Miał być hit, był covid

Miał być hit, był covid. A właściwie dwa hity. Odwołano starcie na szczycie Ekstraligi (Ogniwo Sopot – Master Pharm Rugby Łódź) i jeden z największych hitów 1/8 finału europejskiego Pucharu Mistrzów, Leinster – Tulon. Na szczęście to było jedyne europejskie spotkanie odwołane w ten weekend, a wiele innych dostarczyło sporo emocji. A przy okazji zapraszam do Szwecji.

Ekstraliga

Coś nie mają szczęścia rugbyści z Sopotu i Łodzi. Najpierw covid był w Master Pharm Rugby Łódź, tym razem w Ogniwie Sopot, przez co starcie drużyn etatowo ostatnio walczących o złoto w polskiej lidze po raz kolejny musiało zostać przesunięte. Odbyło się za to inne zaległe spotkanie, zmagającej się ostatnio z problemami Lechii Gdańsk z zamierzającą zadomowić się na szczytach Ekstraligi Skrą Warszawa. I emocji było nadspodziewanie wiele. Co prawda już na początku meczu po szybkiej, bardzo ładnej akcji padło pierwsze przyłożenie dla warszawiaków, ale Lechia wkrótce potem odpowiedziała i było 5:7. W pozostałej części pierwszej połowy nie było już punktów, niewiele też okazji na nie, choć niewielką przewagę na boisku wydawała się mieć Lechia. W drugiej połowie szans na przyłożenia było już więcej, i to po obu stronach, ale w decydujących momentach górą była obrona. Daniel Gdula (zdobył wszystkie 13 punktów swojej drużyny) zamienił dwa karne na punkty i było 5:13. Lechia odpowiedziała dopiero w ostatniej akcji meczu i przegrała ostatecznie 12:13, ale na pewno pokazała się znacznie lepiej niż w poprzednich spotkaniach wiosny. I może żałować straconych szans z karnych. Na osłodę – punkt bonusowy.

Skra dzięki zwycięstwu zbliżyła się na dwa punkty do liderującego Ogniwa, ale sopocianie mają dwa mecze rozegrane mniej.

Poz. Drużyna M. Pkt.
1. Ogniwo Sopot 9 43
2. Skra Warszawa 11 41
3. Master Pharm Rugby Łódź 10 37
4. Awenta Pogoń Siedlce 11 34
5. Edach Budowlani Lublin 10 26
6. Lechia Gdańsk 11 26
7. Orkan Sochaczew 11 23
8. Arka Gdynia 11 19
9. Juvenia Kraków 11 13
10. Sparta Jarocin 11 0

Heineken Champions Cup

Pierwsza faza play-off zreorganizowanych pucharów europejskich – 1/8 finału – zaczęła się podobnie jak nasza Ekstraliga: od odwołania jednego z największych hitów. Leinster miał podejmować Tulon, a do spotkania nie doszło z powodu covidu w drużynie francuskiej. Tulończycy zresztą są mocno sfrustrowani – o jednym przypadku w zespole informowali już dwa dni przed meczem, postępowali zgodnie z instrukcjami z EPCR, pojechali do Dublina oczywiście bez zakażonego gracza, dzień przed meczem na miejscu przeszli testy covidowe (z kompletem wyników negatywnych), a na parę godzin przed pierwszym gwizdkiem dowiedzieli się, że spotkanie jednak się nie odbędzie. Władze medyczne EPCR uznały, że w drużynie byli zawodnicy mający bliski kontakt z zakażonym graczem i w tej sytuacji Tulon do gry nie może przystąpić – bez tych graczy nie ma bowiem sześciu zawodników gotowych do gry w pierwszej linii. I zażądały, aby do niedzieli Tulon skompletował taką szóstkę. To było nierealne i Leinster otrzymał walkower. To już drugi przypadek walkoweru przeciwko Tulonowi w tej edycji Champions Cup i drugi odrobinę dziwny, a ten dodatkowo wyjątkowo bolesny – eliminuje bowiem Francuzów z rozgrywek. A wściekły właściciel Tulonu Bernard Lemaître zarzucił maczanie palców w tej decyzji władzom irlandzkim, a także zagroził bojkotem europejskich rozgrywek.

W sobotę odbył się natomiast drugi planowany hit tej rundy Champions Cup, inne starcie irlandzko-francuskie: Munster – Tuluza. Obie ekipy naszpikowane gwiazdami, obie celujące wysoko. Na początku meczu inicjatywa była po stronie Francuzów, ale wypracowali tylko trzypunktową przewagę. Potem dwie świetne akcje Munsteru zakończone przyłożeniami Keitha Earlsa, po których brakło jednak podwyższeń. I do przerwy gospodarze prowadzili 16:9. Druga połowa to wymiana przyłożeń: zaraz po gwizdku Lebel dla Tuluzy i remis, parę minut później Gavin Coombes znowu dał prowadzenie Munsterowi, kolejne trzy minuty i kolejny remis. Ale w samej końcówce błysnął niesamowity Antoine Dupont, który zdobył dwa przyłożenia – drugie po fatalnym taktycznie wznowieniu gry przez Munster (trzy minuty do końca, przegrywają, kop ze środka prosto w ręce Cheslyna Kolbego, który przesunął grę na połowę Munsteru, a potem przegrany aut). Munster jeszcze pokazał siłę, Gavin Coombes zdobył swoje drugie przyłożenie, ale to był już koniec meczu – Irlandczycy przegrali 33:40. Kapitanem Munsteru był żegnający się z drużyną CJ Stander.

Ciekawie było też w pojedynku Wasps z Clermont. Pierwsze pół godziny to wymiana potężnych ciosów, po której było 14:14. Potem jednak Wasps zdobyli przewagę: dwa karne na sam koniec pierwszej połowy dały im prowadzenie 20:14, a po kwadransie drugiej części spotkania prowadzili 25:17. Clermont zmniejszył straty do pięciu punktów, ale długo nie mógł przedrzeć się na pole punktowe gospodarze. Dopiero po upływie regulaminowego czasu gry, gdy Wasps zostali w czternastkę po żółtej kartce, świetną akcją na ich pole punktowe przedarł się skrzydłowy Kotaro Matsushima i jego przyłożenie (podwyższone) dało Clermontowi zwycięstwo 27:25. Matsushima został najlepszym zawodnikiem meczu, a równie ważna jak ostatnia akcja meczu była jego obrona na początku spotkania, gdy powstrzymał niesamowitą akcję zapoczątkowaną przez Matteo Minozziego – pokonał trzech kolegów Matsushimy, oddał koledze, który pokonał czwartego i „Osy” były o włos od przyłożenia.

