Harlequins piszą historię

Ligowy sezon kończy się z przytupem. Na koniec fazy zasadniczej Ekstraligi Orkan efektownie wygrał w Siedlcach. W półfinale angielskiej Premiership prawdziwy show dali londyńscy Harlequins. Włoski Benetton zaskoczył świat pokonując najlepszą ekipę z Południowej Afryki. A już za moment międzynarodowe lato ze specjalnym daniem – British & Irish Lions.

Ekstraliga

Za nami sezon zasadniczy Ekstraligi. W ostatniej kolejce walka o największą stawkę toczyła się w meczu Awenty Pogoni Siedlce z Orkanem Sochaczew – praw do gry w meczu o brązowy medal. Gospodarze przystępowali do tego meczu z serią trzech porażek na koncie (choć wszystkich na styku), z kolei Orkan miał za sobą cztery zwycięstwa w pięciu meczach, w tym piękny triumf nad obrońcami tytułu sprzed tygodnia. I okazało się, że obie drużyny kontynuowały swoją serię. Już po paru minutach gry przechwyt Michała Szwarca dał pierwsze przyłożenie gościom, a po 25 minutach mieli oni na koncie już trzy przyłożenia i 17 punktów. Co prawda Pogoń zdołała odpowiedzieć (szesnaste przyłożenie w sezonie Przemysława Rajewskiego), ale pierwsza połowa skończyła się prowadzeniem Orkana 24:5 – przyłożenie dorzucił Artur Fursenko po ładnej, zespołowej akcji. Podobnie sochaczewianie zaczęli drugą połowę (piękny zwód Marcina Krześniaka) i było 29:5 dla gości. Pogoń atakowała, ale zdołała dorzucić do swojego dorobku jeszcze tylko jedno przyłożenie. Orkan z kolei w ostatniej akcji zanotował szóste przyłożenie (drugie Fursenki) i wygrał 34:10 (przy kiepskiej dyspozycji kopaczy po obu stronach). Wielki sukces sochaczewian, którzy po świetnej końcówce sezonu awansowali do walki o medal. A przy takiej grze w meczu przeciwko Skrze Warszawa wszystko jest możliwe. Z kolei Pogoń pierwszy raz bez medalu od kilku lat (trzy brązy z rzędu, w ostatnim sezonie także trzecie miejsce, choć nienagrodzone krążkami).

Poza tym nierozstrzygnięta była kwestia miejsca rozegrania finału. Ogniwo Sopot miało cztery punkty przewagi nad Master Pharmem Rugby Łódź i tylko porażka z Edachem Budowlanymi Lublin zagroziłaby finałowi w Sopocie. Tydzień temu lublinianie stawili twardy opór łodzianom, więc nie można było być do końca pewnym zwycięstwa Ogniwa. Pierwsze punkty zdobyli w tym meczu gospodarze – z karnego kopnął Smiłko Debrenliew, a na odpowiedź obrońców tytułu mistrzowskiego czekaliśmy aż do prawie 20. minuty. Ogniwo w krótkim czasie zdobyło dwa przyłożenia i prowadziło 14:3, ale w samej końcówce pierwszej połowy gospodarze zmniejszyli stratę do czterech punktów. Wojciech Piotrowicz jeszcze kopał karnego, ale z ponad 40 m trafił w słupek. W drugiej połowie Ogniwo zdecydowanie przeważało, praktycznie nie wychodziło z połowy gospodarzy, ale na przyłożenie czekało aż pół godziny. W odpowiedzi zaatakowali Budowlani, ale stracili piłkę, i Ogniwo zapunktowało po szybkiej akcji jeszcze raz. Mecz ostatecznie skończył się zwycięstwem mistrzów Polski 26:10.

W tej sytuacji mecz rozgrywane później spotkanie Master Pharmu Rugby Łódź z Arką Gdynia nie miało specjalnej stawki. Arka ponownie przystąpiła do gry z bardzo krótką ławką rezerwowych (i bez Antona Szaszero w składzie) i trudno było liczyć na sprawienie przez nią niespodzianki. Już po czterech minutach gospodarze prowadzili 14:0, a tuż przed przerwą 61:0 i wtedy swoje jedyne przyłożenie zdobyli gdynianie. Zaskakująco zaczęła się druga połowa: Arka długo atakowała, a Master Pharm miał kłopoty z wyjściem z własnej połowy. Ataki gdynian pozostały jednak nieskuteczne, a pod koniec meczu gospodarze powiększyli swój dorobek i wygrali ostatecznie 83:7. Niezbyt to miły wynik (największa różnica punktów w tym sezonie), oby takich na boiskach naszej Ekstraligi było jak najmniej. Spory krok do tytułu najskuteczniejszego gracza sezonu zrobił Michał Kępa, który zdobył aż 28 punktów (przyłożenie, dziesięć podwyższeń i karny).

