The Rugby Championship wystartowało

Ruszyło The Rugby Championship i niespodzianek nie było – wygląda na to, że o triumf w imprezie powalczą dwie rugbowe potęgi, Południowa Afryka i Nowa Zelandia. W Australii oprócz porażki Wallabies także covidowe kłopoty z lokalnymi rozgrywkami. A w kraju szykujemy się do powrotu Ekstraligi. To już za tydzień.

The Rugby Championship

Rozpoczęły się doroczne mistrzostwa południowej półkuli – The Rugby Championship. W Auckland zmierzyły się Nowa Zelandia i Australia (pierwszy ich mecz w ramach TRC, ale drugi w tegorocznej serii zmagań tych drużyn o Bledisloe Cup). W składach obu ekip bez debiutantów i wielkich rewolucji. Najwięcej uwagi przyciągnął chyba powrót do ekipy Wallabies po przymusowym odpoczynku przed tygodniem skrzydłowego Mariki Koroibetego. Dave Rennie dał też kolejną szansę (mimo problemów przed tygodniem) Noahowi Lolesio.

I właśnie Lolesio wystąpił w jednej z głównych ról na początku spotkania: Australijczycy konstruowali akcję na połowie rywali, Lolesio podał na skrzydło, ale po drodze pojawił się Rieko Ioane, który przechwycił piłkę, przebiegł z nią większość boiska i było 7:0 do gospodarzy. Poza tym pechowym momentem Australijczycy na początku meczu przeważali, cóż jednak z tego, skoro prowadzenia już nie odzyskali. A im dłużej spotkanie trwało, tym pewniejsi na boisku byli All Blacks. Jeszcze przyłożenie młodego łącznika młyna Tate’a McDermotta na koniec pierwszej połowy mogło dać Wallabies nadzieję (przegrywali tylko 15:21), a potem żółta kartka dla Ardiego Savei na początku drugiej części spotkania. Ale tej przewagi Wallabies nie wykorzystali, Nowozelandczycy zdobyli cztery przyłożenia bez odpowiedzi rywali (jedno z nich ponownie po przechwyconym podaniu Noaha Lolesio), a trzy punkty dorzucił Damian McKenzie po fantastycznym kopie z karnego z prawie 60 m (w pierwszej połowie świetna asysta przy przyłożeniu Brodiego Retallicka). Drugie w tym meczu przyłożenie Andrew Kellaweya dla Australii pod koniec meczu nic już nie mogło zmienić. Tym bardziej, że All Blacks grali do końca i kilka minut po upływie regulaminowego czasu gry dobili gości swoim ósmym przyłożeniem. Skończyło się pogromem 57:22.

Nowozelandczycy zapewnili sobie, że po raz 19 z rzędu Bledisloe Cup pozostanie w ich kraju (Australia ostatni raz obroniła ten puchar w 2002). Na dodatek All Blacks dokonali tego w wyjątkowym stylu: 57 punktów to rekordowa zdobycz meczowa w historii tego trofeum. A tak wysoka klęska po raz kolejny rozbudziła w Australii dyskusję nad zniesieniem ograniczeń w powoływaniu do reprezentacji zawodników z zagranicy, lub chociaż dalsze złagodzenie obowiązującego od 2015 prawa Giteau (obecnie pozwala na powoływanie z zagranicy zawodników, którzy grali dla Wallabies minimum 60 razy plus dwóch dodatkowych). Ponoć jest to całkiem poważnie rozważane, a warto zwrócić uwagę, że na czele australijskiego rugby stoi Andy Marinos, który kierował federacją południowoafrykańską, gdy ta zniosła podobne ograniczenia.

Swoją drogą, w Auckland było sporo pustych miejsc na trybunach, ale Ian Foster tłumaczył, że to nie kwestia spadku popularności All Blacks, ale problem związany z faktem, że w tym samym miejscu zagrali drugi mecz w ciągu tygodnia.

