Polki wicemistrzyniami Europy!

Pierwszy mecz British & Irish Lions i kontuzja ich kapitana Aluna Wyna Jonesa, fantastyczne zwycięstwo Harlequins w finale Premiership, covid w Południowej Afryce, finał Top 14, Gruzja mistrzem REC – o tym mówił rugbowy świat. Ale u nas to wszystko przyćmił piękny sukces naszej kobiecej reprezentacji, która wywalczyła wicemistrzostwo Europy w rugby 7.

Rugby Europe Sevens

Największy sukces polskiego rugby – tak trzeba podsumować wyjazd siódemkowej reprezentacji pań do Moskwy na drugi, finałowy turniej Rugby Europe Sevens na poziomie Championship. Zakończyły turniej na drugim miejscu, a w łącznej klasyfikacji mistrzostw, po wliczeniu czwartego miejsca z Lizbony, zdobyły srebrny medal. Zostały wicemistrzyniami Europy. Brakło co prawda Angielek i Francuzek, to jednak ich wybór, a nasz sukces – a przy takiej postawie naszej drużyny chętnie bym zobaczył jej starcia i z tymi nacjami.

Panie pięknie zaczęły turniej, od pogromu Rumunek 57:0. Dwie godziny później stanęły naprzeciwko Belgijek, którym uległy w Lizbonie, i tym razem się odegrały. Wygrały 19:0 po chyba najlepszym meczu w turnieju, a na uznanie zasługuje zwłaszcza znakomita obrona, tak bardzo potrzebna w pierwszej i na początku drugiej połowy. Pierwsze punkty straciły w trzecim meczu, z Niemcami, ale dopiero wtedy, gdy ten był już praktycznie rozstrzygnięty. Wygrały go pewnie 33:12. Na koniec drugiej fazy grupowej Polki zagrały w sobotni poranek ze świetnymi Hiszpankami. Znakomicie w mecz weszły, po pierwszej połowie prowadziły 19:7, ale fatalnie zaczęły drugą: grając z podwójną przewagą straciły piłkę, następnie przyłożenie i dały się zdominować rywalkom. Mecz zakończył się szczęśliwym dla nas remisem 19:19, który dał nam awans do najlepszej trójki turnieju, ale druga połowa kosztowała widzów sporo nerwów. W pierwszym meczu grupy finałowej Polki nie sprawiły sensacji i uległy Rosji 5:33 (trudno nie dopatrzeć się bloku przy ostatnim przyłożeniu Rosjanek, ale to niewiele by zmieniło). Za to w meczu ze Szkocją ponownie zagrały znakomicie i wygrały 29:14. To był w praktyce mecz o drugie miejsce, bo Szkotki z Rosjankami szans nie miały. W Moskwie Rosja pierwsza, Polska druga, Szkocja trzecia. W klasyfikacji ogólnej (na którą dość długo czekaliśmy) zmiana tylko na trzecim miejscu – zajęły je Hiszpanki, które były drugie w pierwszym turnieju w Lizbonie i uzbierały identyczną liczbą punktów co Polki (w tej sytuacji decydował bilans małych punktów).

Świetny turniej, piękny sukces, a już niedługo w Moskwie kolejna szansa na pokazanie się rugbowemu światu – tym razem klubowy turniej z udziałem Biało-Zielonych. Szkoda tylko jednego: żyje tym cała rugbowa Polska, ale poza nią niemal nikt nie słyszał. Artykuł Roberta Grzędowskiego na stronie Polskiego Radia z krótką wypowiedzią Karoliny Jaszczyszyn, dosłownie trzy zdania plus cytat z wspomnianej wypowiedzi kapitan polskiego zespołu zakopane gdzieś głęboko na Onecie i niewiele więcej. Adam Mauks ma rację: Związek dostał do ręki sukces, który powinien wykorzystać medialnie (choć akurat konkurencja spora, bo przecież Euro i Liga Narodów). Póki co tego jednak nie widać…