Rewanż za ubiegłoroczny półfinał Challenge Cup i powrót Semiego Radradry do Bordeaux (skąd trafił do Bristolu rok temu) – to były główne tematy przed meczem Bristol Bears z Bordeaux-Bègles. I faktycznie, na początku meczu Radradra przysłużył się Bristolowi tworząc szansę na przyłożenie dla Henry’ego Purdy’ego. To było jednak jedyne takie dokonanie w pierwszej połowie, a kopy z karnych Mathieu Jaliberta wprowadziły Bordeaux na prowadzenie 15:13. Na początku drugiej połowy Jalibert zdobył przyłożenie, Purdy mimo świetnej okazji nie zdołał odpowiedzieć, a Francuzi pod koniec meczu dołożyli dwa przyłożenia i wygrali zasłużenie 36:17.

Poza tym: Gloucester uległ La Rochelle 16:27 (piękne przyłożenie Arthura Retière’a dla ekipy francuskiej, w angielskiej ekipie nie zagrał z powodu kontuzji Louis Rees-Zammit), obrońcy tytułu z Exeter rozgromili Lyon 47:25 (po dziesięciu minutach przegrywali 0:14, ale potem istnieli na boisku już tylko oni), ubiegłoroczni finaliści, Racing 92, wygrali z Edynburgiem jeszcze bardziej imponująco, bo aż 57:3 (Szkoci mieli swoje szanse w pierwszej połowie, ale im bliżej końca, tym dominacja Francuzów była coraz bardziej absolutna), a jedyna walijska drużyna w stawce, Scarlets, przegrali 14:57 z Sale Sharks (aż 32 punkty AJ MacGinty’ego: przyłożenie, 6 podwyższeń i 5 karnych).

W ćwierćfinale mamy aż pięć ekip francuskich (odpadły tylko dwie, Lyon i Tulon), dwie angielskie i jedną irlandzką. Największy hit to pojedynek tych ostatnich – starcie obrońców pucharu, Exeter Chiefs, z potężnym irlandzkim Leinsterem. W trzech pozostałych pojedynkach: Clermont – Tuluza (francuskie starcie wagi ciężkiej), La Rochelle – Sale Sharks i Bordeaux – Racing 92.

A z wieści pozaboiskowych: zgodnie z oczekiwaniami po raz drugi już (bo pierwszy raz w poprzednim sezonie) zdecydowano, że finały pucharów nie odbędą się w Marsylii – wszystko z powodu pandemii i problemów z podróżami. W efekcie Marsylia otrzyma organizację finałów za rok, a stadion Tottenham Hotspur w Londynie stanie się areną finałów w 2023 zamiast w 2022. Gdzie odbędą się tegoroczne finały, tego nie wiemy – zapewne tak jak przed rokiem, decyzja będzie uzależniona od tego, kto wystąpi w tych pojedynkach i zapewne będą to dwa różne miejsca.

European Rugby Challenge Cup

1/8 finału drugiej pucharowej ligi, czyli Challenge Cup, zaczęła się o wiele mocniejszymi akcentami niż Champions Cup. Wszystkie trzy piątkowe pojedynki trzymały w napięciu, a chyba najciekawiej było w spotkaniu London Irish z Cardiff Blues. Do przerwy lekką przewagę mieli Walijczycy, którzy schodząc z boiska prowadzili 17:13. Po 10 minutach drugiej połowy Irish doprowadzili do remisu 20:20. Dokonali tego mimo czerwonej kartki Willa Goodricka-Clarke’a, ale chwilę potem byli już na boisku w trzynastkę (tym razem kartka koloru żółtego). To wykorzystali rywale, którzy zdobyli dwa przyłożenia i na kwadrans przed końcem prowadzili 32:20. Ale ostatnie dziesięć minut nieoczekiwanie należało do grających w osłabieniu londyńczyków: dzięki dwóm przyłożeniom w ciągu trzech minut wyszli na dwupunktowe prowadzenie. Walijczycy odpowiedzieli drop goalem Josha Evansa i na trzy minuty przed końcem mieli punkt przewagi, ale Exiles uderzyli ponownie: przyłożenie zdobył Curtis Rona i Irish wygrali po niezwykle emocjonującym widowisku 41:35.

W sobotę podobne emocje w meczu Dragons z Northampton Saints. Mecz świetnie zaczęli gospodarze – po połowie godziny prowadzili już 22:3 (dwa przyłożenia w przewadze po żółtej kartce). Tuż po przerwie Anglicy zmniejszyli straty do pięciu punktów, ale dwie żółte kartki pokazane w 46. minucie dla ich zawodników pozwoliły Walijczykom odskoczyć na 15 oczek. Na 20 minut przed końcem wciąż mieli taką przewagę. Chwilę potem Saints zdobyli przyłożenie, ale na 10 minut przed ostatnim gwizdkiem Dragons wciąż prowadzili 39:29. I wtedy żółtą kartkę zobaczył Elliot Dee, a Anglicy bezlitośnie wykorzystali przewagę, w dosłownie moment zdobywając dwa przyłożenia. Wygrali po niesamowitym finiszu 43:39.

Niecodzienny przebieg miała pierwsza połowa meczu Leicester Tigers z Connachtem. Na boisku dominowali goście z Irlandii, grający bez kilku czołowych graczy Anglicy co chwilę darowali im karne (bilans w tej części spotkania: 10:1, i tylko chyba zbyt dużej łaskawości sędziego zawdzięczają fakt, że tylko raz zobaczyli żółtą kartkę). A mimo to wynik po pierwszej połowie brzmiał 24:11 dla Saints, którzy bezlitośnie wykorzystali błędy zawodników Connachtu i zdobyli cztery przyłożenia (dwa grając w osłabieniu). Druga połowa zaczęła się od przyłożenia Connachtu i wydawało się, że Irlandczycy wreszcie przełożą swoją dominację na punkty. Ale gra się wyrównała, ilekroć goście zbliżyli się punktami do Saints (m.in. przyłożenie Alexa Woottona po przepięknym podaniu Caolina Blade’a), ci kolejnym przyłożeniem im uciekali na dystans dziewięciopunktowy. W końcówce Irlandczyków dobił Jasper Wiese i Tigers wygrali 48:32.

