Nadchodzi epoka Smitha i Ntamacka

Miniony tydzień w świecie rugby miał sporo bohaterów, zarówno pozytywnych jak i negatywnych. Wśród tych pierwszych 22-letnich Marcusa Smitha i Romaina Ntamacka, którzy mogą być twarzami rugby przez następną dekadę. Nas uszczęśliwiło zwycięstwo nad Szwajcarią, a na świecie mieliśmy trzy szalenie emocjonujące widowiska na zakończenie jesiennych testów. Szczególnie docenić trzeba fantastyczną postawę Francuzów, którzy imponująco zagrali z All Blacks.

Reprezentacja Polski / Rugby Europe International Championships

Po dwóch zwycięstwach na początek rozgrywek Rugby Europe Trophy zrobiło się o naszej reprezentacji głośno. Na głównej stronie World Rugby zagościł Chris Hitt (https://www.world.rugby/news/671070/christian-hitt-poland-interview), a na głównej stronie Rugby Europe – Wojciech Piotrowicz (https://www.rugbyeurope.eu/news/polish-rugby-has-motivation-and-ambition-to-improve-says-key-man-piotrowicz/). Wygrane na pewno budowały morale drużyny, które już przed meczem z Niemcami było na wysokim poziomie (o czym świadczy świetnie zrobiony film „Polska Szarża #4”). W składzie przed meczem ze Szwajcarią zaszły niewielkie zmiany: do kadry po trzech latach wrócił Kamil Bobryk, z kolei po meczu przerwy spowodowanym kontuzją – Michał Gdula. Do podstawowej piętnastki wskoczył też grający na co dzień w Szwajcarii Patryk Reksulak. Jednak Szwajcarzy też po porażce z Litwą się dozbroili – na boisko wrócił znakomity skrzydłowy Lucas Heinrich, łącznik ataku Jules Porcher czy kolega Bobryka z Vienne, Vincent Vial. Tym doświadczeniem zapewne chcieli zrównoważyć świeżość aż pięciu zawodników w wyjściowej piętnastce, którzy debiut w narodowej kadrze zaliczyli przed miesiącem.

Mecz zaczęliśmy z niesamowitym impetem i zaangażowaniem, a jego efektem było prowadzenie po 8 minutach 8:0 – karny Piotrowicza, a potem przyłożenie Rossa Cooke’a po efektownym przeboju Piotra Zeszutka (choć trudno było nie dostrzec przodu w tej asyście). Tego impetu i zaangażowania zdawało się być nawet nieco zbyt wiele – niekiedy chcieliśmy grać zbyt szybko i traciliśmy z tego powodu piłkę. Nie pozwalaliśmy jednak na nic Szwajcarom, aż do 20 minuty – przy naszym prowadzeniu 11:0 pierwszy raz poważnie zagrozili naszemu polu punktowemu i od razu wykorzystali dziurę w obronie. Swoją przewagę jednak zaczęliśmy odbudowywać: trzeciego karnego dorzucił Piotrowicz. Chwilę potem fantastycznym przebojem przez pół boiska lewym skrzydłem błysnął Michał Haznar, ale zaszarżowany wypuścił piłkę z rąk już nad upragnionym celem. Zrehabilitował się kilkadziesiąt sekund później, gdy w podobnej sytuacji, choć tym razem po prawej stronie boiska, zdobył przyłożenie i prowadziliśmy 21:7. Na przerwę schodziliśmy jednak z tylko siedmiopunktową przewagą: drugi atak Szwajcarów, podczas którego znaleźli się pod naszym polem punktowym, skończył się znalezieniem drugiej dziury w obronie i drugim przyłożeniem (zapisał je na swoje konto wspomniany wyżej filar, Vial, który po drodze do linii bramkowej zrzucił z siebie trzech Polaków).

Druga połowa zaczęła się znacznie spokojniej od pierwszej i długo nikt nie był w stanie zdobyć punktów. Szwajcarzy nieco zmienili taktykę: zaczęli kopać na bramkę karne w zasięgu słupów, czego w pierwszej połowie nie czynili (w przeciwieństwie do naszej drużyny). Przez kolejne 20 minut jedyne punkty padały z karnych, którymi wymieniali się Jules Porcher i Wojciech Piotrowicz (ten wykonał jednego z nich z połowy boiska). Kopacze nieubłaganie trafiali między słupki (Piotrowicz znów w tym meczu zanotował świetną skuteczność z podstawki: 8/9, łącznie 22 punkty, spudłował jedynie trudne podwyższenie w pierwszej połowie) i na kilka minut przed końcem prowadziliśmy 30:20. Wtedy polska drużyna przypieczętowała zwycięstwo trzecim przyłożeniem: zdominowaliśmy rywali w młynie na 5 m, oderwał się z niego Piotr Zeszutek (chyba najlepszy gracz tego spotkania) i przedarł się na pole punktowe rywali. Ci co prawda odpowiedzieli jeszcze przyłożeniem w ostatniej akcji (wykorzystując nasze osłabienie po żółtej kartce Krystiana Olejka), ale to już niewiele zmieniło – wygraliśmy 37:25.

Wynik meczu ogromnie cieszy. To nasze najwyższe zwycięstwo nad Szwajcarią w historii i trudno go nie docenić, nawet pomimo faktu, że nasi rywale byli znacznie bardziej „zardzewiali” po pandemii. Jednak znowu grze odrobinę do ideału brakowało. Dopóki broniliśmy w okolicy połowy boiska, robiliśmy to skutecznie – gdy jednak Szwajcarzy podeszli pod nasze pole punktowe, sprawa była stracona. Przegraliśmy kilka własnych autów, sędzia kilkakrotnie dyktował przeciwko nam rzuty wolne po błędach technicznych przy stałych fragmentach gry wykonywanych przez nas (autach i młynach). Zbyt łatwo też traciliśmy piłki w ruckach. Z drugiej strony jednak sami wygrywaliśmy auty przeciwników, sami przejmowaliśmy piłkę w przegrupowaniach, a podobać się mogła nasza gra nogą, płynne przechodzenie do gry w formacji ataku i wreszcie rozwijane skrzydła. Byliśmy w tym meczu lepsi i zwycięstwo odnieśliśmy zasłużenie.