Znacznie gorzej w Moskwie radzili sobie panowie, którzy zajęli ostatnie miejsce zarówno w turnieju, jak i klasyfikacji ogólnej mistrzostw. I choć w Lizbonie też skończyli z ósmym miejscem, tam przynajmniej mieliśmy przebłyski dobrej gry. W ten weekend było gorzej. W kadrze było zaledwie dwóch zawodników dwóch najlepszych klubów mistrzostw Polski w siódemkach, nie było też nikogo z Sopotu, Łodzi i Warszawy. Na najważniejszej siódemkowej imprezie w sezonie… Sens tegorocznego kalendarza rozgrywek jest nieodgadniony. O wynikach na boisku nie ma co mówić. Zaczęliśmy od zdecydowanej porażki z Hiszpanią 0:33 (praktycznie nie byliśmy w stanie wyjść ze swojej połowy) i potem się okazało, że to był najlepszy nasz wynik w turnieju. W sześciu meczach zdobyliśmy jedno przyłożenie (w ćwierćfinale przeciwko Niemcom, gdy już i tak wiadomo było, że mecz skończy się pogromem). Wygrali Hiszpanie przed sensacyjną Litwą, która w Lizbonie jedyne zwycięstwo odniosła w meczu o siódme miejsce z nami, w Moskwie pierwszy dzień miała podobny do naszego, ale drugiego dnia w play-off pogoniła kota faworytom, wygrywając z Rosją i Portugalią i dzięki temu awansując do finału. Złoty medal mistrzostw także dla Hiszpanów, srebro dla Niemiec, a brąz dla Rosji.

A swoją drogą, okazuje się, że oba turnieje z ubiegłego tygodnia w grupie Trophy wygrały reprezentacje Czech (a nie jak pisałem – jeden Czechy, jeden Ukraina). Cóż, na stronie Rugby Europe podano odwrócony wynik jednego z finałów. Piękna ta nowa strona, ale z okazji turniejów siódemkowych działa dramatycznie. Tym razem wydawało się, że wszystko jest w porządku, dopóki dziewczyny nie skończyły turnieju – od tego momentu zniknęły wyniki zarówno turniejowe, jak i podsumowanie całości. A w planach ćwierćfinałów mężczyzn długo pokutowały pomieszane pary.

Rugby Europe International Championships

Tym razem z czystym sumieniem i bez wątpliwości (bo zdarzyło mi się zrobić to przedwcześnie) mogę ogłosić Gruzinów mistrzami Rugby Europe Championship – choć do jego zakończenia pozostało jeszcze pół roku i 1/3 zaplanowanych spotkań. Gruzja jako jedyna drużyna rozegrała już jednak komplet meczów i odniosła w nich komplet zwycięstw, w tym trzy bonusowe (nikt poza nią jeszcze w tym sezonie nie zdobył bonusa ofensywnego). Tym razem podejmowali beniaminka REC, Holandię. Nieoczekiwanie pierwsza połowa jeszcze na styku – dzięki przyłożeniu w ostatniej minucie Gruzja prowadziła tylko 15:8. Ale ostatnie 25 minut to 30 punktów Gruzinów. W sumie zdobyli osiem przyłożeń i wygrali 48:15. Pierwsze przyłożenie w meczu, a potem dwa na jego koniec (po kilkudziesięciometrowych rajdach, mijając obrońców jak tyczki na slalomowym stoku) zaliczył rewelacyjny Dawit Niniaszwili – wschodząca gwiazda gruzińskiego rugby, zaledwie 19-letni obrońca, który ostatnio przeniósł się do Lyonu. Gruzini nie tylko są tegorocznymi mistrzami, ale są w świetnej pozycji wyjściowej w kwalifikacjach do Pucharu Świata 2023 – w strefie europejskiej decydować będzie suma wyników obecnego i przyszłego sezonu.

Problem tylko w tym, że wbrew temu co napisałem na wstępie, świat jakoś o tym sukcesie Gruzinów nie mówi. Rugbowe media z krajów przodujących w tej dyscyplinie sportu kompletnie się tym nie przejęły i nie rzuciła mi się w oczy ani jedna wzmianka.

Poz.DrużynaM.Pkt.
1. Gruzja523
2. Rumunia49
3. Portugalia35
4. Rosja24
5. Hiszpania32
6.Holandia10

