20 wielkich meczów, 20 wielkich turniejów. Krótka historia Pucharu Świata w Rugby

Krótką historię męskich Pucharów Świata w Rugby napisałem na potrzeby Skarbu Fana Rugby – RWC 2023 przygotowywanego pod redakcją Tomka Płosy przed turniejem we Francji przed dwoma laty. Tekst ten nosił tytuł Dziewięć wielkich meczów, dziewięć wielkich turniejów i w „szponach” się nie pojawił. Dziś, przy okazji startu kobiecego Pucharu Świata, imprezy zdobywającej serca coraz większej rzeszy kibiców na świecie (choć w mniejszym stopniu u nas – dość wspomnieć, że żaden kobiecy RWC nie ma swojego artykułu w polskiej Wikipedii, nie będzie też transmisji tegorocznego w polskiej telewizji), publikuję ten tekst niejako podwojony – bo uzupełniony o kobiece turnieje. One mają właściwie tak samo długą historię jak męskie, jednak nie była ona usłana różami. A dziesiąty startuje właśnie dzisiaj – pierwszy gwizdek o 20:30.

M: I (Nowa Zelandia 1987)

22 maja 1987, Auckland, Eden Park, ok. 20 tys. widzów, mecz grupowy Nowa Zelandia – Włochy

Choć obserwatorzy za najlepszy mecz pierwszego Pucharu Świata uznają półfinał pomiędzy Francją i Australią, to było na tej imprezie starcie znacznie bardziej symboliczne, a i w sportowej historii Pucharów Świata też się zapisało. 22 maja 1987 około godz. 15:00 lokalnego czasu, po zaprezentowaniu pierwszej pucharowej haki, australijski sędzia Bob Fordham pierwszy raz gwizdnął w meczu Pucharu Świata (sędziował potem na tej imprezie jeszcze tylko jeden raz). Piłkę kopnął ze środka skrzydłowy All Blacks Craig Green, a kilka minut później padły pierwsze punkty – cztery oczka przyznane za karne przyłożenie. Było to pierwsze z dwunastu przyłożeń, jakie tego popołudnia zdobyli w Auckland gospodarze turnieju, których kapitanem był David Kirk. Jedno z nich, po samotnej akcji Johna Kirwana, rozpoczętej we własnym polu 22 m i okraszonej co najmniej sześcioma unikniętymi szarżami, do dziś jest uznawane za jedno z najpiękniejszych w historii Pucharów Świata. Spotkanie skończyło się wysokim zwycięstwem Nowej Zelandii nad Włochami (które wówczas jeszcze były krajem z zaplecza elity, nie występowały w Pucharze Sześciu Narodów) 70:6.

Do tego pierwszego gwizdka droga była długa. Rugby dumnie obchodziło w 2023 symboliczne 200 lat istnienia. Ponad dwa stulecia gry, a tymczasem mistrzostwa świata organizowane są w tym sporcie od zaledwie 38 lat – i panowie, i panie spotykały się dotąd po 10 razy. Jakże skromnie to wygląda w porównaniu z podobnymi imprezami w siostrzanych kodach futbolowych – piłkarzom niedługo „stuknie” sto lat, a w rugby league organizowanie takich imprez rozpoczęto w połowie XX wieku. Cóż, to efekt przywiązania do amatorstwa, które w rugby miało status dogmatu aż do 1995, mimo zmieniającego się wokół świata. To przywiązanie do amatorstwa miało niekiedy wymiar skrajny. Tak było m.in. właśnie z podejściem do pierwszych pomysłów zorganizowania imprezy, która wyłoniłaby mistrza świata – zarówno taka rywalizacja, jak i rozgrywki ligowe w krajach stanowiących kolebkę rugby, śmierdziały włodarzom tego sportu z Wysp Brytyjskich siarką profesjonalizmu. Uważali, że od nich jest już tylko jeden krok do tego, aby w sporcie zaczął rządzić pieniądz. Dlatego International Rugby Board, zdominowane przez Home Nations, aż do lat 80. XX wieku wszelkie takie pomysły odrzucało właściwie bez namysłu. Te jednak się pojawiały, głównie ze strony nacji z południowej półkuli, np. w 1968 czy w 1979.

W latach 80. XX w. ideał amatorstwa trzeszczał już w szwach, a przedsiębiorcze federacje i zawodnicy szukali sposobów na ominięcie sztywnych reguł zabraniających zarabiania na rugby. Gdy w 1983 australijski przedsiębiorca David Lord zapowiedział stworzenie światowych zawodowych rozgrywek rugby, do których zamierzał zwerbować ponad 200 graczy kusząc ich zarobkami w wysokości 100 tys. funtów rocznie, opór pękł. W marcu tego roku Australijczycy zaproponowali IRB, aby dać najlepszym graczom alternatywę wobec oferty Lorda – w postaci gry o tytuł mistrzów świata. Rok później IRB zgodziło się na wykonanie studium wykonalności, a w 1985 doszło do głosowania, które dało nieoczekiwany wynik: zwolennicy Pucharu Świata wygrali w radzie IRB stosunkiem głosów (podobno) 10:6. To oznaczało, że za imprezą zagłosowali nie tylko przedstawiciele Australii, Nowej Zelandii, Francji i RPA, ale także dwóch spośród ośmiu przedstawicieli Home Nations. Przypuszcza się, że kluczowe głosy oddali dwaj delegaci z Walii i Anglii, występując przeciwko opinii swych federacji. Klamka zapadła.

Pierwszy turniej o Puchar Świata zorganizowano już w 1987, a jego gospodarzami były Nowa Zelandia i Australia – których federacje najbardziej naciskały na organizację takich rozgrywek. IRB zdecydował się nie przeprowadzać kwalifikacji, a po prostu zaprosić 16 najlepszych drużyn świata – przy czym te, które dotąd nie były członkami IRB, miały przy tej okazji takie członkostwo otrzymać, choć bez prawa głosu. W gronie 16 drużyn zabrakło jednej z rugbowych potęg, RPA, izolowanej wówczas sportowo od reszty świata z powodu apartheidu (choć w rugby wprowadzenie takiej izolacji następowało z oporami), a sporym zaskoczeniem był brak zaproszenia dla Związku Radzieckiego, którego drużyna w tym czasie znakomicie sobie radziła na europejskich boiskach.

Turniej był skromny i można powiedzieć – eksperymentalny. Sporo czasu zajmowały podróże, ale sprawdził się pomysł nowozelandzkiej federacji, aby mniej atrakcyjne spotkania organizować w miastach, które dotąd nie miały do czynienia z rugby na najwyższym poziomie – dzięki temu na wszystkich meczach trybuny były pełne. W fazie grupowej furorę robiło Tonga, które pokonało Kanadę i stawiło twardy opór grupowym rywalom z Wysp Brytyjskich – Irlandii i Walii. Do ćwierćfinału nie awansowało, udało się to natomiast po zwycięstwach z Włochami i Argentyną innej wyspiarskiej reprezentacji, Fidżi. W ćwierćfinale uległa zdobywcom Pucharu Sześciu Narodów, Francji, ale była o włos od zupełnie innego wyniku. Gdy po tym meczu spytano George’a Simpkinsa, co czołowe rugbowe nacje mogłyby zrobić dla rozwoju rugby na Fidżi, ten odpowiedział: „Chodźcie i grajcie z nami”.

W półfinałach turnieju doszło do starć pomiędzy ekipami z Europy i południowej półkuli. W jednym z nich Nowa Zelandia gładko pokonała Walię 49:6. Drugi był znacznie bardziej zacięty – Australia zagrała świetnie, ale Francja jeszcze lepiej i wygrała 30:24, a losy meczu przesądziła niesamowita akcja na sam jego koniec, którą zakończył przyłożeniem Serge Blanco. W finale rozgrywanym w Auckland Francuzi już nie dali rady gospodarzom – Nowa Zelandia, której połowa reprezentacji na co dzień grała w tym mieście, pokonała ich 29:9 (w dużej mierze dzięki kopom Granta Foxa). Trzecie miejsce przypadło Walijczykom, którzy nieoczekiwanie wygrali z Australią 22:21.

Dominację na tej imprezie Nowozelandczyków, których gwiazdami byli Michael Jones i John Kirwan, chyba najlepiej podsumował kapitan pokonanej przez nich w ćwierćfinale reprezentacji Szkocji Colin Deans: „Szarżowaliśmy ich i szarżowaliśmy, i szarżowaliśmy, aż wreszcie już nie dawaliśmy rady szarżować, a oni wciąż szli na nas”.

K: I (Walia 1991)

14 kwietnia 1991, Cardiff, mecz o 3. miejsce Francja – Nowa Zelandia

Chyba najbardziej tajemnicze spotkanie ze wszystkich rozegranych podczas Pucharów Świata. I możliwe chyba tylko w tamtych czasach – na pierwszym kobiecym Pucharze Świata, imprezie mocno spontanicznej, całkowicie amatorskiej i odbywającej się bez błogosławieństwa IRB. Meczu o trzecie miejsce na niej nie przewidziano i brązowe medale na swoje konto zapisały obie drużyny pokonane w półfinałach – Francja i Nowa Zelandia. Tym niemniej postanowiły sprawdzić, kto z nich jest lepszy. Rozegrano go w dniu finału mistrzostw, w Cardiff, a zakończył się zwycięstwem Francuzek nad Nowozelandkami (te wystawiły skład złożony głównie z zawodniczek, które podczas imprezy miały mniej szans do grania) 3:0, a mi nie udało się nawet odnaleźć nazwiska zdobywczyni jedynych punktów w tym spotkaniu.

Pierwszy kobiecy mundial był trochę jak ten opisany powyżej mecz. Spontaniczny. Wymyśliły go same kobiety. I one go w całości zorganizowały, kosztem ogromnego poświęcenia – cztery zawodniczki londyńskiego Richmond: Deborah Griffin, Alice Cooper, Mary Forsyth i Sue Dorrington. Zainspirowane rok wcześniejszym międzynarodowym festiwalem rugby w Nowej Zelandii (wyjazd, na który nie mogły sobie pozwolić) wymyśliły imprezę jeszcze większą i zaprosiły na nią dwanaście reprezentacji z całego świata. Wszystkie odpowiedziały „tak”. To była wielka improwizacja – bez wielkich pieniędzy (a raczej bez pieniędzy niemal w ogóle – na krótko przed imprezą organizatorki informowały uczestniczki o konieczności samodzielnego pokrycia kosztów lotów i zakwaterowania, a mimo to nikt się nie wycofał (choć zawodniczki Związku Radzieckiego przyleciały bez pieniędzy, za to z dużą ilością towarów na sprzedaż, co mocno zdziwiło celników na Heathrow, a historia pomogła znaleźć im ofiarodawców wspierających drobnym wkładem). Ba, kłopoty spotykały innych – na przykład reprezentacja Anglii została wyrzucona w hotelu z pokojów i spędziła noc na sali konferencyjnej z powodu podwójnego zabukowania tych samych miejsc.

To były czasy, gdzie kobiece rugby mało gdzie było uznane przez krajowe federacje. W przypadku większości uczestników, w tym gospodarzy, powstały odrębne organizacje kobiecego rugby; Nowozelandki wyprosiły w NZRFU zgodę na użycie symbolu srebrnej paproci, a nie wszystkie zawodniczki dostały od maoryskich starszych zgodę na udział w hace… Głównym wkładem IRB było kwestionowanie projektu logo imprezy, jako zbyt podobnego do tego dla oficjalnej męskiej imprezy. O oficjalnym uznaniu imprezy jako mistrzostw świata nie mogło być mowy. Zresztą, może dlatego w ogóle dało się ją zorganizować – bez biurokratycznej machiny, która przez lata zastanawiałaby się nad tym, czy kobiece rugby dojrzało do takiej rywalizacji i po przeliczeniu stwierdziłoby, że całość w ogóle się nie bilansuje.

Turniej rozegrano w Walii w rekordowo krótkim czasie. Wszystkie mecze – po dwa w fazie grupowej oraz od trzech do jednego zależnie od drużyny w fazie pucharowej rozegrano w ciągu 9 dni! Fazę grupową w walijskich miasteczkach górniczego południa. Fazę pucharową – w stolicy kraju. W meczu otwarcia, 6 kwietnia 1991 na stadionie Glamorgan Wanderers Nowa Zelandia (po prezentacji haki) pokonała Kanadę 24:8, a mecz oglądał ponad tysiąc widzów. Fazę grupową (cztery grupy, każda licząca po trzy drużyny) wygrały bez potknięć reprezentacje, po których tego się spodziewano: Nowa Zelandia, Francja (gdzie kobiece rugby już było po auspicjami FFR), Stany Zjednoczone i Anglia. Jednak i dla przegranych udział w tym turnieju był fantastycznym doświadczeniem – niektóre miały bardzo niewielkie doświadczenie reprezentacyjne i gra z nowymi przeciwnikami była czymś wyjątkowym. Mimo kompletu porażek zapamiętane zostały reprezentantki Związku Radzieckiego i Japonki, wyraźnie odstające wzrostem od zawodniczek, ale zdobywające serce kurtuazją i zapamiętane w kimonach z przyjęcia kończącego mistrzostwa.

W półfinałach Angielki pokonały Francuzki 13:0, natomiast Amerykanki odrobinę nieoczekiwanie pokonały Nowozelandki 7:0 (warto jednak pamiętać, że amerykańskie Wiverns już od kilku lat rozgrywały międzynarodowe mecze i wielokrotnie pokonywały inne topowe reprezentacje). Dwa dni po półfinałach, na Cardiff Arms Park w obecności 3 tys. widzów w meczu decydującym o złotym medalu Amerykanki pokonały Angielki 19:6 (mimo, że przegrywały 0:6).

Sam fakt, że impreza się odbyła, był ogromnym osiągnięciem. Oznaczało nawiązanie kontaktów, zrozumienie, że kobiety mogą osiągać w rugby to co mężczyźni, pokazało możliwość organizacji imprezy przy bardzo ograniczonych zasobach. Także dało sygnał World Rugby, że kobiece rugby to jest coś, o czym warto jednak pomyśleć. Na dodatek w Wielkiej Brytanii kobiece rugby pojawiło się w głównych tytułach sportowych, a reakcje na imprezę były generalnie przychylne (nawet w kłopotach z kopami Paul Nelson z Sunday Times widział pozytyw – zmuszało to do gry ręką i konstruowania akcji), choć przyćmił ją na pewno rozgrywany kilka miesięcy później także w Walii męski Puchar Świata.