Na zimę pozostaniemy liderami tabeli i już teraz możemy powiedzieć, że ten sezon jest lepszy od kilku poprzednich, gdy nie mogliśmy przebić się wyżej niż na czwarte miejsce. Ale liczymy na więcej. Pozostały nam mecze z Litwą i Belgią i choć nie można nas traktować jako faworyta w tym ostatnim (zwłaszcza, że będziemy świeżo po zimowej hibernacji, a Belgowie po całej serii reprezentacyjnych spotkań), po takiej jesieni apetyty mamy naprawdę zaostrzone.

A swoją drogą, znów podskakujemy o jedno oczko w rankingu, na 28. miejsce, wykorzystując potknięcie Brazylii w Stellenbosch, i usadawiamy się tuż za plecami Belgii.

Poz.DrużynaM.Pkt.
1. Polska312
2. Niemcy26
3. Ukraina25
4. Litwa35
5.Szwajcaria20
Belgia00

Mecze towarzyskie

Za nami ostatni weekend międzynarodowych test-meczów jesiennych. Dwa z nich przyciągały szczególną uwagę kibiców rugby na całym świecie: rewanż za finał Pucharu Świata sprzed dwóch lat (Anglia – Południowa Afryka) i przedmecz przed najciekawszym spotkaniem fazy grupowej kolejnego Pucharu Świata (Francja – Nowa Zelandia). A trzecie, także pomiędzy rugbowymi potęgami (Walia – Australia) dostarczyło także mnóstwo emocji, choć niekoniecznie wyłącznie pozytywnych.

Pierwsze z wymienionych spotkań pełne było podtekstów. Anglicy chcieli zrewanżować się za porażkę w Tokio, a w pamięci na pewno mieli przegraną serię British & Irish Lions z lata tego roku. Z kolei goście przybywali na Twickenham przepełnieni poczuciem niesprawiedliwości ze strony całego świata – do krytykowania ich stylu pewnie się już przyzwyczaili, ale surowa kara dla Rassiego Erasmusa ogłoszona kilka dni wcześniej nie została w jego ojczyźnie dobrze przyjęta (o tym niżej). I to napięcie kilkakrotnie z drużyn na boisku wychodziło. Anglia zagrała bez swego etatowego kapitana Owena Farrella (jego kontuzja może okazać się na tyle poważna, że grozi mu pauzowanie także podczas Pucharu Sześciu Narodów) oraz Jamiego George’a. Gospodarze jako pierwsi zaliczyli przyłożenie, już w siódmej minucie, ale Manu Tuilagi przy okazji odniósł kontuzję i musiał zejść z boiska. W pierwszej połowie Anglicy dorzucili jeszcze jedno przyłożenie z podwyższeniem oraz karnego, podczas gdy goście odpowiadali wyłącznie karnymi Handré Pollarda i do przerwy gospodarze prowadzili 17:12. Po przerwie dwa kolejne karne dały gościom jednopunktową przewagę (a weteran Frans Steyn minimalnie spudłował drop goala z 40 m), ale już po chwili trzecie przyłożenie Anglików znów ich wyprowadziło na czoło. W końcówce Anglicy zostali na boisku w czternastkę (żółta kartka Willa Stuarta) i rywale to wykorzystali zdobywając przyłożenie po rozrzuceniu akcji na skrzydło do Makazole Mapimpiego, a chwilę później wychodząc na prowadzenie po karnym Steyna. Jednak przed końcem meczu Stuart na boisko wrócił, natomiast z żółtą kartką zszedł kapitan mistrzów świata, Siya Kolisi, za paskudny atak w powietrzu (swoją drogą, nie wydawał się pogodzony z decyzją sędziego, tymczasem zaatakowany przezeń przeciwnik spadł z dużej wysokości praktycznie na twarz). Anglicy zaatakowali, wywalczyli karnego na połowie rywali, a Marcus Smith zamienił go na trzy punkty – ostatecznie Anglia wygrała minimalnie 27:26. Warto zwrócić uwagę na świetną znowu postawę młoego obrońcy angielskiego, Freddiego Stewarta, ponownie znakomity był Smith (to chyba początek jego epoki w reprezentacji), imponowali wstawiony w miejsce Farrella Henry Slade i Max Malins, który zastąpił Tuilagiego. I warto też zwrócić uwagę na statystykę karnych: Anglicy wygrali, mimo że podarowali rywalom ponad dwukrotnie więcej karnych, niż sami uzyskali.

W drugim hicie weekendu, Francja – Nowa Zelandia, mniej może było zgrzytania kości, ale za to chyba więcej fantastycznego, szybkiego rugby – słowem świetne widowisko. Nie dziwota: młoda Francja imponuje stylem gry już od paru lat, a Nowozelandczycy słyną z niego od przysłowiowego „zawsze”. W ekipie All Blacks jako łącznik młyna zagrał awaryjnie ściągnięty z Nowej Zelandii (pierwotnie niedołączony do składu z powodu narodzin dziecka) Aaron Smith. Nie było Beaudena Barretta: podstawową dziesiątką był Ritchie Mo’unga, a zmiennikiem Damian McKenzie. W ekipie Francji nie było w podstawowym składzie Matthieu Jaliberta, a na pozycję łącznika ataku przeszedł Romain Ntamack. Pierwsza połowa meczu to popis Francuzów. Grali z niesamowitym zaangażowaniem, a jego efektem była absolutna dominacja na boisku i prowadzenie do przerwy 24:6 (w przyłożeniach 3:0, a najbardziej mogło się podobać to w wykonaniu największej gwiazdy tego spotkania, Ntamacka). Po przerwie jednak to goście doszli do głosu. W ciągu pierwszych 20 minut odpowiedzieli trzema przyłożeniami i z przewagi Francuzów zostały tylko skromne dwa punkciki: było 27:25. Chwilę później miała jednak miejsce sytuacja, która z powrotem zmieniła obraz meczu: All Blacks kolejny raz przycisnęli Francuzów, ale Ntamack zdołał nie tylko zebrać piłkę pod ogromną presją na własnym polu punktowym, ale wspólnie z Melvynem Jaminetem i Antoine’m Dupontem wprowadził ją w ciągu paru sekund niemal w pole 22 m rywali (to akcja, którą trzeba obejrzeć: https://twitter.com/i/status/1462172486649405443). Punktów z niej nie było, ale Francuzi odzyskali wigor i zaangażowanie z pierwszej połowy, a moment później żółtą kartkę zobaczył Akira Ioane. Nie minęły więcej niż trzy minuty i Francuzi znów budowali przewagę: karny Jamineta, przyłożenie Penauda (po przechwyceniu podania rywali) z podwyższeniem Jamineta i było 37:25. Na sam koniec meczu dorzucili jeszcze kolejnego karnego i odnieśli imponujące zwycięstwo 40:25. Paryż świętował (All Blacks nie zostali tu pokonani od niemal półwiecza), a jeśli Dupont po tym występie nie zostanie wybrany najlepszym zawodnikiem na świecie, trudno to będzie zrozumieć (cóż, Ntamacka nie ma na liście nominowanych). A z kolei w Nowej Zelandii odżyła debata na temat tego, czy przedłużenie kontraktu trenera Iana Fostera do Pucharu Świata w 2023 na pewno było właściwą decyzją – w końcu dwie porażki z rzędu to nie jest coś, co zdarza im się często.

