w tym tekście goryczy, ale wynika ona z faktu, że mimo wskazanych powyżej głosów, szans na zmianę myślenia właścicieli Pucharu Sześciu Narodów praktycznie nie ma. Każdy patrzy na zysk w perspektywie paru lat, a sposób zarządzania World Rugby powoduje, że niepodzielną władzę mają tam ci, którzy w tych pieniądzach udział mają i wydaje im się, że nie potrzebują zmian. Ale kto wie, może kiedyś doczekamy się kogoś z wizją sięgającą dalej niż dno swojego portfela.

6 komentarzy do wpisu „Rugby, rywalizacja i rozwój”

  1. Rewelacyjny artykuł!!!

    Wprost idealnie trafia w sedno!!!

    Podczas ostatniego odcinka programu Jakuba Sieradzkiego miałem ogromną ochotę napisać dokładnie coś w tym tonie w komentarzu. Niestety w pewnych powodów nie posiadam konta na fb, przez co nie chciałem pisać jako nie ja;)
    To jest cała smutna prawda o tym jak wstrzymuje się rozwój tej dyscypliny sportu na świecie. Już kilka razy na tym bloku wyrażałem opinie na ten temat więc nie chcę po raz kolejny zanudzać o tym samym, dlatego wielkie brawa za napisanie samej prawdy!!! Pan Robert Grzędowski, komentator z Canal +, też powinien to sobie przeczytać, bo rugby to nie tylko drużyny z PS6 i ale wiele innych krajów na całym świecie które też tę dyscyplinę sportu uprawiają i chcą być w niej coraz lepsi. Niestety światowa federacja mocno im to utrudnia.

    Odpowiedz
    • Dzięki za dobre słowo 🙂 Przez komentarze kiepsko się dyskutuje, więc ten tekst. Ale to raczej wyraz frustracji, nic więcej, nie przewiduję żadnych istotnych zmian (nawet rozmowy o Lidze Narodów jakoś ucichły) 🙂

      Odpowiedz
  2. Dzięki za dobry artykuł. Myślę, że te przykłady sporo mówią o federacjach, które nie są w stanie tego „‚obejść” poprzez dobrą ligę.
    Taką drogę wybrała Japonia i ostatnio też USA. Sukcesy Japonii już widać, USA myślę, że też niebawem pójdzie w ich kierunku, bo mają potencjał organizacyjny i ludzki, a na grę u nich już skusiły się wielkie gwiazdy światowego rugby z „Bestią” na czele.
    No i na koniec gratulację za słowo ” Liechtensteinczycy” – wciąż nie mogę wymówić:)
    Pozdrawiam

    Odpowiedz
    • Dzięki za dobre słowo. O Japonii nie chciałem pisać, bo niedawno było i musiałbym się powtarzać. Ale to chyba jedyny rynek „wschodzący”, na którym mamy jednocześnie tradycje/sporą popularność rugby na wejściu i duże pieniądze, za które kupili szansę grania w Super Rugby. Więcej takich na horyzoncie nie dostrzegam, więc trudno oczekiwać, że ktoś powtórzy taką ścieżkę. Stany są obiecujące, bo tam są w sporcie niewyobrażalne pieniądze, i WR chciałoby mieć w nich udział. Tam jednak wszystko musi być projektem komercyjnym. MLR zaczyna powściągliwie (oby nie skończyło tak jak poprzednicy, ale wydaje się, że jest to lepiej zorganizowane – choć działania Gilchrista budzą wątpliwości), ale możliwości na pewno są. Największych trzech gwiazd z poprzedniego sezonu (Mtawarira, Nonu, Basteraud) już tam nie ma, ale na pewno pojawią się nowe (już są Robshaw i DTH van der Merwe). Ścieżka MLS pokazuje, że warto dać jakiś impuls (niech im dadzą to RWC). A Liechtensteinczyków łatwiej się pisze, wymawia się… powoli 😉

      Odpowiedz
  3. W ramach ps: w irlandzkim portalu independent.ie ukazał się tekst Brendana Fanninga o konieczności dawania szansy drużynom z drugiego szeregu: https://www.independent.ie/sport/rugby/international-rugby/putting-momentum-into-tier-2-nations-progress-depends-on-others-making-decisions-for-betterment-of-game-39790151.html, o podobnej wymowie do mojego tekstu. Bardzo spodobał mi się przykład pokazujący problem z arogancją wyspiarzy: starania Gruzinów o grę z najlepszymi w Europie były bezskuteczne, ale dostali zaproszenie do południowoafrykańskiego Currie Cup (inna sprawa, że pandemia w tym przeszkodziła). Gdzie tu sens i logika, żeby europejska nacja mogła dostać poważną szansę tylko na drugim końcu świata. I jeszcze wart powtórzenia cytat z wypowiedzi świetnego niegdyś gruzińskiego zawodnika, Ratiego Uruszadze: „Więcej nauczymy się w niedzielę grając przeciwko Irlandii nawet jeśli przegramy, niż nauczylibyśmy się wygrywając z Belgią różnicą stu punktów w REC”.

    Odpowiedz
    • No super!!!

      Bardzo chciałbym żeby coś ruszyło w tym temacie. Cokolwiek, nawet zwykłe mecze towarzyskie w stylu Polska A – Anglia B. Coś musi się tutaj zmienić. Kiedy nasza reprezentacja grała ostatnio mecz towarzyski z inną reprezentacją? Ja nie pamiętam. To samo dotyczy drużyn grających poza REIC.
      To frustrujące jak nie ma się żadnych perspektyw na rozwój i granie z najlepszymi…
      W hokeju niby jest podobnie ale jednak lepiej! Tam mecze towarzyskie są rozgrywane, chociaż też nie dopuszcza się do meczów typu Polska-Czechy, czy Polska Rosja, bo byłoby to uwłaczające chyba dla tych zespołów. Żenada. Mimo to jest większa liczba spotkań międzynarodowych niż w rugby i można grać w meczach towarzyskich z lepszymi od siebie rywalami. Polska w hokeju przed pandemią robiła systematyczne postępy. Grany w trzeciej lidze czyli tak jak w rugby a jednak wyeliminowaliśmy Kazachstan w walce o Igrzyska Olimpijskie i wciąż jesteśmy w grze.

      Grać, grać i jeszcze raz grać, najlepiej z najlepszymi, ale smutne jest też to, dla wielu ludzi związanych z rugby samo zapytanie: „może reprezentacja zagrałaby z Anglią?” prowadzi do śmiechu. Oni sami uważają że dla Anglii czy Francji byłoby to uwłaczające jakby z takimi paprochami zagrali. Do czego to doszło…?:( Zrobił się z tego sport dla elity jakby grali w to sami książęta. To się musi zmienić, bo nie jest to normalne. Za dużo ludzi się tym sportem interesuje a oglądanie wciąż tych samych krajów musi się wreszcie znudzić. Mam taką nadzieję…

      Odpowiedz

Dodaj komentarz