Drugi krok

Ciąg dalszych pięknej przygody polskich rugbystek: w Sewilli miejsce co prawda dziesiąte, ale znów mnóstwo zebranego doświadczenia, a i pozostawione po sobie wrażenie na pewno dobre. To był ostatni z turniejów, do których nas zaproszono – oby kolejna taka okazja pojawiła się jak najszybciej. Poza tym m.in. pogrom czołówki w Premiership, zwycięstwo Cardiff z Leinsterem, a w Libanie finał mistrzostw kraju. No i nadzwyczajny dodatek rysunkowy.

Reprezentacja Polski w rugby 7 kobiet/World Rugby Sevens Series

Świetną postawą w Maladze nasza kobieca reprezentacja zaostrzyła apetyty na Sewillę. Liczyliśmy też na to, że zobaczymy ją już w pełnym składzie. Niestety, choć dołączyły do kadry reprezentantki wyeliminowane z poprzedniego turnieju, to covid nie oszczędził innych: dwie wyróżniające się w Maladze zawodniczki, Natalia Pamięta i Małgorzata Kołdej (wybrana głosami kibiców do najlepszej siódemki poprzedniego turnieju) uzyskały pozytywne wyniki testów w tygodniu pomiędzy turniejami. Kołdej na szczęście na boisku się pojawiła, ale Pamięta musiała pozostać w izolacji.

W grupie nie było tym razem żadnych wakatów, więc Polki rozegrały trzy mecze. W pierwszym z nich, zresztą meczu otwarcia całej imprezy, zmierzyły się z Irlandkami, które tydzień temu pokazały się ze znakomitej strony, a w ten weekend okazały się rewelacją turnieju. W tym spotkaniu nasze dziewczyny walczyły jednak jak równy z równym. Co prawda szybko straciły siedem punktów, ale na boisku nie było widać przewagi naszych rywalek. Jeszcze w pierwszej połowie Polki odpowiedziały przyłożeniem Anny Klichowskiej, która wyrwała się rywalce i przebiegła całe boisko (zresztą, już wcześniej zaliczyła piękną „blachę”). Brakło podwyższenia mimo niezłej pozycji i do przerwy było 5:7. Po przerwie wydawało się, że będzie lepiej. Żółta kartka dla jednej z rywalek (gry w przewadze niestety nie wykorzystaliśmy), świetny kop Jaszczyszyn w głąb połowy rywalek goniony przez Małgorzatę Kołdej (rywalki wyprzedziła, ale po podkopnięciu piłki na pole punktowe nie zdołała jej przyłożyć), chwilę później jej fantastyczna pogoń przez niemal całe boisko za Armee-Leigh Crowe w obronie (i świetne wsparcie Julii Druzgały, dzięki której odzyskaliśmy piłkę), a wreszcie przyłożenie, które dało nam prowadzenie 10:7. Blisko było zwycięstwa, ale w ostatniej akcji znów urwała nam się Crowe, znów goniła ją Kołdej, ale tym razem brakło skutecznej szarży i przegraliśmy mecz 10:14.

W drugim piątkowym spotkaniu Polki zagrały z Rosjankami. Tu tylko z początku wydawało się, że stać nas na niespodziankę. Co prawda to Rosjanki zdobyły pierwsze 7 punktów, ale Polki odpowiedziały wspaniałą akcją Jaszczyszyn (znakomity przebój) z Druzgałą (przepiękny offload), wykończoną przez Klichowską (https://twitter.com/i/status/1487117291431120900) i było tylko 5:7. Jednak reszta pierwszej połowy była koszmarem do zapomnienia: Rosjanki bezlitośnie wyszukiwały dziury w naszej obronie i zdobyły w tej części spotkania jeszcze trzy przyłożenia. Do przerwy było 5:22. Po przerwie walka się wyrównała, ale punktów długo nikt nie mógł zdobyć. Pod koniec meczu jeszcze raz Rosjanki znalazły lukę w naszych szykach i ostatecznie wygrały 29:5.