Prosto z marszu po serii meczów z British & Irish Lions ruszyli do rywalizacji w The Rugby Championship Springboks (po przerwie – w zeszłym roku nie wzięli udziału w imprezie). W Port Elizabeth podjęli ekipę Argentyny w składzie mocno przemeblowanym w stosunku do ekipy, która rywalizowała z Lwami – Jacques Nienaber dokonał w wyjściowej piętnastce aż dwunastu zmian w porównaniu z zeszłotygodniowym spotkaniem przeciwko wyspiarzom. Szansę debiutu w zielonej koszulce dostali Joseph Dweba i Jaden Hendrikse, ośmiu kolejnych zawodników miało nie więcej niż 10 występów w reprezentacji na koncie. Także w składzie Argentyny pojawił się debiutant (Carlos Muzzio), jednak tu było mniej zmian w porównaniu do ostatnich starć tej reprezentacji.

Rewolucja w ekipie Springboks mogła dawać nadzieję Argentynie na wyrównany mecz i czwarte zwycięstwo w historii. Nic z tego. Choć goście mieli piłkę w rękach przez większość spotkania, gospodarze byli znacznie bardziej skuteczni. Mimo zmian w składzie stosowali taktykę podobną do tej użytej w meczach z Lwami, sporo było zdobywania terenu kopami. Już w pierwszej połowie gospodarze zdobyli 21 punktów, w tym 10 z przyłożeń (pierwsze zdobył Cobus Reinach po przechwycie na własnej połowie), a goście odpowiedzieli jedynie trzema karnymi Nicolása Sáncheza. Druga połowa wyglądała podobnie (choć przyłożenie padło już tylko jedno, na sam koniec meczu – jego autorem był debiutant Hendrikse – a Sánchez tylko raz dostał szansę na kop z karnego, na samym początku tej części spotkania) i Południowa Afryka wygrała 32:12. Zdobyła trzy przyłożenia wobec żadnego Argentyny i to dodatkowo dało jej punkt bonusowy w klasyfikacji TRC.

A swoją drogą, World Rugby wyraziło zgodę na stosowanie w TRC jako testowego przepisu o 20-minutowej czerwonej kartce. Na szczęście w tej pierwszej kolejce nie musieliśmy jej oglądać (zresztą, warto zwrócić uwagę na bardzo oszczędne konsultowanie się sędziów z TMO – bodaj tylko raz w tych dwóch meczach). Ale co do wyjątku od przepisów trochę nie rozumiem WR – po testowaniu tej zmiany w kilku rozgrywkach nie zgodziło się na przyjęcie jej do globalnych testów motywując to bezpieczeństwem zawodników. Tymczasem znowu mamy wyjątek. Północ sobie, a południe sobie? Bezpieczeństwo na południu jest jakieś inne? Zresztą, nie pierwszy raz.

Drobne

W Ekstralidze przedsezonowe wieści znad zielonego stolika. Pracowała Komisja Odwoławcza, a najciekawsze rozstrzygnięcie (ciekawostka – bez uzasadnienia) dotyczy podtrzymania orzeczenia KGiD o ukaraniu siedmiu klubów (w tym trzech ekstraligowych) za niewypełnianie postanowień dotyczących drużyn dziecięcych i młodzieżowych. Zgodnie z nim zakaz transferów w tym sezonie objął Master Pharm Rugby Łódź, Skrę Warszawa i Spartę Jarocin, a zakaz wystawiania zawodników niepolskich w drużynie – Posnanię i trzy kluby z niższych poziomów. To chyba najbardziej uderza w łodzian, którzy mieli dotąd jedną z najskromniejszych kadr w lidze (pod względem ilościowym), a w tym okienku stracili dwóch kluczowych graczy – łączników Dawida Plichtę i Michała Kępę. Uderzyć też może Paula Waltersa, który odchodzi z Ogniwa i w plotkach łączony jest ze Skrą Warszawa, a w obecnej sytuacji ta nie może go zgłosić do rozgrywek. Jak ten sezon będzie wyglądał w tej sytuacji, chyba nie wie jeszcze nikt.

