Trudna sztuka farbowania lisów

Gibson-Park, Aki, Lowe, Hansen w reprezentacji Irlandii. Faletau, Anscombe, Halaholo, Tompkins w reprezentacji Walii. Nel, Schoeman, Watson, Maitland, van der Merwe w reprezentacji Szkocji. Le Roux, Willemse, Vakatawa w reprezentacji Francji. Braley, Varney, Capuozzo w reprezentacji Włoch. Tuilagi, Lynagh w reprezentacji Anglii. To tylko część „farbowanych lisów” z ostatniego Pucharu Sześciu Narodów.

Trudna sztuka farbowania lisów. Rys. Wanda Bednarczyk
Rys. Wanda Bednarczyk

Odrobina historii

Problem nabycia uprawnienia do gry w danej reprezentacji jest tak stary jak same reprezentacje. Gdy w 1871 Szkoci i Anglicy umawiali się na pierwsze w historii międzynarodowe spotkanie rugby, ustalili, że regułą kwalifikacji będzie miejsce urodzenia zawodnika – była to reakcja na rozegrany kilka miesięcy wcześniej w Londynie mecz piłki kopanej, w którym ponoć związek niektórych reprezentantów Szkocji z tym krajem sprowadzał się do zamiłowania do szkockiej whisky. Zasada miejsca urodzenia, ubogacona o rodziców lub dziadków, z czasem stała się zwyczajem (bo raczej nie pisaną regułą). Jednak w czasach rugby naprawdę amatorskiego niczym dziwnym nie było, gdy zawodnik zmieniał reprezentację zmieniając kraj zamieszkania. Rugby nie było powodem międzynarodowych przeprowadzek, ale jeśli ktoś za chlebem przeniósł się ze Szkocji do Południowej Afryki (jak Alex Frew) czy z Południowej Afryki do Argentyny (jak Barry Heatlie), było też naturalne, że ten kraj zaczynał reprezentować, nawet jeśli on ani jego rodzina nie miał z nim wcześniej związków.

Gdy jednak w rugby zaczęły się pojawiać pieniądze i zawodnicy zaczynali zarabiać na chleb graniem w rugby, pojawiło się ryzyko, że właśnie możliwość zarabiania grą w rugby będzie impulsem do zmiany kraju i pojawią się reprezentacje wypełnione takimi „skoczkami”. Na początku lat 90. XX w. IRB przyjęło zasadę regulującą możliwość zyskania prawa reprezentowania kraju, z którym nie miało się „związków krwi” poprzez zamieszkiwanie w nim przez okres trzech lat. Obowiązywała ona także w przypadku zmiany reprezentacji. Tak liberalne prawa (przez chwilę nawet trzy lata zastąpiono jednym rokiem) oraz oficjalne wprowadzenie w 1995 zawodowstwa w rugby spowodowały zamęt i przechwytywanie lepszych zawodników z krajów słabiej rozwiniętych (zwłaszcza z wysp Pacyfiku) przez federacje elity. Byli tacy, co zmieniali barwy narodowe kilkakrotnie. IRB postanowiło zatem wprowadzić istotne ograniczenie: w 1997 ogłosiło, że od 2000 jeden zawodnik będzie mógł w całej swojej karierze reprezentować tylko jeden kraj – zlikwidowano prawo do zmiany reprezentacji. To jednak problem ograniczyło tylko nieznacznie, a afery wciąż się zdarzały (z chyba największą wpadką dotyczącą dwóch reprezentantów Walii i jednego Szkocji, którzy zdołali rozegrać dla tych krajów po kilkanaście spotkań zanim odkryto, że nie mieli do tego prawa – podawano nieprawdziwe miejsca urodzenia ich dziadków; swoją drogą, Walijczyków i Szkotów właściwie wówczas nie ukarano).

Dyskusje na temat zbyt liberalnych zasad toczyły się długo. Przyjęcie rugby 7 w poczet dyscyplin olimpijskich wymusiło pewne przekształcenia, których celem jednak nie było zaostrzenie reguł eligibility, ale dostosowanie do kryteriów obowiązujących w ruchu olimpijskim. Z jednej strony pojawił się wówczas wymóg obywatelstwa (tylko na igrzyskach), z drugiej zaś prawo do zmiany reprezentacji (ale tylko w związku z igrzyskami lub kwalifikacjami do nich – z tego uprawnienia skorzystała zresztą nieliczna grupka zawodników).

