Rees-Zammit szaleje

Już tylko dwie ekipy mają szansę na wielkiego szlema w Pucharze Sześciu Narodów, ale żadna z nich w ten weekend nie zachwyciła. Francja błyszczała głównie w obronie, a Walia pewnie nie wygrałaby gdyby nie szalejący Rees-Zammit i czerwona kartka dla rywala. Górą też Anglicy, ale zwycięstwo z Włochami to dla nich poniekąd obowiązek, a nie dowód wysokiej formy.

Puchar Sześciu Narodów

Drugą kolejkę Pucharu rozpoczęło starcie na Twickenham pomiędzy Anglią i Włochami. Gospodarze odmienili pierwszą linię młyna (m.in. poprzez wystawienie dwóch filarów, którzy w pierwszej kolejce nie mogli zagrać: Mako Vunipolę i Kyle’a Sincklera), ponadto Eddie Jones przesunął Owena Farrella na pozycję środkowego, a jako łącznika ataku wpuścił na boisko George’a Forda. I było lepiej niż tydzień temu, a Sinckler został najlepszym zawodnikiem meczu. Co prawda Włosi świetnie weszli w spotkanie i jako pierwsi zdobyli przyłożenie, to w gruncie rzeczy gospodarze po pierwszej połowie już mecz kontrolowali. Do przerwy prowadzili 20:8, a wygrali 41:18. Dwa przyłożenia zdobył Anthony Watson (160 m z piłką tego zawodnika), przebudził się nieistniejący tydzień temu na boisku Jonny May (przepiękne, akrobatyczne przyłożenie w rogu boiska), błysnął też Jack Willis (wszedł na boisko, zdobył przyłożenie i chwilę później został zwieziony z boiska z koszmarnie wyglądającą kontuzją kolana). Włosi stracili mniej, a zdobyli więcej punktów niż przeciwko Francji (w drugiej połowie dorzucili drugie przyłożenie, które było ozdobą meczu), ale dali się Anglikom zdominować i właściwie wyglądało to gorzej niż w Rzymie. I znowu sporo indywidualnych błędów po ich stronie. Dwa ważne momenty meczu wywołały dyskusje po jego zakończeniu. Kontuzja Willisa sprowokowała sporo głosów za zmianami przepisów o grze w przegrupowaniu – i zakazaniem crocodile roll, które doprowadziło do kontuzji Willisa (pomijając fakt, że sprawca zamieszania w tej konkretnej sytuacji nie stał na nogach, a więc powinien zostać przyznany karny dla Anglii). Z kolei zdaniem Nigela Owensa przyłożenie May’a nie powinno być uznane.

Także w sobotę Szkocja podjęła Walię. W obu drużynach było sporo zmian. Walijczykom ubyło pięciu kontuzjowanych graczy (w tym Dan Lydiate, który wrócił do reprezentacji po kilku latach i zagrał 10 minut, a także świetny George North, który miał zagrać swój setny mecz). Szkoci stracili trzech zawodników, w tym Camerona Redpatha, który zanotował tydzień temu świetny debiut. Mecz świetnie zaczęli Szkoci, którzy po niespełna trzydziestu minutach prowadzili 17:3. To była ta sama drużyna, która grała przeciwko Anglii, ze znakomitym Stuartem Hoggiem, który zdobył drugie przyłożenie dla Szkotów. Wydawało się, że Walia nie będzie miała żadnych szans. Jednak jeszcze w pierwszej połowie nadzieję dał przyłożeniem Louis Rees-Zammit, a na początku drugiej połowy ten sam zawodnik zaskoczył Szkotów i otworzył drogę do przyłożenia Liama Williamsa. Szkocja prowadziła już tylko 17:15 i wtedy nastąpiła katastrofa: najpierw po TMO unieważniono przyłożenie Gary’ego Grahama, a na 27 minut przed końcem meczu czerwoną kartkę zobaczył filar Zander Fagerson, za nieprawidłowe czyszczenie w rucku (wejście ramieniem w głowę Wyna Jonesa). Dosłownie moment później Walijczycy wyszli na trzypunktowe prowadzenie po przyłożeniu poszkodowanego w tym starciu. Szkoci jednak nie odpuszczali, Stuart Hogg ponownie zameldował się na polu punktowym Walii i odzyskał prowadzenie dla swojej drużyny (24:20). Jednak Walia naciskała. Kilka minut później Hogg w ostatniej chwili uprzedził Reesa-Zammita ratując swoją drużynę przed utratą przyłożenia, ale zaraz potem dał się oszukać młodemu skrzydłowemu, który po solowej akcji przez połowę boiska wyprowadził Walię na prowadzenie 25:24. Szkoci próbowali do końca, po 80. minucie przedarli się z piłką z własnego pola 22 m na połowę rywali – jednak w decydującym momencie Hogg nie zdołał złapać piłki i było po meczu. Drugie zwycięstwo Walijczyków (i to tym razem za pięć punktów) i drugie z pomocą czerwonej kartki. Żal Szkotów, którzy mieli przewagę, grali świetnie, ale nie potrafili sobie poradzić z uznanym za najlepszego zawodnika meczu Reesem-Zammitem.