IRB dojrzewało do przyjęcia kobiecego Pucharu Świata pod swoje auspicje jeszcze dobrych kilka lat. Dopiero w 2009/2010 uznało imprezę z 1991 za pierwszy Puchar Świata, a w 2022 wprowadziło Deborah Griffin i jej trzy koleżanki do World Rugby Hall of Fame. Sama Griffin została zresztą w 2018 członkinią Rady World Rugby z ramienia RFU.

M: II (Walia 1991)

6 października 1991, Cardiff, Cardiff Arms Park, ok. 45 tys. widzów, mecz grupowy Walia – Samoa Zachodnie

Największa niespodzianka drugiego męskiego Pucharu Świata miała miejsce już w fazie grupowej. Walijczycy, którzy choć nominalnie nie byli gospodarzami imprezy, to spotkanie grali na swoim terenie wspierani przez 45 tysięcy widzów, ulegli drużynie, która rozgrywała na Pucharze Świata swoje pierwsze spotkanie w historii – Samoa Zachodniemu. Walijskie rugby przeżywało wówczas kryzys, natomiast Samoańczycy skorzystali z możliwości powołania graczy wychowanych w Nowej Zelandii, ale nie załapujących się do All Blacks (w składzie Samoa kibice zobaczyli m.in. najmłodszego wówczas na całej imprezie Briana Limę i również wówczas młodego Pata Lama, obecnego trenera Bristol Bears) – jednak porażka ekipy z Pucharu Pięciu Narodów w starciu z drużyną wysepek na końcu świata mimo to była sensacją. Walijczycy w tym meczu nie byli ani razu na prowadzeniu – to Samoańczycy, potężnie szarżujący rywali, ze stanu 3:3 doprowadzili do przewagi 13:3 (choć pierwsze z ich przyłożeń pewnie dzisiaj nie ostałoby się próbie TMO), a ostatecznie mimo pogoni gospodarzy wygrali 16:13.

Gospodarzem kolejnego rugbowego męskiego mundialu w 1991 było w praktyce aż pięć europejskich krajów, spośród których główne skrzypce grała Anglia (pozostałe to reszta ówczesnego Pucharu Pięciu Narodów). Imprezę poprzedziły kwalifikacje, w ramach których obsadzano teoretycznie osiem miejsc w stawce (teoretycznie, bo w strefie Ameryki do obsadzenia były trzy miejsca, a w kwalifikacjach regionalnych wzięło udział właśnie tyle drużyn). Pozostałe osiem miejsc zajęli ćwierćfinaliści poprzedniej imprezy. Eliminacje przyniosły efekt podobny do zaproszeń sprzed czterech lat – w stawce zaszła tylko jedna zmiana, polegająca na zastąpieniu Tonga przez inną wyspiarską ekipę, Samoa Zachodnie. W fazie grupowej właśnie ta drużyna sprawiła największą sensację – pokonała Walię, która w wyniku tej porażki nie zakwalifikowała się do fazy pucharowej.

W ćwierćfinale Samoa Zachodnie uległo już jednej z najlepszych wówczas europejskich drużyn, Szkocji. Grona półfinalistów dopełniły Anglia oraz finaliści sprzed czterech lat. Najciekawszy pojedynek na etapie ¼ finału stoczyły Australia i Irlandia – gracze z Zielonej Wyspy nieoczekiwanie na kilka minut przed końcem wyszli na prowadzenie, ale przyłożenie Michaela Lynagha dało wygraną faworytom z antypodów. Nerwowo było też w paryskim półfinale Francji z Anglią, choć z pozaboiskowych powodów – trener Francuzów Daniel Dubroca obraził sędziego zawodów Davida Bishopa.

Australijczycy w półfinale wyeliminowali obrońców tytułu mistrzowskiego, Nową Zelandię, m.in. dzięki świetnej grze największej gwiazdy tego turnieju Davida Campese (niektórzy pisali potem, że pokonał Nowozelandczyków w pojedynkę). Było 16:6 (do przerwy 13:0), a przegranym na pewno nie pomogła nieobecność na boisku Michaela Jonesa (z uwagi na przekonania religijne nie grał w niedziele). W drugim półfinale Szkoci grali w Edynburgu z Anglią – i to goście wygrali 9:6, a Szkoci żałowali zwłaszcza pudła Gavina Hastingsa z prostego karnego.

Styl Anglików w dotychczasowych meczach nie zachwycał, ale był skuteczny – tymczasem w finale postanowili go zmienić i zagrać bardziej otwarte rugby, co zresztą było powodem tarć w drużynie. Ta zmiana koncepcji gry się Anglikom nie opłaciła (a wytrwali przy niej nawet mimo przegrywania po pierwszej połowie 0:9 i kłótni o to w szatni w przerwie meczu) – nie zdobyli ani jednego przyłożenia, a puchar Webba Ellisa wzniósł po zwycięstwie 12:6 kapitan Australijczyków, Nick Farr-Jones. Brąz trafił w ręce Nowozelandczyków.

K: II (Szkocja 1994)

24 kwietnia 1994, Edynburg, Raeburn Place, ok. 5 tys. widzów, finał Anglia – Stany Zjednoczone

Trzy lata wcześniej finał kobiecego Pucharu Świata odbył się w tym samym składzie. Wtedy Amerykanki pokonały Angielki. I tym razem obrończynie tytułu były faworytkami spotkania – na drodze do finału gromiły wszystkie swoje przeciwniczki, dopiero w półfinale (także wysoko wygranym) straciły pierwsze punkty. Jednak Angielki wyciągnęły lekcję z porażki sprzed trzech lat. Już wtedy miały przewagę w posiadaniu piłki, a tym razem po prostu ją wykorzystały. W przyłożeniach było 5:4, do tego Angielki dorzuciły komplet podwyższeń (13 punktów z kopów kapitan drużyny Karen Almond), podczas gdy rywalki zza Atlantyku nie wykorzystały ani jednego. W efekcie Anglia sięgnęła po swój pierwszy tytuł mistrzowski po wygranej 38:23.

Sukces pierwszego Pucharu Świata skłonił kobiety do myślenia o kolejnym. Zaplanowały go już po trzech latach od poprzedniego, w 1994, aby uniknąć kolizji z męską imprezą. Gospodyniami miały być Holenderki, które były przecież jedną z nacji najwcześniej grających w kobiece rugby – dość wspomnieć, że pierwsze spotkanie międzynarodowe rozegrano w 1982 w Utrechcie pomiędzy Holandią i Francją, a rywalizacja ta była potem utrzymywana przez lata. Jednak tym razem kłopotów były jeszcze więcej. W czasie od poprzedniego Pucharu Świata część narodowych męskich federacji uznało kobiece rugby, ale status imprezy budził ich wątpliwości. IRB nadal nie uznawało jej za oficjalną (m.in. z tego powodu nosiła nazwę Rugby World Championship, a nie Rugby World Cup). I federacja nowozelandzka, która teraz zawiadywała kobiecym rugby, uznała, że wobec statusu imprezy nie może finansować wyjazdu. Wycofanie się Nowozelandek i Niemek stawiło pod znakiem zapytania imprezę i spowodowało, że Holenderki zrezygnowały z jej organizacji, nie chcąc ponosić ryzyka fiaska. Jednak większość drużyn wciąż była chętna do udziału, a mimo że do planowanego terminu imprezy pozostały zaledwie trzy miesiące, Szkotki podjęły się jej organizacji. Czyli nacja, która pierwszy mecz międzynarodowy zagrała zaledwie rok wcześniej.

Początkowo planowano udział 16 ekip. Wycofanie się kilku (m.in. Hiszpanek, których też nie było stać na wyjazd) oznaczało powrót do formatu z 1991 z udziałem 12 ekip, przy czym udział wzięło 11 reprezentacji narodowych i uniwersytecka reprezentacja Szkocji, aby dopełnić rachunku. Nowymi drużynami w porównaniu do poprzedniej imprezy były gospodynie, Irlandki, a także Rosjanki i Kazaszki (obie te drużyny zajęły miejsce Związku Radzieckiego). Mecze rozgrywano w szkockich miasteczkach z rugbowymi tradycjami (m.in. w Melrose), a także w Edynburgu, gdzie odbywały się na Raeburn Place – w miejscu historycznym dla rugby (tam odbył się pierwszy w historii mecz międzynarodowy).

Brak Nowozelandek spowodował zmianę wynikach rozstrzygnięć grupowych – swoje rywalizacje pewnie wygrały Angielki, Amerykanki i Francuzki (Amerykanki wręcz w imponującym stylu – 121:0 z Japonią i 111:0 ze Szwecją), a do tego grona dołączyły Walijki, które w grupie pokonały 11:5 Kanadę. W formacie imprezy dokonano tylko jednej zmiany – dołożono ćwierćfinały. Górą były zwyciężczynie grup, choć Walia pokonała Szkocję tylko 8:0. W półfinałach wygrały te same drużyny co trzy lata wcześniej w Cardiff – Amerykanki rozgromiły Walijki 56:15 (tracąc jednak pierwsze punkty w turnieju), natomiast Angielki wygrały 18:6 z Francuzkami. Wynik finału był już jednak odmienny – Angielki zrewanżowały się Amerykankom pokonujące je 38:23. Trzecie miejsce zajęły Francuzki.

Upór kobiet, które mimo przeciwności losu zdołały zorganizować drugą ogólnoświatową imprezę, doprowadził do czegoś bezcennego: IRB postanowiło objąć kobiece rugby i już w 1995 na spotkaniu w Edmonton powołało kobiecy komitet doradczy, którego celem było opracowanie planu rozwoju kobiecego ruby.

M: III (Południowa Afryka 1995)

18 czerwca 1995, Kapsztad, Newlands Stadium, 43 414 widzów, półfinał Nowa Zelandia – Anglia

Najsłynniejszym spotkaniem imprezy z 1995, pierwszy raz przeprowadzonej z udziałem RPA i w tym kraju, jest niewątpliwie mecz finałowy. Tam liczą się jednak przede wszystkim symboliczne wydarzenia po meczu, natomiast najwięcej rugbowych atrakcji było jednak w spotkaniu rozegranym kilka dni wcześniej, kapsztadzkim półfinale pomiędzy Nową Zelandią i Anglią. Bohaterem spotkania był niesamowity nowozelandzki skrzydłowy Jonah Lomu, który mimo zaledwie 20 lat był gwiazdą imprezy. Już w pierwszej minucie meczu przeprowadził jedną z najsłynniejszych akcji w historii Pucharów Świata – przełamał szarże trzech rywali, w tym rozgrywającego wówczas rekordowy 52. mecz międzynarodowy Willa Carlinga, i zdobył pierwsze przyłożenie w meczu. Pierwsze z aż czterech w swoim wykonaniu. Nowozelandczycy imponowali, a ich wiązacz Zinzan Brooke pogłębił upokorzenie rywali zdobywając punkty z drop goala wykonanego z ponad 40 m. Anglicy odgryzali się, ale tego dnia nie mieli szans – Nowa Zelandia wygrała 45:29, a całe RPA przez ostatni tydzień przed finałem imprezy zastanawiało się, jak Springboks mogliby powstrzymać Jonah Lomu.

Puchar Świata w 1995 rozegrano w przełomowym momencie w dziejach rugby union. Do stawki walczącej o najważniejsze trofeum w rugbowym świecie dołączyła Republika Południowej Afryki, która przeszła przemiany polityczne. Od razu też została gospodarzem imprezy, co jej nowy (urzędujący od roku) prezydent Nelson Mandela postanowił wykorzystać jako narzędzie jednoczące grupy rasowe zamieszkujące ten kraj. Wyzwanie ogromne – odrzucenie apartheidu i przejście do demokracji nie było procesem łatwym i oczywistym, a napięcia rasowe były ogromne i spore były ryzyko wybuchu zaburzeń na tym tle. Innym, choć mniej eksponowanym przełomem było ogłoszenie tuż przed finałem tej imprezy powstania Super Rugby i kontraktu telewizyjnego z News Corporation Ruperta Murdocha, o wartości jakiej świat rugby jeszcze nie widział – ta decyzja doprowadziła w bardzo krótkim czasie do zniesienia wymogu amatorstwa w rugby i dopuszczenia profesjonalizmu.

W gronie finalistów zaszły tym razem większe zmiany – oprócz zaproszenia RPA, przez kwalifikacje przebił się inny debiutant, absolutnie sensacyjny, Wybrzeże Kości Słoniowej. W porównaniu do poprzedniej imprezy wróciło też Tonga. Zabrakło natomiast w gronie finalistów Fidżi, Stanów Zjednoczonych i Zimbabwe.

Puchar zaczynał się pod kiepskimi auspicjami – World Rugby miało nawet przygotowane plany dotyczące przeniesienia imprezy na wypadek wybuchu przemocy w kraju. Na dodatek gospodarze przed imprezą stracili w wyniku kontuzji swojego jedynego czarnoskórego zawodnika, Chestera Williamsa, obecnego za to w całym kraju na plakatach z hasłem One team, one country. Niemniej już od meczu otwarcia przeciwko Australii, wygranego 27:18, za Springbokami stanęła także czarna ludność zachęcona działaniami Mandeli. W ślad za tym zwycięstwem poszły kolejne (przy czym zawieszenie jednego z graczy po bójce w meczu z Kanadą pozwoliło wrócić do składu Williamsowi), a na głównego rywala gospodarzy wyrośli Nowozelandczycy ze znakomitym skrzydłowym Jonah Lomu w roli niekwestionowanej gwiazdy turnieju.

W ćwierćfinale turnieju właśnie Chester Williams zdobył dla RPA aż cztery przyłożenia w pojedynku z Samoa Zachodnim. W efekcie gospodarze stanęli w półfinale naprzeciwko Francji – i niewiele brakło, aby Francuzi awansowali do finału walkowerem dzięki mniejszej liczbie kar dyscyplinarnych w turnieju. Nad Durban nadeszła nieziemska ulewa i mecz nieomal dowołano. Na boisku lepsi okazali się Springboks, ale ich wygrana do końca wisiała na włosku. W drugim półfinale, pomiędzy Nową Zelandią a Anglią, wspomnianym wyżej, prawdziwy koncert dał Lomu.