Większe zmiany wprowadzono dopiero w 2017 (miały obowiązywać od 2021, ale z powodu pandemii ich wejście w życie przesunięto o rok): trzyletni okres zamieszkania zastąpiono pięcioletnim. Jednocześnie z tą zmianą weszła w życie kolejna, przyjęta pod koniec 2021: birthplace transfer czyli zgoda na to, aby zawodnicy, którzy w przeszłości grali dla jednego kraju, mogli w przyszłości wystąpić dla innego. Obwarowano to kilkoma warunkami, w tym miejscem urodzenia (swoim, kogoś z rodziców lub dziadków) w „nowym kraju” oraz upływem co najmniej trzech lat od występu dla poprzedniego kraju. Zastrzeżono też, że można takiej zmiany dokonać tylko raz w karierze.

Problemy i szanse, równi i równiejsi

To wciąż jednak jest dość liberalne podejście. Krytycy zasad obowiązujących w rugby podkreślają, że możliwość stosunkowo łatwego zyskania prawa do reprezentowania kraju, z którym niewiele ma się wspólnego, powoduje pogłębianie przepaści w świecie rugby pomiędzy elitą a resztą świata. Skoro bowiem najlepsi zawodnicy wyjeżdżają (często już w młodości) za chlebem do kraju, w którym lepiej na rugby zarobią, i tam są przechwytywani przez nowe ojczyzny, umacnia to właśnie elitę, a reszcie świata odbiera szansę na zmniejszanie dystansu.

Przechwytywanie graczy z innych krajów od lat 90. stało się powszechne, i to zarówno na poziomie reprezentacji z elity, jak i tych poniżej. Wynikało to z profesjonalizacji rugby, ale także z ułatwień w podróżowaniu. W reprezentacjach z topu światowego napływ zawodników pochodzących z innych krajów był (a właściwie cały czas jest) zauważalny zwłaszcza w przypadku drużyn europejskich oraz Australii i Nowej Zelandii. Te ostatnie czerpią pełnymi garściami z utalentowanych graczy z wysp Pacyfiku – ale cóż, jeśli ktoś ma szansę wyrwać się z nich, to z tego korzysta (to poniekąd wariant tradycyjnej emigracji zarobkowej). Niestety, zrobił się z tego cały przemysł – ściągane są grupy młodych graczy, z których potem wybierane są diamenty. W Europie skala tego zjawiska jest nieco mniejsza (wszak dystans większy), ale i tak sporo mamy graczy nie tylko z wysp Pacyfiku, ale także Południowej Afryki, Nowej Zelandii i Australii, którzy znaleźli tu lepsze warunki i postanowili reprezentować nowe kraje (także z powodu polityki swoich ojczyzn, ograniczających szanse na występ w reprezentacji zawodników na co dzień występujących poza ich granicami). Wyborowi nowego kraju sprzyja też polityka federacji ograniczających liczbę obcokrajowców w klubach – warto przestać być obcokrajowcem i dzięki temu być atrakcyjniejszym na rynku oraz pomóc swojemu klubowi (zwolnić miejsce dla innego obcokrajowca).

W krajach z zaplecza elity sytuacja wygląda nieco inaczej. Oczywiście, i tu trafiają zawodnicy z innych krajów, którzy przyjechali za chlebem do Europy, a ich poziom sportowy nie wystarcza aby załapać się do gry w krajach elity (przykładem Gavin van der Berg, który właśnie za zawodowym kontraktem w klubie przyjechał do Hiszpanii). Jeśli są pieniądze na zapewnienie zawodnikom kontraktów w klubach nowego kraju, jeśli proces jest mądrze prowadzony, pomaga on odnosić sukcesy reprezentacji. Znakomitym przykładam jest Japonia, która przecież swoje międzynarodowe sukcesy zaczęła odnosić częściowo dzięki włączaniu do reprezentacji obok tubylców także ściąganych do tamtejszych klubów graczy z krajów elity. Jej śladem chciały iść Niemcy, jednak gdy kurek z kasą został zakręcony, obcokrajowcy z reprezentacji i tamtejszych klubów zniknęli. W krajach spoza elity jest jednak i druga grupa: gracze z zagranicy, zwykle z krajów o wyższej kulturze rugbowej, którzy nie mają szans do reprezentowania swojego kraju, ale mają przodków, którzy urodzili się poza jego granicami i dzięki temu zyskują szansę na dopisanie caps przy swoim nazwisku (a niekiedy rzeczywiście odczuwają związek z ojczyzną przodków).

