Samoa z biletem do Francji

Kolejne emocjonujące widowiska zaprezentowały nam Australia i Francja. Nie brakło kontrowersji, a te zaczynają także rosnąć przed decydującymi meczami British & Irish Lions – pierwszy test, choć nieoficjalny, już w praktyce za nami, a górą w nim byli Springboks. Poznaliśmy też trzynastego uczestnika Pucharu Świata w 2023: została nim Samoa.

British & Irish Lions

Chaos? Mało powiedziane. Do wszystkich okoliczności związanych z covidem doszły jeszcze zamieszki na ulicach południowoafrykańskich miast. Impulsem było rozpoczęcie wykonywania wyroku więzienia dla byłego prezydenta kraju, Jacoba Zumy, oskarżanego o korupcję i skazanego za lekceważenie sądu. W prowincjach Kwa-Zulu Natal i Gauteng zamieszki osiągnęły wielkie rozmiary i były tłumione przez wojsko. Wiele ofiar w ludziach, setki jeśli nie tysiące aresztowanych – chyba największe takie niepokoje w tym kraju od czasu zniesienia apartheidu.

Lions tymczasem wyjechali z epicentrum konfliktu i przenieśli się do Kapsztadu. W środę rozegrali tam kolejne z zaplanowanych spotkań – z Południową Afryką A. Miało być rozgrzewkowe, miały być rezerwy Springboków, jednak sztab trenerski Południowej Afryki (izolowanego trenera Jacquesa Nienabera zastępuje Rassie Erasmus) wystawił najmocniejszy skład, na jaki mógł sobie pozwolić (czyli bez graczy w izolacji covidowej). Wszystko przez to, że ekipa z Południowej Afryki zdołała dotąd rozegrać tylko jedno spotkanie i rozpaczliwie potrzebuje ogrania. Na przeciwko Lwów stanęła zatem drużyna naszpikowana gwiazdami ostatniego Pucharu Świata (m.in. Pieterem-Stephem du Toit, Cheslinem Kolbe czy Fafem de Klerkiem) i od prawdziwego testu ten mecz różnił się tylko nazwą. A drużynie Lions wreszcie przewodził Conor Murray, mianowany kapitanem drużyny po kontuzji Aluna Wyna Jonesa i dostający swoją szansę tuż przed nieoczekiwanym powrotem Walijczyka. Znów mieliśmy zmiany w składzie w ostatniej chwili (wypadł niesamowity Josh Adams, który przez program do telekonferencji uczestniczył w porodzie swojego pierwszego dziecka, a także kontuzjowany Dan Biggar), znów też na ławce rezerwowych gości sześciu graczy młyna i dwóch ataku. Sam mecz zdecydowanie lepiej zaczęli gospodarze, którzy w pierwszych trzydziestu minutach zdominowali przeciwników i wyszli na prowadzenie 17:3 (a mogło być jeszcze wyższe gdyby nie interwencja w ostatniej chwili Anthony’ego Watsona). Pierwsze przyłożenie zdobyli po szybkiej akcji w wyniku nakrytego kopa Owena Farrella, drugie dało im świetne przełamanie Cheslina Kolbego. W końcówce pierwszej połowy Lions wreszcie mocniej przycisnęli gospodarzy, czego efektem były jednak tylko dwie żółte kartki (m.in. dla Fafa de Klerka za samobójczy atak niezamkniętą szarżą w głowę przeciwnika – gdyby był parę centymetrów wyższy, od czerwonej kartki by się nie uratował). Grę w przewadze Lions wykorzystali dopiero na początku drugiej połowy, ale choć potem dominowali, dorzucili jeszcze tylko trzy oczka z karnego i nie przechylili szali zwycięstwa na swoją korzyść: Południowa Afryka A wygrała 17:13.

Springboks proponowali Lwom powtórzenie takiego starcia także i w sobotę. I choć pewnie ich argumenty dotyczące bezpieczeństwa zdrowotnego wyglądały nieźle (lepiej, gdy mierzą się dwie drużyny pozostające w antycovidowych bańkach, niż gdyby miały grać z dodatkowymi przeciwnikami), to do jakości bańki antycovidowej Springboków można mieć zastrzeżenia, dwa dni negatywnych testów z rzędu to jeszcze niewiele, a poza tym niewiele to ma wspólnego z rozgrzewką. British & Irish Lions pozostali przy planie gry w sobotę ze Stormers, a Springboks zaplanowali mecz z inną południowoafrykańską franczyzą, Bulls. Jednak napięcie między trenerami rosło. Rassie Erasmus sugerował, że Lwy stchórzyły, a gdy Warren Gatland poprosił o wyjaśnienia, dlaczego szarża Fafa de Klerka nie została ukarana czerwoną kartką, Erasmus zażądał podobnych wyjaśnień w sprawie dwóch wysokich szarż Owena Farrella (cóż, jego technika w tym zakresie pozostawia wiele do życzenia). Jakby złośliwości nie było dość, Gatland zasugerował Erasmusowi, że skoro ubiera koszulkę chłopca do podawania wody i wbiega na boisko, to dobrze by było, gdyby zabrał ze sobą jakąś wodę.