W Krakowie mecz bez specjalnej stawki (obie drużyny w przypadku zwycięstwa mogły awansować o oczko w tabeli wyżej, ale nic więcej) i dwie bardzo różne połowy. W pierwszej bardzo długo utrzymywał się wynik 0:0, okazji do przyłożeń było niewiele, a jedyne padło w ostatniej akcji tej części spotkania. Lechia prowadziła 7:3, a drugą połowę zaczęła od kolejnego przyłożenia. Wydawało się, że faworyci będą już kontrolować spotkanie, ale wtedy trzema szybkimi przyłożeniami odpowiedzieli gospodarze (pierwsze ze bardzo szczęśliwym podwyższeniem po dwóch słupkach, drugie po nakrytym kopie, a trzecie po szybkiej akcji z podkopnięciem i akrobatycznym położeniu piłki). W ten sposób Juvenia prowadziła 24:14. Potem Lechia co prawda zdobyła jeszcze dwa przyłożenia, ale Juvenia dzięki karnemu w międzyczasie utrzymała się na prowadzeniu. Świetna walka w drugiej połowie, a ostatecznie w lepszym humorze sezon skończyła Juvenia, której udało się wyszarpać jednopunktowe zwycięstwo 27:26.

W Jarocinie gospodarze, na pewno podniesieni na duchu dwoma zwycięstwami w poprzednich kolejkach, gościli Skrę Warszawa. Tym razem jednak niespodzianki nie sprawili: Skra zdecydowanie dominowała, pierwsze przyłożenie zdobyła już w pierwszej akcji, do przerwy prowadziła 26:0, a całe spotkanie zakończyła wysoką wygraną 57:10. Gospodarze mieli swoje momenty, zdobyli dwa przyłożenia, ale warszawiacy wchodzili w ich obronę jak w masło, szczególnie w pierwszej połowie obrońca Palu Fihaki. Wynik tego meczu w żaden sposób nie mógł zmienić miejsca w tabeli któregokolwiek z jego uczestników, ale Skra dała wyraźnie znać Orkanowi, że w meczu o trzecie miejsce nie ma co liczyć na powtórkę z Siedlec i że postawi twarde warunki na swoim stadionie.

W tabeli jedyną roszadą jest zmiana na ósmym miejscu: Juvenia przeskoczyła Arkę. W finale ligi Ogniwo Sopot na swoim stadionie zagra z Master Pharm Rugby Łódź, a mecz o brąz odbędzie się w Warszawie i zmierzą się w nim Skra z Orkanem. W barażu o utrzymanie będzie grać z mistrzem I ligi Sparta Jarocin.

Poz.DrużynaM.Pkt.
1. Ogniwo Sopot1877
2. Master Pharm Rugby Łódź1873
3. Skra Warszawa1864
4. Orkan Sochaczew1851
5. Awenta Pogoń Siedlce1843
6. Lechia Gdańsk1842
7. Edach Budowlani Lublin1836
8. ↑Juvenia Kraków1828
9. ↓Arka Gdynia1825
10. Sparta Jarocin188

W I lidze przewidziano format nieuwzględniający finału, ale okazało się, że o tym co najważniejsze – o awansie do barażu o Ekstraligę – decydowało ostatnie spotkanie pomiędzy dwoma najlepszymi drużynami sezonu, Rugby Białystok i Posnanią. Na dodatek mającymi na koncie niezbyt miłą przepychankę na wiosnę, zakończoną walkowerem na korzyść białostocczan. Od początku przeważali goście, którzy po pięciu minutach wyszli na prowadzenie. Chcieli pójść za ciosem, ale kolejna gra o metr czy dwa od pola punktowego gospodarzy skończyła się stratą i oddaniem punktów Białemustokowi, który wyszedł na prowadzenie 7:5. Posnania jednak dalej naciskała i wreszcie po szybkie akcji wróciła na prowadzenie 12:7, a chwilę potem podniosła je do 19:7. Pod koniec pierwszej połowy gospodarze wreszcie wyszli ze swojej połowy i po zaskakującym rozegraniu karnego zdobyli przyłożenie, ale Posnania w ostatniej akcji połowy odpowiedziała tym samym i na koniec tej części spotkania prowadziła 26:14. A po dwóch minutach drugiej połowy miała na koncie piąte przyłożenie i przewagę 17 punktów. Białostocczanie co prawda zdołali na dłużej zadomowić się na połowie rywali, ale wyszarpali tylko jedno przyłożenie. Końcówkę meczu kontrolowała już Posnania, która ostatecznie zasłużenie wygrała 36:24 i powalczy o powrót do Ekstraligi po pięciu sezonach przerwy.