Nie mniej emocji było w trzecim spotkaniu dwóch potęg (aczkolwiek potęg z kłopotami): Walii i Australii. Goście wystąpili bez swego kapitana Michaela Hoopera, kontuzjowanego przed tygodniem. Gospodarze z całą listą kontuzjowanych, do których po ostatnim meczu doszło kolejnych dwóch graczy, ale powrócił za to do gry Josh Adams. A sam mecz pozostanie w pamięci nie tylko z powodu wyniku, dramatycznego przebiegu, ale przede wszystkim kilku sytuacji, które miały miejsce w jego trakcie. Australijczycy przeważali od początku, już po dwóch minutach mieli na koncie przyłożenie. Po kwadransie gry zostali jednak na boisku w czternastkę: Rob Valentini zobaczył czerwoną kartkę za wysoką szarżę (zaszarżowany Adam Beard nie przeszedł pomyślnie testu HIA). Kilka minut później Austrlaijczycy byli już w trzynastkę po żółtej kartce dla Kurtley’a Beale’a po zbiciu piłki do przodu i Walia wykorzystała to, aby zdobyć pierwsze przyłożenie. Jednak do przerwy było dla gospodarzy tylko 16:13. Druga połowa zaczęła się od sytuacji, o której mówi dziś cały rugbowy świat: Nick Tompkins wystawił rękę i zbił piłkę podawaną przez Australijczyków i gdy wszyscy czekali na gwizdek sędziego, pobiegł z piłką i zdobył przyłożenie: https://twitter.com/i/status/1462132696470093826. Zdaniem Mariusa Jonkera na TMO piłka poleciała po uderzeniu do tyłu, zatem wszystko było w porządku i Walia prowadziła 23:13. W 57 minucie znowu kontrowersja: tym razem to Walijczyk, Gareth Thomas, paskudnie zaatakował w rucku rywala, ale zobaczył tylko żółtą kartkę. Moment później Walia miała już tylko trzy punkty przewagi po przyłożeniu zdobytym dzięki akcji fantastycznie zapoczątkowanej przez Beale’a. Australijczycy przyciskali, i choć raz pod samą linią bramkową stracili piłkę po głupim karnym, moment później zdobyli przyłożenie. Było 26:25 dla Walii, a do prowadzenia gości brakło skutecznego podwyższenia (O’Connor trafił w słupek). Dwie minuty przed końcem dzięki karnemu Beale’a wyszli jednak na czoło, ale na krótko – moment później młody Christ Chinzua zatrzymał ich atak, a Rhys Priestland dostał szansę z karnego, której nie zmarnował. Walia wygrała 29:28. Jednak Dave Rennie, trener Wallabies, w pomeczowym wywiadzie dał upust swojej frustracji w stosunku do sędziów – zwłaszcza z powodu nierównego jego zdaniem potraktowania zagrań ze zbiciem piłki przez Beale’a i Tompkinsa. Skrytykował zwłaszcza Jonkera – dwa tygodnie wcześniej również on był sędzią TMO w meczu Australijczyków i Szkotów i popełnił błąd na niekorzyść Australii.

Tak wielkich historii nie było w meczu Irlandii z Argentyną. Co prawda gospodarze zagrali bez kontuzjowanych Jonathana Sextona (czeka go sześć tygodni przerwy, na szczęście to nie kolejne wstrząśnienie mózgu) i Jamisona Gibsona-Parka, a więc pary łączników z ubiegłotygodniowego imponującego zwycięstwa nad All Blacks, ale godnie zastąpili ich Joey Carbery i Connor Murray (ten pierwszy wraca do wielkiej formy sprzed swoich kontuzji z 2019 i został wybrany najlepszym zawodnikiem meczu). Argentyńczycy co prawda zaczęli od prowadzenia 7:0 (świetne przyłożenie Santiago Carrerasa), a przy stanie 7:17 mogli wyrównać (dwa spudłowane karne, kolejna świetna okazja Carrerasa, który wypuścił piłkę z rąk tuż przed linią bramkową), ale ostateczny wynik nie pozostawia żadnych złudzeń: Irlandia wygrała aż 53:7, zdobywając siedem przyłożeń. Argentyńczycy niemal całą drugą połowę grali w osłabieniu (najpierw żółta kartka Pablo Matery, potem czerwona Tomása Lavaniniego – seryjnego zbieracza kartek, to już trzecia czerwona w jego testowej karierze).

Po tym, jak Japończycy zostali rozgromieni przez Irlandię, a potem niezbyt przekonująco pokonali Portugalię, wydawało się, że Szkoci nie powinni mieć z nimi dużych problemów. Tymczasem choć Szkoci prowadzili niemal przez cały mecz (zdobyli pierwsze przyłożenie po pięciu minutach, a potem oddali prowadzenie tylko na dwie minuty w pierwszej połowie), Japończycy zdołali ich postraszyć. Choć przegrali pierwszą połowę 19:6, w drugiej to Japończycy zdobyli więcej punktów i na dziesięć minut przed końcem zmniejszyli swoje straty do sześciu oczek. Ostatnie słowo należało do Finna Russella, który skutecznym karnym tuż przed końcem dał gospodarzom zwycięstwo 29:20, ale goście zagrali swój najlepszy mecz podczas wyprawy do Europy. Warto wrócić uwagę na dokonanie Stuarta Hogga, który został rekordzistą w liczbie przyłożeń zdobytych dla reprezentacji Szkocji (w pierwszej połowie tego meczu zaliczył swoje dwudzieste piąte).