Top 14

W finale Top 14 powtórka z finału Champions Cup, tylko na Stade de France zamiast na Twickenham. W obecności 14 tys. widzów zmierzyły się Tuluza (dotąd 20-krotny mistrz Francji) i La Rochelle (debiutujące w finale). W Tuluzie brakło Romaina Ntamacka, który po kontuzji głowy odniesionej w półfinale nie mógł wrócić na boisko. Jego miejsce na boisku zajął Thomas Ramos, od którego z kolei rolę obrońcy przejął Cheslyn Kolbe. I obaj byli bohaterami pierwszej połowy – pierwszy wykorzystał dwa karne (pierwszy z 50 m) i skutecznie kopnął z drop goala, a drugi na sam koniec tej części spotkania popisał się fantastycznym drop goalem z połowy boiska, który dał prowadzenie Tuluzie na przerwę 12:0. Rywale nie dość, że bez punktów i z pudłem z karnego, to stracili kontuzjowanego obrońcę Brice’a Dulina (złamana ręka). W deszczowej drugiej połowie La Rochelle szybko odrobiło trzy punkty po karnym, ale potem wynik stanął. W 60. minucie roszelczycy wreszcie przedarli się na pole punktowe rywali, ale przyłożenie nie zostało uznane, a karny (sędzia wrócił do korzyści) minął słupy. Chwilę potem natomiast Ramos zamienił karnego podyktowanego na linii 5 m na kolejne trzy punkty i było 15:3, a kolejny jego karny na 7 minut przed końcem w praktyce rozstrzygnął mecz. Jedyne przyłożenie w tym meczu zdobyte dla La Rochelle po maulu w ostatnich minutach już nic zmienić nie mogło – Tuluza obroniła tytuł mistrza Francji po zwycięstwie 18:8. Drugi raz w historii klubu zdobyła też dublet – w tym samym sezonie mistrzostwo Francji i zwycięstwo w Champions Cup (poprzednio ćwierć wieku temu). Najlepszym graczem meczu uznano Thomasa Ramosa (ten tytuł otrzymał też w półfinale).

Premiership

Wszystkie inne tegoroczne finały przyćmił ostatni z tych największych, w angielskiej Premiership, w którym zagrali obrońcy tytułu Exeter Chiefs oraz główni bohaterowie niesamowitego spektaklu z półfinału, Harlequins. Na Twickenham zasiadło tylko 10 tys. widzów (1/8 pojemności, co budzi zdziwienie, skoro na Wembley na półfinały mistrzostw Europy ma wejść 65 tys. ludzi). I choć finały często zawodzą, są mało efektowne, tu kibice mieli co oglądać.

Zaczęło się od karnego przyłożenia dla Quins już po pięciu minutach gry. Byli 7 punktów do przodu, grali z przewagą jednego zawodnika, ale już w ciągu tych 10 minut dostali poważne ostrzeżenie, gdy Sam Simmonds omal nie przyłożył piłki w rogu boiska. Gdy Chiefs znów grali w komplecie, za moment wyrównali, a po dziesięciu kolejnych minutach prowadzili 14:7 (przyłożenie Aleca Hepburna, po raz setny grającego w Premiership) i grali w przewadze po żółtej kartce Marcusa Smitha. Osłabienie jednak nie zaszkodziło Quins: Wilco Louw pokonał co najmniej dwóch szarżujących i było blisko remisu (Joe Marchant zastępujący Smitha trafił z podwyższenia w słupek). A moment później podanie Marcusa Smitha, który wrócił na boisko, otworzyło drogę do przyłożenia Alexowi Dombrandtowi. Do przerwy 19:14 dla Harlequins i niesamowite widowisko, pełne akcji, świetnych obron, choć przyłożenia padały zwykle po zaciętej walce przy linii pola punktowego.

A zaraz po przerwie trzecie przyłożenie dla londyńczyków z kolei – zdobył je Andre Esterhuizen, który wrócił do drużyny na finał po kilkumiesięcznej przerwie. Quins wykorzystali moment, gdy na boisku było tylko czternastu exeterczyków (kontuzjowany był Alex Cuthbert, a Chiefs nie dokonywali zmiany). Jednak już chwilę potem odpowiedział Sam Simmonds, a zaraz potem niewiele brakło, by zbudował kolejne przyłożenie dla swojego zespołu (jego podanie przechwycił w obronie Joe Marchant). Parę minut później jednak prowadzenie Exeterowi dał Ollie Devoto: było 28:26. Wkrótce potem Chiefs stracili Luke’a Cowana-Dickiego, który zszedł z boiska po uderzeniu w głowę. Podnieśli jednak prowadzenie po karnym Joego Simmondsa. Nie pozostali jednak na nim na długo – jeden z bohaterów półfinału, Louis Lynagh pięknie przedarł się po prawej stronie boiska i Harlequins po podwyższeniu Smitha zdobyli dwupunktową przewagę. A w 77. minucie Lynagh powtórzył swoje osiągnięcie, Smith podwyższył spod samej linii bocznej boiska i było 40:31. Nie minęła minuta i Chiefs znów byli w kontakcie – wygrali wznowienie, a błyskawiczną akcję wykończył Stuart Hogg, który podobnie jak w półfinale, na boisku pojawił się w drugiej połowie. I na minutę przed końcem było tylko 40:38 dla Quins. Chiefs jednak nie dostali kolejnej szansy na punkty – co prawda mieli piłkę, ale na swojej połowie i szybką ją stracili, a Quins wykopali ją poza boisko.