A z do II ligi spada Wataha Zielona Góra, która w ostatnim meczu uległa w Świdnicy Arce Rumia 15:45. Kiepski koniec sezonu zielonogórzan – po fazie zasadniczej zajmowali czwarte miejsce w lidze i niezbyt wiele brakowało im do powalczenia o play-off. Tymczasem w fazie play-out, mimo rozgrywania obu spotkań u siebie, ponieśli dwie porażki. Gracze z Rumii ostatecznie zajęli czwarte miejsce w lidze, oczko wyżej od Legii Warszawa.

Premiership

Niesamowitych emocji dostarczył nam pierwszy półfinał Premiership, w którym Bristol Bears (najlepsza drużyna sezonu zasadniczego) podejmowali Harlequins. Przez pierwsze pół godziny gospodarze dominowali na boisku, a cztery fantastyczne, szybkie akcje kończyli przyłożeniami na skrzydłach. Prowadzili 28:0, a błyszczeli zwłaszcza Charles Piutau (grający przedostatni mecz w ich barwach; gdy schodził z boiska na początku drugiej połowy, miał na koncie 125 m i pięciu pokonanych obrońców) i Max Malins (dwa przyłożenia i asysta). Dopiero w końcówce pierwszej połowy mecz się wyrównał i choć Harlequins nie zdołali wykorzystać swojego okresu przewagi, tuż przed końcem Alex Dombrandt dość szczęśliwie złapał piłkę i pomknął samotnie na pole punktowe rywali. Do przerwy było 28:5 dla Bears. Początek drugiej połowy wstrząsnął Bristolem: zaraz na początku przyłożenie zdobył Tyrone Green, w ciągu kwadransa koledzy dorzucili dwa kolejne i Quins zmniejszyli stratę do czterech punktów. Sędzia unieważnił przyłożenie Bears po pięknym (ale minimalnie do przodu) offloadzie Semiego Radradry, ale gospodarze wreszcie odpowiedzieli trzema punktami z karnego. Londyńczycy jednak też mieli szanse – Dombrandt tuż przed polem punktowym został wypchnięty w aut, a chwilę potem przyłożenie Quins unieważniono po kolejnym minimalnym przodzie. Bristolczycy mieli szansę na przyłożenie, ale w ostatniej chwili swój zespół uratował szarżą świetny Louis Lynagh, a moment później piękną akcję przeprowadzili skrzydłem goście i na tablicy wyników tuż przed końcowym gwizdkiem pojawił się remis 31:31.

To nie był koniec emocji. W pierwszej części dogrywki najpierw Callum Sheedy z karnego z 40 m trafił w słupek, a potem Harlequins zadomowili się pod polem punktowym rywali i po serii korzyści, w 15. minucie Tyrone Green zdobył przyłożenie, wyprowadzając londyńczyków pierwszy raz w tym spotkaniu na prowadzenie (38:31). Drugą połowę lepiej zaczęli Bears, a po pięciu minutach swoje trzecie przyłożenie w tym meczu zdobył dla nich Max Malins. Callum Sheedy podwyższenie wykonywał z niezbyt łatwej pozycji z dropa i znowu trafił w słupek (ale to zrozumiała decyzja: remis na koniec dogrywki nic by nie dał gospodarzom, bo wówczas decydowałaby liczba przyłożeń, a tych rywale mieli o jedno więcej). Bears walczyli o kolejne punkty, ale chwilę potem zostali na boisku w trzynastkę w wyniku dwóch kontuzji (zszedł m.in. Semi Radradra), a w ostatniej akcji meczu Joe Marchant zanotował siódme przyłożenie dla londyńczyków, którzy ostatecznie wygrali 43:36. Niesamowite widowisko, które przejdzie do historii Premiership.

Drugi półfinał był powtórką meczu sprzed tygodnia, gdy po emocjonującym widowisku Exeter Chiefs, choć przegrywało z Sale Sharks już 16 punktami, ostatecznie wyszarpało zwycięstwo jednym oczkiem. W ten weekend mecz o wyższą stawkę znacznie lepiej zaczęli Chiefs, którzy po 10 minutach prowadzili 12:0 (oba przyłożenia zdobyte przy grze w przewadze po żółtej kartce Manu Tuilagiego). Gdy Tuilagi wrócił na boisko, gra się wyrównała, ale po wymianie ciosów Chiefs utrzymali wypracowane na początku prowadzenie – po pierwszej połowie wygrywali 22:13. Na początku drugiej połowy Sharks zbliżyli się na pięć punktów, ale w kolejnej fazie gry, mimo wyrównanego jej obrazu, Chiefs ponownie odskoczyło na czternaście oczek. Sharks zerwali się jeszcze do walki i dorzucili przyłożenie z podwyższeniem na 10 minut przed końcem meczu, ale Chiefs zagwarantowali sobie sukces karnym trzy minuty przed końcem. Sale walczyło, ale na zniwelowanie 10 punktów straty było za późno. Ostatecznie Exeter Chiefs przybliżyli się do obrony tytułu mistrzowskiego wygrywając 40:30. Do finału ligi awansowali szósty raz z rzędu (a pamiętajmy, że w Premiership grają zaledwie od 2010). Sam Simmonds tym razem bez przyłożenia, ale jego brat Joe z 15 punktami z kopów. Dla Sale Sharks, które miało znakomitą końcówkę sezonu zasadniczego, ten wynik na pewno jest rozczarowaniem.