Kolejne ekipy ogłaszają transfery: Daniel Tomanek przechodzi z Edach Budowlanych Lublin do Juvenii Kraków, lublinianie tracą też dwóch młodych zawodników, którzy będą grać w Ogniwie Sopot. W Siedlcach pojawi się wiązacz młyna Colin Nyaoda, który wiosną grał w Lechii. Ta ostatnia z kolei wzmacnia się dwoma zawodnikami z Południowej Afryki – wiązaczem i łącznikiem ataku. Są też kolejne zmiany na trenerskich ławkach: Andrzeja Kozaka w Siedlcach zastąpi pochodzący z Gruzji Giorgi Chubinidze (były mistrz tego kraju, zdaje się występujący przez chwilę przed kilkunastu laty w Juvenii), z kolei w Krakowie Konrad Jarosz zostanie zastąpiony przez trenera młodzieży Łukasza Kościelniaka (z jednej strony – jeszcze niedawno trenował większość składu w juniorach, z drugiej – jak pogodzi pierwszą drużynę z pracą z młodzieżą, gdzie jest bezcenny?). Konrad Jarosz pozostanie trenerem ataku.

Ogłoszono też regulaminy rozgrywek na niższych poziomach. W I lidze zmieniono format fazy play-off (zamiast rozgrywek w trzyzespołowych grupach mamy półfinały i finał oraz rywalizację o utrzymanie), w II lidze fazę play-off wprowadzono. Większość tych play-offów w nieoczekiwanej postaci dwumeczów (wyjątkiem są finał I ligi i mecz barażowy o utrzymanie/awans do I ligi).

Rugby Europe potwierdziło udział polskich drużyn w klubowych europejskich rozgrywkach siódemek zaplanowanych na pierwszy weekend września w Petersburgu. Wśród kobiet, na które liczymy szczególnie, znalazły się Biało-Zielone Ladies Gdańsk i Black Roses Posnania Poznań. W stawce ponadto trzy drużyny rosyjskie oraz po jednej z Turcji, Łotwy, Węgier, Szwajcarii i Hiszpanii. Wśród mężczyzn znamy 11 z zaplanowanych 12 uczestników, a jest wśród nich Posnania. Poza tym dwie drużyny z Rosji i po jednej z Litwy, Łotwy, Czech, Włoch, Szwajcarii, Hiszpanii, Francji i Gruzji.

W Currie Cup w ubiegłym tygodniu aż dwie kolejki spotkań. W środę odbyły się tylko dwa z zaplanowanych meczów, ale tam, gdzie gra się toczyła, kontynuowany był też festiwal przyłożeń i punktów. W meczu ekip z czołówki tabeli Bulls pokonali Griquas 56:33. Padło aż 11 przyłożeń. Aż 12 zobaczyliśmy w meczu pomiędzy Cheetahs i Lions – tu padł remis 44:44 (zwraca uwagę 19 punktów dla Cheetahs Ruana Pienaara). Odwołano spotkanie Pumas z Sharks – w ekipie gości pojawił się covid i nie byli w stanie wystawić składu do gry. W weekendowej kolejce Sharks już wrócili do gry i pokonali Cheetahs 38:31 (pomogła im czerwona kartka dla graczy z Bloemfontein na początku pierwszej połowy, ale sami kończyli mecz w trzynastkę po dwóch żółtych kartkach w ostatnich minutach). Poza tym Lions ulegli Bulls 21:48 (fantastyczna druga połowa gości), a Western Province nieoczekiwanie zremisowali z Pumas 40:40 (kapsztadczycy byli niemal przez cały mecz na prowadzeniu, ale w ostatnich pięciu minutach stracili dwa przyłożenia z podwyższeniami). W tabeli na czele Bulls przed Sharks, Griquas spadli na trzecie miejsce. Cheetahs nadal zajmują ostatnią lokatę.