Niesamowity sukces Harlequins. Mieli sezon z problemami. W styczniu odszedł Paul Gustard, który zdążył zwolnić Mike’a Browna i był bliski pozbycia się Joego Marlera i Marcusa Smitha (funkcję trenera obejmie od nowego sezonu Fidżyjczyk Tabai Matson). Od tego czasu ekipa szła w górę, ale zatrzymała się na czwartym miejscu. A końcówka sezonu, oba mecze play-off – fantastyczne widowiska, w których Quins zaprezentowali niezwykle miły dla oka ofensywny styl (w sumie zdobyli 83 punkty). I zdobyli drugi tytuł mistrzowski w historii (poprzedni w 2012). A to wywiad z najlepszym graczem meczu, Joem Marlerem: https://twitter.com/i/status/1408859753187512332.

British & Irish Lions

W obecności 16,5 tys. widzów (jedyna publiczność, jaka obejrzy tegoroczne Lwy), w Edynburgu, Brytyjskie i Irlandzkie Lwy zaczęły tegoroczną epopeję. W rozgrzewkowym, ale traktowanym poważnie spotkaniu z Japonią wystawili niezwykle silny skład, choć bez zawodników czołowych angielskich klubów, grających w finale Premiership. W pierwszej piętnastce nie znalazł się po raz pierwszy od 1950 żaden Anglik (kilku na ławce, w tym Owen Farrell). I to pomimo faktu, że dwóch Szkotów, którzy pierwotnie miało zagrać w pierwszej piętnastce, Zander Fagerson i Hamish Watson, w ostatniej chwili wycofano ze składu z powodu kontuzji. Na pozycjach łączników zagrali Conor Murray i Dan Biggar. W składzie Japonii za to aż 10 graczy, którzy grali w ostatnim teście reprezentacji, podczas Pucharu Świata w 2019, w tym kapitan drużyny Michael Leitch.

Lwy były „celtyckie” przez zaledwie siedem minut. Wtedy na boisko wszedł pierwszy Anglik, Courtney Lawes. Co gorsza, musiał zastąpić kapitana drużyny, Aluna Wyna Jonesa, który opuścił boisko ze zwichniętym ramieniem. I okazało się, że to jego jedyne siedem minut z tegorocznymi Lwami. Kontuzji nie uda się zwalczyć w tak krótkim czasie, Alun Wyn Jones nie poleci na południe, a Lwy poprowadzi w Południowej Afryce nie Farrell, Hogg, Owens czy Itoje, ale niespodziewanie Conor Murray. Na dodatek z podobną kontuzją kwadrans później zszedł z boiska inny Walijczyk, Justin Tipuric, i dla niego to również koniec przygody z Lwami w 2021. W ich miejsce Warren Gatland powołał dwóch ich rodaków: Adama Bearsa i Josha Navidiego. Do składu dołączyło też czterech graczy Exeter Chiefs, którzy w sobotę grali w finale Premiership.

W ciągu dziesięciu minut po zejściu kapitana Lwy były na prowadzeniu 14:0 po przyłożeniach obu skrzydłowych, Josha Adamsa i Duhana van der Merwe. A po kolejnych paru minutach dorzucili trzecie przyłożenie, tym razem Robbiego Henshawa. Do przerwy było 21:0, a Lwy miały zdecydowaną przewagę. Po przerwie kolejne przyłożenie dla Lwów dorzucił Tadhg Beirne i właściwie było po meczu. Japończycy wykazywali jak zwykle mnóstwo zaangażowania, ale długo nic z tego nie wynikało. Dopiero mając 28 punktów straty zdobyli pierwsze przyłożenie, a na swoje konto zapisała je ich gwiazda z Super Rugby, Kazuki Himeno. Mieli szanse na więcej, kilkakrotnie przedzierał się Kotaro Matsushima, ale swój dorobek powiększyli tylko o trzy punkty (Lwy m.in. ratował szarżą w ostatniej chwili Tadhg Beirne). Japonia walczyła, ale to nie była drużyna z 2019 – w sumie nic dziwnego, skoro od tej pory zagrała tylko raz, przygotowując się do tego spotkania, przeciwko Sunwolves. Ostatecznie ekipa brytyjska dość komfortowo wygrała 28:10. Najlepszym graczem meczu został uznany Dan Biggar, ale błyszczeli też między innymi irlandzcy środkowi Aki i Henshaw czy wspomnieni skrzydłowi.