Przed finałem cała RPA zastanawiała się, jak powstrzymać Lomu. I Springboks sposób znaleźli – był to pierwszy w historii finał i zarazem jedyny pojedynek tego turnieju, w którym nie padło żadne przyłożenie. Andrew Mertens i Joel Stransky wymieniali się kopami z karnych i drop goali, w regulaminowym czasie gry było 9:9, a ostatecznie mecz rozstrzygnął drop goal Stransky’ego w drugiej połowie dogrywki – RPA wygrało 15:12. Po meczu doszło do chyba najbardziej symbolicznej sceny w historii Pucharów Świata – puchar Webba Ellisa kapitanowi reprezentacji gospodarzy, Francois Pienaarowi wręczył Nelson Mandela, który włożył na siebie koszulkę Springboków, wcześniej jeden ze znienawidzonych przez czarnoskórą ludność kraju symboli apartheidu.

Cóż, RPA nie stało się krajem mlekiem i miodem płynącym, jednak bez starań Mandeli, Pienaara i innych osób zaangażowanych w tę imprezę, zapewne krwawa wojna domowa byłaby nieunikniona. Historia tej drużyny, tego turnieju i tego finału stała się kanwą książkowego bestsellera Johna Carvina Invictus. Igrając z wrogiem, a potem także i nakręconego na jego podstawie filmu z Morganem Freemanem i Mattem Damonem w rolach głównych.

A dwa miesiące później, niemal dokładnie 100 lat po wielkim rozłamie w rugby, runął też oficjalnie dogmat amatorstwa.

K: III (Holandia 1998)

16 maja 1998, Amsterdam, National Rugby Centre Amsterdam, mecz o siódme miejsce Hiszpania – Francja

Ten mecz to pretekst do opowiedzenia smutnej historii. Hiszpanki ten turniej zaczęły od pokonania Walijek 28:18. Potem co prawda przegrały z Amerykankami, ale zdobyły 16 punktów. W ćwierćfinale uległy bezkonkurencyjnym Nowozelandkom, potem przegrały o włos, po karnym w ostatniej minucie, z Australią. W starciu o siódme miejsce sprawiły jednak sporą niespodziankę – pokonały regularnie stającą wcześniej na pucharowym podium Francję 22:9. Pierwsza połowa była bardzo wyrównana, punkty padały tylko z karnych, Francja prowadziła 6:3. Jednak po przerwie znakomicie zagrały Hiszpanki, który zdobyły trzy przyłożenia, w tym dwa kluczowe w wykonaniu Susan Monclús w ostatnim kwadransie. Ten mecz pokazał, że są siłą w kobiecym rugby, której lekceważyć nie można. Gdy dwa lata później do walki w Pucharze Pięciu Narodów nie stanęły Irlandki, to właśnie Hiszpanki zaproszono w to miejsce – i uczestniczyły w tej imprezie (w międzyczasie powiększonej po powrocie Irlandek do Pucharu Sześciu Narodów) do 2006, trzykrotnie stając na podium tej rywalizacji. Gdy jednak pieczę nad Pucharem Sześciu Narodów przejęło Six Nations, z Hiszpankami bezwzględnie się pożegnano – ich miejsce zajęły Włoszki (wszak włoska federacja była udziałowcem spółki). Pieniądze przemówiły, a Hiszpanki odtąd dostają bardzo nieliczne szanse na grę z najlepszymi w Europie.

To był pierwszy w historii Puchar Świata kobiet zorganizowany przez IRB. I długo traktowany przez tę organizację jako pierwszy w ogóle. Pierwszy raz rozegrano też wszystkie spotkania na jednym obiekcie – świeżo wybudowanym w Amsterdamie National Rugby Centre. Holandia dostała szansę rehabilitacji po wycofaniu się z organizacji cztery lata wcześniej – i szansę wykorzystała.

Zwiększyła się liczba drużyn uczestniczących w imprezie – zaproszono ich (wciąż nie rozgrywano żadnych kwalifikacji) szesnaście, a w gronie debiutantów znalazły się reprezentacje Australii (ciut spóźnionej wobec konkurentów w kobiecym rugby) i Niemiec. W pierwszej fazie mieliśmy cztery grupy po cztery zespoły. Co ciekawe, nie grano każdy z każdym, ale każda drużyna z grupy zaliczała tylko po dwa mecze. Wynik pierwszych meczów (pary ustalano według rankingu: 1–4 i 2–3) determinował skład drugiej kolejki, w której bezpośrednie mecze między sobą rozgrywali zwycięzcy pierwszy spotkań oraz przegrani. Dwie najlepsze drużyny z każdej grupy awansowały do ćwierćfinałów (w praktyce – zwycięzcy z pierwszej kolejki), ale i dwie słabsze nadal grały – fazę pucharową zorganizowano w taki sposób, aby każda ekipa zagrała po trzy spotkania i każda została sklasyfikowana na osobnym miejscu.

To ostatnie miejsce zajęła drużyna Rosji, która wzbudziła sporo kontrowersji – IRB po turnieju wystosowało wręcz oficjalną informację krytykującą trenerów w tym kraju z uwagi na nieustanne wysokie szarże zawodniczek rosyjskich. W walce o medale wielkich niespodzianek nie było. Debiutująca Australia awansowała do ćwierćfinału, ale tam uległa Anglii. Na ćwierćfinale marzenia o mistrzostwie straciły też Francuzki, które przegrały 7:9 z Kanadą, pierwszy raz nie awansując do czołowej czwórki (dla Kanady, przeciwnie, to było pierwsze takie osiągnięcie). W półfinale mieliśmy dwa zaskakująco wysokie wyniki: Stany Zjednoczone pokonały Kanadę 46:4, natomiast Anglia uległa Nowozelandkom 11:44, pierwszy raz nie awansując do finału.

Nowozelandki, mimo absencji przed czterema laty i niewielu szans na międzynarodowe granie przez ostatni czas (spotykały się głównie z Australijkami) reprezentowały poziom nieosiągalny dla reszty stawki i sięgnęły po pierwszy tytuł mistrzowski wygrywając ze Stanami Zjednoczonymi 44:12. W drużynie, której kapitanem była legendarna Farah Palmer, wyróżniła się Vanessa Cootes, która zdobyła cztery przyłożenia – czyli połowę dorobku swojej drużyny. Nowozelandki zresztą zadomowiły się na najwyższym stopniu podium kobiecego Pucharu Świata – odtąd tylko raz wróciły do domu bez złotych medali. Trzecie miejsce na podium zdobyły Angielki, które pokonały Kanadyjki 31:15.

M: IV (Anglia 1999)

31 października 1999, Londyn, Twickenham Stadium, ok. 70 tys. widzów, półfinał Francja – Nowa Zelandia

W 1999 Jonah Lomu, wciąż młody, powrócił do gry o puchar Webba Ellisa po pierwszym ataku swojej choroby nerek. Wydawało się, że tym razem nikt nie będzie w stanie go powstrzymać – w każdym meczu grupowym swojej drużyny zdobywał przyłożenia, podobnie w ćwierćfinale. W półfinale Nowa Zelandia starła się z jedyną europejską ekipą, która dotarła do tego etapu turnieju – Francją. I wydawało się, że pójdzie za ciosem – co prawda pierwsze przyłożenie meczu zdobył dla Francji Christophe Lamaison, ale Nowozelandczycy potężnie odpowiedzieli, a kolejne dwa przyłożenia w turnieju zdobył w pierwszej połowie Lomu. Do przerwy gracze z antypodów prowadzili 24:10. Jednak po przerwie Francuzi przebudzili się i zdobyli aż 33 punkty w niespełna pół godziny, pozwalając rywalom na tylko jedno przyłożenie – w efekcie wygrali ten mecz 43:31 i awansowali do swojego drugiego finału w historii. I to nie Lomu, ale Lamaison okazał się największą gwiazdą tego spotkania – stuprocentowo skuteczny z kopów uzbierał w tym meczu 28 punktów (jedno przyłożenie, cztery podwyższenia, trzy karne i dwa drop goale).

W 1999, Puchar Świata wrócił do Europy. Znów mecze rozsiano po pięciu krajach (teoretycznie gospodarzem była Walia, ale poza jej granicami było aż 15 spośród 18 stadionów, na których rozgrywano imprezę, i 32 spośród 41 rozegranych meczów, w tym m.in. oba półfinały). Jednak był to zupełnie inny świat rugby niż przy poprzednich okazjach – najlepsi zawodnicy podpisali kontrakty zawodowe, utworzono profesjonalne rozgrywki ligowe, normą było zarabianie na reklamach i transmisjach telewizyjnych. Porzucono prawdziwe i pozorne prace. Niemniej początki profesjonalizmu były trudne dla zawodowców, bowiem zarabianie pieniędzy stało się imperatywem kosztem przeciążania graczy. Wyglądało też na to, że znacznie lepiej do nowej rzeczywistości przystosowały się kraje z południowej półkuli, które przed imprezą gromiły rywali z Europy (z 76:0 Australii z Anglią na czele). Wprowadzenie profesjonalizmu pogłębiło też przepaść pomiędzy krajami elity (które na zawodowstwo było stać) i tymi z drugiego szeregu (gdzie gracze wciąż pozostali amatorami).

Zmieniono format kwalifikacji do imprezy – bezpośredni awans zapewniły sobie tylko nominalny gospodarz (Walia) i najlepsza trójka z poprzedniej imprezy. O pozostałe 16 miejsc toczyły się kwalifikacje, tym ciekawsze, że w ich ramach doszło do spotkań drużyn ze światowej czołówki ze znacznie słabszymi ekipami. Miejsc w stawce było więcej (20 zamiast 16), pojawiły się więc na turnieju debiutanci – Namibia, Hiszpania i Urugwaj. Pierwszy raz też znalazło się miejsce dla wszystkich trzech wiodących w rugby wyspiarskich krajów z Pacyfiku jednocześnie (Tongijczycy w międzykontynentalnym repasażu zagrodzili drogę na tę imprezę rosnącej w siłę Gruzji).

Skomplikowano z tej okazji system rozgrywek – drużyny podzielono w pierwszej fazie na pięć grup po cztery zespoły. Do ćwierćfinałów awansowali zwycięzcy grup oraz trzech zwycięzców z dodatkowego play-off rozgrywanego z udziałem ekip z drugich miejsc i najlepszej drużyny z trzecich miejsc w grupach.

W fazie grupowej turnieju najboleśniejszą niespodziankę przeżyli gospodarze – Walijczycy co prawda wygrali grupę, ale w ostatnim meczu tej fazy rozgrywek ulegli w Cardiff nieoczekiwanie Samoańczykom 31:38. Kolejnej rundy już nie przebrnęli – przegrali w ćwierćfinale z Australijczykami 9:24 i pożegnali się z turniejem. Na tym etapie triumfowały drużyny z południa: poza Australią, do półfinału awansowały też RPA, które pokonało Anglię dzięki fantastycznej postawie Janniego de Beera (34 punktów z kopów, w tym 5 drop goali), oraz Nowa Zelandia, która pokonała Szkocję (w szeregach All Blacks znów błyszczał Jonah Lomu, który w tym turnieju przyłożył piłkę aż ośmiokrotnie – to do dziś niepobity rekord liczby przyłożeń w jednym turnieju, dorównali mu tylko w 2007 Bryan Habana i w 2015 Julian Savea). Honor Europy uratowała Francja, która pokonała Argentynę.

W półfinałach obaj uczestnicy poprzedniego finału polegli: Australia pokonała po dogrywce 27:21 RPA (wszystkie 48 punktów w meczu padło z kopów), a Francja po niesamowitym występie i znakomitej grze w drugiej połowie pokonała Nową Zelandię 43:31. W finale takich emocji nie było: Australia bardzo pewnie pokonała Francję 35:12 i królowa Elżbieta II wręczyła puchar Webba Ellisa kapitanowi drużyny z antypodów, Johnowi Ealesowi.

K: IV (Hiszpania 2002)

24 maja 2002, Barcelona, Estadi Olímpic de Montjuïc, 8000 widzów, finał Nowa Zelandia – Anglia

Na finał w tym właśnie składzie czekano w praktyce od początku turnieju. Rewanż za decydujące o złocie starcie sprzed czterech lat zapowiadał się pasjonująco, zwłaszcza po tym, jak rok wcześniej Angielki podczas wyprawy do Nowej Zelandii wygrały jeden z dwóch testów, przerywając dziesięcioletnią serię samych wygranych Nowozelandek. Na Stadionie Olimpijskim w Barcelonie (rekordowa, ośmiotysięczna publiczność, nieco ginęła na 55-tysięcznych trybunach) nie zdołały jednak przeważyć. Pierwsza połowa była wyrównana – Nowozelandki zdobyły jedyne przyłożenie i dorzuciły dwa karne, natomiast punkty Angielek padały z kopów Shelley Rae (dwa karne i drop goal). Do przerwy zawodniczki z antypodów prowadziły tylko 11:9. Po przerwie jednak zyskały znaczną przewagę na boisku (Europejkom nie pomogła nawet gra przez 10 minut w przewadze), dorzuciły kolejne przyłożenie i karnego i zdobyły drugi tytuł mistrzowski z rzędu.

Czwarty Puchar Świata kobiet odbył się w Hiszpanii – mecze odbywały się w różnych miastach Katalonii, a uczestniczkom odrobinę brakowało kontaktu, jaki zapewniało im rozgrywanie spotkań w jednym miejscu przed czterema laty, i irytował czas spędzany na podróżach (koniecznych nawet na treningi). Znów w stawce było 16 drużyn i znów pochodziły one z zaproszenia – z jednym wyjątkiem. Zmiany w składzie były dwie – IRB zrezygnowało z dwóch najsłabszych ekip z poprzedniego turnieju, Rosji i Szwecji, a w to miejsce zaprosiło reprezentację Samoa oraz urządziło mecz kwalifikacyjny dla drugiej obok Kazachstanu drużyny z Azji. W nim Japonia pokonała Hongkong i obok Samoa została drugim debiutantem w turnieju.

Format pozostał podobny do tego sprzed czterech lat, choć tym razem zrezygnowano z ćwierćfinałów fazy pucharowej – ich rolę spełniła w praktyce po prostu druga kolejka meczów grupowych, w której mierzyły się ze sobą drużyny zwycięskie z pierwszej kolejki (i odpowiednio, w rywalizacji o miejsca 9–16, drużyny przegrane). Można powiedzieć, że podział na grupy posłużył jako określenie czterech ramion drabinki pucharowej (zaburzenie drabinki było możliwe tylko w przypadku remisu w fazie grupowej, a taki nie padł w turnieju ani raz).