W nowozelandzkich rozgrywkach NPC w ten weekend jedno spotkanie przyćmiło wszystkie inne: rewanż za ubiegłoroczny finał pomiędzy Tasman i Auckland. Górą byli obrońcy tytułu, Tasman, którzy wygrali mecz 16:11 mimo trzech spudłowanych karnych. Auckland do końca walczyło o zwycięstwo, ale bez skutku. W drugim bezpośrednim starciu drużyn z grupy Championship Waikato pokonało Wellington 43:37 po fatalnej pierwszej połowie (z 5:0 zrobiło się 8:34) i fantastycznej drugiej, gdy zdobyli pięć przyłożeń i na pięć minut przed końcem wyszli na prowadzenie. Trzy pozostałe drużyny z grupy mistrzowskiej odniosły solidarne zwycięstwa nad niżej notowanymi rywalami, a najtrudniej przyszło je zdobyć Canterbury, które pokonało Manawatu tylko 25:22.

W Australii kłopot ze stanowymi rozgrywkami klubowymi, gdzie obostrzenia pandemiczne paraliżują plany. W ten weekend miała się rozpocząć faza play-off w rozgrywkach w Queenslandzie (Queensland Premier Rugby/Hospital’s Challenge Cup). Nic z tego. Już w fazie zasadniczej zrezygnowano z rozgrywania dwóch ostatnich kolejek (zweryfikowano je jako remisy 0:0). Z fazy play-off obcięto już pierwszą fazę (tę, która miała się odbyć w ten weekend) i zredukowano ją do dwóch rund – półfinałów i finału. Czy uda się je rozegrać – nie wiadomo, półfinały już przesunięto na ostatni weekend sierpnia. Podobne problemy w innych rejonach: w ten weekend miały się kończyć fazy zasadnicze w Wiktorii i ACT (terytorium Canberry), ale w obu musiano odwołać mecze (w Wiktorii także przed tygodniem). Za tydzień miał się skończyć sezon zasadniczy w najbardziej znanych z tych rozgrywek, Shute Shield w Nowej Południowej Walii, ale tu jest jeszcze gorzej – rozgrywki nie toczą się już od końca czerwca, a pojawiają się doniesienia, że w przyszłym tygodniu zostanie ogłoszone ich anulowanie (poprzedni raz nie wyłoniono zwycięzcy ponad 100 lat temu, podczas I wojny światowej). W chwili przerwania rozgrywek na czele tabeli była drużyna Sydney University, niepokonana w 9 rozegranych meczach.

Wróciło rugby u jednego z naszych sąsiadów – tydzień temu ruszył nowy sezon Baltic Top League. W ośmiozespołowej stawce (o dwie ekipy więcej niż rok temu) jest sześć drużyn litewskich i dwie łotewskie. Beniaminkami są dwie drużyny wileńskie. Stawka podzielona jest na dwie grupy, a po fazie zasadniczej zostaną rozegrane półfinały i finał. Nie obywa się jednak bez kłopotów: z czterech spotkań pierwszej tury odbyły się trzy – mecz obrońców tytułu, Baltrex z Szawlów, z beniaminkiem z Wilna, Geležinias vilkas, został odwołany z powodu przypadku zakażenia koronawirusem w stołecznej drużynie. Wicemistrzowie, Ąžuolas z Kowna, pokonali drugiego beniaminka – VRA – 34:12. W ten weekend, w drugiej rundzie, rozegrano już komplet spotkań, a Geležinias vilkas zainaugurowali swoje występy zwycięstwem nad RK z Szawli 22:12, z kolei Baltrex pokonał łotewską Livonię 53:22.