Swoją drogą, przed półfinałami ogłoszono najlepszą piętnastkę sezonu i najlepszego gracza. W najlepszej piętnastce najwięcej – pięciu zawodników – z Bristol Bears, poza tym po trzech z Exeter Chiefs i Harlequins oraz po jednym z czterech innych klubów, w tym ostatniego półfinalisty Sale Sharks (trochę to zaskakujące). A najlepszym zawodnikiem został (bez zaskoczenia) Sam Simmonds.

W drugim spotkaniu finałowego dwumeczu Championship nic już zmienić się nie mogło – po zwycięstwie 60:0 w pierwszym starciu Saracens byli pewni powrotu do elity. W pierwszej połowie niedzielnego meczu Ealing Trailfinders pokazywali, że różnica poziomów nie jest aż tak dramatyczna, jak na to wskazywał wynik poprzedniego meczu. Już w pierwszej akcji meczu zdobyli karne przyłożenie i do przerwy remisowali 10:10. W drugiej połowie swą wyższość udowodnili jednak Saracens, którzy ostatecznie wygrali 57:15. I to pomimo faktu, że pięciu graczy powołanych do British & Irish Lions zeszło z boiska na 25 minut przed końcem.

Top 14

W finale Top 14 będziemy mieli powtórkę z finału Champions Cup – o Bouclier de Brennus powalczą Tuluza i La Rochelle. Trudniejsze zadanie w półfinale miała ta pierwsza ekipa.

Tuluzańczycy podejmowali Bordeaux-Bègles. Mieli znakomity początek, jako pierwsi zdobyli przyłożenie (zaliczył je Romain Ntamack) i po pierwszej połowie prowadzili 14:7. Początek drugiej połowy był lepszy w wykonaniu graczy z Bordeaux – po kwadransie (karny z dużego dystansu Matthieu Jaliberta i przyłożenie Nowozelandczyka Bena Lama) wyszli na jednopunktowe prowadzenie. Chwilę potem jednak czerwoną kartkę zobaczył ich środkowy Ulupano Seuteni (praktycznie znokautował wysoką szarżą Ntamacka, którego zniesiono z boiska na noszach – w finale niestety raczej nie zagra) i ostatnie 20 minut musieli radzić sobie w osłabieniu. Co prawda na karnego Thomasa Ramosa odpowiedzieli karnym Matthieu Jaliberta i wrócili na prowadzenie, ale na przyłożenie z podwyższeniem Thomasa Ramosa (w sumie 19 punktów w meczu) nie zdołali odpowiedzieć tym samym. Parę minut przed końcem kolejnym karnym Jaliberta zmniejszyli stratę, ale przegrali ostatecznie 21:24.

W piątkowym półfinale La Rochelle podejmowało Racing 92. Na początku mecz toczył się kop za kop, aż po 30 minutach na skrzydle przedarł się Arthur Retière (jedyne przyłożenie w całym meczu) i do przerwy La Rochelle prowadziło 16:6. W drugiej połowie jedynymi punktami były kolejne trzy oczka z karnego, które dorzucił do dorobku roszelczyków Ihaia West (w sumie 14 punktów z kopów). Potem przez boisko przeszła intensywna ulewa, a w końcówce Racing próbował jeszcze odrobić straty, ale bez skutku: La Rochelle wygrało 19:6 i pierwszy raz w swojej historii awansowało do finału Top 14.