W meczu otwarcia Hiszpanki wygrały z Japonkami 62:0, a najwyższe zwycięstwo zaliczyły Nowozelandki, które rozgromiły Niemki aż 117:0 (pięć przyłożeń zaliczyła Vanessa Cootes). W drugiej kolejce grupowej (czyli efektywnie – ćwierćfinale) gospodynie turnieju nieoczekiwanie mocno postawiły się Angielkom, przegrywając tylko 5:13. Ostatecznie zajęły ósme miejsce w turnieju, pokonane potem przez Szkocję (tylko siedmioma punktami) i Stany Zjednoczone.

W składzie półfinałów w porównaniu do turnieju sprzed czterech lat zaszła jedna zmiana: nie zakwalifikowały się do tego etapu Amerykanki, a ich miejsce zajęły Francuzki. Było to efektem bezpośredniego starcia, w którym Francuzki zwyciężyły 21:9. W półfinałach wysokie zwycięstwa odniosły faworytki turnieju, Angielki i Nowozelandki, które tym razem uniknęły bezpośredniego starcia już na tym etapie turnieju. Te pierwsze pokonały Kanadę 53:10, natomiast Black Ferns zwyciężyły Francję 30:0 (mimo gry w osłabieniu przez 20 minut nie straciły ani jednego punktu). Francuzki po raz trzeci musiały zadowolić się brązowym medalem, natomiast w finale Nowa Zelandia obroniła tytuł mistrzowski, pokonując Anglię 19:9.

M: V (Australia 2003)

22 listopada 2003, Sydney, Stadium Australia, 82 957 widzów, finał Anglia – Australia

W sporządzonym na potrzeby niniejszego tekstu zestawieniu dziesięciu wielkich meczów z męskich turniejów to jedyny finał. Jeden z dwóch w historii Pucharu Świata, w których po 80 minutach mieliśmy remis i potrzeba było dogrywki aby wyłonić mistrza świata (wcześniej było tak w 1995). I jedyny jak dotąd, w którym triumfowała drużyna z Europy. Anglicy prowadzeni przez Martina Johnsona stanęli naprzeciwko gospodarzy imprezy. To właśnie Australijczycy zadali pierwszy cios w tym spotkaniu – przyłożenie po zaledwie pięciu minutach gry. Do przerwy to jednak Anglia wyraźnie prowadziła, 14:5, w czym sporą zasługę miał Jonny Wilkinson, który skutecznie wykonał trzy rzuty karne. Jednak w drugiej połowie gospodarze zaczęli gonić wynik – karne zamieniał na punkty Elton Flatley, który tuż przed końcem regulaminowego czasu gry doprowadził do remisu i dogrywki. W tej Flatley i Wilkinson wymienili się karnymi, a na niespełna pół minuty przed końcem dogrywki Wilkinson przesądził o losach meczu zdobywając trzy punkty z drop goala (mimo dwóch takich prób chybionych wcześniej w tym meczu). Anglia wygrała 20:17. Paradoksalnie, przed finałem jedna z australijskich gazet opublikowała wielkie zdjęcie Wilkinsona z prześmiewczym podpisem: „Czy to wszystko co macie?”

Kraje Europy na swój pierwszy triumf w Pucharze Świata (i jak dotąd jedyny) musiały czekać aż do piątej edycji imprezy, która odbyła się w 2003. Obrońcy tytułu mistrzowskiego walczyli o jego ponowne zdobycie na swoim terenie – ta odsłona odbywała się w Australii (początkowo znowu przymierzano się do podzielenia się imprezą z Nową Zelandią, ale ostatecznie IRB nie dogadało się z Nowozelandczykami w sprawie reklam na stadionach i Australia imprezę ogarnęła w całości).

Tym razem automatycznie zakwalifikowano wszystkich ćwierćfinalistów poprzedniej imprezy, do obsadzenia w drodze kwalifikacji pozostało zatem 12 miejsc (o które rywalizowały aż 92 drużyny). Rewolucji w składzie uczestników Pucharu jednak nie było – jedyną zmianą w składzie finałowej dwudziestki było zastąpienie Hiszpanii przez debiutujących w Pucharze Świata Gruzinów, choć blisko nieoczekiwanego wyeliminowania Namibii byli też Tunezyjczycy. Kolejny raz zmienił się format – podzielono drużyny na cztery grupy po pięć zespołów, z których dwie najlepsze awansowały do ćwierćfinałów. Wprowadzono również system punktów bonusowych. Ten format obowiązuje od tego czasu bez zmian.

W fazie grupowej tym razem wielkich niespodzianek nie było – najbliżej sprawienia sensacji było Fidżi, które tuż przed końcem swego ostatniego meczu grupowego prowadziło ze Szkocją i było bliskie wyeliminowania jej z turnieju. Żółta kartka i stracone punkty przekreśliły jednak te nadzieje. Najlepsze widowisko tego etapu stworzyli chyba gracze Nowej Zelandii i Walii, racząc 80 tys. publiczności aż 90 punktami (All Blacks wygrali 53:37). W ćwierćfinałach też padły wyniki raczej zgodne z oczekiwaniami. Anglicy nieco pomęczyli się z Walijczykami, Irlandczycy mieli fatalny początek meczu z Francją, a Nowa Zelandia rozgromiła mających bardzo kiepski okres Springboków.

Na pierwszą większą niespodziankę przyszło czekać do półfinału, w którym gospodarze pokonali Nową Zelandię 22:10, przełamując przy okazji barierę statystyczną – zostali pierwszymi mistrzami świata, którzy cztery lata później awansowali do finału. A tak jak Australijczycy kontrolowali mecz z Nową Zelandią, podobnie Anglicy pokonali 24:7 Francję w wielkiej ulewie, wszystkie punkty zdobywając z kopów Jonny’ego Wilkinsona (pięć karnych i trzy drop goale). Na prawdziwe emocje czekaliśmy do finału turnieju, w którym Australia grała z Anglią. W regulaminowym czasie gry mieliśmy remis i spotkanie rozstrzygnął na korzyść Anglii drop goal Wilkinsona w końcówce dogrywki – chyba najsłynniejszy w historii Pucharów Świata. Puchar Webba Ellisa pojechał do Europy.

K: V (Kanada 2006)

17 września 2006, Edmonton, Commonwealth Stadium, ok. 5,5 tys. widzów, finał Nowa Zelandia – Anglia

Drugi raz z rzędu te same drużyny zagrały w finale kobiecego Pucharu Świata. Dominacja Anglii i Nowej Zelandii nad resztą stawki stawała się tradycją. Faworytkami spotkania były Nowozelandki, które broniły tytułu mistrzowskiego, zdecydowanie lepiej zaprezentowały się w półfinale i zwyciężały w ostatnich starciach z Angielkami. Jednak to Europejki dominowały w pierwszej połowie spotkania. Dominacji nie przekładały jednak na punkty: przez pół godziny prowadziły 3:0, a pierwszą połowę przegrały 3:10. W drugiej połowie Black Ferns jeszcze bardziej odskoczyły, ale przyłożenie zdobyte przez Angielki krótko przed końcem pozwoliło im skrócić dystans do zaledwie trzech oczek. Ostatni cios zadały jednak Nowozelandki – przyłożenie Amirii Marsh dało im wygraną 25:17 i trzeci tytuł mistrzyń świata. Mecz opisywano potem jako najlepszy w historii kobiecego rugby.

Dopiero piąty kobiecy Puchar Świata trafił poza Europę (choć chrapkę na organizację miała Anglia) – organizację powierzono Kanadzie, a całą imprezę rozegrano na trzech obiektach położonych w Edmontonie. Pierwszy raz wszystkie mecze były transmitowane w Internecie, a finał – także w telewizji. Pierwszy raz także kobiet było wśród sędziów więcej niż mężczyzn.

IRB zmniejszyło na tym turnieju liczbę uczestników z 16 do 12 motywując to różnicą poziomów i pogromami w niektórych meczach fazy grupowej na poprzednich imprezach. Ciekawe, że taka sama sytuacja w męskim turnieju do podobnych kroków nie skłoniła… Znów nie mieliśmy kwalifikacji z prawdziwego zdarzenia, o uczestnictwie decydowały zaproszenia (w których pominięto m.in. Walię, a zaproszono Australię, która od poprzedniego Pucharu Świata nie zagrała ani jednego meczu z powodu obcięcia finansowania kobiecego rugby przez federację), jedynie w Azji doszło do zmagań z udziałem czterech drużyn, z których zwycięsko wyszedł Kazachstan. Debiutantem na imprezie była zaproszona po raz pierwszy ekipa Południowej Afryki (w tym czasie właściwie jedyna na kontynencie rozgrywająca spotkania międzynarodowe).

Format z uwagi na zmianę liczby uczestników oczywiście także przekształcono. W pierwszej fazie drużyny podzielono na cztery grupy liczące po trzy zespoły. Nie grały jednak meczów ze sobą, ale z trzema drużynami z innej grupy (każda ekipa z grupy A – z trzema z grupy D, każda z grupy B z trzema z grupy C itd.). Wszystkie drużyny grały potem w play-off, gdzie walczono odrębnie o miejsca 1–4, 5–8 i 9–12. O awansie do poszczególnych rywalizacji nie decydowały jednak miejsca w grupie, ale ranking wszystkich drużyn po trzech spotkaniach pierwszej fazy. Każdy zespół rozegrał po pięć spotkań.

Przez nietypową fazę grupową bez porażki przeszły tylko dwie drużyny: faworyci turnieju, finaliści sprzed czterech lat, Nowa Zelandia i Anglia. Nowozelandki w trzech meczach straciły zaledwie jedno przyłożenie (w pierwszym spotkaniu, wygranym 66:7 z gospodyniami turnieju). W dwóch pozostałych grupach zwyciężyły Francja oraz Kanada i to te drużyny trafiły do półfinałów (identyczną liczbę punktów co Francuzki i Kanadyjki miały Szkotki, które jednak odpadły w rywalizacji bilansem małych punktów – co prawda nieoczekiwanie nisko przegrały z Nową Zelandią, tylko 0:21, ale też odnotowały zbyt skromne wygrane nad Hiszpanią i Kazachstanem).

W półfinałach niespodzianek nie było. Broniące tytułu mistrzowskiego Nowozelandki rozgromiły Francuzki 40:10. Ciekawiej było w drugim starciu, gdzie Angielki pokonały gospodynie turnieju (w których składzie błyszczała późniejsza dwukrotna złota medalistka olimpijska w bobslejach, Heather Moyse) zaledwie 10:6, a w ostatniej akcji to Kanadyjki były o włos od przyłożenia i Angielki uratowały się cudem. W finale oczekiwano wysokiej wygranej Black Ferns (zwłaszcza, że pojedynki między Nową Zelandią i Anglią w ostatnim okresie to one rozstrzygały na swoją korzyść), ale Angielki postawiły im twarde warunki. Mimo wszystko Nowa Zelandia triumfowała po raz trzeci z rzędu, po wygranej 25:17. Brąz po raz czwarty trafił w ręce Francuzek, które wygrały z Kanadyjkami 17:8.

M: VI (Walia 2007)

6 października 2007, Cardiff, Millenium Stadium, 71 669 widzów, ćwierćfinał Francja – Nowa Zelandia

W 2007 gospodarzem turnieju była Francja, ale mecze mistrzowskie trafiły także na dwa inne stadiony. I właśnie na jednym z nich, w walijskim Cardiff, zobaczyliśmy chyba najlepszy mecz turnieju – drugi na tej liście mecz Francji z Nową Zelandią. Obie drużyny przed imprezą typowano na faworytów do awansu do finału. Francuzi przystępowali do tego spotkania z niepokojem – nie dość, że mimo faktu bycia gospodarzem turnieju musieli grać poza granicami kraju, to jeszcze w meczu otwarcia ulegli Argentynie, a tymczasem Nowozelandczycy szli jak burza i m.in. pokonali wcześniej Szkotów 40:0. I to właśnie prowadzona przez Richiego McCawa ekipa weszła lepiej w ten mecz – zdobyła jedyne przyłożenie w pierwszej połowie, Dan Carter dorzucił 8 punktów z kopów i do przerwy prowadziła 13:0. Po przerwie punkty zaczęli zdobywać Francuzi wykorzystując osłabienie rywali po żółtej kartce – po kwadransie gry zrobił się remis. Na dodatek chwilę potem musiał zejść z boiska kontuzjowany Carter. Co prawda Nowozelandczycy zdobyli kolejne przyłożenie i odskoczyli na pięć punktów, ale chwilę potem niesamowitą akcję wyprowadził Frédéric Michalak, i zrobiło się 20:18 dla Francji. Nowozelandczycy atakowali (w całym meczu mieli 77% posiadania piłki), ale nie zdecydowali się na próbę z drop goala i wyniku już nie zmienili. Jeden jedyny raz w historii skończyli swój udział w Pucharze Świata na tak wczesnym etapie.

W 2007 rugbowy mundial trzeci raz zawitał do Europy i znowu był rozbity po kilku krajach – gospodarzem była Francja, ale w ramach porozumień zawartych przed imprezą z 1999, podzieliła się nią ze Szkocją i Walią, oddając do Cardiff i Edynburga w sumie sześć meczów. Zasady kwalifikacji różniły się tylko w szczegółach – automatyczny awans mieli ćwierćfinaliści poprzedniej imprezy, a pozostałych 12 drużyn pochodziło z klasyfikacji. Zmiana w składzie finalistów była tylko jedna: zabrakło Urugwaju, natomiast debiut na Pucharze Świata wywalczyła Portugalia, jedyna amatorska drużyna w stawce – o takim rozstrzygnięciu zdecydował finał repasażu rozegrany pomiędzy tymi drużynami.

Trzeci raz z rzędu w meczu otwarcia imprezy zobaczyliśmy Argentynę i pierwszy raz ten prestiżowy pojedynek wygrała, sprawiając niemałą niespodziankę – pokonała w Marsylii gospodarza imprezy, Francję, 17:12 (przy czym wynik nie oddaje przewagi ekipy z Ameryki Południowej). W kraju wybuchła burza wokół trenera reprezentacji, Bernarda Lapore’a. Spośród potęg nie tylko Francja miała kłopoty – grający rezerwowym składem Gruzini postraszyli Irlandczyków, Kanada długo walczyła jak równy z równym z Walią, a Tonga przegrała z RPA zaledwie 25:30. Ostatecznie Walia i Irlandia nie awansowały nawet do ćwierćfinałów – Walijczyków pokonało Fidżi 35:31, a Irlandczyków Argentyna 30:15. Postawa ekip z drugiego szeregu była na tej imprezie imponująca.