Największym hitem 1/8 finału Challenge Cup miało być starcie Harlequins z Ulsterem, które stanowiło zwieńczenie pucharowego weekendu. Jednak w momencie ogłoszenia składu londyńczyków oczekiwania opadły – brakło w nim najlepszych zawodników drużyny, w tym Dombrandta, Smitha czy Marlera. I Ulster bezlitośnie to wykorzystał i po 30 minutach prowadził 24:0 (m.in. dwa przyłożenia po niepowstrzymanych maulach autowych z 5 m), a ostatecznie pogromił londyńczyków aż 57:21. Gracze z Belfastu zdobyli aż osiem przyłożeń, a Quins odpowiadali w praktyce dopiero wtedy, gdy mecz był już rozstrzygnięty.

Poza tym: Zebre przegrało z Bath 27:35 (choć po 25 minutach prowadziło 21:7 po trzech przyłożeniach Pierre’a Bruno), Montpellier pokonało Glasgow Warriors 26:21 (w drugiej połowie cztery kartki, w tym jedna czerwona – Szkoci kończyli mecz w trzynastkę przeciwko czternastu Francuzom), w starciu drużyn, które w swoich ligach nie zaznały jeszcze smaku zwycięstwa Benetton pokonał Agen 29:16 (choć pierwsze przyłożenie już w drugiej minucie meczu padło łupem Francuzów), i wreszcie Ospreys przegrali z Newcastle Falcons 24:28 (po kwadransie prowadzili 14:0, ale pod koniec pierwszej połowy zobaczyli dwie żółte kartki i w osłabieniu stracili trzy przyłożenia).

W ćwierćfinale aż pięć drużyn angielskich (odpadła tylko jedna, najwyżej obecnie notowana, Harlequins) oraz po jednej francuskiej, włoskiej i irlandzkiej. Zestawienia par: Montpellier – Benetton, Leicseter Tigers – Newcastle Falcons, Northampton Saints – Ulster (chyba najciekawsza) oraz Bath – London Irish.

Swoją drogą, w ćwierćfinałach obu pucharów nie ma ani jednej drużyny z Walii i Szkocji – reprezentacje świetne, ale ekipy klubowe wciąż mają ogromne problemy.

Pro14

Tydzień temu mieliśmy finał ligi Pro14 oraz dwa zaległe mecze. Chwilę później poznaliśmy ostatnie rozstrzygnięcie – dotyczące zaległego meczu Benettona z Edynburgiem. Mecz ostatecznie zweryfikowano jako wynik 0:0 z czterema punktami przypisanymi na konto Edynburga. W tabeli nic to nie zmienia: Edynburg pozostał przedostatni w konferencji B i na pewno nie jest zadowolony ze spadku formy w porównaniu z poprzednim sezonem, ale jeszcze większą porażką obecny sezon był dla Benettona: 15 porażek i na koniec jeszcze walkower…

Przyznano też nagrody za występy w lidze w tym sezonie. Najlepszym zawodnikiem ligi został południowoafrykański wiązacz z Ulsteru, Marcell Coetzee. To jego ostatni sezon na Zielonej Wyspie – właśnie rozwiązał kontrakt i po pięciu latach w Belfaście wraca do ojczyzny, gdzie będzie grać dla Bulls. Odkryciem roku został inny gracz trzeciej linii, Scott Penny z Leinsteru. Coetzee i Penny, wraz ze skrzydłowym Connachtu Alexem Woottonem, byli najlepiej przykładającymi zawodnikami ligi (zdobyli po 9 przyłożeń). Najlepszym trenerem sezonu uznano Michaela Bradley’a z Zebre. Włoska drużyna co prawda skończyła na piątym miejscu w swojej konferencji, ale grała niezwykle młodym składem i odniosła kilka cennych zwycięstw (w tym komplet w meczach derbowych przeciwko Benettonowi). A w najlepszej piętnastce aż trzynastu zawodników z drużyn irlandzkich (czterech z Ulsteru i po trzech z pozostałych) – i patrząc w tabele, nie ma co się dziwić.

I jeszcze jedna nowinka z Pro14: do Munsteru miał trafić najlepszy gracz świata z 2019, Pieter-Steph du Toit. Miał zarobić tam 600 tys. euro za rok gry, ale transfer zablokowała federacja irlandzka, wskazując na konieczności ograniczeń finansowych w związku ze spadkiem przychodów wywołanym pandemią. W tej sytuacji Munster zasili inny Południowoafrykańczyk, Jason Jenkins, obecnie grający w Toyota Verblitz w Japonii (swoją drogą, skrytykował to Rassie Erasmus, zwracający uwagę, że masowe ściąganie graczy z jego kraju do Irlandii to błędna droga).

Super Rugby

Sensacja w Nowej Zelandii: w pierwszym meczu rundy rewanżowej fazy zasadniczej Super Rugby Aotearoa pierwszą porażkę ponieśli obrońcy tytułu, Crusaders. W derbach Wyspy Południowej ulegli Highlanders. Ekipa z Dunedin tuż przed końcem pierwszej połowy prowadziła już 16:0, a w drugiej połowie nie zwalniała tempa i wygrała 33:12. 18 punktów zdobył dla zwycięzców z kopów Mitchell Hunt (aby dodać sprawie smaczku – były zmiennik Richiego Mo’ungi w Crusaders). A na dodatek to wszystko nie dość, że na wyjeździe, to po odsunięciu od składu Highalnders aż sześciu zawodników, którzy mieli wziąć udział w zakrapianej alkoholem imprezie w domu Josha Ioane, podczas której stróże prawa interweniowali z powodu zakłócania ciszy nocnej (sąsiedzi zresztą skarżą się na liczne imprezy w domu Ioane). A w drugim meczu Blues pokonali Hurricanes 27:17 (ale do ostatniej chwili wellingtończycy mieli szansę na remis). Pauzowali Chiefs, którzy – jak się okazuje – ponieśli dotkliwą stratę: kontuzja kapitana All Blacks, Sama Cane’a, z poprzedniego meczu okazała się na tyle poważna, że czeka około pół roku przerwy w grze.

Crusaders mimo porażki nadal na czele z czterema punktami przewagi nad Blues i dziewięcioma nad Higlanders. Gracze z Christchurch wciąż są faworytami, a za ich plecami wszystko może się wydarzyć.