Super Rugby

Skończyły nam się atrakcje związane z Super Rugby w tym sezonie. W finale rozgrywek Super Rugby Trans-Tasman spotkały się w Auckland dwie najlepsze drużyny sezonu zasadniczego, obie z Nowej Zelandii, miejscowi Blues oraz Highlanders z Dunedin. Do finału nie dostali się Crusaders (to pierwsze trofeum od lat, które drużynie z Christchurch wymknęło się z rąk) – wszystkie trzy drużyny miały komplet zwycięstw w sezonie zasadniczym i awansie decydował bilans małych punktów. I choć obaj finaliści trafili do finału dzięki skutecznej grze ataku, finał zdominowała obrona. Ekipa gospodarzy zdobyła jedyne przyłożenie w pierwszej połowie i na jej koniec prowadziła 13:6. W drugiej połowie trzy kolejne karne gości pozwoliły im wyjść na dwupunktowe prowadzenie. Ostatnie minuty należały jednak do Blues: na 10 minut przed końcem dzięki karnemu zyskali jednopunktową przewagę, a losy meczu przesądzili przyłożeniem na trzy minuty przed upływem regulaminowego czasu gry (zawdzięczają je przejęciu w rucku Hoskinsa Sotutu, który następnie pokonał kilku obrońców i doniósł piłkę pod linię pola punktowego, a koledzy dokończyli akcję). Blues wygrali 23:15, wznosząc swój pierwszy puchar od niemal 20 lat. Highlanders byli znakomici w obronie, ale zdecydowanie zawiódł ich atak – nie zdobyli w meczu ani jednego przyłożenia. Kontrowersja po żółtej kartce dla jednego z przyjezdnych, Asha Dixona – jego szarsza z ramieniem uderzającym głowę przeciwnika zgodnie z obecnymi standardami zasługiwała jednoznacznie na czerwień, jednak na antypodach zdają się mieć znacznie liberalniejsze podejście do bezpieczeństwa zawodników.

Drobne

Turniejem w Mysłowicach zakończyły się rozgrywki Polskiej Ligi Rugby 7. Zwycięzcą cyklu zostali Czarni Pruszcz Gdański, którzy w ostatnich zawodach zajęli trzecie miejsce. Zwycięzcy turnieju, Tytan Gniezno, zajęli w lidze drugiej miejsce, a oczko niżej znalazła się drużyna Rugby Poznań.

W krajowych rozgrywkach młodzieżowych trzecie w tym sezonie turnieje siódemek w kategoriach juniorów i kadetów rozegrano w Siedlcach. Wśród juniorów była to walka o medale – po złoto mistrzostw Polski czwarty raz z rzędu sięgnęła Juvenia Kraków. Co prawda w pierwszym turnieju jesienią zajęła dopiero trzecie miejsce, ale dwa wiosenne wygrała. Przed sobotą miała identyczną liczbę punktów w klasyfikacji mistrzostw z KS Budowlanymi Commercecon Łódź i w finale turnieju siedleckiego spotkały się właśnie te dwie drużyny. Losy złota rozstrzygnęły się zatem w tym meczu i krakowianie wygrali aż 45:0. Brąz trafił do Orkana Sochaczew, który w meczu o trzecie miejsce pokonał Skrę Warszawa. Także wśród kadetów Juvenia triumfowała w zawodach – w decydującym meczu pokonała łodzian, a trzecie miejsce zajęła Arka Gdynia. W łącznej klasyfikacji to jednak KS Budowlani Commercecon Łódź znaleźli się na pierwszym miejscu. Tu medali jeszcze nie rozdano – tabela po trzech turniejach służy tylko wyborowi ośmiu drużyn, które za trzy tygodnie zagrają decydujący o mistrzostwie turniej w ramach Ogólnopolskiej Olimpiady Młodzieży, a Budowlani na razie zadowolili się Pucharem Polski. Szkoda, że w żadnym turnieju nie zobaczyliśmy młodzieżowych drużyn mistrza Polski w tej odmianie rugby, Posnanii (tak jest jednak od lat…).

W Treviso odbył się finał turnieju Rainbow Cup. W nieco zaskakującym zestawieniu bo przecież przed rozpoczęciem tego nieco chybionego turnieju niemal nikt nie stawiał na to, że z Europy trafi do niego Benetton. Rywalem Włochów byli południowoafrykańscy Bulls. Ci wybrali się na północ bez trzech zawodników powołanych do reprezentacji Południowej Afryki, którzy dołączyli już do obozu przygotowawczego w Bloemfontein. No i bez Duane’a Vermeulena, także powołanego, ale póki co walczącego z kontuzją. Włosi wykorzystali przewagę swojego boiska, pokonując Bulls aż 35:8 – choć przecież i w tym spotkaniu nie byli faworytami. Gracze z Pretorii ostatnie punkty zdobyli w 30. minucie (był wtedy remis 8:8), a potem już punktowała już tylko drużyna z Treviso. Odniosła historyczny triumf – co prawda Rainbow Cup to tylko turniej towarzyski, format oryginalny, ale stawka była wyśmienita. A sukces nad najlepszą drużyną z Południowej Afryki, uczestnikiem Super Rugby – nie do przecenienia.