Trzy pozostałe w grze ekipy z Europy były skazywane na porażki w ćwierćfinałach. Nieoczekiwanie Francuzi wyeliminowali jednak Nowozelandczyków, a Anglicy – Australijczyków (wygrana 12:10 dzięki karnym Wilkinsona). Zwycięzcami dwóch pozostałych pojedynków w tej fazie były RPA (37:20 z Fidżi, choć to był zacięty pojedynek, Fidżyjczycy potrafili nadrobić czternastopunktową stratę i doprowadzić do remisu, a byli o włos od kolejnych przyłożeń) i Argentyna (19:13 ze Szkocją).

W półfinale pomiędzy Francją i Anglią faworytem byli gospodarze imprezy. Prowadzili od początku niemal do końca meczu, jednak w końcówce but Wilkinsona odebrał im wygraną – Anglicy wygrali 14:9. W drugim meczu tej fazy RPA wreszcie powstrzymało marsz Argentyny, a gwiazdą był Bryan Habana, który zdobył dwa przyłożenia, wyrównując rekord Lomu sprzed ośmiu lat w liczbie przyłożeń zdobytych na jednym Pucharze. W efekcie w finale mieliśmy pojedynek Anglii i RPA – w fazie grupowej ekipa z południa upokorzyła obrońców mistrzowskiego tytułu 36:0 i w decydującym meczu powtórzyła sukces, wygrywając 15:6. Finałowy mecz jednak nie porywał i drugi raz w historii nie padło w takim pojedynku żadne przyłożenie. Ale jak wtedy powiedział Eddie Jones, ówczesny asystent trenera RPA: „W Pucharach Świata chodzi o wygrywanie, a za piękne rugby nie dostajesz punktów”. Brąz trafił w ręce Argentyńczyków, którzy sprawili kolejną niespodziankę pokonując w Paryżu Francję 34:10.

K: VI (Anglia 2010)

5 września 2010, Londyn, Twickenham Stoop, 13 253 widzów, finał Nowa Zelandia – Anglia

Trzeci kolejny finał kobiecego Pucharu Świata w tym samym składzie i wielka nadzieja Angielek, że własna publiczność, zgromadzona na Twickenham Stoop w rekordowej na owe czasy liczbie, pomoże im przełamać nowozelandzką klątwę. Nic z tego. Choć Nowozelandki w pierwszej połowie zobaczyły dwie żółte kartki i przez parę minut nawet grały w trzynastkę, ani razu nie pozwoliły gospodyniom na zdobycie punktów. Przeciwnie, kilka minut przed przerwą to one otworzyły wynik i w połowie spotkania prowadziły 7:0. W drugiej połowie długo się nic nie zmieniało – po godzinie gry było 10:3. Wtedy żółtą kartkę zobaczyła kapitan Nowej Zelandii i tym razem Angielki wykorzystały tę sytuację do wyrównania wyniku. Jednak wciąż grając w osłabieniu Black Ferns zyskały szansę na kop z karnego, Kelly Blazer go wykorzystała i potem okazało się, że to były rozstrzygające punkty meczu – Nowa Zelandia zwyciężyła 13:10. Warto zwrócić uwagę, że był to pierwszy w historii finał prowadzony przez kobietę – główną sędzią spotkania była Australijka Sarah Corrigan.

Gospodarzem szóstego kobiecego Pucharu Świata wreszcie został kraj, w którym kobiece rugby było najlepiej zorganizowane – Anglia. Wszystkie spotkania z wyjątkiem czterech rozstrzygających o medalach rozgrywano w podlondyńskim Guildford, tworząc tam znakomitą, festiwalową atmosferę, natomiast półfinały i finały odbyły się na Twickenham Stoop (który na finale zapełnił się po brzegi). Zapewniono transmisje telewizyjne większości spotkań. W rywalizacji znów uczestniczyło 12 drużyn, tym razem jednak pochodziły one z kwalifikacji. Oczywiście, kwalifikacje te miały swoje ułomności (w Afryce i Ameryce Północnej kwalifikacji nie przeprowadzano – tamtejsze trzy drużyny konkurencji właściwie nie miały). Awans miały zapewnione trzy drużyny z medalami z poprzedniej imprezy, ponadto w Europie walczono o cztery miejsca, w Azji o jedno, tak samo w Oceanii (gdzie ostatecznie do walki stanęły dwie drużyny; zaplanowany z udziałem czterech ekip turniej nie doszedł do skutku z powodu problemów finansowych potencjalnych uczestników). W gronie uczestników imprezy zaszła jedna zmiana w porównaniu do 2006 – brakło Hiszpanek (wykluczonych kilka lat wcześniej z Pucharu Sześciu Narodów), a ich miejsce niespodziewanie zajęły Szwedki.

Zmieniono format rozgrywek. Tym razem w pierwszej fazie drużyny podzielono na trzy grupy, każda licząca po cztery zespoły. Zwycięzcy grup oraz najlepsza drużyna z tych zajmujących drugie miejsca awansowali do półfinałów. Analogicznie najsłabsze cztery drużyny przechodziły do rywalizacji pucharowej o miejsce dziewiąte, a słabsze z drugich miejsc w grupach i lepsze z trzecich – do rywalizacji o miejsce piąte.

Grupy wygrali medaliści sprzed czterech lat – z kompletem zwycięstw rywalizację na tym etapie zakończyły Nowa Zelandia, Anglia i Francja (choć ta ostatnia ekipa miała niespodziewanie duże problemy z pokonaniem Szwedek – mecz skończył się wynikiem 15:9). Najlepszą drużyną z drugich miejsc okazała się Australia, która dzięki temu pierwszy raz w historii (i jak dotąd jedyny), znalazła się w czołowej czwórce imprezy, w korespondencyjnym pojedynku wygrywając bilansem małych punktów z Kanadyjkami i Irlandkami. Australijki swój sukces zbudowały na siódemkach – rok wcześniej wygrały rozgrywany pierwszy raz w historii Puchar Świata w rugby 7 i na bazie tych zawodniczek zbudowały rok później piętnastkową reprezentację. Swoje pierwsze zwycięstwo na Pucharze Świata odniosły zawodniczki z Południowej Afryki, które wygrały z Walijkami 15:10.

W półfinałach mieliśmy znaną historię – pewnie wygrały Nowozelandki i Angielki. Nowozelandki rozgromiły Francję 45:7, natomiast gospodynie turnieju wygrały z Australijkami 15:0. Te ostatnie w meczu o trzecie miejsce nieoczekiwanie odebrały brązowy medal Francuzkom, wygrywając 22:8. Natomiast w finale czwarty raz z rzędu triumfowała Nowa Zelandia – choć wygrana z Angielkami, mającymi wsparcie własnej publiczności, łatwo im nie przyszła (zwyciężyły tylko 13:10). Warto przy tym wspomnieć, że Nowozelandki zdobyły tytuł mimo zlikwidowania centralnego finansowania dla kobiecej reprezentacji ze strony NZRFU – dość wspomnieć, że aby zapewnić konkurencyjność tej drużyny angielska federacja w dużej mierze finansowała wyprawy Black Ferns do Anglii zarówno w 2009 (seria testów skończona remisem 1:1), jak i 2011.

M: VII (Nowa Zelandia 2011)

1 października 2011, Wellington, Wellington Regional Stadium, 32 763 widzów, mecz grupowy Tonga – Francja

Tonga już cztery lata wcześniej pokazało się świetnie na Pucharze Świata – pokonało Samoa, postraszyło RPA. W Nowej Zelandii trafiło do grupy z gospodarzami, Kanadą, Francją i Japonią. Mecze z dwoma pierwszymi przeciwnikami przegrało (z Nową Zelandią wyraźnie, z Kanadą po wyrównanym meczu), potem pokonało Japonię, a na koniec pojedynków grupowych mierzyło się z Francją. Oczywiście to rywale byli zdecydowanymi faworytami tego spotkania. Tymczasem choć Francuzi dwukrotnie na początku meczu wychodzili na prowadzenie (skromne, trzypunktowe), w 26 minucie Sukanaivalu Hufanga zdobył przyłożenie, które dało przewagę ekipie wyspiarskiej. I ta stopniowo budowała swoją przewagę, dorzucając kolejne kopy z karnych – tuż przed końcowym gwizdkiem prowadziła już 19:9. Dopiero na sam koniec meczu Francuzom udało się zdobyć przyłożenie, ale i tak przegrali sensacyjnie 14:19. Sensacyjnie i zasłużenie – to Tongijczycy przeważali na boisku, a Francuzi popełniali błędy. Niestety, w końcowej klasyfikacji, mimo identycznego bilansu zwycięstw i porażek, zajęli miejsce powyżej Tonga i to Francja awansowała do kolejnej fazy gier.

Niewiele brakło, a organizacja turnieju pierwszy raz trafiłaby w ręce kraju spoza elity – faworytem w wyścigu o goszczenie najlepszych rugbystów świata była Japonia, ale ostatecznie impreza trafiła ponownie do Nowej Zelandii. Tamtejsi włodarze poniekąd zaszantażowali decydentów twierdząc, że jeśli turniej będzie się w takim tempie rozwijał, ich kraj w późniejszych edycjach nie będzie już w stanie zapewnić właściwej infrastruktury.

Zmieniono także zasady kwalifikacji do imprezy – automatyczny awans przyznano aż 12 ekipom (a więc nie tylko ćwierćfinalistom z poprzedniej imprezy, ale także drużynom, które wówczas w grupach zajęły trzecie miejsca) – do rozdysponowania w kwalifikacjach pozostało więc tylko osiem miejsc. I znów w gronie finalistów zaszła tylko jedna zmiana – nie wywalczyła awansu Portugalia, natomiast jej miejsce zajęła Rosja, będąca absolutnym debiutantem na tej imprezie.

Gospodarze turnieju od początku szli jak burza – w fazie grupowej gromili przeciwników, dwukrotnie przekraczając próg 70 punktów, a z Francją wygrywając 37:17. Francuzi przegrali też z Tonga, które zanotowało najlepszy występ w historii, ale awansowali do fazy play-off. Bez przegranej fazę grupową przeszły też Anglia, Irlandia i RPA, choć te stoczyły zacięte pojedynki w fazie grupowej z drużynami, które potem zajęły drugie miejsca. Anglicy zresztą awansu nie mogli być pewni do ostatniej chwili – pod koniec ostatniego meczu grupowego ze Szkocją przegrywali i uratowało ich przyłożenie Chrisa Ashtona. Błysnęło Samoa, które pokonało Fidżi i mocno postawiło się zarówno Walii, jak i RPA. Zarówno Samoa i Tonga sprawili niespodzianki zajmując trzecie miejsca w swoich grupach gwarantujące automatyczny awans na kolejną imprezę.

W fazie play-off wszystkie te trzy wymienione wyżej niepokonane drużyny odpadły już w ćwierćfinałach: Irlandczyków wyeliminowali Walijczycy, Anglia przegrała z Francją, a Południowa Afryka z Australią (9:11, mimo dominacji na boisku przez niemal całe spotkanie). Swój poziom utrzymali za to Nowozelandczycy, którzy znowu wysoko wygrali, tym razem z Argentyną. Nie zatrzymali się też w półfinale, gdzie 20:6 pokonali bezradną Australię. Znacznie więcej nerwów zjadł kibicom drugi pojedynek 1/2 finału pomiędzy Walią i Francją – trzy karne Morgana Parry dały zwycięstwo Francuzom 9:8. Kto wie, czy wygraliby to spotkanie, gdyby nie czerwona kartka kapitana Walijczyków Sama Warburtona z początku meczu, budząca zresztą spore kontrowersje wśród miłośników rugby.

Bardzo podobnym wynikiem skończył się finał imprezy – Nowozelandczycy pierwszy raz w tym turnieju musieli drżeć o wygraną do ostatniej chwili, ale wygrali 8:7. Krótko po przerwie prowadzili ośmioma punktami, wtedy Francuzi zredukowali stratę do jednego oczka, ale choć przeważali, kolejnych punktów nie zdobyli. Żałowali na pewno znakomitej szansy François Trinh-Duc z pierwszej połowy i chybionego karnego tego samego zawodnika z końcówki. Niewątpliwie ciosem dla europejskiej drużyny była strata na początku spotkania kontuzjowanego Parry. Brąz przypadł Australii, która po zaciętym i znacznie bardziej od finału efektownym pojedynku pokonała Walię 21:18.

K: VII (Francja 2014)

5 sierpnia 2014, Marcoussis, Centre National du Rugby, mecz grupowy Nowa Zelandia – Irlandia

Tego nie spodziewał się chyba nikt. Owszem, kobieca reprezentacja Nowej Zelandii w ostatnich latach miała problemy związane z brakiem chęci jej finansowania ze strony NZR. Na pewien czas zawieszono kobiece rozgrywki NPC. A Irlandki rok wcześniej wygrały wielkiego szlema w Pucharze Sześciu Narodów. Ale mimo to Black Ferns dominowały na świecie i zdobyły cztery tytuły mistrzowskie z rzędu. Tymczasem w 2014 wystarczyło jedno potknięcie, aby o tytule musiały zapomnieć. To potknięcie nastąpiło w fazie grupowej – porażka w starciu z Irlandią wystarczyła, aby Nowozelandki nie awansowały do czołowej czwórki imprezy. Od początku meczu Irlandki niemal nie schodziły z połowy rywalek, ale po 20 minutach przegrywały 0:8. Przed przerwą zdołały zdobyć jednak przyłożenie i zmniejszyć stratę do jednego punktu. Okresie naporu Black Ferns na początku drugiej połowy dał im trzy punkty z karnego, ale na dwadzieścia minut przed końcem to Irlandki po drugim swoim przyłożeniu wyszły na czoło. I choć mistrzynie świata po karnym wyrównały, decydujące punkty zdobyła dla Irlandii Niamh Briggs z karnego – Irlandia sprawiła największą sensację w historii Pucharu Świata wygrywając 17:14. Pierwsze zwycięstwo w pierwszym meczu z Nową Zelandią, a dla przegranych – pierwsza porażka na Pucharze Świata od 1987…

W siódmym kobiecym Pucharze Świata powtórzono model sprzed czterech lat, który w Anglii dał sukces organizacyjny: niemal wszystkie mecze rozegrano w podparyskim Marcoussis, a jedynie cztery mecze decydujące o medalach oraz dodatkowo dwa mecze w rywalizacji o 5. miejsce umieszczono na Stade Jean-Bouin w stolicy Francji. I ta impreza znowu biła rekordy frekwencji, a na finale było blisko 20 tys. widzów. Podobny jak przed czterema laty był też format kwalifikacji: automatyczny awans zdobyły trzy najlepsze drużyny z poprzedniej imprezy oraz gospodynie. Spośród pozostałych ośmiu uczestników bez walki na imprezę pojechały także Stany Zjednoczone i Kanada – z powodu braku rywali na kontynencie amerykańskim. Ciekawostką było włączenie Samoa (jedynej drużyny wyspiarskiej uczestniczącej w kwalifikacjach – Australia i Nowa Zelandia miały awans automatyczny) do kwalifikacji europejskich, przez które się przebiło – mimo rozpoczęcia od porażki z Włochami, Samoanki awansowały na imprezę wraz z wracającymi na imprezę Hiszpankami, eliminując Włoszki i Szkotki (warto wspomnieć, że przed kwalifikacjami rozegrały zaledwie jeden oficjalny mecz). Pierwszy raz rozegrano też kwalifikacje w Afryce – obok Południowej Afryki (zwycięskiej) wzięły w nich udział także Kenia i Uganda.