Tydzień temu rezerwa Włoch pokonała Urugwaj 31:13. Nie wróżyło to dobrze graczom z Ameryki Południowej przed meczem z pierwszą reprezentacją Italii. Tymczasem pokazali się ze świetnej strony (albo odwrotnie – Włosi z kiepskiej) i mocno postraszyli rywali, z którymi zmierzą się w fazie grupowej Pucharu Świata za dwa lata. Włosi szybko wyszli na siedmiopunktowe prowadzenie, ale w reszcie pierwszej połowy punkty padały już tylko z karnych. W drugiej połowie ekipy wymieniły się przyłożeniami i Włosi do końca drżeli o zwycięstwo – tym bardziej, że ostatnie minuty grali w czternastkę, a Urugwaj próbował zmienić wynik. Włochy wygrały 17:10, ale postawa w tym meczu Urugwajowi wstydu nie przyniosła.

Mecz Gruzji z Fidżi zapowiadał się bardzo ciekawie i rzeczywiście – emocje mieliśmy do samego końca. Dwie drużyny z drugiego szeregu rugbowego świata (aspirujące jednak do awansu na najwyższy poziom) zmierzyły się w Aranjuez pod Madrytem. Gruzini prowadzili przez większość meczu dzięki skutecznym kopom z karnych Tedo Abżandadze. 10 minut przed końcem Fidżyjczycy wreszcie jednak doprowadzili do wyrównania po przyłożeniu Viliame Maty i wynik 15:15 nie zmienił się do końca. Myślę, że można go potraktować jako sukces Gruzinów. Wielka szkoda tylko, że czołowe rugbowe media z krajów elity pominęły to spotkanie milczeniem.

Rumunia grała przeciwko Tonga – to było spotkanie dwóch mocno osłabionych ekip. Tongijczycy podczas europejskiego tournée nie mogli skorzystać z części zawodników z powodu utrudnień w podróżowaniu, z kolei Rumuni po poprzednich dwóch meczach, tym razem zwolnili z kadry zawodników mistrza kraju, Științy Baia Mare – drużyna wybrała się na turniej do Południowej Afryki. W tej sytuacji trudno było prorokować wynik tego spotkania. Rumuni lepiej je zaczęli, ale dzięki przyłożeniu gości w samej końcówce pierwszej połowy do przerwy mieliśmy remis 13:13. Zaraz po przerwie Tongijczycy wyszli na siedmiopunktowe prowadzenie, ale odtąd nie zaliczyli już żadnej zdobyczy punktowej. Rumuni tymczasem wyrównali, a potem Tudor Boldor (ze stołecznej Steauy, z której pochodziła większość składu gospodarzy – aż 15, z czego 10 w wyjściowym składzie) dzięki kolejnym karnym dał im zwycięstwo 32:20 (w sumie z kopów zdobył 22 punkty).

W Soczi kolejny już sukces w tym roku odnieśli rugbyści z Chile. Grali z Rosją, z którą w przeszłości mierzyli się tylko raz i sromotnie przegrali (w 2017, było 11:42). Dziś jednak Chile to zupełnie inny zespół. Po pierwszej połowie gospodarze prowadzili 17:10. Na początku drugiej Chile wyrównało, ale cztery karne Ramila Gajsina znów wyprowadziły Rosję na prowadzenie 29:20 na 9 minut przed końcem. Chilijczycy zdołali jednak zdobyć przyłożenie z podwyższeniem, a w ostatniej minucie wykorzystać karnego i wygrali 30:29.

W południowoafrykańskim Stellenbosch rozegrano drugą (i ostatnią) parę spotkań w rozgrywanym tam międzynarodowym miniturnieju. W pojedynku dwóch drużyn pokonanych przed tygodniem Kenia grała z Brazylią. Zobaczyliśmy wyrównane spotkanie, w którym po początkowej przewadze Brazylijczyków (było nawet 13:3) wynik był na styku i drużyny zmieniały się na prowadzeniu. Ostatecznie nieco niespodziewanie Kenia wygrała 36:30, choć w ostatniej akcji Brazylijczycy mieli po karnym aut w polu 22 m rywali. Cóż z tego, skoro popełnili błąd i mecz się skończył. Nie było niespodzianki w meczu pomiędzy zwycięzcami sprzed tygodnia. Co prawda do przerwy Zimbabwe nieoczekiwanie prowadziło z Namibią 7:5, a po 20 minutach drugiej połowy przegrywało tylko 10:15, jednak w końcówce meczu Namibijczycy dobili rywali i ostatecznie wygrali 41:10. W tym starciu na boisku zobaczyliśmy graczy z Ekstraligi: Danco Burger zagrał cały mecz dla Namibii, a Martin Mangongo i Deanne Makoni weszli z ławki na drugą połowę w ekipie Zimbabwe.

Z jesiennych testów cieszy na pewno postawa drużyn z drugiego szeregu. Co prawda ani razu nie pokonały ekip z elity, ale gra Gruzji (ich wynik z Francją jest jeszcze bardziej godny uznania po tym weekendzie, a do tego przecież dochodzi remis z Fidżi), Urugwaju czy Rumunii budzi nadzieje na przyszłość. Cieszy profesjonalizacja rugby wchodząca w Europie (Super Cup) i Ameryce Południowej (SLAR). Myślę, że jeśli tylko ta ścieżka będzie się rozwijać, być może za kilka lat ósemka najlepszych drużyn na świecie będzie musiała naprawdę przestać traktować testy ze słabszymi przeciwnikami jako formalność…

Wśród kobiet czwarta porażka Nowozelandek podczas tego europejskiego touru już chyba nie jest niespodzianką – po tym, jak zdominowane były w dwóch pierwszych meczach przez Angielki i tydzień temu przez Francuzki, trudno było oczekiwać, aby nagle coś się zmieniło w rewanżowym starciu z rywalkami znad Sekwany. Na wypełnionym stadionie w Castres gospodynie ponownie wygrały, nieco niżej niż przed tygodniem, ale nadal pewnie: 29:7. Nowozelandzkie media wskazują, że dla Black Ferns to był najlepszy mecz podczas tej wyprawy, ale jako całość kończy się ona katastrofą i drużynę czeka sporo pracy przed Pucharem Świata na jesieni przyszłego roku.