Poz. Drużyna M. Pkt.
1. Crusaders 5 18
2. Blues 5 14
3. ↑↑ Highlanders 5 9
4. ↓ Chiefs 4 8
5. ↓ Hurricanes 5 5

W Super Rugby AU nieoczekiwanie dużo emocji w Sydney: miejscowi Waratahs, dotąd przegrywający z kretesem wszystkie swoje mecze, pozbawieni przed tym spotkaniem trenera, porządnie postraszyli obrońców tytułu z Canberry. Co prawda Brumbies w pierwszej połowie wypracowali sobie prowadzenie 24:10, ale w drugiej połowie nie zdobyli żadnych punktów (jedno przyłożenie odebrano im po TMO). Na kwadrans przed końcem gospodarze zmniejszyli straty do 7 punktów. Na pięć minut przed końcem grali z przewagą jednego zawodnika, a już po wybiciu 80. minuty – z przewagą dwóch graczy (w sytuacji, w której zdawało się, że Brumbies wybronili się tuż przed swoim polem punktowym, odzyskali piłkę i wykopali za boisko, okazało się, że przeszkodzili gospodarzom w sposób niedozwolony i jeden z graczy zobaczył czerwoną kartkę). Grając przeciwko trzynastce canberrczyków Waratahs zdobyli przyłożenie. Niestety, podwyższenie z trudnej pozycji nie osiągnęło celu i nie zobaczyliśmy dogrywki. Waratahs przegrali po raz szósty, ale tym razem walczyli do końca. Swoja drogą, na meczu był Michael Cheika i natychmiast pojawiły się spekulacje, jakoby miał wrócić do tego klubu (w 2014 wygrał z nim Super Rugby). Cheika jednak im natychmiast zaprzeczył (niedawno był łączony w plotkach z francuskim Montpellier).

W drugim meczu Rebels podejmowali świetnych w tym sezonie Reds i tu niespodzianki nie było. Po 20 minutach było 24:0 dla ekipy z Queenslandu i choć jeszcze w pierwszej połowie gospodarze odrobili część strat, w drugiej ponownie dominowali Reds i ostatecznie wygrali 44:19. W tabeli bez zmian, na czele Reds z czterema punktami przewagi nad Brumbies, a potem przepaść.

Poz. Drużyna M. Pkt.
1. Reds 6 28
2. Brumbies 6 24
3. Rebels 5 10
4. Western Force 5 6
5. Waratahs 6 2

W najbliższych dniach mają się rozstrzygnąć losy drugiej części super-rugbowego sezonu, czyli SR Trans-Tasman. Działacze liczą na to, że władze Nowej Zelandii pozwolą na rozgrywanie meczów pomiędzy drużynami z obu krajów. Rok temu pragnęli ich tylko Australijczycy, dziś widać taką chęć po obu stronach Morza Tasmana.

Drobne

Ogniwo Sopot opublikowało 1 kwietnia informację o zaproszeniu do udziału w pucharze europejskim. To był żart primaaprilisowy, ale zdaje się, że są szanse na powrót European Rugby Continental Shield czyli trzecioligowego europejskiego pucharu, przeznaczonego dla drużyn z zaplecza 6N, którego ostatnią edycję rozegrano w sezonie 2018/2019. Z informacji umieszczonej na profilu facebookowym mistrza Rumunii (CSM Știința Baia Mare) wynika, że trwają rozmowy o wskrzeszeniu rozgrywek z udziałem drużyn z sześciu europejskich krajów (Włochy, Gruzja, Rumunia, Rosja, Hiszpania, Portugalia), a także dwóch franszyz z Południowej Afryki (jedną z nich są zapewne Cheetahs). Czy jednak się uda – nie wiadomo. Organizatorzy chcą, aby każda drużyna wykazała się budżetem w wysokości 1,6 mln dolarów i akurat Rumuni mają z tym problem. Liczą na pomoc rządową, a z tą może być krucho, bowiem minister sportu akurat za rugbystami nie przepada.

Najlepszym graczem tegorocznego męskiego Pucharu Sześciu Narodów został wybrany w głosowaniu internetowym szkocki rwacz, Hamish Watson. To drugi Szkot z tą nagrodą w 18-letniej jej historii (poprzednim był Stuart Hogg). A kobieca edycja zaczęła się od dwóch pogromów: Angielki pokonały Szkotki 52:10, a Francuzki zwyciężyły nad Walijczykami 53:0 (już po kwadransie spotkania Caroline Boujard skompletowała trzy przyłożenia).

Trwają rozmowy na temat lokalizacji tegorocznych The Rugby Championship. Niedawno zamiar organizowania imprezy zgłosili Australijczycy, teraz odezwali się Nowozelandczycy, który poinformowali, że chcieliby dzielić z innym krajem tę imprezę. Cóż, na pewno nie z Południową Afryką, bo z kolei władze tamtejszej federacji poinformowały, że nie są zainteresowane jej goszczeniem w roku, w którym do tego kraju zajadą British & Irish Lions.

W Premiership duży transfer: obrońca Harlequins, ponad 70-krotny reprezentant Anglii Mike Brown, po tym sezonie przechodzi do Newcastle Falcons. Spędził w ekipie Quins 17 lat i nie chciał się żegnać, jednak zmusił go do tego poprzedni trener, Paul Gastard. Cóż, Gastarda już nie ma, Brown rozkwita, Harlequins wygrywają i zmienili zdanie w jego sprawie, ale zanim trener odszedł, Brown podpisał już kontrakt z Falcons. A z kolei mający odejść z Racingu 92 Simon Zebo, łączony z Munsterem, ponoć może myśleć o innym „irlandzkim” kierunku: ma rozmawiać z London Irish. A przed europejskimi weekendem w testach covidowych klubów Premiership stwierdzono trzy przypadki z jednego klubu (w tym jeden zawodnik).

Z kolei w kobiecej lidze w Anglii, Premier 15s, plan ograniczenia liczby zawodniczek spoza Wielkiej Brytanii i Unii Europejskiej (spowodowany zapewne dużym napływem zawodniczek z Kanady i Stanów Zjednoczonych – tydzień temu w piętnastce Exeter było aż siedem takich zawodniczek). W najbliższym sezonie planowane jest zalecenie ograniczania się do dwóch takich przybyszek w składzie. Tylko zalecenie, póki co bez sankcji, co ma pozwolić drużynom takim jak Exeter na przystosowanie swoich składów do spodziewanych sztywniejszych ograniczeń w następnych sezonach.

W Major League Rugby nieoczekiwanie słabo prezentuje się stawiany przed sezonem w roli faworyta San Diego Legion. Po zwycięstwie w poprzedniej kolejce, w tej zanotował drugą porażkę – aż 22:41 z ekipą z Atlanty, która dzięki temu awansowała na czoło konferencji wschodniej. Miano niepokonanych straciły drużyny z Waszyngtonu (Old Glory DC przegrało z Toronto Arrows) i Salt Lake City (mimo porażki z New England Free Jacks nadal na czele konferencji zachodniej). Bez porażki już tylko LA Giltinis, a bez zwycięstwa – mistrzowie, Seattle Seawolves (obie te ekipy jednak ten weekend miały wolny).