W finale kobiecych mistrzostw Francji (liga Élite 1) stanęły na przeciwko siebie dwie drużyny niezwykle spragnione trofeów – Blagnac i Romagnat. Ostatni raz w finale którakolwiek z nich pojawiła się niemal 20 lat temu, a na tytuł mistrzowski czekały odpowiednio od 1993 i 1995. Po emocjonującej końcówce po mistrzostwo sięgnęły dziewczyny z Romagnat: w ostatnich minutach Blagnac zdobyło przyłożenie i podwyższenie mogło dać im remis. Podwyższenie jednak się nie udało, a jedna z najwybitniejszych rugbystek świata, Jessy Tremouliere z karnego dorzuciła jeszcze trzy punkty do dorobku Romagnat, które wygrało 13:8.

W Major League Rugby na największy hit zapowiadały się derby Kalifornii, które stanowiły praktycznie ostatnią szansę dla San Diego Legion na włączenie się do walki o play-off. Mimo, że mógł on pierwszy raz w tym sezonie zagrać na własnym stadionie, szansy nie wykorzystał i przegrał 13:19 po emocjonującej końcówce: na trzy minuty przed końcem zdobył jednopunktowe prowadzenie, ale stracił je w ostatniej akcji meczu. Sporo emocji swoim kibicom dostarczyła też druga drużyna z konferencji zachodniej, Utah Warriors, która podejmowała wiceliderów konferencji wschodniej, Rugby United New York. Gracze Salt Lake City w trzecim kolejnym meczu musieli odrabiać straty i znowu zrobili to skutecznie. Tym razem w końcówce odrobili 9 punktów i wygrali 29:28. Zwycięstwo odnieśli też liderzy konferencji wschodniej, Rugby ATL – pokonali najsłabszych w lidze Houston SaberCats 33:15. W tabelach konferencji niezmiennie na miejscach promowanych awansem do play-off drużyny z Los Angeles i Salt Lake City na zachodzie oraz z Atlanty i Nowego Jorku na wschodzie.

W Południowej Afryce dla odmiany ruszyły rozgrywki nowego sezonu Currie Cup. W najwyższej dywizji w stawce te same siedem drużyn, które walczyły w rozgrywkach na przełomie roku – obrońcy tytułu Bulls, Sharks, Western Province, Lions, Cheetahs, Pumas i Griquas. Niestety na niższym poziomie brakuje Namibijczyków (czyli Welwitschias) oraz Gruzinów (którzy przed pandemią podpisali umowę o udziale w rozgrywkach, a potem wszystko się rozsypało). Już w pierwszym meczu niespodzianka: Pumas pokonały wyżej notowanych Lions i to aż 39:10 (w mediach drużynę z Johannesburga nazwano „wyleniałymi Lwami” – w drużynie pojawiło się kilku seniorów). Poza tym Griquas przegrali z Sharks 16:30, a obrońcy tytułu, Bulls (grający jednak tego samego dnia pierwszym składem w finale Rainbow Cup), przegrali z Western Province 19:48. Cztery przyłożenia w tym ostatnim meczu zdobył debiutujący w drużynie z Kapsztadu młynarz JJ Kotze.

Ogłoszono format przyszłego sezonu Pro14, a raczej – taką nazwę wymyślili organizatorzy – United Rugby Championship. 16 zespołów podzielonych na cztery grupy: irlandzką, walijską, południowoafrykańską oraz szkocko-włoską. Tabela jest jedna wspólna, ale każdy zespół gra mecz i rewanż z trzema drużynami z tej samej grupy oraz po jednym meczu z dwunastoma pozostałymi ekipami. Dobrą wieścią jest to, że mecze ligowe mają odbywać się poza okienkami międzynarodowymi (w ostatnim sezonie właściwie mało kiedy widzieliśmy największe gwiazdy w składzie ich zespołów). Cieszy też odejście od systemu konferencji. Po 18 kolejkach sezonu zasadniczego osiem najlepszych drużyn w tabeli awansuje do play-off – tu pojedyncze mecze w ćwierćfinałach, półfinałach i wreszcie finał. Start planowany 24 września, finał w ostatni weekend czerwca. Format ma zatwierdzić jeszcze World Rugby, ale trudno oczekiwać tu problemów. Trwają też rozmowy z EPCR na temat dopuszczenia drużyn z Południowej Afryki do europejskich pucharów od sezonu 2022/23 – gdyby tak było, do Champions Cup miałyby awansować najlepsze drużyny każdej z grup oraz cztery kolejne najlepsze drużyny z tabeli sezonu zasadniczego.

Przy okazji wiele pięknych słów o jednoczeniu półkul, nowych wyzwaniach. Ale choć hasło United by Name, United by Nature pięknie brzmi, trudno mi dopatrzeć się czegoś naturalnego w lidze zrzeszającej drużyny z dwóch końców świata – mam wrażenie, że nie było tu grosza refleksji nad tym, że globalny format był jednym z gwoździ do trumny Super Rugby. Choć liczbę wyjazdów starano się ograniczyć: każda drużyna z Europy rozegra w sezonie zasadniczym dwa spotkania w Południowej Afryce (podczas jednego wyjazdu), każda z ekip południowoafrykańskich – sześć meczów w Europie (zapewne w dwóch seriach po trzy spotkania). Ale czy to się uda? Przykład Rainbow Cup i rosnące liczby zachorowań w różnych krajach świata każą być ostrożnym – oby to nie był kolejny niewypał włodarzy Pro14.