Zwycięską passę kontynuują też Angielki. Po dwóch wygranych nad Nowozelandkami i ubiegłorocznym zwycięstwem nad Kanadyjkami, tym razem ich ofiarą padły Amerykanki – i zwycięstwo było najwyższe z wszystkich tej jesieni w kobiecym rugby. To był prawdziwy pogrom – choć grały dwie ekipy z czołowej szóstki rankingu World Rugby, Angielki wygrały aż 89:0. 15 przyłożeń (zdobytych przez 13 zawodniczek) bez jakiejkolwiek odpowiedzi ze strony zawodniczek zza oceanu. Dziś trudno sobie wyobrazić, aby ktokolwiek powstrzymał Anglię w drodze do zdobycia Pucharu Świata w przyszłym roku.

Bardzo ciekawie było w meczu Irlandii z Japonią. To był ostatni mecz kapitan reprezentacji Irlandii Ciary Griffin, także ostatni pod wodzą trenera Adama Griggsa (żegnają się z kadrą, która niedawno straciła szansę na awans na Puchar Świata, gdzie z kolei bez walki dostała się Japonia). Spotkanie zaczęło się kiepsko dla gospodyń, bo schodząc na przerwę przegrywały 3:12, a na dodatek od 30. minuty grały w osłabieniu po czerwonej kartce. Po przerwie jednak poderwały się do walki i ostatecznie wygrały 15:12, a oba przyłożenia zdobyła dla nich właśnie Ciara Griffin.

Złą passę drużyn kobiecych spoza Europy przełamały Kanadyjki, które co prawda przegrywały do przerwy o:7, ale ostatecznie wygrały po zdobyciu czterech przyłożeń 24:5 – i to pomimo faktu, że całą drugą część spotkania grały w osłabieniu po czerwonej kartce pod koniec pierwszej połowy.

Grały też Południowoafrykanki (pokonały 38:5 reprezentację Anglii U20).

Z kraju

W ostatnim meczu centralnej ligi juniorów Arka Gdynia uległa Budowlanym Commercecon Łódź 8:26. Łodzianie w ten sposób zapewnili sobie drugie miejsce w tabeli przed zimą. Wciąż nie wiadomo co z niedoszłym meczem Lechii z Orkana. Niestety, ostatnie opublikowane na stronie PZR orzeczenie Komisji Gier i Dyscypliny pochodzi sprzed dwóch i pół miesiąca…

W Sochaczewie odbyła się gala 50-lecia rugby w tym mieście. Podczas tej miłej okazji ogłoszono ciekawe informacje: do Orlenu w roli sponsora Orkana ma dołączyć kolejna potężna spółka skarbu państwa, KGHM.

Ze świata

Tym razem na początek sprawa pozaboiskowa: panel dyscyplinarny World Rugby wydał orzeczenie w sprawie głośnego video Rassiego Erasmusa, w którym przez godzinę krytykował sędziowanie Nica Berry’ego podczas jednego z testów Południowej Afryki przeciwko British & Irish Lions. I spotkała go surowa kara: 2 miesiące zawieszenia we wszelkiej aktywności związanej z rugby oraz prawie rok zawieszenia w jakichkolwiek czynnościach w dni meczowe. Dodatkowo grzywną ukarano federację południowoafrykańską. Zarzuty wobec asystenta Jacquesa Nienabera dotyczyły nie tylko bezpardonowego ataku na sędziów, ale przede wszystkim zachowania związanego z tym video: szantażowania sędziego jego publikacją oraz właśnie tej publikacji. Federację ukarano za puszczenie Erasmusa „luzem” i brak krytyki jego działań. Erasmus bronił się tym, że nie zamierzał udostępniać video publicznie – jednak film umieszczono na publicznej platformie, nie zabezpieczono hasłem, a sam Erasmus rozesłał link do niego blisko 50 osobom i konsekwencje tego każda rozsądna osoba mogła łatwo przewidzieć (ba, jego wypowiedzi wskazują, że zdawał sobie sprawę z tego, że film trafi do szerszej publiczności, a wyraźnie wynika to z jego maila do Berry’ego – zresztą świadczy o tym samo jego nagranie już po konsultacjach wątpliwych sytuacji z sędziami, do których wcześniej były wysłane pliki video). A sam film przekroczył wszelkie granice napastliwości, szkodząc wizerunkowi gry i obniżając autorytet sędziów. Całość orzeczenia jest dostępna tutaj.

Świat oczywiście podzielił się w ocenie orzeczenia: Południowoafrykańczycy czują się znowu pokrzywdzeni. Jak napisał Daniel Gallan, traktują Erasmusa jako odważnego rycerza, walczącego z ziejącym ogniem smokiem w obronie ich godności. Zarówno Erasmus, jak i federacja zapowiedzieli we wspólnym oświadczeniu odwołanie się od orzeczenia. Tymczasem Gregor Townsend skrytykował zachowanie Erasmusa w roli chłopca od podawania piłek podczas meczu sprzed tygodnia, gdy przy linii bocznej boiska wygłaszał komentarze pod adresem jednego ze szkockich zawodników.

W Nowej Zelandii poznaliśmy mistrza rozgrywek prowincjonalnych – NPC. Finał udało się zorganizować w Hamilton, gdzie obniżono poziom obostrzeń – dzięki temu Waikato po sześciu tygodniach tułaczki wróciło do domu. I ten powrót uświetniło zwycięstwem, dającym im trzeci tytuł NPC w historii (i drugi w epoce profesjonalnej – poprzedni zdobyli w 2006, w pierwszej edycji mistrzostw po wprowadzeniu do nich zawodowstwa). Po zaciętym spotkaniu pokonali obrońców tytułu mistrzowskiego, Tasman, 23:20. Pięknie uczcili w ten sposób stulecie drużyny, dołączając się do kobiet, które wygrały w tym roku Farah Palmer Cup. W finale niższej grupy rozgrywek, Championship, Taranaki podejmowało Otago i wygrało dość pewnie 32:19. Dla zwycięzców ten wynik ma jednak gorzki posmak – mimo fantastycznego sezonu, wygrania Championship, kompletu 10 zwycięstw (w tym czterech nad ekipami z Premiership), nie awansuje poziom wyżej, ponieważ władze ligi z powodu nieuczestniczenia trzech drużyn w rywalizacji w związku z covidowymi obostrzeniami w Auckland już wcześniej postanowiły, że po tym sezonie spadków i awansów nie będzie.