W japońskiej Top League kolejny mecz na szczycie w grupie czerwonej: spotkały się dwie niepokonane dotąd drużyny Suntory Sungoliath i Spears Kubota. Hat-trick przyłożeń dla gości zdobył Tongijczyk Finau Tupa, ale to było za mało: Suntory wygrało 33:26, a decydujące, karne przyłożenie w samej końcówce meczu, zawdzięcza Beaudenowi Barrettowi. W meczu na szczycie grupy białej także spotkały się ekipy z kompletem zwycięstw i pogodziły się ostatecznie remisem: Kobelco Steelers – Panasonic Wild Knights 13:13. Dwa przyłożenia zdobyła australijska gwiazda, Michael Hooper – pomogły w wyjazdowym zwycięstwie Toyoty Verblitz nad Mitsubishi Dynaboars 40:29.

W południowoamerykańskiej lidze SLAR w ubiegłym tygodniu aż dwie kolejki. Na początku ubiegłego tygodnia czwarta kolejka i czwarte zwycięstwa Peñarolu oraz Jaguares. Trudniejszą przeprawę mieli Urugwajczycy, którzy pokonali chilijski Selknam tylko 26:22. Jaguares zaś szaleją: w trzech dotychczas rozegranych spotkaniach nie zeszli poniżej 65 zdobytych punktów. Ostatniej nocy, w ramach piątej kolejki, uzbierali tych punkcików nieco mniej, ale w starciu na szczycie i tak wyraźnie pokonali Urugwajczyków. Ich dominacja w lidze (nawet mimo faktu, że grają składem dalekim od tego z Super Rugby) nie ulega wątpliwości i na pewno nie posłuży się to młodym rozgrywkom. Trzeba chyba dołożyć więcej franszyz z Argentyny.

Grała francuska druga liga (Pro D2). Provence kontynuuje fatalną passę: przegrało na wyjeździe z Colomiers 28:30 i ma już tylko dwa punkty przewagi nad najlepszą drużyną ze strefy spadkowej. Andrzej Charlat zagrał cały mecz. Niespodzianki na szczycie, bo punkty gubiły dwie czołowe drużyny: Perpignan zremisowało z Aurillac (27:27), a Vannes minimalnie przegrało z Valence (31:32). Nadal jednak mają dużą przewagę nad resztą stawki.

W planach lipcowych testów kolejna odkryta karta: 10 lipca w Bukareszcie Rumunia ma podjąć Japonię.

Covid torpeduje plany rozegrania dwóch turniejów kobiecych World Rugby Sevens Series, zaplanowanych na maj we francuskim Marcoussis. Nie będzie zatem żadnego turnieju WRSS przed igrzyskami w Tokio. W tegorocznym WRSS mają występować wspólne reprezentacje Wielkiej Brytanii – miał to być element przygotowań do igrzysk, ale w tej sytuacji spalił na panewce. Rozegrano natomiast turnieje zaproszeniowe w Dubaju – wśród mężczyzn wygrali Argentyńczycy, którzy w finale pokonali Francuzów, natomiast wśród kobiet finał był sprawą północnoamerykańską: Kanadyjki wygrały z Amerykankami. Za tydzień powtórka.

Tydzień temu pisałem o możliwości wykorzystania badań śliny przy diagnozowaniu wstrząśnień mózgu, w ostatnim tygodniu pojawiła się natomiast zapowiedź próbnego wykorzystania do tego celu technologii badań odruchów gałek ocznych.

Angielskie RFU opublikowało projekt regulacji dotyczący gry z kobietami tzw. kobiet transpłciowych (czyli mężczyzn uważających się za kobiety). Zgodnie z nim, jeśli zawodniczka będzie ważyć więcej niż 90 kg lub być wyższa niż 170 cm, będzie podlegać ocenie, czy stanowi zagrożenie dla innych zawodniczek na boisku. Chcą wykluczyć w ten sposób ryzyka wynikające ze zbyt dużej przewagi fizycznej. Oczywiście, projekt budzi kontrowersje wśród organizacji walczących o prawa takich osób.

O innych ligach: Szwecja

Początki rugby w Szwecji to dwie interesujące historie. Pierwsza odnosi się jeszcze do XIX w., gdy do Szwecji zaczęły przenikać z Anglii powstające tam kody futbolowe. Różnice pomiędzy nimi odrobinę zanikały i wykształcił się tam „futbol szwedzki”. Lars Mauritz Törngren w 1880 spisał jego reguły, które nawiązywały raczej do association football niż rugby football, ale kilka elementów z rugby było stosowanych – m.in. możliwość chwytania piłki w ręce i przebiegania z nią, zanim się ją kopnie, bramki bez poprzeczek. W latach 90. jednak piłka nożna wyparła szwedzki futbol, a rugby pojawiło się w kraju dopiero 26 czerwca 1931. To wtedy na sztokholmskim Olympiastadion pokazowy mecz rugby rozegrały reprezentacje dwóch bliźniaczych brytyjskich krążowników, HMS Dorsetshire i HMS Norfolk. Mecz, który oglądało ok. 7000 widzów, spowodował utworzenie sekcji rugby w bokserskim klubie IK Balder. Rok później rozegrano pierwszy mecz między dwoma sztokholmskimi klubami, wspomnianym IK Balder i IK Göta, i utworzono federację, na której czele stał spiker z meczu Brytyjczyków, Yves Gyldén. W 1933 istniały już cztery kluby, w rugby grał wnuk królewski Bertil Bernadotte, a podczas kolejnych odwiedzin brytyjskich okrętów, ich załogi grały z nieformalną reprezentacją kraju.

Klimat w Szwecji nie sprzyja grze w rugby (jest tu sportem typowo letnim), ale mimo to stopniowo ten sport się rozwijał (zwłaszcza od lat 50. XX w.). Reprezentacja pierwszy mecz zagrała dopiero w 1949 przeciwko Danii (zwycięstwo 6:0 zapoczątkowało kilkudziesięcioletnią serię corocznych spotkań między tymi ekipami). W Pucharze Narodów pierwszy raz Szwedzi wzięli udział w 1968 (pierwszy mecz w Warszawie podczas Wyścigu Pokoju). Na stałe zagościli w europejskich rozgrywkach dopiero dekadę później (w 1982 wygrali nawet trzecią dywizję). Najbardziej znanym zawodnikiem był Kari Tapper (wiązacz, grał dla Europy przeciwko British Lions w 1990 i dla Barbarians w 1991).