W niedzielnym meczu Irlandia zagrała w Dublinie z Francją. Irlandczyków już przed meczem spotkało nieszczęście, którego bardzo się obawiali: stracili podstawowych łączników, Conora Murray’a i Jonathana Sextona. A oprócz tego Petera O’Mahony’ego, który został ukarany trzema meczami zawieszenia i Jacka Ryana. Swoją drogą, Sexton długo był do składu przymierzany i rozpętała się w związku z tym mała afera: jego dawny lekarz z Racingu 92 zabrał głos odradzając występ i wskazując na dużą liczbę podobnych sytuacji w karierze Irlandczyka – wkurzony Sexton odpowiedział, że dziwi się tak „niedokładnym” informacjom oraz (trudno się dziwić) publicznemu ujawnianiu szczegółów dotyczących jego stanu zdrowia i leczenia w przeszłości. Ostatecznie pojawił się na boisku tylko jako waterboy. A sam mecz rozczarował. W pierwszej połowie Irlandczycy długo mieli przewagę, z której nic nie wynikało, a Francuzi nie mogli się rozpędzić. Były tylko dwie akcje warte uwagi: mimo gry w osłabieniu Francuzom udało się wreszcie przyspieszyć (w jednej akcji zaliczyli tyle offloadów, co Irlandia przez cały mecz) i Charles Ollivon zdobył przyłożenie. Z drugiej strony boiska bliski powodzenia był chyba najaktywniejszy w irlandzkiej drużynie James Lowe, jednak TMO pokazało nadepnięcie na linię boczną boiska. Druga połowa zaczęła się od świetnej akcji Francuzów i zejścia z boiska po kontuzjach głowy aż trzech Irlandczyków. Potem jednak znowu mieliśmy stagnację, przerwaną drugim przyłożeniem Francji. Irlandczycy wreszcie odpowiedzieli: Ronan Kelleher niczym skrzydłowy zamienił niemal przegrany aut w przyłożenie, a Ross Byrne dorzucił trzy punkty z karnego. Było 13:15, ale Irlandczycy generalnie w tej części spotkania nie mogli wydostać się z własnej połowy i tak było już do końca meczu. Drugie zwycięstwo Francuzów, druga porażka Irlandczyków, ale styl jednych i drugich odrobinę nieprzekonujący. Choć w przypadku Francji może taka jest cena postawienia na defensywę: w ubiegłym roku błyszczeli w ataku, ale mieli kłopoty w obronie; w tym sezonie obrona jest właściwie nie do ruszenia. Choć kto wie, jak to będzie, gdy grać przeciwko nim będzie Jonny May czy Louis Rees-Zammit.

Poz. Drużyna M. Pkt.
1. Francja 2 9
2. Walia 2 9
3. ↑↑ Anglia 2 6
4. ↓ Szkocja 2 5
5. ↓ Irlandia 2 2
6. Włochy 2 0

Conor O’Shea, były trener Włochów, odniósł się do komentarza Sama Warburtona na temat wprowadzenia spadków i awansów z Pucharu Sześciu Narodów. Choć sam prowadząc Włochów przez cztery lata ani razu nie wygrał meczu w tej imprezie, stwierdził, że zasługują na pozostanie i są „nieskończenie” lepsi od Gruzinów. Cóż zatem szkodzi tym Włochom raz do roku tę swoją „nieskończoną” przewagę zaprezentować w praktyce na boisku? Oliver Matthews na łamach australijskiego The Roar pyta w tej sprawie: jak długo jeszcze? Ja obawiam się, że bardzo długo (jeśli w ogóle). Tym bardziej, że są też głosy o tym, że może wypadałoby wrócić do Pucharu Pięciu Narodów…