W sobotę mieliśmy mecz po meczu w Kapsztadzie. I zdecydowanie lepsze nastroje po nich miała ekipa brytyjska. Pierwsza grała Południowa Afryka z Bulls. Tym razem nie zobaczyliśmy na boisku wielu z najlepszych zawodników – znacznie bliższe było to zestawienie drużyny rezerwom niż środowe z meczu przeciwko Lions. Mecz był mało efektownym widowiskiem, pełnym szarż i zaciętej walki. W pierwszej połowie dominowali Springboks – co prawda przez 10 minut gry w osłabieniu pozwolili osiągnąć przewagę rywalom, ale to reprezentacja prowadziła schodząc na przerwę 14:0. Na początku drugiej połowy Rosko Specman miał świetne przełamania, ale prowadzenia zwiększyć się nie udało, a z czasem do głosu doszli Bulls. Na kwadrans przed końcem zaczęli punktować, po pięciu minutach mieli już w rękach remis (dwie znakomite, szybkie akcje – jedna z połowy boiska, druga z własnego pola 22 m, obie ze sporym udziałem byłego Springboka, Johana Goosena), a dzięki karnemu w końcówce wygrali 17:14.

W sobotni wieczór zmierzyły się drużyny British & Irish Lions i Stormers. W składzie Lwów trzy zwracające uwagę nazwiska: tuż po powołaniu pojawił się w wyjściowej piętnastce młodziutki Marcus Smith, wrócił do składu arcyskuteczny dotąd Josh Adams, a z kolei na ławce zasiadł błyskawicznie wyleczony z kontuzji odniesionej w pierwszym meczu przeciwko Japonii kapitan drużyny Alun Wyn Jones (w tym meczu funkcję tę pełnił Stuart Hogg). Tu również pierwsze skrzypce grali gracze młyna. Długo nie widzieliśmy żadnych punktów (przyłożenie Luke’a Cowanda-Dickiego unieważniono), dopiero po 20 minutach gry po karnym na prowadzenie wyszli gracze z Kapsztadu. To były jednak jedyne ich punkty w meczu, a na 10 minut przed końcem pierwszej połowy do punktowania wzięły się Lwy. Jeszcze przed przerwą wyszły na prowadzenie 21:3, a ostatecznie po siedmiu przyłożeniach wygrali 49:3. Ostatnie przyłożenie dla drużyny zdobył Sam Simmonds. Błyszczał Marcus Smith, który w swoim debiucie był jednym z najlepszych graczy na boisku, miał znakomity przegląd boiska i zdobył 14 punktów (stuprocentowa skuteczność z podwyższeń). A fani uważnie przyglądali się lewemu ramieniu Aluna Wyna Jonesa – i wyglądało na to, że wszystko jest w porządku.

Mecze towarzyskie

Na początek ubiegłego tygodnia, we wtorek, drugie starcie Australii z Francją. I tym razem tak odświeżona, że w praktyce rezerwowa drużyna Francji nie wypuściła zwycięstwa z rąk – prowadząc w 80. minucie dwoma punktami i mając piłkę w rękach, bezpiecznie wyekspediowała ją poza boisko nie dając szansy na wykradzenie zwycięstwa Australijczykom. Widać, nauka na błędach działa. Francuzi przez większość meczu w Melbourne byli na prowadzeniu, które zawdzięczali tylko jednemu przyłożeniu i aż siedmiu karnym wykonanym przez Melvyna Jamineta (w sumie 23 punkty, pierwszy karny tuż po początkowym gwizdku z połowy boiska – a przecież ten młody obrońca nie zagrał dotąd choćby jednej minuty w Top 14, a w reprezentacji debiutował jako zmiennik w poprzednim meczu). Brak dyscypliny zgubił Australię, która goniła wynik, na początku drugiej połowy doprowadziła do remisu, potem na kilka minut przed końcem odrobiła dziewięciopunktową stratę i wyszła na minimalne prowadzenie. Jednak w obu tych przypadkach dawała rywalom szanse na karne i ci je wykorzystywali. Ostatni kop Jamineta, z 77. minuty, przesądził o zwycięstwie Francji 28:26.