Niestety, proces pozyskiwania zawodników z zewnątrz często sprowadza kłopoty na jego organizatorów. Najlepszym przykładem są problemy ekip z Rugby Europe Championship: w 2018 Rumunii, Hiszpanii i Belgii, a w tym roku Hiszpanii, gdy niedopatrzenia w procesie sprawdzania eligibility zawodników poskutkowały walkowerami i odebranymi szansami na występ na Pucharze Świata. Diabeł tkwił w szczegółach. Rumuni stracili szansę na wyjazd na Puchar Świata w Japonii ponieważ wystawili w reprezentacji Sione Faka’osileę, a ten, jak się okazało, kilka lat wcześniej zagrał dla Tonga w siódemkowym turnieju. Hiszpanie wystawili dwóch zawodników, którzy zagrali wcześniej w młodzieżowej reprezentacji Francji. Cóż, to były przypadki teoretycznie stosunkowo proste, które dałoby się wyeliminować przy dokładnej weryfikacji – problemem jest jednak brak odpowiedniej bazy danych (i o prowadzenie takiej przez World Rugby pojawiają się liczne apele), a niekiedy także ustalenie, czy jaki był w oczach WR status drużyny, w której zawodnik grał wcześniej – przykładem Jason Jones-Hughes, który zagrał dla australijskich Barbarians i z tego powodu początkowo IRB odmówiło mu prawa do reprezentowania Walii, jednak po apelacji decyzję zmieniło.

Tegoroczna afera z Gavinem van der Bergiem źródło miała gdzie indziej: trzyletni okres zamieszkania w nowym kraju obwarowany jest dodatkowymi wymaganiami, w tym oczekiwaniem, że z nowego kraju nie będzie się wyjeżdżać na dłużej niż dwa miesiące w roku (poza wyjazdami rugbowymi i uzasadnionymi przypadkami). Van der Bergowi naruszenie tej reguły udowodniono korzystając m.in. z jego wpisów w mediach społecznościowych. Tu trudno sobie wyobrazić wprowadzenie odpowiedniej bazy danych. Nie da się rejestrować każdego wjazdu i wyjazdu każdego zawodnika uprawiającego rugby, który miałby szansę grać dla reprezentacji. Pozostają zatem paszporty i oświadczenia samych zawodników. Ale w czasach, w których wiele granic w praktyce zniknęło, również i to pierwsze narzędzie traci na znaczeniu – żadnych śladów nie pozostawiają podróże w granicach strefy Schengen, żadnych (od jeszcze bardziej dawna) podróże w ramach Wielkiej Brytanii. Jak zweryfikujemy, czy urodzony w Anglii zawodnik, który od pięciu lat mieszkał w Szkocji, spędził w niej co najmniej 10 miesięcy w każdym z tych lat? Nikt nie będzie w stanie tego zrobić. W efekcie mamy równych i równiejszych.

Samo World Rugby też swoje reguły poniekąd rozmywa – przykładem Folau Fakatava, który nie był w stanie wystąpić w reprezentacji Nowej Zelandii przed końcem 2021, gdy miał spełniony warunek trzyletniego zamieszkania. Od początku 2022 obowiązuje już okres pięcioletni, na którego spełnienie znowu musiałby czekać. All Blacks wystąpili do World Rugby i to zgodziło się na jego grę dla reprezentacji. Na jakiej podstawie? Przepisów przejściowych nie było. Pojawił się precedens, który w praktyce odsunął w czasie wejście w życie reguły pięciu lat o dwa kolejne lata. A gdyby nie było takiego Fakatavy, a o zgodę wystąpili Hiszpanie, Polacy czy Pakistańczycy, to także by ją uzyskali? Trochę wątpliwe.