Porcję informacji o kolejnym sezonie Heineken Champions Cup podało też EPCR. Szczegółów niewiele, ale już wiadomo, że drugi sezon z rzędu będą w rozgrywkach 24 drużyny (po 8 z każdej ligi), w fazie zasadniczej każda zagra tylko po cztery spotkania (być może zatem format podobny do planowanego w tym sezonie), potem 1/8 finału w formie dwumeczów, a następnie – już tylko po jednym meczu, bez rewanżów – ćwierćfinały, półfinały i finał. Start 10 grudnia, po dwa weekendy w grudniu i styczniu na fazę zasadniczą, dwa weekendy w kwietniu na 1/8 finału, w maju kolejne dwa weekendy na ćwierćfinały i półfinały, 28 maja finał. Nie ma meczów zaplanowanych na październik, dzięki czemu nie ma kolizji z The Rugby Championship. O Challenge Cup wiadomo znacznie mniej – start również 10 grudnia, finał 27 maja.

Wielkimi krokami zbliżają się lipcowe testy. Andy Farrell powołał reprezentację Irlandii. Brakuje oczywiście Lwów, a także Jonathana Sextona (trener stwierdził, że chce budować doświadczenie pozostałych) i Johna Cooney’a (już tradycyjnie). Wrócił m.in. Joey Carbery czy Caelan Doris. W 37-osobowym składzie jest 11 debiutantów, wśród nich m.in. Caolin Blade czy tak świetny w poprzedni weekend Gavin Coombes. Dominują liczebnie gracze Leinsteru (aż trzynastu, w tym kapitan James Ryan). Z kolei władze ligi francuskiej wyraziły zgodę, aby Fabien Galthié zabrał do Australii 42 zawodników, a nie tylko 35, jak pierwotnie planowano (będą potem odpoczywać w pierwszej kolejce ligi). Ten powołał kadrę, w której znalazło się aż 22 potencjalnych debiutantów. Poza kadrą znalazło się aż kilkunastu zawodników z klubów, które wystąpią w finale Top 14. Dwóch graczy pochodzi za to z drużyny mistrzów Pro D2, USA Perpignan (wśród nich jeden, który nigdy nie grał na poziomie Top 14). Poznaliśmy też reprezentację Fidżi na mecze przeciwko Nowej Zelandii. Spośród 33 zawodników aż 24 na co dzień gra w Europie, pięciu w Australii i Nowej Zelandii i tylko czterech w kraju. Zgodnie z oczekiwaniami, niestety brakuje gwiazd reprezentacji, których drużyny zakwalifikowały się do play-off Premiership i Top 14 (nie zdążyliby wypełnić wymogów dotyczących kwarantanny po przylocie do Nowej Zelandii) – kapitana kadry Semiego Radradry (zastąpi go w tej roli Levani Botia) i Josuy Tuisovy. Choć może po odpadnięciu w sobotę Bristol Bears coś się zmieni? Nie ma też kilku siódemkowiczów, dla których obecnie najważniejszym celem są igrzyska w Tokio. Znamy też skład ich przeciwników – Ian Foster powołał 36 graczy do kadry All Blacks. Kapitanem wobec kontuzji Sama Cane’a będzie Sam Whitelock, a w reprezentacji jest tylko czterech graczy bez międzynarodowego doświadczenia. Z kolei Eddie Jones powołał do kadry Anglii dodatkowych zawodników z drużyn, które odpadły w półfinałach Premiership (m.in. Manu Tuilagiego).

W Azji pierwszy mecz międzypaństwowy piętnastek od 2019 (choć zdaje się nieoficjalny): towarzysko zagrały ze sobą Syria i Liban. Górą Libańczycy 65:8. Przy tej okazji zagrały też kobiety z obu krajów w rugby 7.