W tej sytuacji o trzecie miejsce mieliśmy walczyć z Brazylią w sobotę – w grze o awans do ćwierćfinału liczyły się małe punkty i szansą dla nas były kiepskie wyniki Hiszpanii i Belgii w grupie C, wysoko przegrywających z Francją i Australią (w grupie A, z trzema mocnymi drużynami i słabiutkimi Portugalkami, trzecia ekipa miał awans praktycznie pewny). Niestety – drugi raz w tym turnieju mieliśmy zwycięstwo na wyciągnięcie ręki i nie zdołaliśmy go złapać. Polki zaczęły fatalnie, od straconego przyłożenia, potem kolejnym sprintem przez niemal całe boisko ratowała drużynę przed stratą punktów Kołdej, ale kolejne minuty były lepsze. Polki zdobyły dwa przyłożenia po zespołowych akcjach (niestety, znów brakło skutecznych podwyższeń) i wyszły na prowadzenie 10:7. W drugiej połowie w zespole brazylijskim jednak brylowała Thalia Silva. Pierwszym swoim przyłożeniem wyprowadziła rywalki Polek na prowadzenie 12:10. Na cztery minuty przed końcem jedna z jej koleżanek zobaczyła żółtą kartkę – ale o dwóch minutach gry w przewadze naszej drużyny chcielibyśmy zapomnieć. Brazylijki nas całkowicie zdominowały, najpierw oddały pewne już przyłożenie praktycznie za darmo, ale chwilę potem się poprawiły i po drugim przyłożeniu Silvy prowadziły 17:10. Zostały dwie minuty, Polki się przebudziły, po minucie gry i kolejnej zespołowej akcji (zakończonej drugim w tym meczu przyłożeniem Kołdej) przegrywały już tylko dwoma punktami. Pewnie nieco zbyt pochopnie zrezygnowaliśmy z próby podwyższenia mimo dogodnej pozycji – była jeszcze minuta, Brazylijki na pewno wznowiłyby od środka, a ponieważ remis nic nie dawał żadnej z ekip, również i one nie śpieszyłyby się z kończeniem meczu. Cóż, udało nam się wygrać wznowienie, ale chwilę potem rywalki przechwyciły podanie, a gdy wybrzmiała syrena, wykopały ją za boisko i wygrały 17:15. Ogromna szkoda, zwłaszcza tych dwóch minut po żółtej kartce Raquel Kochhann… Swoją drogą, później tego wykopu Brazylijki zapewne nie żałowały, bo ostatecznie nie awansowały do ćwierćfinału – Hiszpanki wysoko pokonały Belgijki i różnicą jednego oczka w bilansie małych punktów wyprzedziły nasze rywalki. Gdyby to Polska wygrała ostatni grupowy mecz, choćby jednym punktem, Hiszpankom brakłoby punktów…

W efekcie Polki miały wolne sobotnie popołudnie i pozostały im w turnieju dwa niedzielne mecze o miejsca 9–12. W półfinale tych zmagań trafiły nad drużyną zaproszoną do turniejów WRSS awaryjnie, Belgię, i bez większych problemów wygrały 24:0. Co prawda na początku meczu nic z posiadania piłki nie wynikało, przeciwnie – Belgijki broniąc się skutecznie spychały nas w głąb boiska, ale w końcu Kołdej przedarła się sprintem po skrzydle. W pierwszej połowie Polki dorzuciły jeszcze dwa przyłożenia kapitan Karoliny Jaszczyszyn, w drugiej połowie przypieczętowały zwycięstwo czwartym. Rywalkom na odrobinę ataku pozwoliły tylko w drugiej części spotkania – a Belgijki to przecież jak na europejskie warunki nie jest słaba drużyna, choćby w Moskwie wygrały z Hiszpankami.

Z Brazylią graliśmy o dziesiąte miejsce i choć liczyliśmy na rewanż za porażkę w fazie grupowej, to poszło nam niestety słabiej. Co prawda zaczęliśmy ten mecz lepiej niż sobotni, Kołdej błysnęła i w obronie, i w ataku, i było 5:0 (znów brakło podwyższenia). Niestety, nic więcej ugrać się nie udało. Już po syrenie atakowaliśmy, ale ostatecznie straciliśmy piłkę i do przerwy było 5:7. Po przerwie Brazylijki nas przycisnęły i gra toczyła się niemal non stop na naszej połowie. Nasze dziewczyny świetnie broniły, ale gdy odzyskiwały piłkę, nie mogły się przebić na połowę rywalek. Bez końca tak bronić się nie dało, w przedostatniej minucie meczu Brazylijki wreszcie znalazły drogę na nasze pole punktowe, w ostatniej akcji dorzuciły kolejne przyłożenie i ostatecznie przegraliśmy 5:17.