W tej sytuacji o wyniku serii decydował ostatni jej mecz, rozegrany w Brisbane w niedzielę. I emocje, podobnie jak w dwóch poprzednich, mieliśmy do samego końca. Pierwsze 10 minut dla Francji – nie dość, że prowadziła 10:0, to po czerwonej kartce z boiska musiał zejść australijski skrzydłowy Marika Koroibete (a już wcześniej z kontuzją zszedł drugi skrzydłowy Wallabies). Jednak goście seryjnie tracili piłkę we własnych autach, a po kolejnych 10 minutach mieliśmy remis. Chwilę potem gospodarze wyszli na prowadzenie, a pierwsza połowa skończyła się remisem 20:20. Na początku drugiej mieliśmy wymianę przyłożeń (piękna akcja Francuzów przez całą długość boiska), potem niecelnych karnych, a pod sam koniec dla odmiany celnych. Australijczycy mimo gry w osłabieniu zdawali się mieć w tej części spotkania przewagę. Dwie minuty przed końcem Noah Lolesio po kolejnym karnym znowu dał prowadzenie gospodarzom. Francuzi odzyskali piłkę, sędzia podyktował na ich rzecz karnego, ale w bardzo trudnej pozycji do kopu. Zagrali zatem w aut, a po nim piłkę stracili. Australia wygrała mecz 33:30, a serię 2:1. Honor gospodarzy uratowany, ale trudno nie być pod wrażeniem postawy francuskiej młodzieży – wszak w Australii grał w praktyce drugi skład, pełen debiutantów. Dla nich to była piękna szansa by błysnąć na dwa lata przed Pucharem Świata w ich kraju. A Australia – cóż, wygrała, ale czy z Francją w pierwszym składzie miałaby szanse?

Swoją drogą, czerwona kartka Mariki Koroibetego wzbudziła w Australii ogromne kontrowersje, a na gorąco wielu komentowało, że „zrujnowała mecz”. Cóż, nie zrujnowała i mam nadzieję, że przebieg meczu dał do myślenia zwolennikom 20-minutowych czerwonych kartek. Oburzenie w Australii wzbudziło także zachowanie poszkodowanego w akcji kapitana Francji Anthony’ego Jeloncha, które trener Wallabies Dave Rennie uznał za teatralne wymuszanie, niezgodne z duchem gry – i można mieć wątpliwości, ale mam wrażenie, że teatralne wrażenie robi tylko w zwolnionym tempie. W każdym razie Australijczycy zapowiadają walkę przed panelem dyscyplinarnym.

Seria testów pomiędzy Walią i Argentyną także została rozstrzygnięta na korzyść kraju z południowej półkuli. W pierwszym meczu mieliśmy remis (szczęśliwy dla Walijczyków), tym razem jednak nie mieli przewagi liczebnej na boisku. Co prawda mecz zaczął się po ich myśli: Nicolás Sánchez spudłował prostego karnego i to gospodarze zaczęli punktowanie w tym meczu, ale już trzy minuty później przegrywali i tak zostało już do końca. Długo co prawda zachowywali dystans, który mógł dawać nadzieję na podjęcie walki, ale ostatni kwadrans należał już całkowicie do Argentyńczyków, którzy zdobyli wówczas 13 punktów i ostatecznie wygrali 33:11. Mecz toczył się w ogromnym upale, a Walijczycy – grający w praktyce rezerwami – i tak są zadowoleni z możliwości ich przetestowania.

W Hamiltonie Nowa Zelandia i Fidżi rozegrały drugi z zaplanowanych testów. Na pozycję 10 w Nowej Zelandii wrócił po meczu przerwy Richie Mo’unga, na pozycji 15 zadomowił się zaś Damian McKenzie, co oznaczało że Beauden i Jordi Barrettowie pozostali na ławce rezerwowych. Za to Fidżyjczycy stracili jedną ze swoich gwiazd – kapitana z poprzedniego testu, Levaniego Botię wyeliminowała kontuzja. Mecz zaczął się od okresu naporu gości, którzy jednak zdobyli w tym okresie tylko trzy trzy punkty z karnego. Gospodarze odpowiedzieli przyłożeniem Sevu Reece’a i Fidżyjczycy ponownie zaatakowali, ale jedyny dorobek stanowiły znowu trzy punkty. A końcówka pierwszej połowy należała do gospodarzy: Sevu Reece zdobył hat-tricka przyłożeń, kapitan gości Leone Nakarawa zobaczył żółtą kartkę, czwarte przyłożenie dorzucił Ardie Savea i schodząc na przerwę All Blacks prowadzili 29:6. Po przerwie piąte przyłożenie dla nich zdobył Will Jordan i choć Fidżi niemal natychmiast odpowiedziało, ostatecznie gospodarze skompletowali w drugiej połowie pięć przyłożeń, byli w tej części meczu drużyną zdecydowanie lepszą i wygrali znacznie wyżej niż przed tygodniem, 60:13. W drużynie Nowej Zelandii zadebiutował młynarz Samisoni Taukei’aho, który znalazł się na ławce rezerwowych dzięki kontuzji Dane’a Colesa i zaznaczył swoją obecność na boisku dwoma przyłożeniami.