Format rozgrywek pucharowych był identyczny jak poprzednio. Ale już w fazie pucharowej doszło do dwóch niespodzianek, które wstrząsnęły światem kobiecego rugby. Głównymi faworytami do złotego medalu były ja zawsze Anglia i Nowa Zelandia. Tymczasem obie te reprezentacje zaliczyły potknięcia, które okazały się brzemienne w skutki dla Nowozelandek. Najpierw, 5 sierpnia, Black Ferns poniosły sensacyjną porażkę 14:17 w starciu z Irlandkami. Te ostatnie miały już na koncie wygraną ze Stanami Zjednoczonymi (23:17) i przed sobą mecz z Kazachstanem, zatem były już w praktyce pewne wygranej w grupie i awansu do półfinału. Nowozelandkom ta porażka drogi do półfinału nie zamykała – wszak najlepsza drużyna z drugich miejsc także awansowała. I nastawiano się, że ten awans zdobędą, a z Anglią zagrają już w półfinale zamiast w finale. Jednak w ostatniej kolejce grupowej, 9 sierpnia, doszło do kolejnej niespodzianki – w grupie A Angielki tylko zremisowały z Kanadą 13:13. To oznaczało, że Kanadyjki, które zajęły w grupie A drugie miejsce, dzięki remisowi miały o punkt więcej od Nowozelandek – i wyeliminowanie mistrzyń świata stało się faktem.

Nowa Zelandia ostatecznie skończyła rywalizację na piątym miejscu, zaliczając w całej imprezie tylko jedną porażkę i cztery zwycięstwa. Jednak wysokie wygrane w zmaganiach o miejsca 5–8 z Walią i Stanami Zjednoczonymi na pewno nie osłodziły utraty tytułu mistrzowskiego. W zmaganiach o medale zrobiło się natomiast ciekawie. W pierwszym półfinale Angielki wysoko pokonały Irlandki 40:7, natomiast w drugim o awans walczyły gospodynie i Kanadyjki. Obie ekipy marzyły o pierwszym w historii awansie do finału – Kanadyjki wyszły na prowadzenie 18:6 i choć Francuzki odpowiedziały dwoma przyłożeniami po maulach (w tym w samej końcówce spotkania), brakło im skutecznych podwyższeń i to Kanada wygrała 18:16. Francuzkom pozostała zatem walka o trzecie miejsce i tu pokonały Irlandię 25:18, zdobywając swój piąty brązowy medal w historii. W finale natomiast znowu spotkały się Anglia z Kanadą, ale tym razem Kanadyjki nie zdołały zaskoczyć europejskiej ekipy. Angielki prowadzone przez Emily Scarratt (16 punktów, w tym rozstrzygające mecz przyłożenie na kilka minut przed końcem) wygrały 21:9 i drugi raz w historii sięgnęły po wymarzony Puchar Świata. Udawało im się to tylko wtedy, gdy na ich drodze nie stawały Nowozelandki…

A przed kobiecym rugby pojawił się kolejny święty graal – już za dwa lata miały rywalizować o medale na igrzyskach olimpijskich. Praktyczny wymiar był taki, że po Pucharze Świata aż 12 spośród mistrzyń świata podpisało kontrakty zawodowe w ramach programu rugby 7.

M: VIII (Anglia 2015)

19 września 2015, Brighton, Brighton Community Stadium, 29 290 widzów, mecz grupowy Japonia – Republika Południowej Afryki

Zaledwie drugi dzień Pucharu Świata w 2015 przyniósł mecz, który przyćmił wszystkie inne, które po nim nastąpiły – sensację, jakiej nigdy przedtem i nigdy potem na arenach tej imprezy nie widziano, na dodatek zrodzoną w niesamowitych okolicznościach. Japończycy występowali na Pucharze Świata „od zawsze”, ale dorobek mieli kiepski: z 21 meczów wygrali tylko jeden, ćwierć wieku wcześniej z Zimbabwe, a zremisowali dwa (oba z Kanadą). W pierwszym meczu angielskiego turnieju mierzyli się ze światową potęgą, RPA, i to rywale byli zdecydowanymi faworytami. Jeśli zastanawiano się nad wynikiem, to co najwyżej w kategoriach „jak wysoko wygra RPA”, a nie „kto wygra”. Tymczasem od pierwszych minut toczyła się zacięta walka i w pierwszej połowie Japończycy dwukrotnie wychodzili na prowadzenie. Niesamowita intensywność ich gry zaskoczyła przeciwników. Zaraz po przerwie znów Japończycy mieli punkt przewagi. Potem trzykrotnie odskakiwali gracze RPA, ale trzykrotnie rywale z Azji ich doganiali. Kilka minut przed końcem karny Handré Pollarda znów dał skromne prowadzenie RPA, ale Japończycy nie odpuszczali. Zaatakowali, przycisnęli przeciwników do linii bramkowej, a co więcej – choć mijał czas gry i sędzia dyktował karne na ich korzyść na linii 5 m, nie kopali na bramkę by wywalczyć remis (który też byłby wielką sensacją), ale stawiali wszystko na jedną kartę, wybierali młyny (w których dominowali nad przeciwnikiem) i grali o pełną pulę. I to się opłaciło – rezerwowy Karne Hesketh przedarł się na pole punktowe RPA i dał Japończykom wygraną 34:32. RPA pierwszy raz z historii przegrało z drużyną spoza elity. Potem ten mecz nazwano „cudem w Brighton” (taki sam tytuł nosi film o nim) – i nie było w tym ani krzty przesady. Ostatecznie Japończycy nie wyeliminowali RPA i do ćwierćfinału nie przeszli, ale to zwycięstwo było epokowym momentem w historii ich reprezentacji.

Gospodarzem turnieju w 2015 wybrano ojczyznę rugby, Anglię. Zasady kwalifikacji i samego turnieju pozostały niezmienione. Niezmieniony pozostał też fakt, że kwalifikacje przyniosły zaledwie jedną zmianę w gronie uczestników turnieju w porównaniu do poprzedniego – w stawce 20 drużyn zabrakło Rosji, a jej miejsce zajął wracający do elity Urugwaj (w decydującym o awansie dwumeczu pokonał Rosję, w czym udział miał Agustín Ormaechea, syn Diega, legendarnego urugwajskiego rugbysty i do dzisiaj najstarszego zawodnika, który na Pucharze Świata zdobył przyłożenie).

Już w fazie grupowej doszło do dwóch sensacji. Gospodarze turnieju, Anglicy, którzy w grupie trafili na niewygodnych rywali – Australię i Walię – z oboma na Twickenham przegrali (z Walią bolesne 25:28, z Australią jeszcze boleśniejsze 13:33) i w efekcie zajęli trzecie miejsce, nie kwalifikując się do fazy play-off. W grupie B jeszcze większą sensację na początek turnieju sprawiła Japonia wygrywając 34:32 z RPA. Niestety, zaledwie cztery dni później grała ze Szkocją, z którą przegrała, a z kolei Springboks pokonali Szkotów i w efekcie Japończycy mimo trzech wygranych zajęli w grupie tylko trzecie miejsce. W fazie grupowej zwrócił też uwagę mecz Kanady z Rumunią, gdzie Rumuni w końcówce spotkania odrobili 15-punktową stratę i odwrócili losy meczu.

W ćwierćfinałach doszło do czterech pojedynków między drużynami z Europy i reszty świata – i we wszystkich czterech Europejczycy musieli uznać wyższość rywali. Najbardziej bolesna była chyba porażka Francuzów, którzy w rewanżu za finał sprzed czterech lat zostali dosłownie rozgromieni – All Blacks wygrali 62:13 (w czym spory udział miał zdobywca hat-tricka Julian Savea, zdobywca największej liczby przyłożeń w imprezie). Z kolei Szkoci byli o włos od historycznego, pierwszego awansu do półfinału Pucharu Świata, ale choć tuż przed końcem dramatycznego meczu prowadzili, stracili trzy punkty po karnym Bernarda Foley’a i przegrali z Australią 34:35. Kontrowersji nie brakło – nawet World Rugby w przyznało, że zamiast tego ostatniego karnego Craig Jaubert powinien był podyktować młyn. Grona półfinalistów uzupełnili RPA (23:19 z Walią) i Argentyna (Irlandczycy kolejny raz nie przebrnęli ćwierćfinału, ponosząc zawstydzającą porażkę 20:43).

W pierwszym półfinale Nowa Zelandia, choć dominowała w statystykach posiadania piłki i terytorium, do samego końca walczyła o wygraną z RPA, które na przyłożenia All Blacks odpowiadało karnymi Handré Pollarda, i wygrała tylko 20:18. W drugim meczu Australia zdecydowania pokonała Argentynę 29:15, w czym pomógł hat-trick przyłożeń Adama Ashley’a-Coopera.

W efekcie w finale mieliśmy starcie dwóch odwiecznych rywali znad dwóch brzegów Morza Tasmańskiego. Wielkich emocji jednak nie było – Nowozelandczycy przeważali i zasłużenie wygrali 34:17, a wyróżnili się w ich szeregach szczególnie Dan Carter i zdobywca najładniejszego z pięciu przyłożeń w tym spotkaniu (rekord w finałach Pucharu Świata) Ma’a Nonu. Nowa Zelandia stała się pierwszą drużyną, która zdołała obronić trofeum zdobyte na poprzedniej imprezie, a Richie McCaw pierwszym kapitanem, który wzniósł je po raz drugi w tej roli. W meczu o brąz RPA pokonało Argentynę 24:13.

K: VIII (Irlandia 2017)

26 sierpnia 2017, Belfast, Kingspan Stadium, 17 115 widzów, finał Nowa Zelandia – Anglia

Wielki klasyk kobiecego rugby – to był czwarty finał Pucharu Świata, w którym starły się Nowozelandki i Angielki. Wskazanie faworyta przed tym spotkaniem było trudne, choć ciut więcej przemawiało za Angielkami. Te miały drużynę złożoną z zawodniczek z zawodowymi kontraktami, a kilka miesięcy wcześniej pokonały Nowozelandki na ich ziemi. Jednak za Black Ferns przemawiały dotychczasowe zwycięstwa w finałach. Pierwsza połowa należała do Angielek – choć zaczęły od straty punktów, dominowały na boisku i prowadziły nawet 17:5, ale tuż przed przerwą dzięki przyłożeniu Toki Natui Nowozelandki zmniejszyły stratę tylko do 7 oczek. Druga połowa to inny mecz, w którym Nowozelandki przeważały. Szybko wyrównały (znów Natua), potem przez chwilę wynik był na styku, ale w ciągu zaledwie kwadransa (między 55. a 70. minutą) z wyniku 25:24 dla Anglii zrobiło się 41:25 dla Nowej Zelandii. Ostatecznie Black Ferns wygrały 41:32, a najlepszą zawodniczką wybrano zdobywczynię hat-tricka dla zwyciężczyń, Tokę Natuę. Warto zwrócić uwagę, że pierwszy raz w historii finał sędziowała była uczestniczka Pucharów Świata – 70-krotna reprezentantka Irlandii Joy Neville (zagrała na tych imprezach dwukrotnie, z trzeciej wyeliminowała ją kontuzja).

Kolejny kobiecy Puchar Świata zaplanowano tylko trzy lata po poprzednim, a nie cztery. Powodem była chęć uniknięcia kolizji z Pucharem Świata w Rugby 7, który był początkowo najważniejszą imprezą siódemkowego cyklu kobiecego, a spora grupa zawodniczek przepływała między programami piętnastkowymi i siódemkowymi – w latach Pucharu Świata w Rugby 7 (a od 2016 także igrzysk olimpijskich) uczestnicząc w siódemkowych, a w latach Pucharu Świata w Rugby XV – piętnastkowych.

Gospodarzem ósmej edycji kobiecego Pucharu Świata została Irlandia. Sukces organizacyjny dwóch ostatnich imprez skłonił Irlandczyków do umieszczenia całej fazy grupowej w jednym miejscu (w kompleksie University College Dublin). Fazę play-off rozegrano już nie w Dublinie, ale w Belfaście – mniej istotne zmagania odbywały się w na Queen’s University Belfast, natomiast najważniejsze mecze umieszczono na 18-tysięcznym Ravenhill Stadium. Format rozgrywek pozostał niezmieniony w porównaniu do poprzednich kobiecych imprez, zmieniły się natomiast reguły kwalifikacji – automatyczny awans na podstawie wyników z poprzedniego Pucharu przyznano nie tylko medalistom, ale także trzem kolejnym drużynom. Do tego oczywiście miejsce dostały Irlandki. Do obsadzenia pozostało zatem tylko pięć miejsc, z których dwa były stawką rywalizacji w Pucharze Sześciu Narodów (po długiej przerwie awansowały m.in. Włoszki), kolejne w rywalizacji drużyny z ostatniego miejsca wśród sześciu narodów ze zwyciężczyniami rozgrywek europejskich (Hiszpanki pokonały Szkotki), a dwa ostatnie – kwalifikacji w strefie Azji i Oceanii (Japonia i Hongkong pokonały Fidżi – dla Japonii był to powrót do rywalizacji, a dla Hongkongu absolutny debiut; w kwalifikacjach nie wzięły udziału regularne uczestniczki ostatnich imprez, Kazaszki i Samoanki). Nie było żadnych kwalifikacji w Ameryce ani Afryce (z tego ostatniego kontynentu nie było żadnej reprezentacji, Południowa Afryka zrezygnowała z udziału w kwalifikacjach z drużynami z Azji i Oceanii).