Jak podsumować? Cóż, awans do ćwierćfinału przed turniejem może nie był nieosiągalnym marzeniem, ale na pewno byłby ogromnym sukcesem i niespodzianką. Jednak w meczach grupowych z Irlandią i Brazylią zwycięstwa były tak blisko, że pojawiło się poczucie niedosytu 🙂 Polki, tym razem bez Natalii Pamięty, za to z Karoliną Jaszczyszyn i Tamarą Czumer, zaprezentowały się inaczej niż w Maladze. Więcej było ruchu i urozmaicenia w ataku, prób przełamania linii obrony rywalek. W większości spotkań zdecydowanie dominowaliśmy w statystykach związanych z posiadaniem piłki. W obronie – cóż, tym razem mniej było przełamanych szarż naszych zawodniczek, zdarzały się za to dziury w obronie, po których nie było czego ratować. Nadal brakowało podwyższeń. Tak czy owak Polki na pewno zrobiły wrażenie i mam nadzieję, że włodarze WR długo o tym debiucie w Sevens Series nie zapomną. Nasza reprezentacja pokazała, że jest drużyną gotową na równi walczyć – może jeszcze nie z elitą WRSS, ale na pewno z drużynami ze środka stawki. I zasługują na miejsce w tym cyklu. A czas na podgryzanie elity jeszcze przyjdzie. Krok po kroku.

Turniej kobiecy wygrały Australijki, które w finale pokonały Irlandki. Te co prawda z trudem pokonały nas w pierwszym meczu, ale potem rozprawiły się z Brazylijkami i dzięki przyłożeniu w samej końcówce pokonały nieoczekiwanie Rosjanki. W ćwierćfinale pewnie pokonały Kanadyjki (36:12), w półfinale Angielki (aż 29:0) i awansowały do finału. W całej historii swoich startów w WRSS dotąd tylko raz były w czołowej czwórce turnieju – w Sydney przed trzema laty zajęły czwarte miejsce. W finale też były bliskie niespodzianki – szybko wyszły na prowadzenie 12:0, Australijki wyrównały dopiero tuż przed końcem. Gdy minęło 14 minut mieliśmy młyn z wrzutem Irlandek. Przegrały go, straciły przyłożenie i Australijki zgarnęły trzecie turniejowe zwycięstwo w tym sezonie. Ale Irlandek nie sposób nie docenić. Porażka z Irlandią w grupie wepchnęła Rosję już w ćwierćfinale w objęcia Australijek – a te wzięły srogi rewanż za półfinałową porażkę sprzed tygodnia: upokorzyły rywalki wygrywając aż 41:0. Podobnie jak Rosjanki, pierwszy raz w tym sezonie do półfinału nie załapały się wicemistrzynie olimpijskie z Francji – uległy odrobinę nieoczekiwanie Angielkom. Te zdobyły trzecie miejsce, wygrywając w decydującym spotkaniu ze Stanami Zjednoczonymi. W klasyfikacji generalnej bez zmian w czołówce: prowadzi Australia przed Francją i Rosją.

W męskim turnieju również Irlandia postarała się o niespodziankę. W ćwierćfinale pokonała Anglię 24:14 i w ten sposób trzeci raz w historii znalazła się w półfinale imprezy (poprzednio zajęli trzecie miejsce w 2018 w Londynie i czwarte w kadłubowym konkursie w Vancouver w ubiegłym roku) – ostatecznie zajęła czwarte miejsce po porażce w ostatnim meczu z Argentyną. Poza tym nie było większych niespodzianek, reszta półfinalistów powtórzyła się z Malagi. W finale mieliśmy starcie potęg: Australia grała z Południową Afryką. Australijczycy nie powtórzyli sukcesu swoich koleżanek – co prawda prowadzili, ale ostatecznie przegrali 7:33. Dla Blitzboks to czwarty triumf w czwartym turnieju w tym sezonie. Warto zwrócić uwagę też na gospodarzy, którzy w fazie grupowej byli o włos od zwycięstwa nad Stanami Zjednoczonymi i awansu do ćwierćfinału. Tu również klasyfikacja ogólna WRSS bez zmian w czołówce – prowadzi oczywiście Południowa Afryka, a za jej plecami są Argentyna i Australia.