Po weekendzie przerwy wróciła francuska druga liga, czyli Pro D2. W najciekawszym chyba meczu Oyonnax pokonało Bajonnę 30:21, spychając swoich rywali z drugiego miejsca w tabeli. Ciekawie było w meczu Montauban z Nevers. Gospodarze po 25 minutach prowadzili już 20:0, ale wtedy czerwoną kartkę zobaczył jeden z ich graczy (za paskudną, wysoką szarżę, której ofiarą był Andrzej Charlat). W drugiej połowie na dobrych parę minut zostali na boisku nawet w dwunastu (po dwóch żółtych kartkach) i Nevers to wykorzystało zdobywając dwa przyłożenia. Mimo wszystko jednak Montauban wygrało wysoko, 33:17. Na czele tabeli niezmiennie Mont-de-Marsan, a Agen znów trafiło do strefy spadkowej po porażce z Rouen Normandie.

Wróciło też angielskie zaplecze, Championship. Tu mieliśmy mecz na szczycie pomiędzy drużynami zajmującymi dwa pierwsze miejsca w tabeli. Górą wyszli z niego Ealing Trailfinders, którzy pokonali Jersey Reds 35:29 i umocnili się na prowadzeniu. Przegrani pozostali na drugim miejscu w tabeli, ale czują na plecach oddech Cornish Pirates.

W Anglii rozegrano także drugą kolejkę Premiership Cup. W najciekawszych spotkaniach London Irish pokonali Saracens 29:20 (po pierwszej połowie prowadzili 21:0), Harlequins wygrali z Northampton Saints 26:25 (dzięki 12 punktom zdobytym w ostatnim kwadransie), a Wasps ulegli Leicester Tigers aż 7:55 (trzy przyłożenia zaliczył skrzydłowy Hosea Saumaki). Jednak najwyższe zwycięstwo i chyba najbardziej niespodziewane odnieśli Worcester Warriors, którzy rozgromili 68:13 Bristol Bears. Ciekawostką jest nowinka techniczna, która pojawiła się w meczu London Irish z Saracens. Dotąd rozmowy sędziego głównego z sędzią TMO mogli słyszeć wyłącznie telewidzowie, ewentualnie kibice na stadionie korzystający ze specjalnego sprzętu radiowego. Teraz wprowadzono tam rozwiązanie powodujące, że rozmowy takie słyszą wszyscy kibice na stadionie.

W Anglii wyraźnie pogorszyły się wyniki nieustannie prowadzonych testów covidowych. Od początku sezonu dotąd mieliśmy zwykle ani jednego przypadku pozytywnego, a czasami 1 lub 2 na około 2000 testów tygodniowo. W ostatnim tygodniu stwierdzono takich przypadków aż 9, z dwóch różnych klubów (wszystkie dotyczyły członków ekipy niebędących zawodnikami).

W Dubaju rozegrano turnieje Asia Rugby Sevens Series, decydujące o kwalifikacji drużyn z regionu Azji do przyszłorocznego Pucharu Świata w rugby 7 w Kapsztadzie. W kobiecym turnieju awans do finału (i zarazem do przyszłorocznej imprezy) zapewniły sobie Japonki i Chinki. Te ostatnie miały trudną przeprawę w półfinale z Kazachstanem, który ostatecznie zajął czwarte miejsce ulegając w meczu o brąz Hongkongowi. W finale Japonia pokonała Chiny 14:12. W męskim turnieju w półfinale doszło do niespodzianki: Korea Południowa pokonała występującą w World Rugby Sevens Series Japonię 21:14 i wyeliminowała ją z walki wyprawę do Kapsztadu. Oprócz Koreańczyków do Kapsztadu pojadą gracze z Hongkongu. W finale turnieju Hongkong wygrał zdecydowanie, 33:7, a trzecie miejsce zajęli Japończycy, którzy w meczu o brąz pokonali Chińczyków.

Ogłoszono harmonogram Super Rugby Pacific. Start 18 lutego, a w pierwszym meczu zobaczymy jednego z dwóch beniaminków: Moana Pasifika zmierzy się w Auckland z Brumbies. W sumie 15 weekendów w rundzie zasadniczej, a finał 18 czerwca. Kilka z weekendów ma mieć charakter tematyczny (np. trzecia kolejka – kobiety w rugby, a w dziesiątej, poświęconej wspólnym wojskom z okresu I wojny światowej zobaczymy pięć pojedynków australijsko-nowozelandzkich). Prawdziwym świętem ma być druga kolejka: Super Round Melbourne – w ciągu trzech dni, od piątku do soboty, na jednym stadionie w Melbourne ma zostać rozegrane sześć spotkań z udziałem wszystkich drużyn ligi.

W południowoafrykańskiej prasie pojawiły się szczegóły przyszłorocznego Currie Cup – m.in. potwierdzające udział na drugim poziomie (jak zwykle myląco nazwanym First Division) ekipy z Gruzji. Z kolei drużyna Elephants czyli Eastern Province ma zagrać na obu poziomach rozgrywek, i w Premier Division, i First Division. Jak to pogodzą? Jak zostanie załatwiona spadku i awansu, jeśli EP będzie ostatnia w Premier i pierwsza w First? Premier Division rusza w styczniu, First Division – w marcu. Pojawiła się też informacja o propozycji z Ameryki Południowej dotyczącej zorganizowania rozgrywek z udziałem zespołów Currie Cup i SLAR: mistrz SLAR grałby z Cheetahs, Griquas i Pumas (gry miałyby się odbywać w wolne weekendy drużyn z Południowej Afryki, ale jeśli EP będzie włączone do Premier Division, takich weekendów może nie być, bo liczba drużyn będzie parzysta), a wicemistrz z trzema ekipami z poziomu First Division.