Premiership

W angielskich ligach to, co najgłośniejsze, tym razem nie działo się na boiskach, ale w kuluarach. RFU ostatecznie podjęło decyzję, że sezonie 2020/2021 żadna drużyna nie spadnie z Premiership ani z Championship. Mistrz Championship awansuje do Premiership, jeśli spełni wymagane standardy (które mają być opracowane do maja) – to oznacza, że w przyszłym sezonie zobaczymy w Premiership 13 ekip, a w Championship – 11. Złośliwi mówią, że standardy będą mieli szansę spełnić tylko Saracens, jedyni udziałowcy PRL na niższym poziomie rozgrywek. Uzasadnieniem decyzji jest wpływ, jaki na rozgrywki ma epidemia – przede wszystkim odwoływane mecze w Premiership. Cóż, po raz kolejny przypomnę, że decyzję o nieprzekładaniu spotkań podjęły władze ligi, więc tłumaczą się problemem, które same stworzyły…

Co jeszcze bardziej niepokojące, oficjalny komunikat PRL mówi o „nadziei na nowe podejście do awansów i spadków z Premiership w przyszłości” oraz o możliwości nawet trzy- lub czteroletniego zawieszenia awansów i spadków. Co odrobinę się kłóci z wcześniejszym akapitem o chęci zaspokajania ambicji drużyn z niższego szczebla. A w tle jest jeszcze pomysł poszerzenia Premiership do 14 ekip.

Dziewiąta kolejka Premirship zaczęła się od informacji o odwołaniu meczu Northampton Saints z Newcastle Falcons. Powodem są zachorowania na COVID-19 w drużynie Falcons (w ubiegłotygodniowym programie testów stwierdzono tylko dwa przypadki z jednego klubu). Efektem są cztery punkty dla Saints i dwa dla Falcons. Dla Saints to już trzeci mecz odwołany w tym sezonie (podobnie jest tylko w przypadku Irish).

A na boisku nadzwyczaj ciekawie było w piątkowym meczu, w którym na emocje się nie zanosiło: „czerwona latarnia” tabeli, Gloucester, podejmowała lidera, Bristol Bears. I choć ostatecznie Bears wyjechali ze zwycięstwem, to przyszło im ono wyjątkowo trudno. Zaczęli od przyłożenia Bryan Byrne’a (jego czwartym w ostatnich trzech meczach, jednak chwilę później zszedł z boiska z kontuzją), ale gospodarze szybko odpowiedzieli dwoma przyłożeniami Argentyńczyka Santiago Carrerasa po dwóch przechwytach podań przeciwników i kilkudziesięciometrowych rajdach (za pierwszym razem przez niemal całe boisko). Przed przerwą Bears wyrównali, ale na początku drugiej połowy skrzydłowy Ollie Thorley znowu wysunął gospodarzy na pięciopunktowe prowadzenie. Jednak nie dowieźli go do końca: dwa karne dla Bears (drugi tuż przed końcem) dały im skromniutkie zwycięstwo 18:17. Cóż, ciekawe, jak wyglądałby wynik, gdyby Gloucester nie przegrało niemal połowy własnych autów (5 z 11). A swoją drogą, w drużynie gospodarzy debiut z ławki zaliczył Gruzin Giorgi Kweseładze, autor najpiękniejszego przyłożenia Autumn Nations Cup.

Ciekawie było też w drugim piątkowym spotkaniu, także między drużynami z dwóch końców tabeli. Zajmujący trzecie miejsce Sale Sharks podejmowali trzecie od końca Bath i nieoczekiwanie przegrali 22:27. Bath już na samym początku meczu zdobyło przyłożenie i po pierwszej połowie miało zdecydowaną przewagę: trzy przyłożenia na koncie (w tym w ostatniej akcji tej części spotkania) i prowadzenie 24:10. W 56. minucie wynik brzmiał 27:15 dla gości i taki się utrzymał aż do ostatniej akcji meczu – Sharks atakowali, cisnęli, ale goście skutecznie się bronili. Parę minut przed końcem przedarł się na ich pole punktowe Dan du Preez, ale po TMO przyłożenie zostało unieważnione. Dopiero po 80. minucie Sharks zdobyli przyłożenie, ale w tym momencie dało im ono tylko punkt bonusowy. A Bath przełamało serię sześciu kolejnych porażek. Kłopoty ma natomiast jeden z graczy tej drużyny, Elliott Stooke, który najpierw złamał zasady koronawirusowe biorąc udział w imprezie, a potem wsiadł za kółko i jadąc pod wpływem alkoholu rozbił samochód.