Ps. Karolina Jaszczyszyn znalazła się na liście czternastu zawodniczek, z których kibice w głosowaniu internetowym wybierają dream team turniej. A niesamowita akcja naszych pań z meczu z Rosją trafiła nawet do cotygodniowego przeglądu Sunday Social w portalu planetrugby.com: https://www.planetrugby.com/sunday-social-bath-wins-long-range-tries-heartfelt-gestures-and-a-heavy-hand-off/

Top 14

Weekend w europejskich ligach nieco niepełnowartościowy, bo reprezentanci krajów zaczęli rozjeżdżać się na zgrupowania przed Pucharem Sześciu Narodów (przynajmniej ci grający w kraju, który reprezentują). Było jednak na boiskach ciekawie, a warto zwrócić uwagę na fakt, że pierwszy raz od dość dawna w trzech czołowych europejskich ligach nie odwołano ani nie przełożono z powodów covidowych żadnego spotkania.

W Top 14 mieliśmy szesnastą kolejkę spotkań. Na jej początek lider z Bordeaux podejmował trzecią drużynę tabeli (i zarazem jedyną francuską ekipę wyeliminowaną z Champions Cup po fazie grupowej) – Castres. Miało być widowisko, ale pierwsza połowa należała tylko do gospodarzy, którzy zdominowali całkowicie obraz spotkania i do przerwy prowadzili 20:0 (a jeszcze jedno przyłożenie nie zostało im uznane). Na dodatek goście zaczynali drugą połowę w czternastkę. Wyszli jednak na boisko z zupełnie innym nastawieniem i już po paru minutach Kévin Kornath zdobył dla nich pierwsze punkty z przyłożenia. Gdy sami grali 10 minut w przewadze, zdobyli jednak tylko 3 punkty z karnego, a to było zdecydowanie za mało. Bordeaux wygrało 23:10.

Sporo emocji było za to w innym meczu drużyn z czołówki, w którym La Rochelle podejmowało Montpellier. Swoją doskonałą dyspozycję potwierdzili goście, którzy odnieśli siódme zwycięstwo w lidze z rzędu, ale nie przyszło im to łatwo. Punktowanie zaczęli gospodarze, ale pierwszą połowę, zwieńczoną celnym drop goalem Paolo Garbisiego, przegrali 10:17. Drugą połowę roszelczycy zaczęli od odrabiania strat (Ihaia West wykorzystał dwa karne, ale na kwadrans przed końcem Montpellier znowu odskoczyło dzięki dwóm przyłożeniom, w których sporą zasługę miał Gela Aprasadze (asysta przy jednym, a drugie samodzielne po świetnej akcji). Na sześć minut przed końcem roszelczycy odpowiedzieli przyłożeniem, ale ono pozwoliło im jedynie zdobyć defensywny punkt bonusowy i odebrać ofensywny gościom – ostatecznie przegrali 23:29.

A w sobotni wieczór obrońca tytułu mistrzowskiego zmierzył się z półfinalistą z ubiegłego sezonu: Tuluza grała z Racingiem 92. Na boisku zobaczyliśmy kilku potencjalnych bohaterów Pucharu Sześciu Narodów – w podstawowym składzie Tuluzy wybiegli na boisko Romain Ntamack i wracający po kilku tygodniach przerwy Antoine Dupont (obaj byli chwilowo wycofani ze składu Francji z uwagi na zakażenie koronawirusem); z kolei dla paryżan grał Finn Russell. Więcej powodów do zadowolenia miał ten ostatni, bo Racing zasłużenie ten mecz wygrał. Tuluza pokiereszowana covidem miała w składzie kilku mniej doświadczonych zawodników. Po pierwszym kwadransie i dwóch karnych Antoine’a Giberta paryżanie prowadzili 6:0. Odpowiedział przyłożeniem Juan Cruz Mallía i do przerwy było 5:6 (Russell był bliski przyłożenia). Tuż po przerwie obie drużyny wymieniły się przyłożeniami i było 12:11 dla Tuluzy. Potem karne Russella i Machenaud dały Racingowi przewagę 20:12. W ostatniej akcji meczu Ntamack odpowiedział karnym z ponad 40 m, który dał gospodarzom przynajmniej punkt bonusowy – skończyło się wynikiem 15:20 i pierwszą porażką na swoim stadionie w tym sezonie. Jednak zwycięstwo Racingu byłoby znacznie pewniejsze, gdyby lepsza była skuteczność jego kopaczy (Gibert –3/5, Beale – 0/1, Russell – 1/3, Machenaud – 2/2)