W fazie grupowej niespodzianek nie było. Szalały Nowozelandki wysoko rozbijając wszystkie przeciwniczki (z ponad 40-punktową przewagą bijąc drugą w grupie Kanadę, a Hongkong pokonując 121:0, z aż ośmioma przyłożeniami w meczu w wykonaniu Portii Woodman – poza tym meczem w turnieju zdobyła ich jeszcze pięć, bijąc rekord imprezy). Swoją grupę wygrały też z kompletem wysokich zwycięstw Angielki, choć miały chwilę słabości w drugiej połowie ostatniego meczu, gdy pozwoliły Amerykankom odrobić połowę z 40-punktowej już straty. W trzeciej grupie czysto konto zachowały Francuzki, ale do końca nadzieję na pozbawienie ich pierwszego miejsca miały gospodynie turnieju. W decydującym meczu na koniec fazy grupowej przegrały jednak 5:21, swoje jedyne przyłożenie zdobywając dopiero na pocieszenie w ostatniej akcji meczu. Najlepszą drużyną z drugich miejsc okazały się dzięki punktom bonusowym zdobytym we wszystkich meczach Stany Zjednoczone, zamykając Irlandkom drogę do powtórzenia sukcesu z poprzedniej imprezy. Spośród innych meczów grupowych zwracało uwagę zwycięstwo Hiszpanek nad Włoszkami 22:8, jednak trzecie miejsce w grupie nie dało zawodniczkom z Półwyspu Iberyjskiego awansu do gry o miejsca 5–8; potem w spotkaniu tych samych dwóch ekip w meczu o dziewiąte miejsce Włoszki zrewanżowały się Hiszpankom wygrywając 20:15.

W półfinałach wyniki, do których kibice kobiecego rugby byli przyzwyczajeni: Nowa Zelandia wysoko ograła Stany Zjednoczone 45:12 (Amerykankom starczyło pary tylko na pierwszą połowę), natomiast prowadzone przez Emily Scarratt Angielki poradziły sobie z Francuzkami, wygrywając 20:3 (choć do przerwy mieliśmy tu wynik remisowy, 3:3). Dwa najciekawsze chyba pojedynki imprezy stanowiły jej zwieńczenie. Najpierw w meczu o brąz Francuzki pokonały Amerykanki 31:23 – już przed przerwą zbudowały 16-punktową przewagę, a choć potem Amerykanki kilkakrotnie ją zmniejszały, nigdy nie zbliżyły się na dystans mniejszy niż 8 punktów. A prawdziwe emocje były w finale, w którym Angielki mogły mieć nadzieję na pokonanie Nowozelandek, prowadziły do przerwy, ale ostatecznie znowu uległy 32:41 i to Nowozelandki sięgnęły po swój piąty tytuł mistrzowski w historii (z czego cztery zdobyły po triumfach nad Anglią w finałach).

M: IX (Japonia 2019)

26 października 2019, Yokohama, International Stadium Yokohama, 68 843 widzów, półfinał Anglia – Nowa Zelandia

Reprezentacje Anglii i Nowej Zelandii dotarły do półfinału turnieju z kompletem zwycięstw w rozegranych spotkaniach (w statystykach każde miało także remis przyznany za nierozegrane z powodu tajfunu spotkanie grupowe). I jedni i drudzy szli jak burza przez wcześniejsze etapy, a starcie w półfinale wydawało się przedwczesnym finałem. Zaczęło się jak zawsze w meczu All Blacks od haki, ale i Anglicy zrewanżowali się rywalom przyjmując ją ustawieni w kształt litery V. A chwilę potem było już 7:0 dla europejskiej ekipy po przyłożeniu Manu Tuilagiego zdobytym po zaledwie półtorej minuty gry. W przyłożeniach w tym meczu było co prawda 1:1 (po przerwie odpowiedział Ardie Savea), ale Anglicy zdecydowanie dominowali w tym spotkaniu. Dwóch ich przyłożeń sędzia nie uznał po interwencji TMO, Maro Itoje seriami odbierał piłki. Zmuszali Nowozelandczyków do błędów, po których otrzymali aż 11 rzutów karnych. Cztery z nich George Ford zamienił na trzypunktowe zdobycze i dzięki temu Anglia wygrała 19:7 (do przerwy prowadząc 10:0). To była pierwsza porażka Nowozelandczyków na Pucharze Świata od 12 lat i koniec snu o trzecim mistrzostwie świata z rzędu.

W 2019 największa impreza rugbowego świata wreszcie wychyliła nos ze stadionów w krajach elity i trafiła do Japonii – kraju, który w rugby nie święcił dotąd wielkich sukcesów, ale sport ten był tam od dawna bardzo popularny. Wygrana sprzed czterech lat nad Południową Afryką zrobiła mu dodatkową reklamę i niewątpliwie ten rugbowy mundial był ogromnym organizacyjnym sukcesem.

Zasady turnieju i kwalifikacji nie zmieniły się. W gronie 20 drużyn, które w Japonii zobaczyliśmy na boiskach, znów była tylko jedna zmiana w stosunku do imprezy cztery lata wcześniejszej. Zabrakło obecnej na wszystkich dotychczasowych turniejach Rumunii, jej miejsce zajęła zaś Rosja, która dostała drugą szansę w historii (niezwykle cenną szczególnie w kontekście starań tego kraju o przyznanie organizacji jednego z kolejnych Pucharów Świata). Ta zmiana była jednak efektem niezbyt miłych wydarzeń w kwalifikacjach europejskich – najpierw mieliśmy skandal z meczem Belgii z Hiszpanią (którego wynik rumuńscy sędziowie mieli wypaczyć tak, aby wyszedł ich ojczyźnie na korzyść), a chwilę potem jeszcze większą aferę, w efekcie której aż czterem drużynom uczestniczącym w Rugby Europe Championship odjęto punkty – pewnym awansu Rumunom, mającym grać w barażu Hiszpanom, a także Belgom. W efekcie Rosja, która pierwotnie była dopiero czwarta, ukończyła europejskie kwalifikacje jako druga i zdobyła awans, a w międzykontynentalnym barażu (bez sukcesu) walczyli Niemcy.

Faza grupowa miała dwóch głównych bohaterów. Jednym z nich była reprezentacja gospodarzy, która poszła o krok dalej niż cztery lata wcześniej i pokonała wszystkich swoich grupowych rywali, w tym aspirującą do mistrzostwa świata, ale przez dużą część tego spotkania bezradną Irlandię (19:12), a na koniec fazy grupowej Szkocję (28:21), rewanżując się za porażkę sprzed czterech lat i eliminując ją z turnieju. Drugim bohaterem, dla odmiany negatywnym, była natura – Japonię nawiedził pod koniec fazy grupowej tajfun Hagibis i w efekcie ze względów bezpieczeństwa odwołano kilka meczów (na szczęście takich, które już raczej nie wpłynęłyby na losy awansów do ćwierćfinałów – był jednak w tym gronie hitowy pojedynek Anglii z Francją).

Najwięcej uwagi w fazie grupowej przyciągał jeden z pierwszych meczów turnieju – w grupie B w starciu potęg Nowa Zelandia pokonała Południową Afrykę 23:13, ale obie ekipy nie miały potem problemu z pozostałymi rywalami. Także w grupie C od początku było ciekawie – Francja pokonała Argentynę zaledwie 23:21 (zadecydował drop goal Camille’a Lopeza), a potem z trudem (i w identycznym stosunku punktowym) poradziła sobie z Tonga. Argentyńczycy przegrali wysoko z Anglią i to dwie europejskie drużyny, niezależnie od wyniku nierozegranego spotkania między nimi zapewniły sobie awans. W grupie D już w pierwszym meczu zamieszanie chciało narobić Fidżi, które postraszyło Australię, ale przegrało, chyba po części z powodu błędnej decyzji sędziego o niewyrzuceniu z boiska jednego z rywali. Sensację sprawił Urugwaj wygrywając z Fidżi 30:27, a grupę wygrała Walia po zwycięstwie 29:25 w meczu z Australią.

Fazę play-off na szczęście udało się już rozegrać w całości. W ćwierćfinale prawdziwe emocje były tylko w meczu Walii z Francją. Francuzi początkowo dominowali i wypracowali 12-punktową przewagę, ale z czasem Walijczycy zaczęli ich gonić. Czerwona kartka po chwili niezrozumiałego szaleństwa Sébastiena Vahaamahiny ułatwiła im sprawę – wygrali 20:19. Pozostałe trzy finały były znacznie bardziej jednostronne: Anglicy zrewanżowali się Australijczykom za wyeliminowanie z poprzedniego turnieju (40:16), Nowa Zelandia rozgromiła Irlandię (46:14 – klątwa Irlandczyków nie pozwalająca im przejść przez fazę 1/4 finału trwała), a Południowa Afryka ograła Japonię (26:3, rewanż za porażkę w meczu z Brighton z 2015).

W półfinale Anglicy kontynuowali świetną passę i w znakomitym stylu odprawili Nową Zelandię. Drugi mecz znacznie odbiegał poziomem, ale Południowej Afryce brak widowiskowego stylu nie przeszkodził w świętowaniu wygranej 19:16 nad Walią. W finale faworytem wydawała się Anglia – jednak nie zdołała powtórzyć znakomitego występu sprzed tygodnia i w starciu z Południową Afryką nie miała wiele do powiedzenia. Nie zdobyła ani jednego przyłożenia, dała się zdominować w młynie, straciła dwa przyłożenia i sporo punktów po karnych Pollarda. W efekcie to Springboks sięgnęli po trzeci tytuł mistrzów świata w historii, odnosząc imponujące zwycięstwo 32:12. Na najniższy stopień podium weszli Nowozelandczycy, którzy pokonali Walię 40:17.

K: IX (Nowa Zelandia 2022)

12 listopada 2022, Auckland, Eden Park, 42 579 widzów, finał Nowa Zelandia – Anglia

W piątym w historii finale kobiecego Pucharu Świata w tym samym składzie wielkimi faworytkami były Angielki – mające za sobą serię 30 zwycięstw, w tym dwóch bardzo wysokich nad Nowozelandkami. Jednak to Black Ferns miały w tym meczu wsparcie z trybun i to one znowu zwyciężyły. Ogromną rolę odegrała tu czerwona kartka Lydii Thompson, w wyniku której Angielki musiały grać ponad godzinę w osłabieniu. I wypracowane w komplecie prowadzenie 14:0 z czasem utraciły. Co prawda w szalonej pierwszej połowie na każde przyłożenie gospodyń odpowiadały własnym i z powrotem odskakiwały, ale w drugiej połowie sił zaczęło brakować. Na jej początku Nowozelandki wreszcie wyszły na prowadzenie, i choć Angielki po trzecim przyłożeniu Amy Cokayne (wszystkie trzy po potężnych maulach autowych) je odzyskały, ostatnie słowo należało do gospodyń turnieju, które ostatecznie wygrały 34:31. W ostatniej akcji Angielki miały piłkę w aucie na 5 m rywalek, ale zamiast wyprowadzić kolejnego zabójczego maula, tym razem piłkę straciły.

Na dziewiąty Puchar Świata Kobiet przyszło czekać od ósmego aż pięć lat. Zresztą, na Puchar Świata (po prostu), ponieważ World Rugby zdecydowało o porzuceniu z nazwy słowa „Kobiet” (zamiast Women’s Rugby World Cup mieliśmy po prostu Rugby World Cup, identycznie jak w przypadku męskiej imprezy). Zwłoka w organizacji była spowodowana obowiązującymi w pierwotnym terminie, w 2021, ograniczeniami wynikającymi z pandemii w Nowej Zelandii, której organizację tej imprezy powierzono (dopiero drugi raz w historii wyprowadzając ją poza Europę, a pierwszy raz na południową półkulę). Długa kwarantanna, obowiązkowa przy przylocie na wyspy, czyniła wyjazdy na imprezę w praktyce niewykonalnymi (zwłaszcza dla reprezentacji amatorskich). W efekcie, choć w nazwie imprezy oficjalnie pozostał rok 2021, odbyła się z rocznym poślizgiem, pod koniec 2022, gdy covidowe obostrzenia zostały już zniesione.

W kwalifikacjach stawką znowu było pięć miejsc (automatyczny awans wywalczyło siedem najlepszych drużyn poprzedniej imprezy) i w zestawieniu uczestniczących drużyn zaszły trzy zmiany. Zabrakło Hiszpanek, Irlandek i zawodniczek z Hongkongu, natomiast ich miejsce zajęły Szkotki, Fidżyjki i drużyna Południowej Afryki. Zmiany w składzie europejskich drużyn nastąpiły po wyjątkowo dramatycznym turnieju kwalifikacyjnym rozegranym w Parmie we wrześniu 2021, gdy do ostatniej kolejki każda z czterech drużyn miała szansę awansu. Z kolei ekipa Hongkongu musiała poddać się bez walki, w wyniku obostrzeń pandemicznych. Zmianie uległ format samego turnieju – w fazie grupowej, podobnie jak poprzednio, podzielono stawkę na trzy czterozespołowe grupy, ale tym razem szansę na medale zachowywały ekipy z pierwszych, drugich, a nawet trzecich miejsc (tu – dwie najlepsze). Play-off zaczynał się bowiem od ćwierćfinałów, nie rozgrywano natomiast już spotkań między drużynami, które odpadły z walki o mistrzostwo (poza meczem o brąz). Wszystkie mecze rozgrywano na dwóch stadionach w Auckland (w tym Eden Park, przeznaczonym na spotkania o największej stawce) oraz jednym w pobliskim Whangārei.

Z fazy grupowej jako niepokonane wyszły ekipy Anglii, Nowej Zelandii i Kanady. Wygrywały zdecydowanie wszystkie swoje spotkania, zwykle dużą różnicą punktów, choć wyjątkiem było tu starcie Anglii z Francją, które skończyło się wynikiem tylko 13:7. Zwracało uwagę pierwsze w historii imprezy zwycięstwo Fidżyjek (nad Południową Afryką), a największą niespodzianką fazy grupowej była wygrana Włoszek nad Amerykankami. Obie te ekipy awansowały do ćwierćfinałów, ale w tych wyraźnie dominowały faworytki spotkań – trzy drużyny z kompletem zwycięstw z fazy grupowej oraz Francuzki. Więcej niż o wynikach meczów 1/4 finału mówiło się o niefortunnym nałożeniu się terminów spotkania Black Ferns z Walijkami oraz towarzyskiego meczu All Blacks z Japonią.