Poza tym Exeter Chiefs pokonali London Irish 26:3 (w przyłożeniach 4:0, z czego połowę zdobył – i to już przestaje dziwić – wzgardzony przez Eddiego Jonesa świetny Sam Simmonds, który w tym sezonie ma ich na koncie już 11), Harlequins kontynuują świetną passę i pokonali Leicester Tigers 37:24 (22 punkty Marcusa Smitha, który niedawno przedłużył kontrakt z londyńczykami; ciekawostka – przez ostatnie pół godziny meczu nie padł ani jeden punkt), a Worcester Warriors przegrali z Wasps 13:17 (piękne przyłożenie Toma Willisa, brata Jacka, który przebiegł pół boiska wyrywając się paru obrońcom).

W tabeli bez wielkich zmian, na czele nadal Bristol, Exeter i Sale. Do czołówki doszlusowali Harlequins, którzy zrównali się punktami z trzecimi Sale Sharks. Z kolei w dolnych rejonach do środkowej grupy zbliżyło się Bath.

Poz. Drużyna M. Pkt.
1. Bristol Bears 9 34
2. Exeter Chiefs 9 33
3. Sale Sharks 9 28
4. Harlequins 9 28
5. Northampton Saints 9 26
6. ↑↑↑ Wasps 9 24
7. Newcastle Falcons 9 23
8. ↓↓ London Irish 9 22
9. ↓ Leicester Tigers 9 20
10. Bath 9 16
11. Worcester Warriors 9 11
12. Gloucester 9 10

Ogłoszono harmonogram gier w Championship. Sezon zgodnie z zapowiedziami bardzo skrócony: start 6 marca, koniec 19 czerwca po jedenastu kolejkach fazy grupowej i dwóch meczach finałowych. Format zgodny z zapowiedziami: podział na dwie grupy (w jednej 6 zespołów, w drugiej 5 – póki co brakuje tylko London Scottish), a potem finałowy dwumecz.

Top 14

W szesnastej (przynajmniej formalnie, bo w praktyce była to kolejka siedemnasta) kolejce Top 14 najciekawiej zapowiadał się mecz Tulonu z La Rochelle. Nie było jednak porywającego widowiska. Do przerwy punkty padały tylko z karnych i goście prowadzili 9:6. Na początku drugiej połowy powiększyli przewagę jeszcze o 10 punktów, a na sam koniec przypieczętowali zwycięstwo drugim przyłożeniem. La Rochelle odniosło cenne zwycięstwo 29:11 i przerwało świetną passę Tulonu – 15 kolejnych zwycięstw na swoim boisku.

Po trzy przyłożenia zdobyły w bezpośrednim starciu Racing 92 oraz Lyon. Mecz wygrali gospodarze, którzy znakomicie zaczęli spotkanie i po kwadransie prowadzili 18:0. Chwilę potem stracili jednego zawodnika po żółtej karce i Lyon zaczął odrabiać straty, ale pierwsza połowa skończyła się wynikiem 24:15 dla Racingu. W drugiej połowie Racing po raz kolejny zaliczył grę w osłabieniu, a Lyon na dziesięć minut przed końcem zdołał zmniejszyć straty do zaledwie jednego punktu. Ostatnie słowo należało jednak do Racingu: François Trinh-Duc przechwycił podanie Jonathana Wisniewskiego, zdobył przyłożenie i paryżanie wygrali mecz 34:26. Niewielkim pocieszeniem dla Lyonu było osiągnięcie Seru Noa Nakaitaciego – zdobył wszystkie trzy przyłożenia dla swojej ekipy. A wspomniany Wisniewski przed meczem ogłosił zakończenie kariery po zakończeniu tego sezonu.