Dokąd to prowadzi?

Nie ulega wątpliwości, reguły w rugby są bardzo liberalne, w wielu przypadkach niemożliwe do obiektywnej weryfikacji (na czym korzystają głównie kraje z elity). A obiektywna reguła reprezentowania kraju urodzenia swojego/rodziców/dziadków powoduje, że niekiedy reprezentacje robią wyścigi o powołanie do kadry młodych, obiecujących graczy. Najnowszym przykładem tego zjawiska jest Henry Arundell, który błysnął w ostatnich miesiącach – reprezentować może Anglię, Szkocję, Walię i Cypr, a Henry Eddie Jones już go powołał na obóz treningowy reprezentacji Anglii. A można sobie wyobrazić gracza, który przy odpowiednim zbiegu okoliczności będzie miał nawet osiem reprezentacji do wyboru (lub więcej, jeśli w międzyczasie zmieniały się granice lub rozpadały kraje). Czy z każdą z tych „ojczyzn” czuje taki sam (albo jakikolwiek) związek?

Zasadę birthplace transfer wprowadzono przede wszystkim aby dać szansę powrotów do reprezentacji ojczyzn przez zawodników z Pacyfiku (i z tego korzystają, najlepszym przykładem Folau i Piutau w reprezentacji Tonga). Ale jednocześnie dała szansę transferu do kraju, z którym zawodnik poza związkiem formalnym (np. miejscem urodzenia babci) w ogóle nie jest powiązany. Niekiedy miejsce urodzenia jest wynikiem zbiegu okoliczności i powoduje nierówności wśród samych zawodników – podczas gdy jeden dzięki temu ma możliwość wyboru, inny nie. Niedawno byliśmy świadkami małego polowania na zawodników, którzy niegdyś reprezentowali Mołdawię: Rumuni liczyli na miejsce urodzenia dziadków w okresie, w którym Besarabia należała do Rumunii, a Rosjanie na miejsce urodzenia rodziców lub dziadków na terenie Związku Radzieckiego (nawet jeśli urodzili się w innej republice związkowej niż rosyjska, czyli na przykład mołdawskiej).

Wprowadzenie birthplace transfer miało umocnić drużyny z zaplecza elity (aby umożliwić „powroty” do dawnych ojczyzn). Wiele było takich przypadków, że ktoś zagrał siódemkowy turniej czy kawałek meczu młodzieżówki Nowej Zelandii i w ten sposób zamknął sobie ścieżkę do reprezentowania Tonga czy Samoa – choć w All Blacks już go potem nie chcieli. Ja mam jednak obawy, że taka furtka dodatkowo ułatwi młodym z Tonga czy Samoa podjęcie decyzji o reprezentowaniu innego kraju, gdy tylko pojawi się taka szansa. Jeśli się mu uda, będzie do końca życia grał dla All Blacks czy reprezentacji Anglii. Jeśli się nie uda – będzie miał ścieżkę odwrotu, której dotąd nie było i to być może czasami go hamowało przed takim krokiem.

Dokąd to wszystko rugby prowadzi? Kadry są coraz bardziej mieszane, coraz trudniej znaleźć reprezentacje bez zawodników pochodzących z wysp Pacyfiku lub Południowej Afryki. Choć wciąż kibice z danych krajów marzą o sukcesach swoich reprezentantów i im kibicują, czasami trudno powiedzieć, czy niektórzy z graczy faktycznie identyfikują się ze swoimi reprezentacjami i czy te reprezentacje można nazwać narodowymi.

Z drugiej strony także na pozór obiektywne reguły obowiązujące w innych dyscyplinach sportu, takie jak powiązanie prawa do reprezentowania kraju z posiadanym przez zawodnika paszportem też nie są idealne – są kraje, w których otrzymanie paszportu to kwestia tylko kasy lub sportowego poziomu (weźmy chociażby takie zjawisko jak reprezentacja Kataru w piłce ręcznej na rozgrywanych w tym kraju mistrzostwach świata w 2015, chyba bez wyjątku kupiona przez tamtejszych szejków za petrodolary), w innych problem jest znacznie większy (tu mamy przykład legendy australijskiego rugby, Quade’a Coopera, który mieszkał w Australii od 13. roku życia, zagrał w reprezentacji ponad 70-krotnie, ale paszportu kilkakrotnie mu odmawiano i dostał go wreszcie dopiero parę miesięcy temu, właściwie pod koniec kariery, gdy z jego powodu złagodzono nieco przepisy). Nie eliminuje to także problemu Home Nations.