W Południowej Afryce ruszył turniej pod szyldem Toyota Challenge, zorganizowany z myślą o Cheetahs. Z dwóch drużyn z Europy uczestniczących w tej imprezie: Baia Mare ograbiła ze swoich zawodników reprezentację kraju, która grała z Tonga, natomiast Diables z Barcelony okazali się kolejną zbieraniną zawodników z Południowej Afryki, okraszoną kilkoma zawodnikami z drugoligowych klubów hiszpańskich (kolejne takie przedsięwzięcie niewiele mające wspólnego z miejscem, do którego zostało przypisane). A w swoim pierwszym meczu już po 5 minutach Diables mieli jednego zawodnika mniej po czerwonej kartce za rzucenie przeciwnikiem głową w dół i przegrali z Cheetahs 15:99.

W ubiegły weekend zakończyły się rozgrywki pierwszego sezonu Coastal Cup: rozgrywek dla drużyn z zachodniego wybrzeża Kanady (Kolumbii Brytyjskiej). Rozgrywki toczono w formacie ligowym, ale tak się złożyło, że o mistrzostwie decydował mecz ostatniej kolejki pomiędzy Vancouver Wave i Pacific Pride (drużyna akademii prowadzonej przez kanadyjską federację w Langford). Górą okazali się gracze Wave, którzy wygrali 26:17. W rozgrywkach wzięło udział siedem drużyn, a najniższy stopień podium zajęła ekipa UBC Thundebirds (z University of British Columbia).

Skończyło się jesienne okienko międzynarodowe, natomiast coraz więcej wiadomo o planach na przyszłoroczne testy. Wyjątkowo ciekawa informacja pojawiła się we włoskiej prasie: latem przyszłego roku Włochy nie pojadą do Ameryki, ale odbędą niezbyt daleką, ale bardzo ciekawą trasę – zmierzą się z Rumunią i Gruzją.

Matt Giteau, którego nazwiskiem zostało nazwane prawo pozwalające w wyjątkowych przypadkach powoływać do reprezentacji Australii zawodników grających poza granicami kraju, zaapelował do federacji o jego likwidację i zniesienie ograniczeń w tym zakresie.

Za tydzień rusza nowy sezon World Rugby Sevens Series pierwszymi turniejami w Dubaju, zarówno męskim, jak i kobiecym (tydzień później powtórka). Oczywiście będą komplikacje. Jedna związana jest z udziałem w serii do końca roku reprezentacji Wielkiej Brytanii, a po nowym roku oddzielnych ekip z krajów z Wysp Brytyjskich. Druga komplikacja to oczywiście covid. Turniej w Dubaju będzie miał mniejszą obsadę, niż w czasach przedcovidowych. W rywalizacji mężczyzn zobaczymy nie 16, ale 12 drużyn: oprócz Wielkiej Brytanii zamiast trzech osobnych ekip, braknie też Samoa i Nowej Zelandii (to szczególnie bolesna strata). W rywalizacji kobiet zamiast 12 drużyn będzie tylko 10 (nie będzie Nowej Zelandii). W obu turniejach nie ma żadnej drużyny zaproszonej spoza stałego zestawu.

Przy okazji odwołano planowany na kwiecień turniej w Hongkongu (siódemki na tym poziomie mają się tam odbyć dopiero w listopadzie przyszłego roku, na początek kolejnego sezonu). Podano także szczegóły zasad. Aby zmniejszyć uprzywilejowanie innych ekip w stosunku do Anglii, Szkocji i Walii, do końcowej klasyfikacji będzie się liczyć tylko siedem najlepszych wyników turniejowych wśród mężczyzn i cztery wśród kobiet (te liczby mogą się zmienić, jeśli zostanie dodany nowy turniej w miejsce Hongkongu). W obu rywalizacjach po sezonie ze stawki mają wypaść po dwie drużyny (ale ani słowa nie ma o zasadach awansu na to miejsce).

World Rugby ogłosiło głosowanie na najlepszych zawodników roku 2021 (World Rugby Awards). W kategorii najlepszego zawodnika piętnastek nominowani są Antoine Dupont, Michael Hooper, Maro Itoje i Samu Kerevi. Zwraca uwagę przede wszystkim brak jakiegokolwiek gracza z Południowej Afryki (a także Nowej Zelandii) i obecność aż dwóch Australijczyków. W kategorii najlepszej zawodniczki mamy po dwie Angielki i Francuzki (ani jednej zawodniczki z innych stron świata). Odkryciami roku mają szansę zostać Will Jordan, Andrew Kellaway, Louis Rees-Zammit i Marcus Smith (trzech skrzydłowych i łącznik ataku). Wśród trenerów jest duet prowadzący nowozelandzką kobiecą siódemkę (Bunting/Sweeney), trenujący angielską reprezentację kobiecą Simon Middleton (fantastyczne wyniki), oraz dwóch trenerów piętnastek z Antypodów: Dave Rennie (Wallabies) i Ian Foster (All Blacks). Jedyna nominacja, która trafiła do Południowej Afryki (spośród aż 32 w ośmiu kategoriach), pojawiła się w kategorii najładniejszego przyłożenia.

Sprawa Erasmusa na pewno przyćmiła inne ogłoszenie z tego samego dnia, którego wydano wyrok: World Rugby w porozumieniu z organizacją zawodników, International Rugby Players, ogłosiła podjęcie działań w celu walki z uszkodzeniami mózgu wywołanymi uprawianiem rugby. Działania edukacyjne w sprawie 12 czynników, które mają wywoływać te schorzenia i zapowiedź wsparcia działań w celu otwarcia klinik, w których byli zawodowi gracze rugby mogliby szukać pomocy. Jednak działania te bywają oceniane jako próba zaciemnienia obrazu, a nie pomocy chorym – warto przeczytać tekst Michaela Aylwina z The Guardian, w którym zwraca uwagę, że wskazują te 12 czynników (sporo pozasportowych) WR odsuwa uwagę od głównych czynników związanych z samą grą – i że powinien podejmować mniej pozorowane, a bardziej konkretne inicjatywy.

Z rynku transferowego: George Ford odejdzie po tym sezonie z Leicester Tigers, jednak nie do Francji, jak spekulowano, ale do Sale Sharks – zajmie tu miejsce AJ MacGinty’ego, którego odejście do Bristol Bears ogłoszono tydzień wcześniej.