Pierwsze kluby rugby powstały w Sztokholmie i długo rugby było rozgrywką uprawianą tylko w tym rejonie. W pierwszych mistrzostwach kraju, zorganizowanych w 1943, uczestniczyły tylko drużyny ze stolicy i jej okolic. Pierwszym mistrzem został zespół IK Göta, który po tytuł w pierwszych latach istnienia rozgrywek sięgał sześciokrotnie. Dopiero w 1959 pierwszy raz mistrzostwo zdobył klub z innego regionu – Malmö RC, który zdominował rozgrywki w latach 60. (6 tytułów między 1959 i 1967). W latach 1973–1990 absolutnym hegemonem w rozgrywkach był klub Enköpings RK (z regionu Uppsali), który w tym okresie zaledwie dwukrotnie oddał mistrzostwo w inne ręce. Jednak cała kolejna dekada (10 tytułów z rzędu od 1991 do 2000) należała do Pingvin RC z Trelleborga (ponoć założonego przez entuzjastów tego sportu, którym nie chciało się dojeżdżać na treningi do Malmö, a nazwanego w związku z kilkoma pingwinami żyjącymi wówczas w mieście). Ostatni tytuł Pingvin RC zdobyło w 2003, a kolejnym dominatorem w lidze stali się nieschodzący z najwyższego stopnia podium od 2012 Stockholm Exiles RFC (klub powstał w latach 60. i początkowo skupiał tylko zawodników zagranicznych, pierwsze mistrzostwo zdobył w 1966). Najbardziej utytułowane kluby ligi to Enköpings RK (20 tytułów), Stockholm Exiles RFC (17) i Pingvin RC (11).

Obecnie najwyższy poziom ligowy nosi nazwę Allsvenskan. W ostatnim „normalnym” sezonie (2019) na tym poziomie grało sześć zespołów: cztery ze Sztokholmu i okolic oraz dwa z innych części kraju (Göteborg RF i Pingvin RC). W rundzie zasadniczej wszystkie ekipy grały każdy z każdym, mecz i rewanż. Cztery najlepsze awansowały do fazy play-off, w której rozgrywano dwumecze półfinałowe, a następnie dwumecze o medale. W sezonie 2020 do gry na najwyższym poziomie rozgrywek przystąpiły tylko cztery ekipy (drużyny z miast najbardziej oddalonych od Sztokholmu zrezygnowały z powodu epidemii). Znowu grano w fazie zasadniczej każdy z każdym mecz i rewanż, natomiast w play-off rozgrywano już po jednym spotkaniu za wyjątkiem finału rozegranego w formie dwumeczu (Exiles pokonali w nim beniaminka ligi, Norrköping Trojan).

Oprócz najwyższej ligi mamy jeszcze dwa niższe poziomy. W I lidze w 2019 grało dziewięć drużyn, które były podzielone na dwie grupy (północną i południową). O awansie do Allsvenskan decydowały dwa etapy: baraż pomiędzy zwycięzcami grup (w przypadku grupy północnej wystąpiła w nim druga drużyna, bo zwycięzcą była rezerwa Exiles), a następnie baraż pomiędzy zwycięzcą tego dwumeczu z najsłabszą drużyną z najwyższego poziomu. W grupie północnej znalazły się dwie ekipy z aglomeracji sztokholmskiej i po jednej z położonych stosunkowo niedaleko Norrköping i Uppsali, a ponadto drużyna z położonego znacznie bardziej na zachód Karlstadu. W grupie południowej mieliśmy drużyny z położonych na zachodnim wybrzeżu Göteborga, Malmö i Lundu oraz znajdującego się na wschodnim wybrzeżu Kalmaru. W 2020 liczba drużyn uczestniczących w rozgrywkach była znacznie mniejsza: rozegrano tylko zawody grupy południowej z udziałem trzech ekip (zabrakło Kalmaru), grupa północna w ogóle nie grała.

W drugiej lidze (na trzecim poziomie) w 2019 grały cztery drużyny: trzy ze Sztokholmu i jedna z najdalej wysuniętego na północ w szwedzkim systemie ligowym klubu z Sandviken (choć jak spojrzeć na mapę, to wciąż stamtąd bliżej do Polski niż na północne krańce Szwecji). W 2020 paradoksalnie było tych ekip więcej (pięć), ale to z powodu przyłączenia się do tych rozgrywek trzech ekip z grupy północnej drugiej ligi. Jeszcze w 2016 na tym poziomie było aż 11 ekip, ale z czasem liczba ta spadła.

W pierwszej dekadzie XX w. mistrzowie Szwecji regularnie uczestniczyli w imprezie Nordic Cup czyli turnieju mistrzów krajów skandynawskich. Początkowo (od 2005) to była grupa północna organizowanego przez FIRA pucharu klubowego, a gdy ten po dwóch latach zamarł, Skandynawowie kontynuowali swoje rozgrywki. Przynajmniej trzykrotnie, bo ostatnia edycja, na której temat można znaleźć jakieś informacje to 2009.

Kobiece rugby w Szwecji zaczęło się bardzo wcześnie, bo już w latach 70. XX w. Pierwszy mecz międzynarodowy reprezentacja kraju zagrała w 1984 przeciwko Holandii (przegrany 0:34) – było to jedno z pierwszych międzypaństwowych spotkań kobiet na świecie. Szwecja uczestniczyła w aż czterech kobiecych Pucharach Świata: w 1991 (miejsca 9–12), 1994 (10. miejsce), 1998 (przedostatnie, 15. miejsce) i 2010 (ostatnie, 12. miejsce).

Mistrzostwa w kobiecych piętnastkach rozpoczęto rozgrywać w 1983. Tu rekordzistą w liczbie zdobytych tytułów są sztokholmskie Exiles z 12 triumfami na koncie. Aktualnym mistrzem jest jednak drużyna Enköpings RK, która sięgnęła po to trofeum po raz szósty. Kobiety mają swoją Allsvenskan, a rozgrywki są jednopoziomowe. W 2019 uczestniczyło w nich sześć drużyn – grały każdy z każdym mecz i rewanż, a następnie rozgrywano półfinały oraz finał i mecze o 3. i 5. miejsce. W ubiegłym roku zmieniono format: podzielono stawkę na dwie grupy (dwie drużyny w południowej i trzy w północnej), a następnie rozegrano półfinały oraz dwumecze finałowy i o 3. miejsce.