W Monako rozegrano turniej kwalifikacyjny do igrzysk, którego stawką były ostatnie trzy wolne miejsca w rywalizacji o medale olimpijskie w rugby 7. W stawce wśród mężczyzn stanęło dziewięć zespołów (już wcześniej dwie ekipy wycofały się z turnieju, a w ostatniej chwili wyeliminowana została reprezentacja Ugandy z powodu odkrytych zakażeń w składzie – na szczęście żeńska była „czysta”), a u kobiet jedenaście ekip (tu zabrakło Jamajki z powodu problemów z dotarciem na miejsce). Mieliśmy na boiskach jednego ekstraligowicza – w składzie Tonga pozostał Roy Lolesio z Łodzi, ale niespecjalnie pomógł swojej reprezentacji, która choć zaczęła od zwycięstwa, potem poniosła trzy porażki (w tym szczególnie bolesną, 5:47 z Samoa) i nie awansowała do play-off. A w turnieju triumfowały drużyny europejskie. Wśród kobiet były dwa wolne miejsca i obsadziły je Rosja (pokonała w decydującym meczu Argentynę 38:0) oraz Francja (kompletnie zdominowała Hongkong i wygrała 51:0). Wśród mężczyzn wolne było tylko jedno miejsce i w decydującym o awansie meczu zmierzyły się Irlandia i Francja (w półfinałach odprawiły odpowiednio Hongkong i Samoa). Nieoczekiwanie górą byli Irlandczycy, którzy wygrali po świetnej drugiej połowie 28:19.

Z kolei w Zagrzebie rozegrano turnieje Rugby Europe Sevens na poziomie Trophy (czyli drugim). W obu turniejach, kobiecym i męskim, skład finału był identyczny: mierzyły się w nich Czechy z Ukrainą. Wśród mężczyzn wygrali Czesi, natomiast wśród kobiet Ukrainki.

Ruszyły dwa turnieje piętnastkowe w kategorii U20. W Pucharze Sześciu Narodów świetny mecz Anglii z Francją – Anglicy do przerwy przegrywali 3:19, a mimo to wygrali 38:22. Poza tym Szkoci polegli z Irlandczykami aż 7:38 (drugą połowę grali w czternastkę i wówczas Irlandczycy zdominowali spotkanie), a Włochy z Walią 8:25. W rozgrywanym w Południowej Afryce turnieju towarzyskim Argentyńczycy wręcz roznieśli Gruzinów 82:10 (ale ci ostatni przyjechali składem w praktyce U19 – zagrali niezłą pierwszą połowę, ale w drugiej już nie istnieli na boisku), a Południowa Afryka wygrała z Urugwajem 29:10.

W ekstraligowym meczu Juvenii z Lechią miało miejsce nieszczęśliwe zdarzenie – uderzenie w głowę dostał gracz Juvenii Krzysztof Gola. Mimo interwencji lekarzy pozostał na boisku, jednak kilka minut później musiał z niego zejść. To kolejny obrazek z naszej ligi pokazujący, że nie bardzo sobie radzimy z problemem wstrząśnień mózgu. Tymczasem jednym z rugbowych tematów ostatniego weekendu w Nowej Zelandii są problemy Bena Afeakiego, byłego gracza All Blacks, który do końca życia będzie cierpiał skutku właśnie wstrząśnień odniesionych podczas gry. Po sześciu latach od powieszenia butów na kołku cierpi na bezsenność, bóle głowy, ma problemy z głośnymi dźwiękami i jasnym światłem…

Z rynku transferowego: Ma’a Nonu ponownie pojawi się w Ameryce Północnej – kończy kontrakt w Tulonie i wraca do San Diego Legion (gdzie spędził niedokończony z powodu pandemii sezon 2020). Ma tam być grającym trenerem.

Zapowiedzi

Czołowe drużyny Ekstraligi odpoczywają w najbliższy weekend przed meczami o medale, ostatnia ekipa z tego poziomu oraz mistrz I ligi szykują się do barażu, a tymczasem reprezentacje siódemkowe ruszają do Moskwy. W kadrze męskiej brakuje jednak zawodników z Sopotu, Łodzi i Warszawy (pozostał jednak spory zaciąg z Sochaczewa). Przed nami drugie, decydujące turnieje Rugby Europe Sevens na poziomie Championship. I u pań, i u panów liczymy na coś więcej niż było w Lizbonie. Na krajowym podwórku gra tylko druga liga – ostatnia kolejka, ale tam w praktyce już wszystko jest rozstrzygnięte.

Na arenie międzynarodowej najwięcej uwagi przyciągnie pierwszy mecz tegorocznych British & Irish Lions – w Edynburgu przeciwko Japonii. Poza tym dwa ważne spotkania o punkty: debiut Holendrów w Rugby Europe Championship (zagrają na wyjeździe przeciwko Gruzinom i trudno wróżyć im sukces) oraz start kwalifikacji do Pucharu Świata 2023 w Ameryce – mecz Brazylii z Paragwajem (przegrany odpada). Zagra też Samoa z Maori All Blacks oraz Anglia A ze Szkocją A.

W czołowych ligach przede wszystkim finały angielskiej Premiership i francuskiej Top 14. Poza tym gra Major League Rugby.

Grają też reprezentacje młodzieżowe (Puchar Sześciu Narodów oraz towarzyski turniej w Południowej Afryce).

2 komentarze do “Harlequins piszą historię”

Dodaj komentarz