A zamiast wskazówki „do poczytania” ciekawostka: wydawca miesięcznika Rugby World poinformował, że w styczniu uruchomi nowe wydanie magazynu na potrzeby rynku gruzińskiego. Ma to być czasopismo wydawane kwartalnie, gruzińsko- i angielskojęzyczne. To będzie efekt współpracy z kilkoma gruzińskimi organizacjami, w tym tamtejszą federacją.

Polacy za granicą

Wieści o naszych reprezentantach z lig zagranicznych – jak zwykle sprzed tygodnia. Nieco mniej niż zwykle, bo kilku zawodników było przecież z kadrą przed meczem z Niemcami, Pro D2 i angielskie National Leagues pauzowały, a liga szwajcarska skończyła rundę jesienną.

Francja:

  • Fédérale 1, grupa 2: Kamil Bobryk zagrał prawie 50 minut w meczu Vienne przeciwko Stade Métropolitain, wygranym przez jego drużynę 35:12, a Aleksander Nowicki wreszcie wrócił do składu Hyères Carqueiranne La Crau – grał cały mecz, a jego drużyna wygrała na wyjeździe z Beaune 33:10. Drużyny Polaków znajdują się na dwóch czołowych miejscach tabeli;
  • Fédérale 1, grupa 3: Quentin Cieśliński wszedł na boisko na ostatnie 20 minut meczu Lavaur z Castelsarrasin, znów przegranego – 22:24 (Lavaur wciąż przedostatnie w grupie);
  • Fédérale 2, grupa 2: Pontarlier pokonało Bourges 37:25, a Jędrzej Nowicki ponownie zaczął mecz na ławce rezerwowych. Jego drużyna jest w tabeli dziewiąta;
  • Fédérale 2, grupa 3: Grzegorz Janiec w wyjazdowym meczu Servette Genewa z Saint-Claude (wygranym 30:27) zaliczył żółtą kartkę. Była wynikiem bójki, po której sędzia odesłał jednocześnie aż czterech zawodników z boiska, w tym dwóch z czerwonymi kartkami. Genewa pozostała na trzecim miejscu w tabeli;
  • Fédérale 2, grupa 6: Tomasz Hebda zaczął od pierwszej minuty mecz Lourdes przeciwko Pont-Long, przegrany na wyjeździe 12:19. Lourdes jest w tabeli dziewiąte (przeskoczyli je jego pogromcy).

Zapowiedzi

Za tydzień tylko cztery międzynarodowe starcia w piętnastkach: Rosja gra z Chile, Barbarians z Samoa XV i kobiece Barbarians z Południową Afryką. Oprócz tego jedno spotkanie o punkty w ramach Rugby Europe International Championships – w grupie północnej Conference 1 Luksemburg ma grać z Czechami. Zaczyna się za to międzynarodowe granie w siódemkach: pierwszymi turniejami w Dubaju zaczyna się nowy sezon World Rugby Sevens Series.

Wracają główne ligi europejskie. W jedenastej kolejce francuskiej Top 14 najciekawiej zapowiada się starcie w niedzielny wieczór Racingu 92 z Bordeaux. Dziewiąta tura gier w angielskiej Premiership i tutaj uwagę przyciąga także kończący kolejkę niedzielny pojedynek Saracens z Sale Sharks (mamy też derby Londynu, Harlequins – Irish, oraz mecz Bristol Bears z Northampton Saints). A w United Rugby Championship seria szósta, pierwsze mecze w Południowej Afryce (tu m.in. mecz Bulls – Munster), ale największym hitem (i to pewnie patrząc na całą Europę) są irlandzkie derby prowincjonalne w Dublinie: Leinster – Ulster.

3 komentarze do “Nadchodzi epoka Smitha i Ntamacka”

  1. Te nasze auty były kiepskie tylko przy wrzutach Kamila. Myślę że to drobna kwestia zgrania, bo jak wrzucał Grzegorz Buczek to nie przegraliśmy żadnego autu.

    Mam pytanie i wiem że zadaję je odpowiedniej osobie. Czy w RET też jest bonifikata za komplet zwycięstw? Bo jeśli nie, to nawet jak wygramy z Belgią i Litwą możemy zając drugie miejsce w tabeli za Belgią lub Niemcami. Zwłaszcza że RE oficjalnie jeszcze nie ogłosiła informacji o powiększeniu REIC.

    Mam tez ogromną nadzieję że mecz z Belgią nie będzie naszym pierwszym wiosennym bojem. Liczę że PZR zorganizuje nam przynajmniej jeden mecz towarzyski z Czechami, Słowacją lub inną drużyną, byleby tylko zagrać po czterech miesiącach przerwy. Jak nas rzuca na Belgię bez sparingu to przegramy:(

    Przypominam, że dziś po długiej przerwie kolejny odcinek Ataku na młyn!!! 🙂 Gośćmi będą Robert Grzędowski, Dariusz Komisarczuk i Maciej Słomiński!

    Odpowiedz
    • W RET był bonus za komplet zwycięstw – 1 punkt (wystarczył, aby zapewnić wygraną, bo drużyna z jedną przegraną może zdobyć maksymalnie 21 punktów, a w przypadku równej liczby punktów liczy się wynik bezpośredniego spotkania). Na ten rok reguł nie ogłosili (może czekają na decyzję o przyszłości REC i z tego powodu wstrzymują całość, bo to jeden dokument), ale bonusy meczowe naliczają „po staremu”, więc i tu chyba nie powinno się nic zmienić, bo powodu nie ma.

      Odnośnie sparingu na wiosnę, to słyszałem, że mamy zagrać rewanż z Węgrami w lutym (tyle że na wyjeździe tym razem).

      O „Ataku” miałem napisać i zapomniałem 🙂

      Odpowiedz
      • Faktycznie teraz mi się przypomniało że Kajetan Cyganik mówił coś takiego na meczu w Krakowie!!! Rewanż z Węgrami – ok! To ważne żeby się przetrzeć przed Belgami.

        Mam nadzieję że w RET nie dostosują regulaminu mając już kompletną tabelę… To trochę chore że niektóre zespoły maja rozegrane po 3 mecze a nadal nie znamy regulaminu.

        Dziękuję 🙂 Wiedziałem kogo zapytać 🙂

        Odpowiedz

Dodaj komentarz