A na szwedzki deser ciekawostka, zbiór zasad skomponowany przez ojca szwedzkiego rugby, Yves’a Gyldéna, w latach 30. ubiegłego wieku (za pomoc w tłumaczeniu dziękuję Patrycji). Chciałoby się napisać „dekalog”, bo świetnie by się nadawał, ale „przykazań” jest dziewięć, więc wychodzi „enalog”:

  • Gracz rugby to dżentelmen, zarówno na boisku, jak i poza nim; zna swą siłę i odwagę i nigdy ich nie nadużywa.
  • Gracz rugby gra bez względu na pogodę i wiatr. Nie gra tylko wtedy, gdy sędzia orzeknie, że boisko nie nadaje się do gry.
  • Gracza rugby nie przerażają deszcz, burza, grad, śnieg ani błoto.
  • Gracz rugby zawsze podporządkowuje się poleceniom sędziego, niezależnie od tego, czy uważa je za słuszne. Decyzji sędziego nie wolno zmieniać. Skargi na sędziego po meczu nie przystoją graczowi rugby.
  • Kontuzjowany gracz rugby nie opuszcza boiska samowolnie, bez powiadomienia kapitana swojej drużyny. Po opatrzeniu wraca na boisko.
  • Gracz rugby zawsze i natychmiast pomaga kontuzjowanym przeciwnikom.
  • Gracz rugby nigdy nie schodzi do szatni w przerwie, bez względu na pogodę, wiatr lub zmęczenie.
  • Gracz rugby nigdy i w żaden sposób nie demonstruje radości po zdobyciu przyłożenia.
  • Gracz rugby nigdy nie narzeka po meczu na kontuzje lub pechową przegraną. Słowo „pech” nie istnieje w słowniku gracza rugby. Wygrywa lepsza drużyna. Wymówki nie przystoją graczowi rugby.

Zapowiedzi

Za tydzień dwunasta kolejka Ekstraligi. W planach mecze Sparty z Ogniwem, Łodzi z Pogonią, Arki z Juvenią, Budowlanych ze Skrą oraz Orkana z Lechią. Cóż, trudno oczekiwać wielkich emocji w tym pierwszym spotkaniu, ale można liczyć na nie we wszystkich pozostałych. Wiosnę zacznie też I liga, a w niej spotkanie na szczycie: Posnania będzie próbowała się zrewanżować za porażkę z Białegostoku.

Oprócz tego na krajowych podwórkach czwarty turniej kobiecych mistrzostw Polski. Kolejny krok w kierunku podgryzania Biało-Zielonych?

Na świecie przede wszystkim ćwierćfinały europejskich pucharów. Kilka pojedynków zapowiada się wyjątkowo ciekawie: w Champions Cup mecze Exeter Chiefs z Leinsterem i Clermont z Tuluzą, a w Challenge Cup spotkanie Northampton Saints z Ulsterem.

Poza tym: kobiecy Puchar Sześciu Narodów (Walia – Irlandia i Włochy – Anglia), Super Rugby Aotearoa (Highlanders – Chiefs i Hurricanes – Crusaders), Super Rugby AU (Rebels – Western Force i mecz na szczycie Reds – Brumbies), MLR, SLAR i Top League. A także powrót ligi rosyjskiej (ćwierćfinały), start stanowych rozgrywek australijskich i wiele innych rugbowych emocji.

9 komentarzy do wpisu „Miał być hit, był covid”

  1. Czytam sobie już na spokojnie o lidze szwedzkiej i kilka rzeczy mnie zaciekawiło. Np. to że Najwyższy poziom rozgrywkowy nazywa się Allsvenskan. Zwykle taką nazwę nosi drugi poziom rozgrywkowy w tym kraju. Czy sugeruje to że rugby jest tam sportem w 100% amatorskim? Zawodnicy grający w tej lidze (nawet Ci zagraniczni) muszą podejmować pracę? Jak to wygląda w Szwecji?

    Ten enalog to genialna sprawa;) Wiele zasad jeszcze spotyka się na boisku, ale niestety (a może stety) sporo z tego już jest mocnym archaizmem, np. niecieszenie się po przyłożeniu. Z drugiej strony, przekładając te „przykazania” na piłkę nożną to wszystko jest zaprzeczeniem tego co widzimy na piłkarskich boiskach;)

    Na koniec mam jeszcze dwa pytania:
    1. Czy autor bloga planuje opisywać też ligi z innych kontynentów? Czy tylko Europa? Mam na myśli te znaczące ligi. Można by przeplatać kącik ligowy. Np. w kwietniu Europa, w maju świat i tak na zmianę.
    2. Czy jest znana informacja ilu fanów czyta cotygodniowe newsy na blogu? Czy zainteresowanie wzrosło od momentu założenia bloga? Czy ludzie w Polsce chcą czytać o rugby?

    Odpowiedz
    • Odnośnie Szwecji – Allsvenskan to także najwyższa liga piłkarska, a spodziewam się jednak, że jakieś zawodowstwo tam mają. Co do rugby, zakładam, że jest to sport amatorski, a co najwyżej gdzieniegdzie ktoś ewentualnie może dostawać jakieś pieniądze, ale tej kwestii nie badałem.
      Enalog traktuję wyłącznie jako ciekawostkę. Czasy się zmieniły i choć w Krakowie drużyny nadal do szatni na przerwie nie schodzą, to mam wrażenie, że te elementy, które w teorii pozostały, nie zawsze tak pięknie wyglądają w praktyce. Choć póki zawodnicy po sędziowskich decyzjach nie odstawiają piłkarskich szopek, wciąż mam ochotę ten sport oglądać 🙂
      Ad. 1. Inne kontynenty planuję po Europie i to może zdarzyć się nawet wcześniej, niż można się tego spodziewać – nawet w Europie są ligi, na temat których trudno cokolwiek sensownego znaleźć i chyba właśnie do nich się powoli zbliżam. Zresztą, poza Europą może być jeszcze trudniej (skoro nawet o takim Madagaskarze trudno znaleźć cokolwiek usystematyzowanego). Cykl więc kiedyś umrze, ale jakiś pomysł, czym go w przyszłości zastąpić, kiełkuje.
      Ad. 2. Patrząc na obecny świat mam wrażenie, że „szpony” nie mają szans na szersze zainteresowanie, bo zbyt wiele w nich słów i za mało troski o formę 😉 Na szczęście popularność nigdy moim celem nie była 🙂 Statystyki na serwerze pokazują, że w poniedziałki jest zwykle ok. 100-200 wizyt, potem oczywiście znacznie mniej. Jednak mam wrażenie, że niewiele to mówi o faktycznej liczbie czytelników i nie oczekiwałbym cudów. A co do wzrostu – cóż, imponujący, bo od zera (pierwszych parę miesięcy to kilka–kilkunaście wejść na wpis).