Wciąż toczy się sporo dyskusji wokół zakończonej wyprawy British & Irish Lions. Wybierani są najlepsi zawodnicy (wśród turystów najwyżej oceniany jest zwykle Maro Itoje, wysoko także jego koledzy z młyna – Courtney Lawes, Alun Wyn Jones czy Tadhg Furlong, a w ataku środkowy Robbie Henshaw; wielu komentatorów żałuje, że Finn Russell mógł zagrać dopiero w ostatnim meczu). Dyskutowana jest obsada funkcji trenera podczas następnej wyprawy (faworytem ma być znowu Warren Gatland – władze Lions chętnie widziałyby go na tym stanowisku, a on tego nie wyklucza, choć są tacy, którym ten pomysł się nie podoba – na potrzebę zmiany wskazuje m.in. Rory Best). Finn Russell krytykuje styl narzucony przez Gatlanda („Powinniśmy grać więcej rugby”). W podsumowaniach zwraca się uwagę na fatalny styl meczów (choć zawzięcie sprzeciwiają się takim ocenom Springboks, jednak charakterystyczny jest nagłówek z australijskiego The Roar: Springboks win series but rugby loses), a do historii mają przejść covid, puste trybuny i video Erasmusa, którego zachowanie wciąż nie doczekało się oceny przez WR.

W towarzyskim meczu piętnastek kobiecych Południowa Afryka podejmowała Kenię i nie dała jej żadnych szans: wygrała 66:0 (niewiele zmieniła tu kiepska skuteczność z podwyższeń – na 12 przyłożeń przypadły tylko trzy celne kopy na bramkę; aż 26 punktów zdobyła była krykiecistka, grająca na pozycji łącznika ataku Zintle Mpupha). Dzisiaj rewanż. Kenijki przygotowują się do interkontynentalnego barażu, którego stawką jest awans do Pucharu Świata (za dwa tygodnie zagrają przeciwko Kolumbii).

Ogłoszono miejsce i terminy turnieju europejskiego kwalifikacyjnego do Pucharu Świata kobiet: reprezentacje Hiszpanii, Irlandii, Szkocji i Włoch mają się zmierzyć między 13 i 25 września w Parmie. Do obsadzenia pozostają w turnieju jeszcze trzy miejsca: dla zwycięzcy tego turnieju, dla zwycięzcy kwalifikacji azjatyckich i dla zwycięzcy międzykontynentalnego barażu (Kenia – Kolumbia). Same mistrzostwa – jesienią 2022 w Nowej Zelandii (przełożone z tego roku).

Czarne chmury nad United Rugby Championship: pojawia się coraz więcej wątpliwości, czy franczyzy południowoafrykańskie będą mogły uczestniczyć w rozgrywkach z powodu obostrzeń covidowych (m.in. obecnie przyjeżdżający z Afryki Południowej muszą przejść w Wielkiej Brytanii 10-dniową kwarantannę). Władze ligi chcą to obejść organizując program tak, aby drużyny te pierwsze mecze swoich europejskich eskapad rozgrywały w Irlandii i Włoszech, w ten sposób spędzając te 10 dni w krajach, które nie są na „czerwonej liście” w Wielkiej Brytanii. Jednak i to stoi pod znakiem zapytania, a przecież w ten sposób nie da się załatwić wszystkich meczów zaplanowanych na północy. Ponadto podobne kłopoty będą mieć drużyny z północnej półkuli, które będą chciały wracać z Południowej Afryki z meczów wyjazdowych (te jednak podobno nie są planowane w tym roku).

We Francji zakończyła się długa saga związana z ratowaniem bardzo zasłużonego klubu, Béziers – po fiasku próby przejęcia przez tajemniczego arabskiego inwestora, większościowy pakiet akcji za symboliczną kwotę trafił w ręce przez lokalnego samorządu, władz Hérault. Klub aktualnie występuje na poziomie Pro D2.