Nowozelandczycy powołali skład na The Rugby Championship. Zwraca uwagę powrót do składu nieobecnego podczas tych testów TJ Perenary, a kapitanem będzie nadal Sam Whitelock (Sam Cane wciąż się kuruje). W składzie nie ma ani jednego debiutanta.

Echem zeszłotygodniowych testów jest kara dla kapitana drużyny Anglii, Lewisa Ludlowa – mimo że za swoje wejście kolanem w głowę przeciwnika nie zobaczył czerwonej kartki, jego zachowanie zostało poddane ocenie przez panel dyscyplinarny i skończyło się czterotygodniowym zawieszeniem (straci możliwość gry w pierwszej kolejce Premiership).

Z kolei z Południowej Afryki nie wrócił jeszcze trener gruzińskiej ekipy: Levan Maizaszwili pozostaje w johannesburskim szpitalu wskutek bardzo ciężkiego przebiegu COVID-19.

Rugby Europe Championship

W Rugby Europe Championship zaplanowano na ten weekend dwa mecze: Rosji z Portugalią i Holandii z Hiszpanią. Do skutku doszedł jednak tylko ten pierwszy – mecz Holandii z Hiszpanią został przełożony z uwagi na przypadku zakażeń covidowych w ekipie gości. To już drugi mecz Hiszpanów przełożony w ostatnim czasie – poprzednio nie doszedł do skutku mecz z Rosją (wówczas z powodu covidu w ekipie rosyjskiej).

Rosja podejmowała Portugalię w Niżnym Nowogrodzie, ale już przed meczem gospodarze mieli kłopoty – po ataku covidu na reprezentację niedostępnych była część kluczowych zawodników. Na dodatek już w pierwszej połowie Rosjanie stracili dwóch kolejnych po kontuzjach (w tym zdobywcę wszystkich dotychczasowych punktów reprezentacji w tych rozgrywkach – Ramila Gajsina). Portugalczycy już po kwadransie prowadzili 17:0 (dwa przyłożenia: pierwsze po pięknym offloadzie, drugie zdaje się po dużym przodzie). Pod koniec pierwszej połowy gospodarze jednak znacznie zmniejszyli dystans i na przerwę schodzili przegrywając tylko sześcioma punktami. Ale drugą połowę zdominowali Portugalczycy, którzy zdobyli cztery przyłożenia (w tym jedno karne – pierwsze po fantastycznym przeboju José Limy, który przyłożył mimo szarż czterech rywali). Do pełni szczęścia brakło im jednak punktu bonusowego – przewagę trzech przyłożeń stracili w jednej z ostatnich akcji meczu.

Poz.DrużynaM.Pkt.
1. Gruzja523
2. Portugalia514
3. Rumunia49
4. Rosja34
5. Hiszpania32
6.Holandia20

Kwalifikacje do Pucharu Świata

Poznaliśmy trzynastego uczestnika Pucharu Świata w 2023 – a pierwszego, którego wyłoniły kwalifikacje. Została nim Samoa, której ścieżka kwalifikacyjna była wyjątkowo krótka – dwa mecze z Tonga, oba rozegrane na neutralnym terenie w Nowej Zelandii. Samoa już tydzień temu w praktyce zapewniła sobie awans wygrywając w Auckland nad rywalami z wysp Pacyfiku 42:13. W ten weekend w Hamiltonie przypieczętowała awans, wygrywając z podobnym stosunku: 37:15. Rezultat bez zaskoczenia, biorąc pod uwagę fakt, że reprezentacja Tonga zagrała niezwykle niedoświadczonym składem, na dodatek pokiereszowanym kontuzjami po poprzednich meczach. Początek meczu odbywał się w bardzo trudnych warunkach i jedyne punkty padały z karnych, a Samoa wyszła na prowadzenie 6:3. Jednak gdy deszcz zelżał Samoańczycy zdobyli dwa przyłożenia i na przerwę schodzili przy prowadzeniu 20:3. Drugą połowę zaczęli od kolejnego karnego, ale potem nastąpił okres naporu Tongijczyków, którzy wywalczyli dwa przyłożenia i zmniejszyli stratę do ośmiu punktów. Końcówka meczu jednak ponownie należała do drużyny Samoa, która w ostatnich minutach meczu przypieczętowała zwycięstwo dwoma kolejnymi przyłożeniami. Znów błyszczał Henry Taefu (18 punktów, poprzednio 20).

Tonga nie odpadła jednak z kwalifikacji – za tydzień zagra w barażu z Wyspami Cooka (i nawet mimo osłabienia będzie faworytem tego meczu), a zwycięzca tego spotkania zmierzy się z mistrzem Azji. Wygrany pojedzie do Francji, a przegrany na ostatni, międzykontynentalny turniej barażowy. Wyspy Cooka zagrały w Nowej Zelandii kolejny mecz w ramach przygotowań do barażu i uległy młodzieżowej (U20) reprezentacji All Blacks 0:73.

W grupie C kwalifikacji do finałów Pucharu Afryki (i zarazem ostatniego etapu eliminacji do Pucharu Świata) dwa ostatnie mecze w Kampali. W pierwszym z nich Ghana grała z Algierią. Po pierwszej połowie prowadzili gracze z północy kontynentu 20:3 i wydawało się, że mecz mają pod kontrolą. Zresztą, wielu wskazywało ich jako faworytów: nie wiem, czy w ich składzie był jakikolwiek zawodnik urodzony poza Francją, a wielu występuje na poziomie Fédérale. Tymczasem w drugiej połowie gra Algierczyków się posypała, a gracze z Ghany zaczęli odrabiać straty. I wygrali 22:20 dzięki przyłożeniu zdobytemu w ostatniej akcji meczu, błyskawicznemu atakowi wyprowadzonemu spod własnej linii bramkowej (choć chyba z przeoczonym przodem w ostatnim podaniu). W tej sytuacji o losach awansu do kolejnej rundy decydowało ostatnie, niedzielne spotkanie tej grupy, pomiędzy Ugandą i Algierią. Algieria potrzebowała do awansu zwycięstwa nad gospodarzami i to zwycięstwo wywalczyła: wynik 22:16 oznacza awans obu tych drużyn poziom wyżej i pożegnanie się z imprezą dla Ghany. Algieria miała świetny początek. Prowadziła 10:0, ale gospodarze atakowali i wkrótce wyszli na prowadzenie 13:10. Przed przerwą Algierczycy jednak wrócili na czoło po przyłożeniu – było 15:13 dla nich. W drugiej połowie dość długo bez punktów, aż wreszcie Algierczycy zdobyli trzecie przyłożenie w meczu. Ugandyjczycy odpowiedzieli karnym i przegrywali 16:22. Do końca było jeszcze 20 minut, ale wynik już się nie zmienił, choć obie ekipy miały swoje szanse.

Dwumecz w grupie D jest w praktyce rozstrzygnięty na korzyść faworytów z Zimbabwe już po pierwszym spotkaniu: pokonali Burkina Faso 101:3. Setka została osiągnięta w ostatniej akcji tego meczu. Niemniej obie drużyny awansują do kolejnego etapu, bo w tej grupie pozostały tylko dwie ekipy: turniej przeniesiono z Tunezji do Zimbabwe, bo władze Tunezji wprowadziły ograniczenia związane z covidem. Z tego samego powodu Tunezyjczycy do Zimbabwe nie mogli pojechać, tracąc szansę walki o Puchar Świata (a przecież ich awans z tej grupy poziom wyżej był bardzo prawdopodobny).

W przyszłorocznych ćwierćfinałach najpewniej zobaczymy następujące pary („najpewniej”, bo Rugby Afrique nie opublikowała ani zasad punktacji, ani oficjalnych tabel): Zimbabwe – Wybrzeże Kości Słoniowej, Namibia – Burkina Faso, Senegal – Algieria i Uganda – Kenia.

W Ameryce Południowej rozegrano drugie spotkanie turnieju decydującego o awansie do fazy play-off z udziałem drużyn północnoamerykańskich. Faworyt, Urugwaj, podejmował zwycięzcę poprzedniego meczu, Chile. I miał nadspodziewanie dużo problemów. Do przerwy przegrywał 7:10, po przerwie natomiast zdołał przeważyć szalę na swoją korzyść i wygrać 15:10. Oba przyłożenia dla zwycięzców zdobył po maulach młynarz Germán Kessler. Wątpliwości wzbudziło jednak TMO tuż sprzed końca spotkania, po którym nie uznano przyłożenia ekipy Chile. Mimo porażki Chile jest bliskie awansu – trudno przewidywać zwycięstwo Brazylii nad Urugwajem w przyszłym tygodniu. Spory postęp tej reprezentacji po niezłych występach drużyny Selknam w lidze SLAR.

Drobne

W międzynarodowym rugby kobiet mieliśmy dwumecz pomiędzy Ugandą i Zimbabwe. W obu meczach gospodynie z Ugandy nie dały rywalkom żadnych szans i wygrały 41:0, a następnie 34:3.

W ostatniej kolejce Major League Rugby trzy mecze, na które warto zwrócić uwagę. W jedynym meczu z realną stawką starły się ekipy z Nowego Jorku i Nowego Orleanu. Nowojorczycy mieli przed nim pięć punktów przewagi nad rywalami i goście musieli wygrać z bonusem i co najmniej 19-punktową przewagą, aby wywalczyć awans do play-off. Nic z tego – przez większa część meczu na prowadzeniu byli gospodarze, a goście wygrali dzięki przyłożeniu z ostatniej akcji, ale tylko 35:32. Zdobyli punkt bonusowy, ale osiągnęli zbyt małą przewagę, a na dodatek RUNY zaliczyło cztery przyłożenia. Znamy zatem skład finałów konferencji. Na wschodzie Rugby ATL zagra z Rugby United New York, a na zachodzie LA Giltinis zagrają z Utah Warriors. Przygrywkę finału z zachodu mieliśmy w ten weekend: w Salt Lake City Warriors pokonali Giltinis 34:29, dla których to była dopiero czwarta porażka w sezonie. Mecz za tydzień w Los Angeles będzie jednak na pewno zupełnie inny – największe gwiazdy ekipy Giltinis w ten weekend odpoczywały. A poza tym w meczu Seattle Seawolves z Houston SaberCats (wygranym przez ekipę ze Seattle, która jednak w tym roku nie obroni tytułu mistrzowskiego) mieliśmy pierwszą kobietę, która prowadziła spotkanie w MLR – Kat Roche. Przegrało też Rugby ATL (z New England Free Jacks), ale także ten wynik nie zagroził pierwszej pozycji ekipy z Atlanty w swojej konferencji.

W Currie Cup odwołano wszystkie trzy spotkania. Mecze Sharks z Pumas oraz Lions z Cheetahs, które miały odbyć się odpowiednio w Durbanie i Johannesburgu, nie doszły do skutku z powodu zamieszek w tych miestach. Z kolei spotkanie Griquas z Bulls odwołano, ponieważ Bulls stanęli na przeciwko Springboks.

Ogłoszono kalendarz angielskiej Premiership na kolejny sezon. W lidze będzie 13 zamiast 12 zespołów, a więc i terminów rozgrywania spotkań potrzebnych jest więcej (26 zamiast 22). Start ligi 17 września, a na początek niewątpliwy hit: Bristol Bears podejmą wracającego po rocznej „odsiadce” poziom niżej Saracens. Zasady identyczne jak dotąd (poza brakiem spadków): na koniec sezony półfinały i finał, który będzie rozegrany 18 czerwca 2022. A mistrzowie, Harlequins, rozmawiają z zespołem na temat przedłużenia 25-procentowych cięć zarobków.

Poznaliśmy też kalendarz United Rugby Championship. URC rusza tydzień później od Premiership czyli 24 września. 18 kolejek sezonu zasadniczego, a następnie trójstopniowe play-off, które zakończy finał zaplanowany na weekend 23–25 czerwca.

W Japonii ogłoszono oficjalne informacje na temat ligi, która zastąpi od przyszłego roku Top League. Będzie nosić nazwę Japan Rugby League (najwyższy poziom – Japan Rugby League One). W elicie zagra dwanaście klubów, na dwóch niższych poziomach po sześć. Kluby zmieniają nazwy – niektóre pozbywają się nazw korporacji za nimi stojących, inne dokładają nazwę miejscowości. W elicie zagrają: Tokyo Sungoliath (dotąd Suntory Sangoliath), Saitama Wild Knights (dotąd Panasonic Wild Knights), Kobelco Kobe Steelers, Shizuoka Blue Revs (dotąd Yamaha Jubilo), NTT-Docomo Red Hurricanes Osaka, Toyota Verblitz, Toshiba Brave Lupus Tokyo, Yokohama Canon Eagles, Shining Arcs Tokyo-Bay Urayasu (dotąd NTT Communications Shining Arcs), Kubota Spears Funabashi Tokyo-Bay, Black Rams Tokyo (dotąd Ricoh Black Rams), Green Rockets Tokatsu (dotąd NEC Green Rockets). Wszystkie kluby z wyspy Honsiu, większość z Tokio i okolic (trzy kluby z Tokio, trzy z Chiby, po jednym z Saitamy i Jokohamy).

Zaplanowano powrót rugby ligowego w Irlandii: All-Ireland League, zarówno męska, jak i kobieca, ma ruszyć 25 września – po 19 miesiącach przerwy w rozgrywkach amatorskich w kraju. Kibiców martwi tylko fakt, że dwie ostatnie rundy sezonu zasadniczego kobiet pokrywają się z meczami reprezentacji kraju decydującymi o kwalifikacji do Pucharu Świata w Nowej Zelandii.

World Rugby oficjalnie ogłosiło zmiany w przepisach na nadchodzący sezon (obowiązujące od 1 sierpnia). Już wcześniej pisałem o globalnym przyjęciu części zmian testowanych w różnych rozgrywkach zawodowych: reguły 50:22 (kop z własnego pola 22 m, po którym piłka wyjdzie poza linię boczną na połowie rywala po odbiciu od boiska, daje aut dla drużyny kopiącego, i identycznie przy kopie z własnej połowy, gdy piłka opuści boisko na polu 22 m przeciwnika) oraz wykopu piłki przez drużynę broniącą z linii bramkowej (jeśli piłka zostanie przytrzymana nad polem punktowym – zamiast młyna dla atakującej drużyny, i jeśli dojdzie do przyłożenia obronnego – zamiast wykopu piłki z linii 22 m). Te zmiany mają nadal charakter testowy, ale tym razem obejmą międzynarodowe rugby i póki co wprowadzono je na rok. Pierwsza ma rozluźnić linie obrony, druga m.in. zredukować liczbę młynów.

Ale oprócz tego wprowadzono trzy inne zmiany dotyczące szarż i przełamań, które nie mają już statusu testowego:

  • zakaz tworzenia „strąków”, czyli grupowania się zawodników w trzyosobowe lub liczniejsze grupy zanim jeszcze pierwszy z nich podniesie piłkę (sporo tego rodzaju „ustawek” można obserwować po stronie drużyny atakującej, gdy od linii bramkowej dzieli ją niewiele),
  • zakaz ataku na „jacklera” (czyli zawodnika, który stojąc na nogach próbuje przejąć piłkę w rucku) z użyciem całego ciężaru swojego ciała przeniesionego na jego nogi – w praktyce oznacza to wyeliminowanie to tzw. „crocodile roll”,
  • ograniczenie „latchingu” – do zawodnika niosącego piłkę przed szarżą może dołączyć się co najwyżej jeszcze tylko jeden gracz i musi pozostać na nogach.

Sankcją za naruszenie zasad ma być rzut karny.

World Rugby zaostrzyło też protokół antywstrząśnieniowy, wprowadzając panel niezależnych konsultantów (ICC) – konieczne będzie zasięgnięcie jego opinii jeśli zawodnik będzie miał wrócić do gry w ciągu 10 dni po wstrząśnieniu lub gdy będzie miał już sporą historię takich wypadków.

Wielkim szlemem Anglików zakończył się młodzieżowy (U20) Puchar Sześciu Narodów. W ostatnim meczu pokonali Włochów 27:17, już do przerwy prowadząc 17:0. Włosi zajęli w tej imprezie piąte miejsce, ale na pewno żałują szczególnie meczu z Francją, gdzie byli bliscy zwycięstwa. Komplet porażek ponieśli Szkoci, w ostatniej kolejce ulegając Walii 24:32 i to pomimo faktu, że ostatnie pół godziny Walijczycy grali w osłabieniu (a i tak wygrali ten okres 13:10). O drugim miejscu decydowało bezpośrednie starcie Irlandii i Francji (obie te drużyny przegrały wcześniej tylko z Anglią) – górą byli Francuzi, którzy wygrali po emocjonującym meczu 34:28. Najlepszym graczem turnieju został uznany kapitan reprezentacji Anglii Jack van Poortvliet (łącznik młyna z Leicester Tigers).

W Gdańsku rozegrano dwa europejskie turnieje siódemkowe juniorów, czyli U18. Dziewczyny walczyły na poziomie Trophy (czyli drugim), a stawką był zwycięstwo i zdaje się awans na poziom Championship. W imprezie wzięło udział siedem drużyn, które rozgrywały mecze systemem każdy z każdym. Turniej wygrały Polki. Pierwszego dnia odniosły trzy bardzo wysokie zwycięstwa, tracąc w nich zaledwie jedno przyłożenie. Drugi dzień zaczęły od trudniejszych spotkań, rywalizując z dwoma najlepszymi poza nimi zespołami w stawce – Węgrami i Niemcami. Z obu wyszły jednak zwycięsko, a końcowym pogromem Litwinek 50:0 potwierdziły swój sukces. Na drugim miejscu Niemki, na trzecim Węgierki.