      Odpowiedz
      • 200 osób… Mniej więcej tyle ludzi ogląda poszczególne mecze naszej Ekstraligi w Internecie. Swoją drogą dziwi mnie taka mała liczba widzów i czytelników. Przecież w polskich klubach jest wielu zawodników, są też drużyny młodzieżowe, mamy zawodniczki, juniorki czy też dzieciaki grające masowo w rugby tag. Nikt z nich nie interesuje się sportem który uprawia? Dziwne to…

        Odpowiedz
  2. W tym sezonie jestem nieco rozczarowany MLR. Nie ukrywam że liczyłem na więcej. Podobało mi się że mecze były tam strasznie wyrównane i aby wygrać trzeba było stoczyć zażarty bój. Teraz różnica pomiędzy klubami jest aż nadto widoczna. Nie wiem czy w trakcie sezonu to się wyrówna, ale wygląda na to że największej zalety MLR, czyli emocji do końca w każdym meczu, w tym roku niestety nie będzie.

    Jeśli chodzi o trans płciowość w sporcie to jestem tutaj zatwardziałym konserwatystą! Facetom startującym z kobietami mówię stanowcze NIE! To zabija ducha sportu i niweluje sens trenowania przez kobiety, bo i tak nie mają szans z facetem. Czy to się komuś podoba czy nie, mężczyzna jest silniejszy od kobiety. Rekordy świata w podnoszeniu ciężarów, lekkoatletyce, pływaniu i wszystkich innych sportach wymiernych to udowadniają. W niektórych stanach USA w lekkoatletyce pozwolono rywalizować z kobietami mężczyznom uważającym się za kobietę. Dziewczyny nie miały z nimi szans. Przybiegały z tyłu, a Panowie zgarniali zagrody za wygraną. Na całe szczęście w światowej lekkoatletyce Panom chcącym rywalizować z kobietami nakazuje się operacje płci i ograniczenie testosteronu co chociaż trochę wyrównuje szanse.
    Ostatnio bardzo głośny był przypadek, chyba w Indonezji, że siatkarz grał w jednym klubie z kobietami, został MVP całego sezonu a jego drużyna sięgnęła po mistrzostwo kraju. Inne zespoły nie miały szans w rywalizacji z mężczyzną. Wreszcie mu się znudziło wygrywanie i ogłosił w mediach, że znowu czuje się facetem. Podsumowując ten mój wywód, uważam, że dopuszczanie osób innej płci do rywalizacji z kobietami jest niesprawiedliwe, wypacza sens uprawiania sportu a w takiej dyscyplinie sportu jak rugby może stanowić dla kobiet zagrożenie zdrowia. Zresztą w sportach walki też próbowano tego typu rywalizacji i kończyło się to bardzo kiepsko. Dla Pań oczywiście.

    Odpowiedz
    • Oj, w każdej lidze są i takie, i takie mecze. Pierwsza kolejka była na przykład bardzo wyrównana 🙂 Oni rozwijają się tam powoli i myślę, że z głową 🙂 Natomiast co do drugiej kwestii, to też uważam, że idziemy o krok za daleko…

      Odpowiedz
  3. Walkower dla Leinster to najzwyklejsze w świecie drukowanie. Jak oni mogą się z takiego awansu cieszyć? Dno i wodorosty. Tylko w rugby są takie idiotyczne decyzje… I to na takim wysokim szczeblu rozgrywkowym. Najwyższym w Europie… Bardzo kiepska reklama rugby.

    Ogólnie nazywanie tych rozgrywek europejskimi pucharami jest dla mnie zdecydowanie na wyrost. W rugbowym Pucharze Mistrzów i w Chellenge Cup wystartowały drużyny z zaledwie czterech krajów europejskich, a w Heineken Champions Cup wystąpiły UWAGA!!! TRZY (!!!) drużyny które wygrały swoje ligi. Czyli mamy puchar trzech mistrzów z czterech krajów. Napomknę jeszcze że w Europie mamy blisko 50 krajów… Dobrze że nie jestem felietonistą piszącym o rugby bo szybko by mnie zwolnili za taka krytykę, ale strasznie mnie to mierzi;)

    W Champions Cup zostało 5 klubów francuskich, a Challenge Trophy aż 6 z Wielkiej Brytanii. A niektórzy narzekają że w piłkarskiej LM jest mało krajów w ćwierćfinałach;)

    Z tymi Prima Aprilisowymi żartami rugbowymi ogólnie dziwnie wyszło… Zarówno info na fb Ogniwa (nabrałem się), jak i na stronie PZR (też się nabrałem) to długo wyczekiwane wiadomości przez fanów rugby. Jak ja bardzo bym chciał żeby jakiś polski klub wyszedł do Europy, jak bardzo chciałbym aby nasza reprezentacja dała nam radość i zagrała mecze międzynarodowe. Tak bardzo na to czekam. Zapomniałem kompletnie że jest Prima Aprilis i łyknąłem te wiadomości jak pelikan rybę, ucieszyłem się strasznie, ale to był tylko żart. Powiedziano fanom: idziemy w dobrą stronę. Polski klub dostał szansę na rozwój, nasza kadra wreszcie będzie mogła grać. Będzie dobrze. Po czym głośno krzyknięto: „PRIMA APRILIS!!! HAHAHAA. Nabrałeś się głupi fanie. Nadal jest u nas dno. Kluby będą się kisić tylko i włącznie we własnym sosie, a reprezentacja będzie się uwsteczniać nie grając meczów. Nabrałeś się! czy to nie śmieszne? Hahahahaha”.
    🙁
    To taki żart w stylu: Będziemy mieli dziecko!!! Zewsząd zebrać gratulacje, po czym powiedzieć PRIMA APRILIS.

    Odpowiedz
    • W piłkarskiej Lidze Mistrzów też tych mistrzów coraz mniej. Takie czasy. Cieszył się będę z wskrzeszenia Continental Shield (jeśli się uda), marzyłby mi się jakiś puchar dla drużyn z naszego poziomu, ale dotychczasowa historia tych rozgrywek nie skłania do optymizmu.
      A co do oceny żartów… cóż, zgadzam się, w obu przypadkach wyszło niestety raczej smutno 🙂

      Odpowiedz

Pozostaw odpowiedź Michał Dudek Anuluj pisanie odpowiedzi