Ciekawie było też w meczu drużyn z dolnej połówki tabeli: przedostatnia Bajonna podejmowała Brive. Po kwadransie gospodarze prowadzili 10:0, ale pierwszą połowę przegrali ostatecznie 10:20. W drugiej jednak wyszli na trzypunktowe prowadzenie, Brive odpowiedziało karnym i mieliśmy remis, a tuż przed końcem po kolejnym karnym Bajonna objęła prowadzenie 26:23. Brive miało przewagę jednego zawodnika i piłkę w polu 22 m Bajonny, ale dało gospodarzom wypchnąć swojego maula w aut i szansa na zwycięstwo przepadła. A Bajonna wygrała pierwszy raz od prawie trzech miesięcy.

A poza tym: w piątek Tuluza zdobyła pięć punktów wygrywając z Pau 31:9 (bilans przyłożeń 4:0, a pierwsze zdobył dla gospodarzy niezrównany Cheslin Kolbe), w sobotę jeszcze bardziej okazałe zwycięstwo odniosło Bordeaux Bègles nad Stade Français 44:6 (27 punktów zdobył dla zwycięzców Benjamin Botica), a Castres popsuło dobre humory Montpellier po ubiegłotygodniowym pierwszym od dłuższego czasu zwycięstwie – wygrało 48:17 (mecz był wyrównany w pierwszej połowie, która skończyła się prowadzeniem gospodarzy 23:17, ale w drugiej Castres nie pozwoliło rywalom na zdobycie ani jednego punktu; aż 33 punkty zdobył Benjamín Urdapilleta – 2 przyłożenia, 4 podwyższenia i 5 karnych – to najlepsze osiągnięcie w lidze francuskiej co najmniej od 2005, czyli od początku istnienia Top 14).

Mecz Agen z Clermont z powodu trzech przypadków COVID-19 stwierdzonych u gości przełożono na 27 lutego.

W tabeli bez wielkich zmian. Na czele nadal trójka Tuluza, Racing 92 i La Rochelle, choć depta im powoli po piętach Bordeaux.

Poz. Drużyna M. Pkt.
1. Tuluza 16 57
2. Racing 92 17 54
3. La Rochelle 16 54
4. ↑ Bordeaux Bègles 17 48
5. ↓ Clermont 16 45
6. Tulon 16 43
7. Lyon 17 39
8. Stade Français 17 39
9. ↑ Castres 17 38
10. ↓ Brive 17 35
11. Pau 17 30
12. Montpellier 17 27
13. Bajonna 15 26
14. Agen 15 2

Polska: Ekstraliga / Polski Związek Rugby

Polski Związek Rugby zorganizował w Poznaniu Galę Dekady. Wręczono nagrody nie tylko zwycięzcom publicznych głosowań (przypomnijmy: Szyburski, Bartoszek, Paszczyk), ale także tym wyłonionym przez Polski Związek Rugby. Nagród było sporo, a wybory nieco inne niż wśród fanów. Najlepszym trenerem został Janusz Urbanowicz (człowiek z największymi sukcesami w polskim rugby), a najlepszą rugbystką ostoja kobiecej reprezentacji, Karolina Jaszczyszyn. Zgodność była za to wśród zawodników – tu dublet „ustrzelił” Mateusz Bartoszek (dorzucił do tego też najlepszą akcję – szarżę na Tomie Mchedlidze).

Piętnastka dekady: 1. Adrian Chróściel, 2. Kamil Bobryk, 3. Marcin Wilczuk, 4. Michał Krużycki, 5. Mateusz Bartoszek, 6. Kacper Ławski, 7. Stanisław Powała-Niedźwiecki, 8. Piotr Zeszutek, 9. Łukasz Szostek, 10. Dawid Banaszek, 11. Szymon Sirocki, 12. Rafał Szrejber, 13. Daniel Gdula, 14. Grzegorz Szczepański, 15. Tomasz Gasik.