Wyższą stawkę miał turniej chłopaków, bo były to zawody o mistrzostwo Europy (poziom Championship). W tych zawodach wzięło udział osiem drużyn – najpierw grano w grupach, a potem rozegrano play-off z udziałem wszystkich ośmiu drużyn (od ćwierćfinałów). Tu naszym reprezentantom poszło gorzej niż dziewczętom. Pierwszego dnia ulegli wysoko Niemcom i Francji, pokonując tylko Litwę i zajmując trzecie miejsce w grupie. Drugiego dnia w ćwierćfinale za mocna dla nas okazała się Hiszpania i pozostała nam walka o miejsca 5–8. I tu nasi chłopcy zaczęli wygrywać: pokonali najpierw Czechy, a potem wzięli rewanż za porażkę z pierwszego dnia na Niemcach i ostatecznie zajęli piątą lokatę. Turniej wygrała Francja (absolutnie niezagrożona, nie straciła ani jednego punktu w turnieju) przed Rosją i Hiszpanią.

Coraz bliżej turniej olimpijski siódemek. Ale zanim do niego dojdzie, będziemy mieć ceremonię otwarcia, a podczas niej w szczególnej roli wystąpi kapitan Black Ferns – nowozelandzkiej kobiecej drużyny rugbowej – Sarah Hirini, która będzie niosła flagę swojego kraju. Gorsze wieści z teamu Połudnowej Afryki: trener Blitzboks, Neil Powell, trafił do izolacji po pozytywnym wyniku testu covidowego. Potrwa ona 14 dni i Powell straci cały olimpijski turniej swojej drużyny.

W Australii niewiele mniej uwagi od spotkań z Francją przyciągała sprawa Quade’a Coopera. Temu urodzonemu w Nowej Zelandii rugbyście, który mieszka w Australii odkąd miał 13 lat i wystąpił w jej barwach już ponad 70-krotnie, odmówiono obywatelstwa tego kraju.

W rugby league czas corocznych prestiżowych rozstrzygnięć. W ten weekend w Anglii rozegrano na Wembley finał Challenge Cup, tradycyjnej imprezy rozgrywanej od końca XIX w. Zmierzyły się w nim się w nim ekipy St. Helens (ostatni tytuł w 2008) i Castleford Tigers (jeszcze dłużej czekająca na sukces, bo aż od 1986). Górą było St. Helens 26:12. A tydzień temu w Australii rozegrano trzecie spotkanie serii State of Origin. Zwycięstwo Nowej Południowej Walii było już pewne po drugim meczu, ale w trzecim Queensland obronił honor wygrywając 20:18. Bardzo to było potrzebne, po pierwsze spotkanie przegrał rekordowo wysoko 6:50, a w drugim nie zdobył ani jednego punktu i uległ odwiecznym rywalom 0:26.

Z rynku transferowego: Patrick Tuipulotu, kapitan Blues i reprezentant Nowej Zelandii, w 2022 będzie grać w Japonii (prawdopodobnie w Toyota Verblitz) – to ma być jeden z największych kontraktów w świecie rugby, szacowany na 1,4 mln dolarów. Wian Conradie, trzecioliniowiec z Namibii, który wystąpił na dwóch ostatnich Pucharach Świata, przechodzi z amerykańskich New England Free Jacks do angielskiego Gloucesteru.

Zapowiedzi

Za tydzień zobaczymy stosunkowo niewiele rugby. Ale pierwszy test British & Irish Lions przeciwko Południowej Afryce to widowisko, na które czeka cały rugbowy świat. Poza tym dwa spotkania kwalifikacji do Pucharu Świata w 2023: baraż w strefie Oceanii pomiędzy Tonga i Wyspami Cooka (zwycięzca zagra o awans na imprezę we Francji z mistrzem Azji) oraz ostatni mecz drugiej fazy kwalifikacji południowoamerykańskich – Urugwaj gra z Brazylią.

W Południowej Afryce ma toczyć się Currie Cup (choć nie wiadomo, jak to będzie wyglądać w obecnej sytuacji), a w Stanach Zjednoczonych odbędą się finały konferencji Major League Rugby.

W przyszły poniedziałek rozpoczną się olimpijskie trzydniowe zmagania mężczyzn w rugby 7 – na pierwszy ogień spotkają się obrońcy tytułu mistrzowskiego z gospodarzami imprezy. Dla nas start nastąpi właściwie w nocy z niedzieli na poniedziałek – poranne sesje wypadają dla nas między 2:00 i 5:00 rano, a popołudniowe między 9:30 i 12:30.

Dodaj komentarz