Także we Francji toczyły się rozgrywki siódemkowe: pierwszy z trzech zaplanowanych przed startem rozgrywek piętnastkowych turniejów z cyklu Supersevens, organizowanego przez LNR (a więc zarządcy profesjonalnych lig Top 14 i Pro D2). Dotąd udało się tylko raz rozegrać takie zawody, w 2020, a z powodu pandemii odbył się tylko jeden turniej – wówczas w finale Racing 92 wygrał z Pau. W pierwszym tegorocznym turnieju, w Aix-en-Provence, skład finału ten sam, ale kolejność odwrotna: Pau pokonało Racing 92 26:24. Na trzecim miejscu, podobnie jak rok temu, Tulon. W turnieju uczestniczyło 16 drużyn: 14 klubów Top 14 (łącznie z tegorocznymi beniaminkami), Barbarians i Monaco Rugby (przegrało z Pau w ćwierćfinale). Najlepsze drużyny w piętnastkach poradziły sobie tutaj nie najlepiej: i Tuluza, i La Rochelle odpadły już na pierwszym szczeblu pucharowej drabinki, w 1/8 finału – zmierzyły się potem ze sobą w walce o miejsca 9–16 i w tym starciu górą byli roszelczycy.

Opublikowano informacje na temat obsadzenia pierwszych, kanadyjskich turniejów World Rugby Sevens Series: pandemia ich nie oszczędza. Nie zobaczymy ani jednego z medalistów olimpijskich – do Kanady nie wybierają się Fidżi, Nowa Zelandia, Argentyna, a także Australia i Samoa. Zamiast trzech drużyn z Wysp będzie reprezentacja Wielkiej Brytanii (podobnie jak na igrzyskach – takich ruch zresztą planowano już wcześniej, ale wspólne starty miały się odbywać przed igrzyskami jako przygotowanie do najważniejszej imprezy sezonu). Są miejsca dla dwóch zaproszonych zespołów – jednym z nich zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami będą Niemcy.

Niedawno skończyłem czytać wydaną w ubiegłym roku książkę Rossa Reyburna Saving Rugby Union: The Price of Professionalism. Autor, w przeciwieństwie do Michaela Aylwina (autora niedawno recenzowanej w „szponach” książki Unholy Union: When Rugby Collided with the Modern World) przedstawia sporo propozycji rozwiązań, które rugby mają uratować przed upadkiem. Jednym z najmocniej argumentowanych jest propozycja powrotu do zakazu dokonywania zmian taktycznych – powrotu do możliwości zmiany zawodników tylko w przypadku kontuzji. Chodzi o dwie rzeczy – nie tylko o to, aby na boisku nie pojawiali się świeży zawodnicy, w starciu z którymi zmęczeni gracze obecni na boisku od początku spotkania są zdecydowanie bardziej narażeni na kontuzje, ale także, aby zmieniła się metoda treningu i profil zawodników. Obecnie w przypadku wielu graczy stawia się na siłę zamiast na wytrzymałość, co powoduje, że nie są w stanie grać 80 minut, natomiast starcia z ich udziałem są znacznie bardziej intensywne. Konieczność gry przez cały mecz zmieniłaby ten trend w treningu i uczyniła boisko bezpieczniejszym miejscem. A wspominam o tym, bo w ostatnim tygodniu apel o taką zmianę do World Rugby wystosowało kilku byłych wybitnych brytyjskich graczy z Ianem McGeechanem, Williem Johnem McBridem i Garethem Edwardsem na czele. W swym liście wskazują, że Bill Beaumont w styczniu 2020 sam mówił, że rugby stało się grą dla wielkich facetów i wspierał taką zmianę przepisów. Półtora roku później jednak żadnych zmian nie widać na horyzoncie. A autorzy przypominają słowa kolejnej wielkiego gwiazdy, Sama Warburtona, który zapowiedział, że któregoś dnia zawodowy rugbysta zginie przed telewizyjnymi kamerami.