Był to ostatni mecz, który sędziował Pascal Gaüzère. 44-letni Francuz po raz 53. sędziował w meczu testowym. W przeszłości sam grał w rugby na poziomie Fédérale 3, a jako sędzia uczestniczył w dwóch Pucharach Świata. Teraz odchodzi na emeryturę, choć w tym okienku miał sędziować jeszcze dwa spotkania.

A co będzie dalej z wyprawą Lwów? Czarne chmury. W Południowej Afryce zwiększane są obostrzenia związane z koronawirusem, a ekipa gospodarzy trafiła w całości na kwarantannę po tym, jak u trzech jej członków stwierdzono zakażenia koronawirusem (m.in. Vincenta Kocha z Saracens). Południowoafrykańczycy są dobrej myśli, ale póki co treningi odwołano. Jak wyprawa będzie wyglądać? Dziś tego nie wie nikt, choć Lwy już do Johannesburga poleciały.

A na koniec: żadnego przytulania. Warren Gatland stwierdził, że trzeba być ostrożnym, po tym, gdy dwóch piłkarzy Anglii za długo zagadało się na Wembley z reprezentantem Szkocji, który okazał się być zakażonym koronawirusem (obaj trafili na kwarantannę). A, i podobno na Murrayfield podczas meczu Lions zabrakło piwa…

Drobne

W naszej krajowej drugiej lidze dwie najlepsze drużyny potwierdziły w ostatnich meczach sezonu swoją dominację nad resztą stawki, aplikując rywalom po 14 przyłożeń. Rezerwy Juvenii, które zapewniły sobie mistrzostwo już wcześniej, rozgromiły Gryfy z Rudy Śląskiej 90:5 i zapisały na swoim koncie komplet zwycięstw w sezonie. Z kolei KS Budowlani Commercecon Łódź, pewni awansu do I ligi, wygrali na wyjeździe z Miedziowymi Lubin 93:0.

W Łodzi rozegrano w środkowoeuropejskim towarzystwie turniej nadziei olimpijskich w kategoriach kadetek i juniorek. W obu nasze dziewczęta plasowały się za plecami Czeszek. Finał juniorek przegrany wyjątkowo boleśnie, bo 0:45, ale po dwóch czerwonych kartkach dla naszych zawodniczek. Cóż tam się podziało?

I ostatni poważniejszy akord krajowy tego weekendu – mistrzostwa Polski weteranów. Cztery drużyny w grały w Sochaczewie, a górą byli zawodnicy z Gdańska, którzy w decydującym meczu pokonali sochaczewian.

Kolejna ekipa poza burtą kwalifikacji do Pucharu Świata 2023, po zaledwie jednym meczu. W pierwszym etapie kwalifikacji amerykańskich odpadł Paragwaj po porażce z Brazylią 0:29. Brazylijczycy długo prowadzili tylko 3:0, a Paragwajczycy marnowali kolejne okazje z drop goala i karnego. W drugiej połowie jednak zdecydowanie przeważała Brazylia. Gwiazdą spotkania był środkowy Moisés Duque, który zdobył w tym meczu 19 punktów (trzy karne, dwa podwyższenia i dwa drop goale, przy stuprocentowej skuteczności z kopów i świetnej postawie na boisku).

Nie doszedł do skutku mecz Anglii A ze Szkocją A. Wśród Szkotów początkowo stwierdzono zakażenie jednego zawodnika, a odizolowano kolejnych ośmiu. W tej sytuacji Mike Blair powołał do kadry pięciu nowych graczy. Jednak po stwierdzeniu kolejnych zachorowań mecz odwołano. Co z wyprawą Szkotów do Rumunii i Gruzji? Swoją drogą, to spotkanie miało być szansą dla aż 11 graczy bez doświadczenia międzynarodowego, debiutu w roli kapitana Lewisa Ludlowa (jednego z debiutantów), a także potwierdzeniem „zaklepania” dla Anglików aż pięciu graczy, którzy mogli wybrać inną kadrę (m.in. Ludlow mógłby grać dla Walii, Umaga dla Samoa lub Nowej Zelandii). Jak meteor przemknął przez kadrę Anglii Manu Tulagi, który zaraz po powołaniu musiał wycofać się ze składu z powodu kontuzji.

W Wellington mecz Maori All Blacks przeciwko Samoa. Niestety, przy pustych trybunach – to wynik pozytywnego testu na koronawirusa u turysty z Sydney, który był na wycieczce w stolicy Nowej Zelandii i po powrocie do kraju okazał się chory. W efekcie w stolicy Nowej Zelandii wprowadzono liczne obostrzenia, w tym zakaz gromadzenia się więcej niż 100 osób. A na boisku Maorysi odnieśli dość komfortowe zwycięstwo 35:10 nad pełną debiutantów kadrą Samoa, grającą pierwszy mecz od czasu Pucharu Świata w 2019.

Zbliża nam się do końca faza zasadnicza w Major League Rugby – drużyny mają do rozegrania po dwa lub trzy spotkania. Po tym weekendzie w grze o play-off pozostały tylko cztery ekipy na wschodzie i trzy na zachodzie, przy czym na miejscach premiowanych awansem bez żadnych zmian: Atlanta, Nowy Jork, Los Angeles i Salt Lake City. Chyba najważniejszy mecz tego weekendu stoczyły drużyny New England Free Jacks i NOLA Gold. Gospodarze przegrali 9:17 i choć w teorii szansę na awans zachowali, w praktyce jest ona niezwykle mała – za to goście z Nowego Orleanu nadal mają w zasięgu wyprzedzających ich nowojorczyków i Rugby ATL. Łatwo jednak nie będzie, bo przecież już za tydzień zmierzą się z LA Giltinis, najlepszą jak dotąd ekipą sezonu zasadniczego.

W Currie Cup już w środę po bardzo ciekawym meczu Lions pokonali Western Province 38:32 (w ciągu ostatnich 10 minut, gdy Lions zobaczyli dwie żółte kartki, goście odrobili 22 punkty straty, ale jeszcze im odrobinę brakło). W weekend Bulls pokonali Pumas 32:27 (także po emocjonującej końcówce i pogoni gości), a Griquas pokonali i to wysoko Cheetahs 31:10 (w składzie Cheetahs aż 13 nowych twarzy).

W młodzieżowym Pucharze Sześciu Narodów Anglia rozgromiła Szkocję 31:12 (już po 20 minutach gospodarze mieli trzy przyłożenia na koncie), Włochy uległy Francji 11:13 (dwa przyłożenia obu drużyn po świetnych, szybkich akcjach przez pół boiska w pierwszej połowie, w odstępie kilku minut i nie wiem, które piękniejsze – Simone Gesiego, który urwał się trzem obrońcom, czy Francuzów po akcji pełnej offloadów), a Walia uległa Irlandii aż 12:40. Z dwoma zwycięstwami na koncie są Irlandia i Anglia.

W turnieju U20 rozgrywanym w południowoafrykańskim Stellenbosch w środę mecze o wiele bardziej wyrównane niż w poprzedni weekend. W pojedynku zwycięzców z pierwszych spotkań młode Springboki wygrały z Argentyną 33:26, a w starciu przegranych Urugwaj pokonał Gruzję 20:15 (choć na boisku dominowali Gruzini). Swoją drogą, zdobywcą jednego z przyłożeń był urugwajski młynarz o swojskim nazwisku, choć egzotycznym imieniu: Joaquín Myszka (przyłożenie można zobaczyć tu: https://twitter.com/i/status/1407672711392993281). Ostatnia turniejowa kolejka dzisiaj.

Plany na międzynarodowe mecze jesienią też się powoli krystalizują. Irlandia, zanim zagra w Dublinie z Nową Zelandią, Argentyną i nieznanym jeszcze trzecim przeciwnikiem, poleci do Las Vegas na mecz przeciwko Stanom Zjednoczonym. Ale póki co także letnie okienko się zmienia: ostatnią nowinką jest przeniesienie pierwszego meczu Australii z Francją z Sydney do Brisbane – mecz ma się odbyć 7 lipca, a w Sydney wprowadzono lockdown obowiązujący do 9 lipca. Ponadto odwołano dwa mecze kobiet pomiędzy Australią i Samoa. Poznaliśmy też skład Nowej Zelandii na lipiec z czterema debiutantami i wracającym z Japonii Brodiem Retallickiem.

Liga Super6 w Szkocji ma ruszyć 30 lipca, a na dodatek jej niedzielne mecze mają być pokazywane w telewizji FreeSports (dostępna za darmo naziemna odnoga Premier Sports).

Australijska gazeta Sunday Morning Herald podała informacje o zamierzonych przez World Rugby zmianach w przepisach, które mają być stosowane na świecie w kolejnym sezonie. Z różnych zasad testowanych na świecie podobno postanowiono wdrożyć do użytku dwie. Pierwsza z nich to zasada 50:22 – czyli jeśli kop z własnej połowy wyjdzie w aut na polu 22 m przeciwnika po odbiciu się od ziemi, aut zostanie przyznany drużynie kopiącej (jak po karnym). Podobnie będzie, gdy piłka będzie kopana z własnego pola 22 m, a po odbiciu wyjdzie w aut na połowie przeciwnika. Druga zasada to wykop z linii bramkowej – zastąpi on wykop z linii 22 m w przypadku przyłożenia obronnego oraz młyn na 5 m w przypadku przytrzymania piłki nad ziemią w polu punktowym. Zwłaszcza ta pierwsza zmiana będzie powodować zmiany w taktyce – korzyść z takiego kopa jest spora, więc twórcy zmian spodziewają się osłabienia linii obrony poprzez pozostawienie zawodników pod liniami bocznymi. Ciekawe, co z tego wyniknie: więcej nieszczęsnych kopów czy częstsze przełamania linii obrony? Testy w Super Rugby nie pokazały, aby to zmieniło coś znacząco…

Działacze z antypodów bardzo chcieli wprowadzenia też 20-minutowej czerwonej kartki, ale na to zgody w World Rugby nie uzyskali, bo zbyt to kontrastuje z hasłami chronienia bezpieczeństwa zawodników. Niezadowolenie z takiego obrotu rzeczy wyraził m.in. Dave Rennie (trener Australii). Obawiam się, że w tej sytuacji w Australii i Nowej Zelandii będzie jak w finale Super Rugby Trans-Tasman (gdzie 20-minutowa czerwona kartka nie obowiązywała) – w sytuacji ewidentnie zasługującej na kartkę czerwoną, sędzia pokazał żółtą.

Semi Radradra nie załapał się do kadry Fidżi na mecze przeciwko All Blacks, ponieważ jego Bristol Bears awansowali do fazy play-off Premiership. Jednak przed nim stanęła nie mniej atrakcyjna perspektywa: ma dołączyć do kadry siódemkowej tego kraju na igrzyska olimpijskie w Tokio.

W Nowej Zelandii głośna sprawa dyskwalifikacji na niższym poziomie rozgrywek. William Puha z zespołu Manawatū zobaczył żółtą kartkę i rzucił ochraniaczem na zęby w kierunku sędziego. W efekcie zobaczył czerwoną kartkę, a wtedy zaczął obrażać sędziego. Ponieważ nie chciał opuścić okolic boiska, mecz został przerwany. W efekcie zawodnik został ukarany roczną dyskwalifikacją. To kolejny przypadek obrazujący problem ze stosunkiem graczy do sędziów w Nowej Zelandii.

Do obejrzenia: kto tego meczu nie widział, temu gorąco polecam. Trudno o lepsze widowisko: https://www.premiershiprugby.com/watch/full-match-bristol-bears-v-harlequins-semi-final-1. Zresztą finał też warto: https://www.premiershiprugby.com/watch/full-match-exeter-chiefs-v-harlequins-final.

Z rynku transferowego: Świetny Fidżyjczyk, Leone Nakarawa, po tym jak nie przeszedł testów medycznych w Ulsterze, wraca do Francji (na początku roku wyrzucono go z Racingu 92) – zawarł kontrakt z Toulonem. Póki co jednak przechodzi kwarantannę w Nowej Zelandii przed meczami Fidżi z All Blacks. Reprezentant Walii Cory Hill odchodzi z Cardiff Blues i będzie grać gdzieś w Japonii – kolejna świetny zawodnik u szczytu kariery w tamtejszej lidze.