Nie ma idealnego rozwiązania. Nie sądzę, aby dało się wymyślić idealne zasady, w których nie będzie szarej strefy i możliwości nadużyć (a jeśli ktoś takie wymyśli – pewnie także wyleje dziecko z kąpielą). Widziałem propozycje, aby związać prawo do reprezentowania kraju z rugbowym ukształtowaniem, z miejscem, gdzie w rugby stawiało się pierwsze kroki. Ale to może oznaczać, że rugbowe połowy na wyspach Pacyfiku będą obejmować po prostu młodsze dzieciaki. I jeśli coś się zmieni, to w pewnym aspekcie na gorsze.

Ja chciałbym widzieć w reprezentacjach narodowych tylko takich ludzi, których związek z reprezentowanym krajem jest trwały i ścisły. Nie tylko parę lat mieszkania, nie tylko urodzona we właściwym miejscu i czasie babcia, nie tylko paszport, ale poczucie przynależności. Problem w tym, że efektem będzie odejście od obiektywnych mierników, bo zaczynamy mówić o uczuciach i tożsamości – i wystarczy odrobina oportunizmu, aby taki system ominąć składając puste deklaracje. Więc ta droga prowadzi donikąd.

Może zatem reguły World Rugby nie są najgorsze? Może nie warto myśleć o rewolucjach, a po prostu o poprawkach? Jednak nawet najlepsze reguły nie pomogą, jeśli ludzie nie będą ich przestrzegać…

Ps. A może to wszystko to zawracanie kijem Wisły? Może sama idea reprezentacji narodowej w takiej postaci, w jakim ja chciałbym ją widzieć, jest skazana na zagładę? Wszak globalizacja postępuje, granice się zacierają, a tożsamości naszych dzieci trochę się już różnią od naszych…

Pps. A może po prostu przestańmy płacić za granie w rugby? Problemów byłoby znacznie mniej, szans niestety też 😉

5 komentarzy do “Trudna sztuka farbowania lisów”

  1. Przepisy będą się jeszcze wielokrotnie zmieniać. Jeśli jakiś kraj ze światowej czołówki będzie potrzebował tych zmian, to WR takie zmiany wprowadzi, bo tam dalej jest podział na arystokrację i chłopów pańszczyźnianych.

    Odpowiedz
    • Niby te wszystkie zmiany są przygotowane, żeby chronić wyspiarzy przed drenowaniem, a tu Nowa Zelandia powołuje skład na letnie testy, w którym jest kolejnych trzech potencjalnych debiutantów z Oceanii (z czego dwóch, którzy w młodości reprezentowali tamte kraje w rozmaitych dyscyplinach, tylko jeden, który jako dziecko przyjechał do NZ)…
      Ale na początek do birthplace transfer też mogliby dorzucić jakiś okres zamieszkiwania, żeby nie było możliwości skrajnych nadużyć, a w regułach naturalizacji nieco inaczej opisać te nieszczęsne 5 lat (reguła maksymalnie 2 miesięcy poza krajem to zagranie ewidentnie pod kraje z elity, gdzie sezony ligowe trwają po prostu dłużej – nie mówiąc o problemach ze sprawdzeniem i znów nierównościach na korzyść home nations).

      Odpowiedz
  2. Trzeba mówić że są równi i równiejsi. Ciekawe kim może się wzmocnić nasza kadra. Czemu np. nie powołuje się Gruzinów z Łodzi i Lublina. Tomy i Robizona którzy już u nas grali. Co z P. Waltersem ze Skry? No i kto z Francji lub Wysp zechce nas wzmocnić. A może kierunek Wysp Pacyfiku vide Vaha?
    Pytań wiele, ale żeby walczyć z Gruzją, Rumunią itp. chyba trzeba.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz