Ogniwo mistrzem, Posnania w Ekstralidze

W kraju: Ogniwo ze złotem, Orkan z brązem (a mało kto stawiał na to przed sezonem), Posnania w Ekstralidze i pierwsze powołania Chrisa Hitta. A za granicą m.in. Lwy brytyjskie pokąsały Lwy południowoafrykańskie, Irlandia zrewanżowała się Japonii, Rumuni postawili się Argentynie i dwie sensacje w kwalifikacjach do Pucharu Świata w Afryce.

Ekstraliga

W niedzielę odbył się najważniejszy mecz ekstraligowego sezonu: mecz o złoto w Sopocie pomiędzy Ogniwem a Master Pharm Rugby Łódź. Trudno było wskazać faworyta tego spotkania, ale można było spodziewać się zaciętej, twardej walki. I faktycznie, zobaczyliśmy twardą obronę, mnóstwo szarż i rucków, głównie w środku boiska, niewiele natomiast płynnych, szybkich akcji. W pierwszej połowie długo punkty padały tylko z karnych wykonywanych ze zmiennym szczęściem przez Wojciecha Piotrowicza i Michała Kępę i na krótko przed końcem mieliśmy wynik 6:3 dla gości. Ogniwo pewnie bolało nie tylko prowadzenie rywali, ale także kilkakrotnie przegrane własne auty. Jednak pod sam koniec pierwszej połowy zobaczyliśmy wreszcie kilka płynnych, szybszych akcji gospodarzy, a jedna z nich zakończyła się przyłożeniem Roberta Olszewskiego. Piotrowicz dorzucił podwyższenie, a chwilę później wykorzystał kolejnego karnego i do przerwy Ogniwo prowadziło 13:6. I już prowadzenia w tym meczu nie oddało, chociaż po przerwie łodzianie rzucili się do ataku. Pierwsze 20 minut drugiej połowy to okres dominacji na boisku gości, jednak dostali tylko dwie szanse z karnego, z których Michał Kępa wykorzystał jedną. Gdy po kwadransie gry żółtą kartkę zobaczył kończący karierę Marcin Wilczuk, wydawało się, że łodzianie pójdą za ciosem, jednak nic z tego. Przeciwnie, Wojciech Piotrowicz wykorzystał dwa karne i Ogniwo prowadziło 19:9. I choć Michał Kępa odpowiedział dwoma karnymi zmniejszając stratę do czterech punktów (19:15), to było za mało. Łodzianie atakowali (mimo braku przez 10 minut na boisku Krystiana Pogorzelskiego, który niezbyt fajnie zachował się dostając żółtą kartkę), ale Ogniwo skutecznie się broniło i nie dopuszczało rywali w pobliże swego pola punktowego. Ogniwo obroniło tytuł mistrzowski sprzed dwóch lat, a puchar mistrzów Polski trafił do ich klubowej gabloty po raz jedenasty w historii. W Łodzi na pewno zawód, bo postawa tej drużyny wiosną była znakomita.

Po meczu o trzecie miejsce spodziewaliśmy się chyba nieco więcej niż po finale. Spotkały się dwie drużyny, które ostatnio prezentowały szybkie, efektowne rugby. Orkan był na fali – wywalczył miejsce w tym meczu po znakomitym finiszu sezonu, ale Skra przez cały sezon walczyła o miejsce w finale, dwukrotnie pokonała Orkan i trudno było wskazać faworyta. W Skrze zabrakło najskuteczniejszego zawodnika i reżysera gry – Daniel Gdula tego samego dnia brał ślub i z numerem 10 na boisko wybiegł Jędrzej Nowicki. Orkan z kolei zaskoczył wyborem kapitana – był nim Południowoafrykańczyk Edwin Jansen. Pierwszą świetną akcję w meczu przeprowadzili gospodarze uruchomieni znakomitym podaniem Jędrzeja Nowickiego, ale powstrzymał ją Adrian Pętlak. Szybkie tempo, świetne próby gry na kontakcie, jednak sporo błędów (tuż przed meczem przeszła ulewa, ale swoje robiły pewnie też i nerwy, i gra na krawędzi ryzyka), obaj kopacze zmarnowali po jednym karnym ze sporych odległości, i dopiero po niemal 30 minutach padły pierwsze punkty – Steenkamp wykorzystał drugiego karnego z ponad 40 m. Pierwsze przyłożenie zobaczyliśmy dopiero w ostatniej akcji pierwszej części spotkania: Artur Fursenko znalazł lukę w obronie Skry i Orkan schodził na przerwę z prowadzeniem 10:0. W drugiej połowie Skra rzuciła się do ataku, ale choć przeważała zdecydowanie, szarpali Halaifonua i O’Neill, nie zdobywała punktów, a Orkan znakomicie bronił. A gdy raz, po 30 minutach gry, warszawiacy stracili piłkę na własnej połowie, stracili też siedem punktów (szybka akcja zapoczątkowana przez Steenkampa, z odrobiną szczęścia dla sochaczewian). Skra walczyła do końca o chociaż honorowe przyłożenie, ale nic z tego. Orkan zdobył brąz mistrzostw Polski po zwycięstwie 17:0, choć na pewno wynik nie oddaje do końca obrazu tego meczu. Skra kolejny raz kończy sezon poza podium, choć ambicje sięgają na jego szczyt.

Warto zwrócić uwagę na efektowną jak na nasze warunki realizację telewizyjną (m.in. przekaz z mikrofonu sędziego w obu meczach, meczowe statystyki w Sochaczewie, synchronizacja czasu – no, częściowa – w Sopocie).

A oprócz tego kibice mogli oglądać baraż o Ekstraligę (jednak tylko ci, którzy zrezygnowali z oglądania finału Ekstraligi, bo start meczu wyznaczono równolegle ze startem drugiej połowy finału): Sparta Jarocin podejmowała mistrzów I ligi, Posnanię (wzmocnioną Tomaszem Hebdą, który na ten mecz dołączył z Francji). Mecz obfitował w kontuzje – najgroźniej wyglądała ta Nestora Aguirre, który stracił przytomność na płycie boiska (zatrzymanie akcji serca i reanimacja na boisku). Po stronie Sparty problemy może nie tak dramatyczne, ale za to ich więcej, m.in. dwie złamane nogi (w tym grającego trenera drużyny, Bartosza Włodarka). Jedyne przyłożenia w tym meczu zdobywali poznaniacy, którzy już do przerwy mieli dwa na koncie i prowadzili 10:3. Ostatecznie Sparta, choć miała swoje szanse, nie wykorzystała doświadczeń zdobytych w Ekstralidze i uległa 3:17. W efekcie Sparta spada do I ligi (i to w momencie, w którym zaczęła w Ekstralidze pokazywać pazurki), wraca natomiast na ten poziom Posnania, po pięciu latach od wycofania się z rozgrywek i dwuletnim marszu przez niższe poziomy rozgrywek. Będzie to jej 47. sezon na najwyższym poziomie rozgrywek – w Ekstralidze lepsza pod tym względem od poznaniaków będzie tylko Lechia Gdańsk.

British & Irish Lions

W weekend pierwszy mecz na południowoafrykańskiej ziemi rozegrali British & Irish Lions, którzy w Johannesburgu zmierzyli się z tamtejszą franszyzą niegdyś Super Rugby, a w przyszłości URC – Lions. Brytyjskie i Irlandzkie Lwy zagrały w składzie bardzo mocno odmienionym w stosunku do meczu z Japonią – kapitanem był Stuart Hogg, a tym razem w wyjściowej piętnastce nie znalazł się ani jeden Irlandczyk. Brytyjskie Lwy zdominowały południowoafrykańskie, już po siedmiu minutach prowadząc 14:0 – pierwsze przyłożenie już zaraz na początku meczu zaliczył debiutujący w czerwonej koszulce najmłodszy członek ekipy Louis Rees-Zammit (najmłodszy zdobywca przyłożenia dla Lwów od ponad półwiecza), drugie chwilę potem Hamish Watson, uznany najlepszym zawodnikiem na boisku. Do przerwy goście prowadzili 21:7, a w drugiej połowie (podczas której pojawił się na boisku m.in. Sam Simmonds) całkowicie zdominowali rywali, dorzucili jeszcze pięć przyłożeń i wygrali ostatecznie 56:14. Prawdziwy show w tej części spotkania dał walijski skrzydłowy Josh Adams, który zdobył aż cztery przyłożenia. Kontrowersje wzbudziło natomiast pojawienie się w składzie meczowym Luke’a Cowana-Dickiego – przecież tydzień temu po uderzeniu w głowę stracił przytomność na boisku; co prawda przeszedł niezbędne protokoły, ale mimo to decyzja o tak szybkim powrocie do gry wzbudziła mnóstwo wątpliwości, zwłaszcza, że World Rugby tak czy owak zaleca dwa tygodnie odpoczynku.

Coraz więcej spekuluje się o tym, że mecz przeciwko Lions był jedynym Lwów w rejonie Gautengu – pozostałe mecze planowane w Johannesburgu i Pretorii mają zostać przeniesione do Kapsztadu, gdzie trzecia fala covidu jest nieco łagodniejsza, może też Durbanu. Nietypowy jest ten wyjazd Lwów, zwłaszcza dla uwięzionych w hotelach brytyjskich zawodników. Pierwszy raz tego lata pojawił się problem kolizji meczu Lwów z innymi sportowymi wydarzeniami: zaplanowany na środę mecz z Sharks przeniesiono o godzinę później, by nie zachodził na półfinał mistrzostw Europy w piłce nożnej. Ale finałowe testy z Południową Afryką nakładają się z igrzyskami olimpijskimi i tu już takiego pola manewru po prostu nie będzie. A na przedmeczowej konferencji Warren Gatland rozbudził nadzieję na możliwość powrotu Aluna Wyna Jonesa do składu Lwów – być może uda się wykurować kontuzję na tyle szybko, by mógł wystąpić w testach przeciwko Springbokom.

Na początku ubiegłego tygodnia nieco rozjaśniło się niebo nad reprezentacją Południowej Afryki. Z trzech pozytywnych testów koronawirusowych stwierdzonych w ubiegły weekend jeden okazał się fałszywy (łącznik młyna Herschel Jantjies) i reprezentacja wróciła do treningów. I podobnie jak Lwy rozgrzewają się starciami z Japonią i południowoafrykańskimi prowincjami, Springboks grali z Gruzją (po raz drugi w historii – pierwszy raz na Pucharze Świata w 2003). I stanęli do swojego pierwszego pojedynku od czasu finału Pucharu Świata w 2019 nie pozostawiając rywalom ani grama złudzeń już samym składem – 2/3 wyjściowej piętnastki to byli gracze z co najmniej 35 występami w meczach międzynarodowych na koncie, zaledwie trzech to byli debiutanci, 18 spośród 23 zawodników składu meczowego to mistrzowie świata z 2019, a aż 12 to uczestnicy finału. I na boisku Springboks dominowali – wygrali 40:9, a pierwsze przyłożenie mieli na koncie po swojej właściwie pierwszej akcji, w której decydującą rolę odegrał uznany potem za najlepszego gracza meczu Pieter-Steph du Toit. Jednak przez pierwsze pół godziny mieli kłopoty z wykorzystywaniem swojej przewagi – Gruzini rzadko atakowali, ale gdy to robili, zamieniali karne na trzypunktowe zdobycze i prowadzili nawet 9:5. Ale gdy w samej końcówce pierwszej połowy na ławkę kar powędrował Beka Saginadze, grę w przewadze gospodarze natychmiast wykorzystali. Jeszcze w pierwszej połowie zdobyli dwa przyłożenia, a w drugiej dołożyli kolejne trzy, nie pozwalając Gruzinom na zdobycie choćby jednego punktu. Trenera Nienabera na pewno martwi kontuzja niezwykle doświadczonego Ebena Etzebetha. Na dodatek ostatecznym skutkiem nieszczęśliwej zabawy z beznzyną i ogniem RG Snymana bęzie przeszczep skóry, co oznacza raczej koniec marzeń o występie przeciwko Lwom. Fatalny okres Snymana, który przecież w swoim pierwszym występie dla Munsteru zaliczył kontuzję, która wyłączyła go na większość sezonu.

Mecze towarzyskie

Na Wyspach Brytyjskich nietypowo – letnie okienko międzynarodowe, ale wszystkie reprezentacje grają na swoim gruncie (no, poza Szkotami, którzy zaplanowali wyjazd, ale ten zawisł pod dużym znakiem zapytania z powodu covidu). W najciekawszym meczu Irlandia podejmowała Japonię. Japonia świeżo po porażce z British & Irish Lions, gdzie miała dobre momenty, ale wyglądała na odrobinę zardzewiałą. Irlandia bez licznych zawodników, którzy wyjechali z Lwami i bez Sextona, za to z zaskakująco szybko wyleczonym kapitanem Jamesem Ryanem (kontuzja przywodziciela zapewne odebrała mu szansę zastąpienia Aluna Wyna Jonesa w składzie Lwów) oraz powracającymi po dłuższych kontuzjach Cealanem Dorisem i Joey’em Carberym – pragnąca zrewanżować się za porażkę z Pucharu Świata w Japonii. I mecz spełnił oczekiwania widzów: niezłe widowisko, sporo przyłożeń, ładne akcje, wymiana cios za cios. Pierwsze punkty zdobyli z karnego goście, odpowiedzieli przyłożeniem gospodarze i odtąd obie ekipy wymieniały się przyłożeniami, a na prowadzeniu była raz jedna, raz druga. Schemat przełamali Irlandczycy – w 50. minucie z boiska musiał zejść kontuzjowany Kotaro Matsushima, a gospodarze zdobyli drugie przyłożenie z rzędu i powiększyli przewagę do 9 punktów. Mimo braku największej gwiazdy Japończycy zaprezentowali wyśmienitą akcję zakończoną przyłożeniem Naoko Saito (próbka magii Yu Tamury: https://twitter.com/i/status/1411369759057272836) i zmniejszyli straty. Jednak teraz gra przyłożenie za przyłożenie nie mogła dać im zwycięstwa. Joey Carbery dorzucił 6 oczek z karnych i gra w ostatnich minutach toczyła się głównie na środku boiska. Irlandia ostatecznie wygrała 39:31. U Japończyków zawiodła obrona we własnych 22 m – chyba każda wizyta w tym rejonie gospodarzy kończyła się punktami.

Anglicy przed meczem ze Stanami Zjednoczonymi uzupełnili kadrę o pięciu graczy z finału Premiership. Czterech zawodników z Exeter Chiefs pojechało z Lwami, natomiast Eddie Jones sięgnął po czterech zawodników Harlequins (kto wie, czy nie lepszy wybór, biorąc pod uwagę wynik finału ;)) i jednego z Exeter – w kadrze znaleźli się m.in. Marcus Smith i Alex Dombrandt. W sumie na 37 zawodników aż 23 to potencjalni debiutanci. I w wyjściowej piętnastce w meczu ze Stanami Zjednoczonymi znalazło się ośmiu z nich, w tym przyciągający najwięcej uwagi Marcus Smith (13 punktów – przyłożenie i 4 z 7 podwyższeń) oraz kapitan drużyny Lewis Ludlow (pierwszy od 37 lat przypadek prowadzenia drużyny przez nowicjusza). Za to Amerykanie grali pierwszy mecz od Pucharu Świata w 2019, bez swej największej gwiazdy – AJ McGinty’ego. Anglicy dominowali w pierwszej połowie, którą wygrali 26:3 (cztery ładne przyłożenia, piąte unieważnione). Amerykanie odpowiedzieli przyłożeniem na początku drugiej części spotkania, ale Anglicy szybko odbudowali 23-punktową przewagę. W końcówce jednak Amerykanie wykorzystali rozluźnienie gospodarzy i zdobyli w sumie cztery przyłożenia, ale Anglia wygrała ostatecznie 43:29. Eddiego Jonesa na pewno zaniepokoiła wielka ilość karnych podarowanych rywalom. Najładniejsze przyłożenie meczu zdobył debiutujący w reprezentacji łącznik młyna Harry Randall, uznany potem najlepszym graczem meczu: https://twitter.com/i/status/1411698495803858945. Mieliśmy też odrobinę nietypową sytuację – kontuzje graczy ataku zmusiły Eddiego Jonesa do wpuszczenia na boisko jako środkowego i skrzydłowego dwóch rezerwowych łączników (obaj z Wasps i obaj mają dostać szansę na swoich pozycjach za tydzień z Kanadą).

W meczu Walii z Kanadą oczywiście zdecydowanymi faworytami byli gospodarze – i to pomimo faktu, że występowali bez 14 zawodników z podstawowego składu ostatniego meczu Pucharu Sześciu Narodów (są z Lwami lub kontuzjowani). I tylko pierwsze pięć minut odbiegało od oczekiwań – nieoczekiwanie Kanadyjczycy najpierw dostali szanse z karnego (niewykorzystaną), a dwie minuty później zdobyli przyłożenie. Jednak potem już na murawie zdecydowanie dominowali gospodarze, którzy w sumie zdobyli 10 przyłożeń i wygrali 68:12 (Kanadyjczycy drugie przyłożenie zaliczyli już w samej końcówce meczu). Dobry humor Walijczyków poważnie zmąciła jednak kiepsko wyglądająca kontuzja Leigh Halfpenny’ego – w swoim setnym występie międzynarodowym zaliczył na boisku zaledwie chwilę.

Pierwszy mecz reprezentacji Rumunii na świeżo oddanym po przebudowie stadionie Arcul de Triumf w Bukareszcie – kolebce rumuńskiego rugby. I fantastyczne widowisko, w którym gospodarze bliscy byli sprawienia niemałej sensacji. Rywalem Rumunów byli znacznie wyżej notowani Argentyńczycy. W pierwszej połowie przyłożenia zdobywali tylko goście (w sumie trzy, w tym karne), ale zawodzili z kopów z podstawki, a Rumuni utrzymywali przyzwoity dystans dzięki karnym Ionela Melinte: schodzili na przerwę przy wyniku 9:17. Po przerwie gospodarze wreszcie zdobyli przyłożenie, a gdy po 20 minutach gry Ionel Melinte wykorzystał karnego mieliśmy na tablicy wyników sensacyjny remis 17:17. Gra była wyrównana, ale gdy jeden z Rumunów zobaczył żółtą kartkę, Argentyńczycy przełamali obronę gospodarzy i wyszli na prowadzenie 24:17. Do końca meczu było pięć minut i Rumuni zaatakowali z wielką werwą. Po chwili na ławkę kar powędrował jeden z gości, a Rumuni mieli wrzut z autu na 5 m. Niestety, piłkę stracili i wyniku meczu już nie zmienili. Mimo wszystko fantastyczna postawa w meczu z rywalem z wyższej półki, nieoczekiwanie wyrównany mecz. Wielka szkoda, że nie dojdzie do skutku kolejne planowane w Bukareszcie spotkanie z rywalem z wyższej półki, tym razem ze Szkocją. Wszystko z powodu zachorowań na covid w ekipie gości. I kto wie, czy za dwa tygodnie Szkoci zagrają z Gruzją.

W Nowej Zelandii długo wyczekiwany pierwszy mecz serii All Blacks przeciwko drużynom z wysp Pacyfiku. W składzie Tonga znalazło się aż 13 debiutantów, w tym 9 w pierwszym składzie (kłopoty mieli ze ściągnięciem graczy z Europy – wszystko przez obowiązkową kwarantannę w Nowej Zelandii). Na dodatek w ostatniej chwili Tongijczycy musieli zrezygnować z filara Tau Kolomatangiego – okazało się, że miał na koncie występ w barwach Hongkongu przeciwko Belgii przed dwoma laty. Naprzeciwko wyspiarzy stanęli All Blacks naszpikowani gwiazdami (najwięcej zainteresowania budziła obsada pozycji łącznika ataku – to miejsce na boisku zajął Richie Mo’unga, a Beauden Barrett zaczął mecz na ławce), z jednym tylko debiutantem w pierwszej piętnastce (środkowy Quinn Tupaea) i dwoma w rezerwie. Jednak wciąż w eksperymentalnym ustawieniu i bez kilku znakomitych graczy (nie było m.in. Brodiego Retallicka, Aarona Smitha czy Ardiego Savei). Gdy porównać doświadczenie obu składów – cóż, cała ekipa Tonga miała w sumie 120 testów na koncie czyli mniej niż sam kapitan All Blacks, Sam Whitelock. I na boisku prawdziwa miazga – po 10 minutach All Blacks prowadzili 24:0, a po 20 minutach 38:0. Dopiero wtedy Tongijczycy zyskali inicjatywę, ale mimo sporej ilości czasu spędzonej na połowie gospodarzy, nic z tego nie wynikło. A w samej końcówce pierwszej połowy kolejny raz Nowozelandczycy rozmontowali ich obronę i było już 43:0. W drugiej połowie taki dłuższy przestój już się gospodarzom nie przytrafił i ostatecznie wygrali 102:0. W sumie 16 przyłożeń, z czego pięć skrzydłowego Willa Jordana i trzy łącznika młyna Brada Webera. I koszmarny problem trenera Tonga, bo taki wynik zostaje w głowach, a przecież za tydzień mecz o prawdziwą stawkę przeciwko Samoa.

A Samoa rozgrzewała się drugim z rzędu meczem przeciwko Maori All Blacks. Maorysi drugi tydzień z rzędu wygrali, choć wynik nieco mniej dotkliwy dla wyspiarzy niż poprzednio: 38:21. Mecz rozstrzygnął się w praktyce w końcówce pierwszej połowy, gdy Maori zdobyli dwa przyłożenia, w tym jedno karne, które kosztowało Samoańczyków żółtą kartkę (ciekawostka: grając w osłabieniu na początku drugiej części spotkania zdobyli przyłożenie, ale zaraz potem Maorysi odpowiedzieli tym samym). Zwycięstwo gospodarzy zdecydowane, ale Samoa pokazała więcej niż przed tygodniem. I przed przyszłotygodniowym meczem z Tonga chyba jest w lepszych nastrojach. Ten mecz był też poniekąd pożegnaniem z czarną koszulką Otere Blacka, który po Mitre 10 Cup przenosi się do Japonii. Ma 26 lat, ale nie ma co liczyć na występy w pierwszym składzie All Blacks.

Urugwaj (w lipcowym okienku bez Santiago Araty z Castres, który poprosił o urlop od reprezentacyjnych obowiązków) rozgrzewał się przed turniejem kwalifikacyjnym do Pucharu Świata 2023 i rozegrał mecz z drugim składem Argentyny. I wygrał 42:26.

A zaplanowany na środę test Australii z Francją, przeniesiony z Sydney do Brisbane, odbędzie się ostatecznie przy pustych trybunach. Jak rozwinie się sytuacja i czy na pozostałe dwa mecze wejdą kibice, wciąż nie wiadomo (choć bilety w sprzedaży). Kapitanem wyjątkowo młodej francuskiej ekipy będzie 25-letni gracz Castres, Anthony Jelonch. Z francuskich gwiazd w wyjściowej piętnastce zobaczymy tylko Dembę Bambę, Louisa Carbonela i Damiana Penaud. A zawodnicy gości wyjdą z dwutygodniowej kwarantanny dopiero jutro czyli na dzień przed meczem.

Drobne

Chris Hitt powołał szeroką kadrę na pierwsze pod swoim kierownictwem zgrupowanie reprezentacji Polski – póki co bezmeczowe, zaplanowane w Siedlcach na koniec lipca. 41 zawodników, z których tylko 20 dotąd występowało w piętnastkowej reprezentacji. Także dwudziestka pochodzi z czterech najlepszych klubów tego sezonu Ekstraligi. Wśród nazwisk bez ogrania w kadrze najwięcej (czterech) jest graczy Orkana Sochaczew, a po trzech pochodzi z Siedlec, Sopotu (m.in. Paul Walters) i Krakowa. Wśród wspomnianych debiutantów zwracają uwagę trzej młodzi zawodnicy z zachodniej Europy: Quentin Cieslinski z drużyny z Federal 1, a także Eryk Łuczka (był kiedyś powołany do kadry U18) i skrzydłowy Stasio Maltby z klubów z piątego poziomu ligowego w Anglii. Pojawiły się też nazwiska asystentów Hitta – obaj to regionalni koordynatorzy walijskiej federacji.

W finałowym turnieju Pucharu Polski w rugby 7 (grały w nim najlepsze drużyny Polskiej Ligi Rugby 7) górą mistrzowie Polski, Posnania, którzy w finale pokonali najlepszą drużynę ligi, Czarnych Pruszcz Gdański. Dwa sukcesy Posnanii w jeden weekend to na pewno niezły wynik.

Nie doszedł do skutku planowany na ten weekend mecz Rugby Europe Championship pomiędzy Hiszpanią i Rosją. W ekipie rosyjskiej wykryto przypadki zarażeń koronawirusem. Mecz jednak nie został dotąd rozstrzygnięty przy zielonym stoliku, ale podano informację o jego przełożeniu.

Nie ma natomiast przełożenia w meczu południowoamerykańskich kwalifikacji do Pucharu Świata 2023 – kolejna ekipa odpada z rywalizacji bez rozegrania choćby jednego spotkania. W ten weekend miały spotkać się Chile z Kolumbią (w pierwszym meczu tych drużyn w historii), ale mecz odwołano z powodu stwierdzenia trzech przypadków zachorowań na covid w ekipie kolumbijskiej. Chile awansowało bez walki do turnieju, którego rozpoczęcie zaplanowano na 11 lipca, a jego rywalami będą w nim Urugwaj i Brazylia. Dwie najlepsze ekipy tych rozgrywek awansują do kolejnego etapu kwalifikacji, w którym zmierzą się z Kanadą i Stanami Zjednoczonymi.

Problem też w kwalifikacjach afrykańskich (zarówno do Pucharu Świata 2023, jak i finału Rugby Africa Cup): już wcześniej z powodu epidemii musiano zaplanować przeniesienie meczów jednej z grup z Namibii do Wybrzeża Kości Słoniowej. Teraz okazuje się, że nie uda się rozegrać meczów grupowych zaplanowanych w Tunezji i poszukiwana jest alternatywna lokalizacja. Doszły natomiast do skutku zgodnie z planem pierwsze mecze dwóch innych grup. I oba skończyły się wielkimi niespodziankami. Zaczęło się od sensacji w Nairobi, gdzie Kenia podejmowała Senegal i była zdecydowanym faworytem (przed trzema laty była wicemistrzem Afryki i grała w barażu międzykontynentalnym o udział w Pucharze Świata, natomiast Senegal występował ostatnio na drugim poziomie afrykańskich rozgrywek). Tymczasem Senegal twardo się postawił, na początku pierwszej połowy doprowadził do remisu i choć potem gospodarze zbudowali sześć punktów przewagi, w ostatniej akcji meczu Senegalczycy zdobyli przyłożenie z podwyższeniem i wygrali 20:19. Kenijczyków tylko w niewielkim stopniu tłumaczy wystawienie aż siedmiu debiutantów. A chyba jeszcze większą niespodziankę sprawiło Wybrzeże Kości Słoniowej (także ostatnio grające na drugim poziomie afrykańskim), które podejmowało etatowego mistrza Afryki i uczestnika Pucharu Świata z Afryki, Namibię, i wygrało 24:13, do przerwy prowadząc 24:8. Namibia grała jednak w zestawieniu dalekim od najmocniejszego, bez praktycznie wszystkich swoich zawodowców. Póki co te wyniki nie wykluczają przegranych faworytów z rywalizacji (z trójzespołowych grup do przyszłorocznych finałów rywalizacji awansują po dwie ekipy), ale na pewno dodają kwalifikacjom nieoczekiwanych rumieńców.

Niespodziankę w Nairobi sprawiły też rugbystki z Madagaskaru – w towarzyskim spotkaniu pokonały Kenijki 27:15.

W Major League Rugby zbliżamy się do końca fazy zasadniczej (pozostały nam już tylko dwie kolejki gier). W ten weekend najciekawiej było w dwóch meczach. W Bostonie New England Free Jacks w ogromnej ulewie (mecz opóźniono o godzinę z powodu burzy, a i tak lało jak z cebra) niespodziewanie pokonali Rugby United New York 22:6. A w Los Angeles miejscowi Giltinis po emocjonującym meczu ulegli NOLA Gold 20:21 (to dopiero trzecia porażka ekipy z LA w sezonie). Porażka nowojorczyków i zwycięstwo nowoorleańczyków sprawiło, że obie ekipy zrównały się punktami i idą łeb w łeb w walce o drugie miejsce w konferencji premiowane awansem do play-off (na pierwszym miejscu pozostało Rugby ATL). W ostatniej kolejce zobaczymy bezpośrednie starcie RUNY i NOLA Gold, które pewnie zadecyduje o awansie. Poza tym mieliśmy m.in. rewanż za ostatni finał MLR – San Diego Legion pokonał obrońców tytułu Seattle Seawolves 34:21. Tym razem jednak był to mecz o pietruszkę – żadna z tych drużyn nie ma już szans na awans do play-off. Na zachodzie wciąż na czele konferencji LA Giltinis przed Utah Warriors, a szanse na awans zachowują jeszcze tylko Austin Gilgronis, którzy tracą pięć punktów do ekipy z Salt Lake City (obie ekipy mają przed sobą mecze z Giltinis – miejmy nadzieję, że uzależnienie ekip z LA i Austin od jednego człowieka nie wpłynie na wyniki tych meczów).

W południowoafrykańskim Currie Cup prawdziwy dreszczowiec w meczu Western Province z Sharks – po nieustającej wymianie ciosów, górą była drużyna z Kapsztadu, która wygrała mecz 32:31 (choć zdobyła tylko dwa przyłożenia wobec czterech gości – za to Tim Swiel zdobył z kopów 22 punkty). Warto obejrzeć przyłożenie dla Kapsztadu z początku pierwszej połowy – Evana Rossa, który przebiegł 22 metry z obrońcą (a pod koniec nawet dwoma) na plecach: https://twitter.com/i/status/1410276266767441924. Blisko było też w drugim meczu, w którym Pumas pokonali Griquas 26:22. Nie doszedł natomiast do skutku mecz Cheetahs z Bulls – z powodu pozytywnych wyników testów koronawirusowych w ekipie z Bloemfontein. Cheetahs nie mają w sumie dostępnych aż 21 graczy (11 odizolowanych, 7 kontuzjowanych i 3 w reprezentacji).

Niedawno emocjonowaliśmy się niesamowitymi play-off w angielskiej Premiership, natomiast teraz ogłoszono, że RFU zaaprobowało przedłużenie okresu bez spadków w lidze na dwa kolejne sezony. Dopiero po sezonie 2023/2024 (a więc za trzy lata) ma dojść do barażu między ostatnią drużyną Premiership a najlepszą drużyną Championship (dotąd spadek i awans były automatyczne), a i to pod warunkiem, że ta ostatnia spełni wymagane standardy (w tym sezonie nie spełniła ich najlepsza drużyna tej ligi poza Saracens, Ealing Trailfinders). Marchewką jest poszerzenie za rok Premiership do 14 zespołów (co jest być może niezłym pomysłem, ale znowu – pod warunkiem spełnienia wymaganych standardów, których Ealing Trailfinders nie spełniło). W oficjalnym komunikacie na stronie Premiership wyliczanka korzyści. W gruncie rzeczy wszystkie sprowadzają się do ochrony interesów inwestorów, wkładających pieniądze w kluby elity. I ja rozumiem potrzebę dbania o nich (choć trudno nie pamiętać o słowach menedżera Bayernu Monachium przy aferze z piłkarską Super Ligą). Dramatycznie wygląda jednak „korzyść” dla klubów Championship polegająca na obietnicy utrzymania obecnego poziomu finansowania ze strony RFU i PRL – przecież przed tym sezonem to finansowanie zostało obcięte tak drastycznie, że konieczność prowadzenia testów koronawirusowych zmusiła wiele z nich do dość niekonwencjonalnych sposobów poszukiwania funduszy (choćby zbiórek publicznych). Słowo ringfencing pojawia się w długim oświadczeniu zaledwie raz i to w zaprzeczeniu: „to nie jest ringfencing, jak niektórzy sugerują”. Hmm, kluby Premiership będą się paść na grubych pieniądzach bez ryzyka ich utraty i gdy nadejdzie rok 2024 i dojdzie do barażu (o ile w ogóle dojdzie), jaki będzie jego wynik? Jakiś czas temu kluby Championship przygotowały raport, dotyczący poprawy konkurencyjności ligi – w obecnej uchwale znajdziemy tylko mętne zdania o konieczności przemyślenia jej struktury, ale żaden z pomysłów z tego raportu (które miały zrównoważyć zamknięcie się Premiership, przecież w nim przewidywane) nie został wdrożony. A przez dwa kolejne sezony Premiership w ich końcówkach będziemy się emocjonować tylko walką o play-off, bo na dole tabeli nie będzie o co walczyć i dla niektórych zespołów rozgrywki na serio skończą się w połowie sezonu…

EPCR ogłosiło format nowego sezonu Champions Cup – w zasadzie nie ma w tym nic, czego nie domyślaliśmy się po ogłoszeniu terminów rozgrywek. Pierwsza faza identyczna jak w ubiegłym sezonie (skomplikowana zabawa, dwie grupy po 12 zespołów, w każdej po trzy zespoły z każdego z czterech koszyków – każda drużyna z pierwszego koszyka gra mecz i rewanż z dwiema drużynami z czwartego koszyka, pochodzącymi z innej niż ona ligi; i odwrotnie, a analogicznie w przypadku koszyków 2 i 3). Potem dwumecz w 1/8 finału (tu różnica w stosunku do ostatniego sezonu) oraz pojedyncze mecze w ćwierćfinałach, półfinałach i finale. Myślę, że skrócenie rozgrywek o weekend i wyeliminowanie dwumeczów z 1/8 miałoby sens, ale generalnie rozbudowa fazy pucharowej kosztem grupowej to niezły krok dla kibiców. Losowanie fazy grupowej zaplanowano na 21 lipca. Poinformowano też, że trwają rozmowy na temat włączenia drużyn południowoafrykańskich od kolejnego sezonu.

Nie ma natomiast ani słowa na temat formatu Challenge Cup. Południowoafrykańskie źródła dostarczają plotek o trwających rozmowach na temat udziału drużyn południowoafrykańskich w najbliższym sezonie właśnie na tym poziomie – i to nie tylko czterech franszyz, które dołączyły do URC, ale także Cheetahs. Kolejne interkontynentalne plany w cieniu covidu, który może storpedować wszystko?

Cheetahs mają być także przymierzani do innych rozgrywek europejskich – zapewne nowych rozgrywek europejskich dla klubów Rugby Europe. Hiszpanię będzie reprezentować w nich zawodowa franszyza zbudowana na bazie klubów z regionu Kastylia i León: dwóch czołowych ekip z Valladolid (VRAC i El Salvador) oraz klubu z Burgas.

Trzecia fala koronawirusa w Południowej Afryce spowodowała, że federacja zarekomendowała związkom prowincjonalnym wstrzymanie wszystkich rozgrywek i treningów amatorskich. Wyjątek tylko dla Currie Cup i rozgrywek elity kobiet.

Szef australijskiej federacji, Andy Marinos, mówił w wywiadzie o przyszłości kontaktów drużyn z SANZAAR z Japonią. Z jego słów wynika, że ekipy z południa chcą częściej grać z Japonią, a jeśli jej poziom sportowy i atrakcyjność komercyjna będą wysokie, nawet włączyć ją do The Rugby Championship (po Pucharze Świata w 2023). Swoją drogą, zastanawiam się, jak mogą zastanawiać się nad poziomem sportowym (po ostatnim Pucharze Świata) i atrakcyjnością komercyjną Japonii (skoro w Super Rugby paradoksalnie tylko w tym kraju wielkie stadiony zapełniały się w komplecie widzami).

Poznaliśmy skład grup w pierwszej fazie turnieju olimpijskiego w rugby 7. W obu turniejach, męskim i kobiecym, mamy po 12 zespołów podzielonych na trzy grupy. Wśród mężczyzn: A – Nowa Zelandia, Australia, Argentyna i Korea Południowa (derby transtasmańskie); B – Fidżi, Wielka Brytania, Kanada i Japonia (pierwsza para brzmi znakomicie, rewanż za finał z Rio, a na dodatek gospodarze, którzy zdobyli pięć lat temu czwarte miejsce); C – Południowa Afryka, Stany Zjednoczone, Kenia i Irlandia. Wśród kobiet: A – Nowa Zelandia, Rosja (niewystępująca pod swoją flagą), Wielka Brytania i Kenia; B – Kanada, Francja, Fidżi i Brazylia; C – Australia, Stany Zjednoczone, Chiny i Japonia (dwie potęgi w jednej grupie). Po dwie najlepsze drużyny z każdej grupy oraz dwie najlepsze z trzecich miejsc awansują do ćwierćfinałów.

Ogłaszane są też składy reprezentacji. Gwiazda nowozelandzkich piętnastek, która po sezonie Super Rugby postawiła na siódemki aby zrealizować olimpijskie marzenie, Caleb Clarke, ostatecznie został tylko rezerwowym w składzie All Blacks na Tokio. Zagrać na igrzyskach w barwach obrońców złotego medalu ma natomiast Semi Radradra.

Nowe wieści na temat wciąż nierozpoczętego sezonu World Rugby Sevens Series. Zanosi się na to, że we wrześniu mogą zostać rozegrane dwa turnieje z rzędu w Kanadzie (tradycyjnie w Vancouver, a na dodatek w Edmontonie). W sumie w 2021 ma zostać rozegrany sezon złożony podobno z pięciu lub sześciu turniejów, bez spadków. Kolejne osiem rund w nowej serii rozgrywanej od stycznia do maja. Bardzo napięty grafik.

W trzeciej kolejce młodzieżowego Pucharu Sześciu Narodów wszystkie trzy pojedynki dość jednostronne. Młodzi Włosi rozgromili Szkotów 43:3 (i to w Szkocji – rok temu mieliśmy zacięte widowisko, w którym Szkoci wygrali jednym punktem). Pierwsze przyłożenie Włosi zdobyli na samym początku meczu po niesamowitej akcji przez całe boisko: https://twitter.com/i/status/1410588992278384647. Francuzi z młodszym z braci Ntamack w składzie pokonali Walię 36:19 (na 10 minut przed końcem było już 36:7, więc zryw Walijczyków dopiero gdy mecz był rozstrzygnięty) i wreszcie w spotkaniu dwóch niepokonanych dotąd drużyn Anglicy wygrali na wyjeździe z Irlandią 24:15 (bezpieczną przewagę mieli przez większość meczu). W tej sytuacji na czele tabeli już samodzielnie Anglia, na dnie natomiast z kompletem porażek Szkocja.

Zakończył się turniej U20 w Afryce Południowej. W zeszły poniedziałek, w ostatnich spotkaniach fazy zasadniczej, podobnych do kąpieli błotnych, gospodarze pokonali Gruzinów 42:0, a Argentyna wygrała z Urugwajem 35:12. W ten weekend mieliśmy mecze o medale: w finale Południowa Afryka pokonała Argentynę 27:9, a w meczu o trzecie miejsce Gruzini odnieśli pierwsze zwycięstwo w turnieju (i to pomimo składu w większości o rok młodszego od rywali), wygrywając z Urugwajem 20:8. W tym ostatnim brzydka sprawa z jednym z graczy Urugwaju wkładającym palec do oka rywala – zobaczył czerwoną kartkę.

World Rugby mocno naciska na unikanie wysokich szarż. Nowy protokół, który będzie obowiązywać już w lipcowych testach, przewiduje, że zawodnik ukarany czerwoną kartką za wysoką szarżę, będzie mógł starać się o skrócenie okresu kary poprzez udział w warsztatach związanych z techniką szarż, nadzorowanych przez niezależnych ekspertów. Ich celem ma być zmiana techniki szarży, a warsztat ma być dokumentowany na video. Póki co jednak kolejna kontrowersja wskutek szarży ramieniem podczas meczu Maori All Blacks z Samoa: sędzia nie ukarał samoańskiego zawodnika mimo wyraźnego uderzenia w głowę, wskazując na istotne okoliczności łagodzące.

Z rynku transferowego: Do rugby union wraca kontrowersyjna australijska gwiazda, Israel Folay – po nieudanej próbie rozpoczęcia gry w Australii w rugby league, podpisał dwuletni kontrakt z japońskim zespołem NTT Communictions Shining Arcs. Reprezentant Południowej Afryki, Marcel van der Merwe, przechodzi z La Rochelle do London Irish. Reprezentant Nowej Zelandii (ale urodzony w Tonga), Vaea Fifita, odchodzi z Hurricanes i zagra w Wasps. Ponad 60-krotny reprezentant Australii (z kolei urodzony w Fidżi), Tevita Kuridrani, przez lata gracz Brumbies, a ostatnio Western Force, ogłosił koniec międzynarodowej kariery po lipcowych testach i przejście do beniaminka Top 14, Biarritz. Filar Rory Sutherland przechodzi z Edynburga do Worcester Warriors. Zbroją się Ealing Trailfinders, którzy chcą zostać czternastym zespołem Premiership, i ściągają trzech byłych zawodników południowoafrykańskich Lions. Trenerem australijskich Waratahs zostanie Warren Coleman, który przeniesie się do Sydney z Los Angeles.

Zapowiedzi

Za tydzień rugbowe ostatki sezonu 2020/2021 w kraju – do rozdania dwa ostatnie komplety medali. Odbędzie się ostatni turniej mistrzostw Polski kobiet w rugby 7 oraz Ogólnopolska Olimpiada Młodzieży z mistrzowskim turniejem rugby 7 kadetów.

Sporo spotkań w ramach międzynarodowego lata. W Rugby Europe Championship Holendrzy zadebiutują na swoim terenie – zagrają z Portugalią. W Oceanii w ramach kwalifikacji do Pucharu Świata mały szlagier, Samoa – Tonga (tu o awansie decyduje mecz i rewanż zaplanowany za dwa tygodnie). W Afryce w tym samym procesie Wybrzeże Kości Słoniowej gra z Madagaskarem, Senegal z Zambią, Uganda z Ghaną, Namibia z Madagaskarem, Zambia z Kenią, Algieria z Ghaną. Miała też grać Tunezja z Burkina Faso, ale tu nie wiadomo, gdzie i kiedy mecz dojdzie do skutku. W Ameryce Południowej pierwszy mecz turnieju stanowiącego drugi etap kwalifikacji: Brazylia zagra z Chile. Największe hity to jednak starcia Australii z Francją (już w środę), Nowej Zelandii z Fidżi oraz mecze British & Irish Lions (wciąż rozgrzewkowe: w środę z Sharks i w sobotę z Bulls). Rozgrzewa się też przed Lwami Południowa Afryka, która ponownie ma grać z Gruzją. Poza tym Walia gra z Argentyną, Anglia z Kanadą, Irlandia ze Stanami Zjednoczonymi. W Afryce też mecze kobiet między Kenią i Madagaskarem oraz Ugandą i Zimbabwe (odwołano natomiast planowany kobiecy turniej w Tunezji).

Grają zbliżające się do finiszu Major League Rugby i rozpędzające się Currie Cup.

Wśród młodzieżówek (U20) dwa mecze Australii z Nową Zelandią oraz Puchar Sześciu Narodów.

5 komentarzy do “Ogniwo mistrzem, Posnania w Ekstralidze”

  1. Oba medalowe mecze bardzo mi się podobały. Ciekawe jak ten sezon Ekstraligi przełoży się na mecze reprezentacji. Mam wrażenie, że był spory skok jakościowy jeśli chodzi o grę w porównaniu z tym ostatnim półsezonem. Ja obejrzałem baraż o Ekstraligę zaraz po finale, bo nie chciałem znać wyniku. Byłem bardzo zaskoczony bezradnością Sparty. A tyle doświadczenia mieli złapać. W jednym momencie wszystko uleciało. Chcieli ale nie mogli…

    Jestem ciekaw zagranicznego zaciągu w naszej kadrze. Czytam „W szponach rugby” od samego początku, od dechy do dechy, ale nie kojarzę żeby w dziale „Polacy za granicą” było coś o Quentinie Cieslinskim, Eryku Łuczku czy Stasiu Maltby’m. Czy oni mają polskie obywatelstwo? Wiem że wystarczy dziadek lub babcia Polka, ale pytam z kibicowskiej ciekawości. Czy ktoś coś o nich wie? Czy znają nasz język? Jakie mają zainteresowania? Chciałbym się czegoś dowiedzieć o naszych potencjalnych reprezentantach. A ktoś kojarzy grę Eryka grał w naszej kadrze juniorskiej? Wiadomo jak się wtedy spisywał?

    Odpowiedz
    • Ja nie spodziewałem się wiele po finałach, bo finały z definicji często nie porywają. W Sopocie był mecz walki, bez szybkich, płynnych akcji, z kolei w Warszawie grali szybko, ale na pograniczu ryzyka i pewnie stąd liczne błędy 🙂
      „Polacy za granicą” to dział najbardziej kłopotliwy przy zbieraniu informacji, nawet jeśli ograniczę się do dotychczasowych reprezentantów Polski (problemem jest tu zarówno to, ile czasu zabiera, jak i to, że ich zbieranie ma sens dopiero w poniedziałek). Dlatego zawsze będzie ograniczony, a i pewnie trzeba będzie założyć publikowanie go raz na jakiś czas i z opóźnieniem.

      Odpowiedz
      • Zdaję sobie sprawę że jestem człowiekiem upierdliwym:( Pogłębia mi się z wiekiem, żona też mi to często sugeruje ale nie mogę przeboleć dlaczego PZR nie wychodzi do kibiców? Wiem, że już nie pierwszy raz wspominam o tym ale myślę, że sytuacja z medalem naszych Pań pokazała bardzo dobitnie, że z promocją tego sportu w Polsce PZR jest na bakier. Czekałem aż w Polskę gruchnie wiadomość o sukcesie a tu nic. Napisałem więc do Przeglądu Sportowego, że takie coś miało miejsce i 4 dni po medalu ukazał się króciutki artykuł na ten temat. Lepsze to niż nic, ale jak teraz w Ełku były ME skuterów wodnych to polski związek sam wykupił w Przeglądzie Sportowym artykuł sponsorowany aby obficie o tym napisać. Wyjdźmy do ludzi. Strona PZR to za mało. Nasze dziewczyny powinny teraz wychodzić z telewizorów i być przez kibiców sportu rozpoznawane, bo sięgnęły po srebrny medal w dyscyplinie olimpijskiej. Nie jestem trollem ani hejterem, bardzo leży mi na sercu żeby nas kibiców było więcej, a Polska zagrała w PŚ w 2027 roku. Dopóki związek i kibice będą prychać, że to jest niemożliwe to tak długo będzie to niemożliwe. Jeśli zawodnicy, trenerzy i działacze nie wierzą, że coś można zmienić na lepsze to nigdy tego nie zmienimy.

        Grzegorzu, absolutnie nie krytykuję Twojego bloga. Ja go uwielbiam. Chodziło mi o to, że skoro nawet u Ciebie o nich nigdy nic nie było, to znaczy że albo mało grają albo nie mają polskiego obywatelstwa. Robisz kawał dobrej roboty! Na poniedziałkowy numer czekam zawsze z niecierpliwością odświeżając co chwilę okno przeglądarki. A wiesz coś o nowo powołanych? Udało Ci się znaleźć jakieś opinie o poziomie ich gry? Czy w swoich klubach są wiodącymi zawodnikami czy może mało grają? Może coś gdzieś usłyszałeś? Czy nasi rugbiści którzy byli w 2017 roku na zgrupowaniu razem z Erykiem Łuczkiem mogliby jakoś w tej kwestii pomóc? Mnie jako kibica bardzo też interesuje aspekt ludzki. Nie tylko ile ma przyłożeń i minut na boisku ale też jakie ma w życiu cele, gdzie chciałby w przyszłości grać, jakie ma oczekiwania związane z reprezentacją Polski, itp. Dotyczy to wszystkich nowych „zagranicznych” zawodników, bo o reszcie już trochę wiemy oglądając Ekstraligę czytając artykuły na stronach klubowych, itp. Pasjonuję się tym bardzo i trzymam kciuki za nasze rugby! Nadal wierzę że PZR wyjdzie wreszcie do kibica, zacznie współpracować z ogólnopolskimi mediami, a ludzie w związku zaczną wreszcie wierzyć że wygrywanie meczów w piętnastkach jest możliwe, a może za kilka lat na słowo Włochy nie będą robić w gacie ze strachu.

        Pozdrawiam serdecznie:)

        Odpowiedz
        • Co do tego, że wykorzystanie sukcesu dziewcząt przez PZR pozostawia delikatnie mówiąc wiele do życzenia – pełna zgoda. Powinny być w niedzielnych wiadomościach sportowych w każdej większej stacji, ale chyba nikt tym stacjom nic nie dał… Co do „krytyki” – ja tam komentarza jako krytyki nie odbierałem, tylko chciałem się wytłumaczyć, że w „Polakach za granicą” nigdy nie zajmę się wszystkimi – ba, będę w stanie zajrzeć tylko do nielicznych 🙂 O „nowych” niewiele informacji wyskoczyło:
          – Q. Cieslinski – m.in. highlights na Youtube, https://www.youtube.com/channel/UCZDpNBStebqBJVkKdTgmedw, wygląda na to, że był w „nadziejach” w Narbonne
          – E. Luczka – poza tym powołaniem na zgrupowanie kadry U18 (w ogóle dojechał? na kolejne zgrupowania nie był powoływany), lubi czekoladę, studiuje w Cardiff i jest trenerem osobistym (https://www.facebook.com/applebeesfitness/posts/4014123955332299), grał w U20 dla Somerset
          – S. Maltby – klub chwali się paroma jego przyłożeniami i niewiele poza tym na pierwszy rzut oka.

          Odpowiedz
          • Dziękuję za odpowiedź:)

            To przedziwne że tak mało wiemy o potencjalnych reprezentantach kraju:) Może to się zmieni:) Związek na trochę pracy przed sobą jeśli chce to zmienić. O ile chce…

            Odpowiedz

Dodaj komentarz