Zapowiedzi

Na świecie zaczyna się międzynarodowe lato (pierwsze przebłyski mieliśmy w ten weekend, ale z pełnym impetem ruszy w kolejny), ale w kraju jeszcze kończymy to, co zaczęliśmy: przed nami decydujące o medalach mecze Ekstraligi. Finał w Sopocie, Ogniwo – Master Pharm Rugby Łódź, mecz o trzecie miejsce w Warszawie, Skra – Orkan Sochaczew. Oba zapowiadają się ciekawie. A na dodatek mecz barażowy między ostatnią drużyną Ekstraligi i mistrzem I ligi, czyli derby Wielkopolski: Sparta Jarocin – Posnania Poznań. Ciekaw jestem tylko, dlaczego w Jarocinie wpadli na pomysł rozgrywania meczu w trakcie finału Ekstraligi…

A w ramach wspomnianego międzynarodowego lata co najmniej 8 ciekawych spotkań. W ramach Rugby Europe Championship zmierzą się Hiszpania i Rosja. W ramach kwalifikacji do Pucharu Świata 2023 na innych kontynentach mecze Chile z Kolumbią (zwycięzca przechodzi dalej) oraz Wybrzeża Kości Słoniowej z Namibią oraz Kenii z Senegalem (pierwsze mecze grup drugiego etapu kwalifikacji do Rugby Africa Cup). Poza tym towarzysko: pierwszy raz na boisko od finału poprzedniego Pucharu Świata mają wybiec Springboks – mistrzowie świata zmierzą się z Gruzją (ale czy ten mecz dojdzie do skutku?). Anglia zagra ze Stanami Zjednoczonymi, Walia z Kanadą, Irlandia z Japonią (to chyba najciekawszy z tych wszystkich meczów – Irlandczycy na pewno będą chcieli się zrewanżować za porażkę z Pucharu Świata), a Rumunia z Argentyną. Na antypodach Nowa Zelandia zmierzy się z Tonga, a Maori All Blacks ponownie zagrają z Samoa. A na deser pierwszy mecz British & Irish Lions w Południowej Afryce, starcie Lions kontra Lions (czyli brytyjska ekipa z franszyzą z Johannesburga).

Z rozgrywek ligowych w toku przede wszystkim Major League Rugby i Currie Cup.

Grają też reprezentacje młodzieżowe (Puchar Sześciu Narodów oraz towarzyski turniej w Południowej Afryce).

11 komentarzy do “Polki wicemistrzyniami Europy!”

    • Co do finału, to jedni ostatnio wygrali z Orkanem, a drudzy przegrali 😉 A na serio mówiąc – trudno wskazać, to może być wyrównany i niezbyt piękny mecz (fajniej pewnie będzie w starciu o brąz). Co do barażu – pojęcia nie mam, Posnania imponuje na swoim poziomie, wygrana z Białymstokiem absolutnie zasłużona, ale Sparta ograła się co nieco w Ekstralidze…

      Odpowiedz
  1. Świetny tekst!
    Gdy zadzwoniłem do Kanału Sportowego i zadawałem pytania wiceprezesowi PZR, m.in. na temat promocji kobiecego rugby w naszym kraju, to wszyscy goście w studiu zbagatelizowali ten temat a mnie się później dostało, że po co jątrzyłem zamiast promować rugby i o nim opowiadać. Teraz Polska w dyscyplinie olimpijskiej zostaje wicemistrzem Europy a w mediach cisza. Nikt mi nie wmówi że to jest normalne, bo w Polsce dyskryminuje się kobiety. Gdy nasze piłkarki ręczne, siatkarki i koszykarki sięgały po sukcesy, to cała Polska tym żyła. Nasze reprezentantki były na ustach kibiców jeszcze wiele miesięcy po sukcesie. Jeśli chodzi o nagłośnienie, to TVP też ma umowę PZR i co? I nic. PZR nie chce promować tego sportu. Im jest wygodnie jak sami kiszą się na stołkach w swoim sosie. Przecież gdyby Polski awansowały na igrzyska to ludzie z PRZ byliby załamani. Jeszcze nie daj Boże jakiś sukces by osiągnęły. A po co? Będzie zamieszanie, dziennikarze będą nam głowy zawracać. Same kłopoty. Nikt mi już nie wmówi że jest inaczej. Polski Związek Rugby zamiast promować to zabija tę dyscyplinę w naszym kraju. Wstyd… Gdyby to jeszcze było jakieś polo na słoniach, albo rugby podwodne, ale siódemki to dyscyplina olimpijska! Działacze powinni być teraz w każdym telewizorze i odbiorniku radiowym w naszych domach. A oni sobie tekścik na stronę wrzucili… Dno. Zarząd do wywalenia!!!

    Odpowiedz

Skomentuj Kalodzero Pruszcz Anuluj pisanie odpowiedzi