Z rynku transferowego: Jedna z gwiazd nowozelandzkiego rugby, Damian McKenzie, w 2022 będzie grać w Japonii – podobno podpisał kontrakt z wicemistrzem kraju, Toky0 Sungoliath (w tym klubie w ostatnim sezonie występował jego kolega z reprezentacji Beauden Barrett). Także z Japonią łączą plotki Finna Russella – ma szansę na wielkie pieniądze w Green Rockets Tokatsu. Inne głośne nazwisko na rynku transferowym to Richard Cockerill, do niedawna trener Edynburga – ponoć zostanie jednym z asystentów Eddiego Jonesa w sztabie szkoleniowym reprezentacji Anglii. Poza tym tongijski rwacz Viliami Taulani będzie grać w Harlequins (niedawno zadebiutował w reprezentacji kraju, ostatnio grał dla Manukau i debiutował w Chiefs). Dotąd grający dla London Irish były reprezentant Samoa Motu Matu’u został zakontraktowany na 3 miesiące (na okres TRC) przez La Rochelle. A znakomity irlandzki zawodnik, prawie stukrotny reprezentant kraju, Rob Kearney, który ostatnio grał w Western Force, postanowił przed emeryturą, po szesnastu latach przerwy, wrócić do uprawiania futbolu gaelickiego. W najbliższym sezonie ma grać w klubie Cooley Kickhams.

Toutai Kefu, były reprezentant Australii (60 razy grał dla Wallabies), a od pięciu lat trener reprezentacji Tonga, został zaatakowany przez włamywaczy w swoim domu w Brisbane i poważnie poraniony. W ciężkim stanie trafił do szpitala, obrażenia odniosła też trójka członków jego rodziny.

Zapowiedzi

Za tydzień wraca Ekstraliga. Na pierwszy weekend zaplanowano następujące pary: Ogniwo – Posnania, Łódź – Arka, Orkan – Budowlani, Skra – Juvenia i Pogoń – Lechia. Najciekawiej zapowiadają się chyba mecze w Sochaczewie (obie drużyny wzmocniły się przed sezonem) i Siedlcach.

Ponadto przed nami pierwszy mecz drugiej kolejka The Rugby Championship: w Port Elizabeth Południowa Afryka ponownie podejmie Argentynę.

5 komentarzy do “The Rugby Championship wystartowało”

  1. Grzegorzu,
    „Currie Cup… cóż, zdaje się, że każdy, kto umiał grać w obronie, został powołany do kadry 😉” – to jest perła i najlepsze podsumowanie tematu tych rozgrywek.
    Dziękuję za lekturę i pozdrawiam serdecznie.

    Odpowiedz
  2. Decyzje KO mocno wpłyną na rywalizacje w tym sezonie, ale mnie się ta decyzja bardzo podoba. Trzeba radykalnych ruchów żeby wreszcie skoczyły się te walkowery i odjęte punkty. Teraz tylko niech KGiD zachowa konsekwencje i nie zmienia zdania. Możliwe że całkowicie zmieni się nasza ligowa tabela w nowym sezonie.

    Te puchary to namiastka tego co my kibice chcielibyśmy w piętnastkach. Czemu u kobiet nie gra Legia? Przecież w klasyfikacji była przed Poznaniem?

    Tegoroczny sezon Currie Cup jest niesamowity. Praktycznie każdy mecz to jakiś kosmos. Takie wyrównane mecze ogląda się cudownie.

    Czy w planach jest Ekstraligowy Skarb Kibica na nowy sezon:)? Bez tego oglądanie ligi jest jak bez ręki;)

    Odpowiedz
    • KGiD są jakieś zmiany, więc nie wiem, jak będzie z kontynuacją. Petersburski turniej siódemek trudno nazwać pucharem, do jakiego jesteśmy przyzwyczajeni w piłce nożnej. Cieszyć się trzeba, że jest coś raczej niż nic 🙂 Currie Cup… cóż, zdaje się, że każdy, kto umiał grać w obronie, został powołany do kadry 😉 A co do Przewodnika – wszystko zależy od tego czy i kiedy zostanie nakarmiony nazwiskami na nowy sezon system elektroniczny PZR. Statystyki z poprzedniego sezonu są gotowe…

      Odpowiedz

Dodaj komentarz