Ogromne emocje mieliśmy za to w półfinałach imprezy. Nieoczekiwanie Kanadyjki postawiły się Angielkom i zawodniczki z Europy, choć szybko wyszły na prowadzenie i nie wypuściły go z rąk aż do końca, do końca musiały drżeć o rezultat – wygrały 26:19. Drugi półfinał, między reprezentacją Nowej Zelandii i Francją trzymał w jeszcze większym napięciu. Nieoczekiwanie to Francuzki zaczęły lepiej spotkanie i choć potem przewagę zdobyły Nowozelandki, zacięta walka trwała do końca. Tuż przed upływem regulaminowego czasu gry zawodniczki z Europy miały szansę przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę, ale fatalnie spudłowała z karnego Caroline Drouin i Nowozelandki jednak zwyciężyły, ale minimalnie – 25:24. W efekcie mieliśmy w finale powtórkę z wielu poprzednich – starcie Angielek i Nowozelandek. Faworyzowane Angielki świetnie wystartowały w tym meczu, ale gdy po 20 minutach zostały na boisku w czternastkę, zaczęły tracić przewagę i ostatecznie przegrały 31:34. Nowozelandki zdobyły mistrzostwo świata po raz szósty, a Angielki nie zdołały przełamać klątwy finałów z Nową Zelandią. Brąz siódmy raz w historii zgarnęła Francja, która w meczu o trzecie miejsce pokonała Kanadę 36:0.

M: X (Francja 2023)

15 października 2023, Saint Denis, Stade de France, 79 486 widzów, ćwierćfinał Południowa Afryka – Francja

Starcie obrońcy tytułu mistrzowskiego z gospodarzami imprezy to był jeden z największych szlagierów całej imprezy (choć w szranki z nim stanął inny z ćwierćfinałów, Nowej Zelandii z Irlandią). Emocje były już przed meczem – publiczność rozgrzewały prowokacyjne komentarze Rassiego Erasmusa i wyścig z czasem leczącego kontuzję twarzy z fazy grupowej Antoine’a Duponta. Ostatecznie Dupont zagrał, ale jego drużyna przegrała. W pierwszej połowie, która stanowiła piękne widowisko z sześcioma przyłożeniami, przewagę mieli Francuzi, ale Springboks ofiarnie bronili, a nawet odgryzali się. Swoje pięć minut miał Cheslin Kolbe, który popisał się fantastycznymi sprintami najpierw przy skutecznym bloku na podwyższeniu Thomasa Ramosa, a potem przy pogoni za kopem kolegi z drużyny, którą zakończył przyłożeniem. To zablokowane podwyższenie okazało się potem kluczowe dla losów spotkania. W drugiej połowie Południowa Afryka wprowadziła na boisko dwóch świetnych łączników i odrobiła czteropunktową stratę z pierwszej połowy. Na kilka minut przed końcem wyszła na prowadzenie 29:28, a w końcówce miała jeszcze szansę na podwyższenie tego wyniku. Jak się potem okazało, to był początek serii Springboków, którzy wszystkie spotkania w fazie play-off (włącznie z finałem) wygrali stosunkiem zaledwie jednego punktu.

W 2023 impreza wróciła do Francji. Po nieco kadłubowych z powodu pandemii kwalifikacjach zmiany w składzie finalistów był większe niż ostatnio – wymieniły się aż trzy ekipy. Pierwszy raz w historii nie było żadnej drużyny z Ameryki Północnej (odpadły Stany Zjednoczone i Kanada), a Rosja została wykluczona z rywalizacji z powodu rozpętania wojny z Ukrainą (choć i tak wielkich szans na awans nie miała). Porażki Amerykanów były zaskakujące – kolejne szanse na awans odbierali im Urugwajczycy, Chilijczycy (absolutnie sensacyjnie) i wreszcie Portugalczycy. Ekipa Chile była debiutantem na Pucharze Świata, a oprócz niej do grona finalistów wróciły Rumunia i Portugalia. Nie obyło się bez skandalu w kwalifikacjach, tym razem w postaci odebrania Hiszpanom na pozór pewnego już awansu za udział nieuprawnionego zawodnika w dwóch meczach kwalifikacyjnych.

Bardzo wiele kontrowersji wzbudziło rozstawienie drużyn przed losowaniem grup na podstawie lokat w rankingu World Rugby z 1 stycznia 2020 – a więc według stanu na niemal cztery lata przed startem imprezy. Efektem było skumulowanie czterech największych faworytów do tytułu mistrzowskiego, dominujących w światowym rugby od wielu miesięcy (Irlandii, Francji, Nowej Zelandii i Południowej Afryki) w dwóch grupach, których przedstawiciele mieli zmierzyć się ze sobą już w ćwierćfinale. W efekcie dwie spośród czterech drużyn najlepszych na świecie odpadły już w pierwszej rundzie fazy pucharowej.

W fazie grupowej największą niespodzianką była postawa Australii. Ekipa ta miała już kłopoty przed imprezą, a w jej trakcie zaprezentowała się fatalnie i w efekcie pierwszy raz w historii nie awansowała do ćwierćfinału imprezy. Przegrała nie tylko z również przeżywającą kryzys Walią, ale także sensacyjnie z Fidżi, które zaimponowało kibicom (a zwycięstwo z Walią we wcześniejszym meczu odebrał mu chyba tylko sędzia). Awansowało do ćwierćfinału trzeci raz w historii, mimo sensacyjnej porażki w ostatnim meczu grupowym z Portugalią. Z krajów drugiego szeregu nieźle zaprezentował się też Urugwaj, który postraszył m.in. Francję. W najbardziej wyczekiwanych pojedynkach grupowych Francja pokonała Nową Zelandię, a Irlandia Południową Afrykę – w efekcie we wszystkich czterech grupach zwyciężyły drużyny z Europy.

I tylko jedna z nich zdołała przebrnąć przez ćwierćfinały – Anglia, która wyszła z grupy dzięki znakomitym drop goalom George’a Forda w meczu z Argentyną i słabości pozostałych przeciwników, na kolejnym etapie poradziła sobie z rewelacją turnieju, czyli Fidżi. Natomiast w obu szlagierach, wyczekiwanych już przed startem imprezy, górą były drużyny z południa, choć obie wygrały o włos: Nowozelandczycy wygrali z Irlandią 28:24, choć Irlandczycy parę minut przed końcem mieli stuprocentową szansę na przyłożenie, a Springboks pokonali gospodarzy imprezy, Francuzów, 29:28. Dla obu europejskich drużyn to były bardzo bolesne porażki, bowiem obie liczyły na pierwsze w historii mistrzostwo świata (Irlandczyków znów dopadła klątwa nie pozwalająca im przebić się do półfinału). Grono półfinalistów uzupełniła Argentyna, która poradziła sobie z Walią.

Półfinały nie budziły takich emocji jak wcześniejsza faza, a i skończyły się zgodnie z przewidywaniami. All Blacks rozgromili Argentynę (trzy przyłożenia Willa Jordana pozwoliły mu wyrównać rekord Jonah Lomu w liczbie przyłożeń na jednej imprezie), natomiast Springboks zaledwie jednym punktem wygrali z Anglikami. W efekcie w finale mieliśmy starcie dwóch potęg z południowej półkuli, trzykrotnych mistrzów świata, absolutny klasyk (aż dziw brał, że dopiero drugi raz spotkały się w finale mistrzostw). Wygrała go Południowa Afryka, zaledwie 12:11. To był niezbyt efektowny, ale niezwykle zacięty mecz, w którym spore znaczenie mogła mieć pierwsza czerwona kartka w historii finałów Pucharu Świata (o której decyzję podjęło TMO, a nie sędzia na boisku) – zobaczył ją kapitan All Blacks, Sam Cane. Brąz zdobyli Anglicy.

K: X (Anglia 2025)

Dwudziesta, zapowiedziana w tytule tekstu impreza, właśnie się zaczyna – dziesiąty w historii kobiecy Puchar Świata jest rozgrywany po raz drugi w Anglii. Kobiece rugby podbija świat, a w Anglii, gdzie mamy najsilniejszą zawodową ligę na świecie, robi się niezwykle popularne. Nikogo nie dziwi fakt wyprzedania kompletu 82 tys. miejsc na rozgrywany na Twickenham finał (przed piętnastu laty rekord w liczbie widzów na meczu kobiecego rugby bito na Twickenham Stoop liczbą sześciokrotnie mniejszą).

W porównaniu do poprzednich imprez mamy poszerzenie składu o cztery drużyny, z dwunastu do szesnastu (czyli w zasadzie powrót do tego, co było w latach 1998-2002). Jako istotny etap kwalifikacji do imprezy posłużyła tym razem nowo wprowadzona, coroczna ogólnoświatowa rywalizacja w rugby kobiet – WXV. Właśnie rozgrywki trzeciego poziomu tego turnieju decydowały o dwóch ostatnich miejscach w Anglii (i tam swoje ostatnie szansy straciły Holenderki i zawodniczki z Hongkongu). W gronie uczestników pojawił się nieoczekiwany debiutant – reprezentacja Brazylii, która wygrała kwalifikacje południowoamerykańskie zwyciężając w jedynym meczu Kolumbię. Dodajmy, że mecz kwalifikacyjny był zaledwie dziewiątym meczem międzynarodowym w historii tej reprezentacji i drugim wygranym. Oj, dziwnie się to ułożyło. W sumie w turnieju znalazła się cała dwunastka uczestnicząca w rywalizacji przed trzema laty, wspomniane Brazylijki oraz trzy ekipy wracające do rywalizacji na najwyższym poziomie po przerwach: Hiszpanki, Irlandki i Samoanki.

Ponieważ drużyn jest więcej niż poprzednio, zmienia się także i format. Cztery grupy po cztery zespoły w pierwszej fazie, a potem faza pucharowa, do której awansują dwie najlepsze ekipy każdej grupy, zacznie się więc od ćwierćfinałów.

Faworytów do tytułu jak zwykle można upatrywać w dwóch drużynach: Anglii i Nowej Zelandii. Wydaje się, że lekką przewagę we wskazaniach kandydatów do mistrzostwa mają Angielki, ale podobnie było trzy lata temu, gdy jednak uległy w finale Nowej Zelandii – zdecydowała dyspozycja (i czerwona kartka) w meczu finałowym, w którym przecież zdarzyć się może wszystko. Cóż, tym razem zawodniczki z Albionu będą miały dodatkowo atut swojego boiska. Nie można jednak skreślać innych drużyn – czas całkowitej dominacji wspomnianych dwóch ekip na światowej arenie wydaje się powoli kończyć. Poprzednio bliska popsucia szyków rywalkom była Francja – wciąż jest znakomita (w ostatnim Pucharze Sześciu Narodów uległa Anglii zaledwie jednym punktem) i na pewno marzy o złamaniu klątwy trzeciego miejsca. W ubiegłorocznym WXV Nowozelandki wypadły poniżej oczekiwań, natomiast błysnęły Irlandki i Kanadyjki – obie drużyny prowadzą niekwestionowane gwiazdy kobiecego rugby, odpowiednio Amee-Leigh Costigan (do niedawna – Murphy Crowe) i Sophie de Goede. I tegoroczne wyniki pokazują, że Kanadyjki będą mocne. Warto pamiętać o Amerykankach, które przyjadą na turniej z gwiazdą rugby 7, Iloną Maher, a także Australijkach (u których jednak ostatecznie braknie kontuzjowanej Charlotte Casslick). Z tymi dwoma ostatnimi ekipami przyjdzie już w fazie grupowej rywalizować Angielkom, więc ciekawie będzie już od początku turnieju, a jeden z faworytów odpadnie już przed ćwierćfinałami.

XI i XII (Australia 2027 i 2029, Stany Zjednoczone 2031 i 2033)

O przyszłych Pucharach Świata trudno jeszcze pisać – czasu wszak sporo. Znamy ich gospodarzy – dwie kolejne imprezy (panów i pań) gościć będzie Australia (spora szansa dla rugby w tym kraju, przeżywającego kryzys), a dwie następne – Stany Zjednoczone (wśród panów impreza drugi raz trafi do kraju spoza elity, ale z ogromnym potencjałem – problemem jest jednak zwyczajowy termin męskiego RWC nakładający się na rozgrywki NFL).

Wiadomo też, że przy tych okazjach wśród panów w stawce będzie o cztery drużyny więcej niż dotychczas i zmieni się format rozgrywek (w pierwszej fazie ma być sześć grup po cztery zespoły, a play-off zacznie się od 1/8 finału). Ale trudno sobie wyobrazić, aby faworyci do złotych medali pochodzili spoza grona 6–8 drużyn, które zwykle toczą boje o trofea. Oby więc przynajmniej ktoś przerwał dominację dwóch drużyn, Południowej Afryki i Nowej Zelandii, od 2007 wymieniających się mistrzostwami.

W rywalizacji kobiet powiększenie stawki następuje już teraz, w Anglii, więc kolejnego pewnie szybko nie powinniśmy się spodziewać. Tu sytuacja ostatnio wydaje się zmieniać i można liczyć na to, że dominacja Angielek i Nowozelandek będzie powoli podkopywana przez Francuzki (marzące o przełamaniu klątwy trzeciego miejsca) i Kanadyjki, a może Amerykanki lub Australijki? W obu tych ostatnich krajach mamy już zawodowe lub półzawodowe kobiece ligi.

Rozgrzewa nam się stawka rywalizująca też o kolejne imprezy. O powrocie męskiego Pucharu Świata do ojczyzny rugby myślą Anglicy, chcieliby go też szejkowie znad Zatoki Perskiej, a zainteresowanie do World Rugby zgłosili także Japończycy, Włosi i Hiszpanie. Fajnie byłoby, gdyby Puchar Świata trafił w nowe miejsce i wygrała któraś z tych dwóch ostatnich opcji.

3 komentarze do “20 wielkich meczów, 20 wielkich turniejów. Krótka historia Pucharu Świata w Rugby”

    • Może na emeryturze. Póki co w ten weekend trudno znaleźć czas w ogóle na rugby i kiedy „szpony” się pojawią, tego nie wiem 🙂

      Odpowiedz
      • Spokojnie, najważniejsza rodzina:) AZS AWF Warszawa nie ma jeszcze skompletowanej drużyny więc ze Skarbem Kibica tez się nie spieszy 😉

        Odpowiedz

Dodaj komentarz