Ale oprócz nagród zobaczyliśmy też prawdziwe rugby. Turniej piętnastek męskich wygrała nieoczekiwanie Juvenia Kraków. Zagrała świetny mecz przeciwko Skrze Warszawa i drugą połowę finału przeciwko Arce (po pierwsze przegrywała 0:10, a wygrała 19:15). Krakowskich kibiców cieszy nie tylko dobra postawa (to była Juvenia przypominająca tę z jesieni 2019, a nie 2020), ale i powrót do gry po kontuzji Michała Jurczyńskiego. Skra uległa zresztą nie tylko Juvenii, ale w meczu o trzecie miejsce także Posnanii, choć na tej podstawie raczej nie wyrokowałbym o tym, jak będzie w lidze. Arka radziła sobie w turnieju całkiem nieźle i to mimo braku Szymona Sirockiego (zresztą nagrodzonego jako najlepszy siódemkowicz dekady) – kontuzjowany, będzie musiał opuścić początek rundy wiosennej. A na deser zobaczyliśmy mecz kobiecych siódemek: miejscowe Black Roses pokonały Barbarians złożone z zawodniczek z Europy środkowej i wschodniej 48:12.

Skra miała kiepską sobotę, ale przed sezonem liczy na niecodzienne wsparcie. Nad przygotowaniem młyna do gry popracuje Sunia Koto, były młynarz reprezentacji Fidżi (ponad 50 występów, w tym na trzech Pucharach Świata) i francuskiego Narbonne.

Super Rugby

Wielkimi krokami zbliżają się rozgrywki Super Rugby AU (start już za tydzień) oraz Super Rugby Aotearoa (w Nowej Zelandii ruszają za dwa tygodnie). Rok temu w obu tych rozgrywkach zastosowano pewne zmiany w przepisach. Te najważniejsze, wprowadzone w obu turniejach dotyczyły możliwości wprowadzenia nowego zawodnika po 20 minutach od pokazania czerwonej kartki i dogrywek. W tym roku mamy więcej nowinek. W Nowej Zelandii przyjmują australijską zasadę dotyczącą wykopu z własnego pola punktowego oraz chyba najciekawszą zmianę: sprawdzone w ubiegłym roku w NRL Captain’s challenge czyli możliwość zażądania przez kapitana weryfikacji decyzji sędziego (tylko gdy chodzi o naruszenie przepisów podczas akcji zakończonej przyłożeniem, grę faul oraz ostatnie 5 minut każdej połowy meczu). W Australii z kolei m.in. wyznaczono 30 sekund na wznowienie gry po kopie na bramkę. Gdy chodzi o dogrywki jest różnica: W Nowej Zelandii będzie się grać do pierwszych zdobytych punktów, natomiast w Australii do pierwszego zdobytego przyłożenia (punkty z kopów będą w dogrywce liczone „normalnie”, ale jeśli padnie przyłożenie, będą bez znaczenia).

W Nowej Zelandii mieliśmy rozgrzewkowe mecze pięciu tamtejszych franszyz. Na Wyspie Południowej Crusaders pokonali Highlanders 28:26, choć do przerwy przegrywali 0:26. Na Wyspie Północnej odrodzenie Chiefs, który ubiegły rok mieli fatalny. W turnieju rozgrywanym w formule 3 x 40 minut pokonali 19:14 Hurricanes i 12:5 Blues. W ostatnim meczu Hurricanes zwyciężyli Blues 14:5.

Drobne

W Pro14 przymierzano się do nadrobienia dwóch ostatnich zaległych meczów. Oba jednak ponownie przełożono z powodu ataku zimy i zmrożonych boisk.

Znamy rozkład Rugby Europe Championship na rok 2021. Start w weekend 6–7 marca meczami Portugalii i z Gruzją i Rosji z Rumunią. Do końca marca cztery kolejki. Impreza wraca na koniec czerwca i wtedy do rozgrywania swoich meczów przystąpi zwycięzca barażu między Belgią i Holandią – przez kolejne cztery weekendy zagra cztery mecze, do tego zostanie dograna jedna kolejka, która w marcu się nie zmieściła. Czerwcowy termin będzie też oznaczać koniec ostatni mecz dla obrońców tytułu, Gruzinów, którzy jako pierwsi skończą rozgrywki. Ostatni mecz tegorocznego REC, między Belgią lub Holandią i Rosją, zostanie rozegrany dopiero na początku listopada. Ciekawostka: Gruzja przez trzy weekendy z rzędu będzie grać na wyjeździe, zanosi się więc na tour po Europie. A jej przeciwnicy przed meczami z nią będą mogli odpocząć. Z kolei Hiszpanie protestują, że kalendarz zmieniono bez konsultacji z nimi. O niższych poziomach na stronie Rugby Europe ani słowa i coraz czarniej to wygląda.

Sporo dzieje się w Południowej Afryce. Rusza kolejny turniej tamtejszych franszyz, tym razem jednak w składzie ośmiu drużyn – do siedmiu dotychczasowych dołączą Elephants z Eastern Province (a zatem rugby stamtąd wraca na najwyższy poziom po upadku Southern Kings). Turniej ma odbyć się od 27 lutego do 27 marca, drużyny podzielone na dwie grupy i każda rozgrywa cztery spotkania z drużynami z drugiej grupy.

Wieści transferowe z Południowej Afryki: kapitan Springboks, Siya Kolisi, opuszcza Western Province i Stormers po 11 latach, niespełna rok przed końcem kontraktu. Ma trafić do Sharks, którzy są zasobni w fundusze dzięki przechwyceniu inwestora, z którym wcześniej długo rozmawiali w Western Province.

Na stronie internetowej Cheetahs pojawiły się informacje, z których wynika, że drużyna chce zagrać w Continental Shield, aby w ten sposób dostać się do Challenge Cup. Hmm, czyżby Continental Shield miało się w kolejnym sezonie odrodzić?

Wróciły siódemki międzynarodowe. Egzotycznie, bo w egipskiej Aleksandrii – turniej Arab 7s. Zarówno wśród mężczyzn, jak i kobiet, wygrali gospodarze. Mężczyźni pokonali w finale Liban, a kobiety Syrię. Trzecie miejsca w obu rywalizacjach zajęły Zjednoczone Emiraty Arabskie.

W Kanadzie afera w żeńskiej kadrze siódemkowej (jednej z najlepszych na świecie). Zwolniono trenera, trwa śledztwo w sprawie jego zachowania.

A na marginesie rugby: Sonny Bill Williams po sześciu latach przerwy ma wrócić na ring bokserski. Pierwszą walkę ma stoczyć w kwietniu, a w dalszych planach jest jego pojedynek z gwiazdą futbolu australijskiego, Barrym Hallem.

Zapowiedzi

W najbliższy weekend przerwa w Pucharze Sześciu Narodów, grają natomiast europejskie ligi. W Anglii dziesiąta runda rozgrywek Premiership, a w niej najciekawiej zapowiadają się starcia Exeter Chiefs z Northampton Saints i Harlequins z Sale Sharks. W Pro14 kolejka dwunasta i m.in. mecze Glasgow Warriors z Ulsterem czy Edynburga z Munsterem. We francuskiej Top 14 to już siedemnasta seria spotkań z chyba najciekawszym pomiędzy Lyonem i Tuluzą.

Na arenie międzynarodowej tylko jeden mecz: spotkanie Rugby Europe Women’s Championship pomiędzy Hiszpanią a Rosją (powrót do kwalifikacji do jesiennego Pucharu Świata kobiet). Będziemy też mieli kolejny międzynarodowy turniej siódemkowy – w Madrycie, z udziałem kobiecej reprezentacji Polski.

A na drugim końcu świata po raz drugi startuje Super Rugby AU (na tydzień przed swym nowozelandzkim odpowiednikiem). Mecze w piątek rano naszego czasu. Western Force podejmie obrońców tytułu – Brumbies, a w drugim meczu starcie odwiecznych przeciwników, Reds i Waratahs. Ma też ruszyć opóźniony ostatni sezon japońskiej Top League.

3 komentarze do wpisu „Rees-Zammit szaleje”

  1. Przyłożenie dla Anglii to jakiś żart , przy tylu kamerach i wielu powtórkach nawet laik zauważył że najpierw May dotknął nogą słupka a to oznacza aut , przykre ale to niestety już nie pierwszy raz kiedy sędziowie patrzą przychylnie na Anglików w wielu aspektach ( szarża , zaczepki , czy właśnie punkty lub przody ) . Pozdrawiam

    Odpowiedz
    • Owensowi nie chodzi o chorągiewkę (to nie jest zakazane), ale o to, że May przeskoczył szarżującego Włocha – a to bywa karane jako niebezpieczne (mam wrażenie, że nawet bardziej dla szarżowanego, ale pewnie i dla szarżującego, który raczej spodziewa się znaleźć przeciwnika nieco niżej) i sprzeczne z duchem gry.

      Odpowiedz

Dodaj komentarz