Poza tym Brive pokonało Biarritz 33:10 (obie ekipy przystępowały do meczu z seriami czterech porażek za sobą, a gospodarze przełamali ją wyjątkowo skutecznie, bo z punktem bonusowym; sędzia pokazał w meczu aż pięć żółtych i jedną czerwoną kartkę – w pewnym momencie gra toczyła się z zaledwie 26 zawodnikami na boisku; Biarritz miało aż 10 minut podwójnej przewagi, ale jej nie wykorzystało, ba, nie zdobyło ani jednego punktu w drugiej połowie, gdy Brive grało po czerwonej kartce), przegrał także drugi beniaminek, Peprignan, ale po zaciętej walce z Lyonem 23:28 (jeszcze na 20 minut przed końcem było 17:17, ale wówczas dwa przyłożenia w ciągu paru minut zanotowali grający w przewadze goście; tu „tylko” trzy żółte kartki), Pau nieoczekiwanie pokonało Clermont 28:20 (tu też trzy żółte kartki; długo mecz był wyrównany, ale w końcówce gospodarze zdobyli dwa przyłożenia, z czego pierwsze grając z przewagą dwóch zawodników), a Stade Français wygrało z Tulonem 26:17 (do przerwy 8:17, ale po przerwie długo punktowali wyłącznie paryżanie, dopiero w ostatniej akcji goście z południa wywalczyli bonus defensywny).

W tabeli na czele Bordeaux mające aż 10 punktów przewagi nad kolejnymi drużynami, Montpellier i Lyonem, które po tym weekendzie dostały się do czołowej trójki (kosztem Tuluzy i Castres). Tulon już przedostatni, ale ma trzy mecze do nadrobienia.

Poz.DrużynaM.Pkt.
1. Bordeaux Bègles1554
2. ↑↑Montpellier1444
3. ↑↑Lyon1644
4. ↓↓Tuluza1442
5. ↓↓Castres1641
6. La Rochelle1536
7. Clermont1534
8. Racing 921534
9. Pau1532
10. Stade Français1531
11. ↑↑Brive1527
12. ↓Perpignan1624
13. ↓Tulon1323
14. Biarritz1620

W Pro D2 wyjazdowe porażki drużyn zajmujących dwa czołowe miejsca: Oyonnax uległo Colomiers 17:29 (po 35 minutach było już 0:26; Colomiers dzięki zwycięstwu jest na czwartym miejscu), a Mont-de-Marsan przegrało z coraz lepiej radzącym sobie Vannes 10:33 (tu decydująca była druga połowa). Wygrała natomiast trzecia Bajonna, która odrobiła część strat do liderującej dwójki – także na wyjeździe pokonała wysoko Nevers z Andrzejem Charlatem w składzie 41:13. Nevers wypadło w ten sposób ze strefy premiowanej awansem do play-off, wypchnięte przez Carcassone.

Z wieści z Top 14 o charakterze pozaboiskowym – na nowo wydaje się zaogniać spór pomiędzy klubem Biarritz a władzami miasta, który ostatnio wydawał się nieco załagodzony. Póki co nie ma mowy o wycofaniu się z finansowania klubu przez właścicieli, ale kto wie, być może znowu pojawią się pomysły na jego przeniesienie na drugi koniec Francji.

Premiership

W pierwszej kolejce rundy rewanżowej Premiership mieliśmy pogrom liderów. Dopiero drugie zwycięstwo w sezonie zanotowała ewidentnie najsłabsza drużyna rundy jesiennej, Bath (na dodatek upokorzona tydzień temu w europejskich pucharach) – i to nad obrońcami tytułu mistrzowskiego. Harlequins wyraźnie nie posłużył brak szkieletu drużyny porwanego przez Eddiego Jonesa. Co prawda mistrzowie mieli świetny początek (dwie znakomite sytuacje w pierwszych paru minutach, pierwsze przyłożenie chwilę później, prowadzenie do przerwy 12:6), ale po przerwie dwa przyłożenia zdobył Will Muir i choć Quins odpowiedzieli, Bath wygrało 21:17. Zaledwie parę dni temu wypożyczony do Bath wiązacz Nathan Hughes zaliczył świetny debiut i został wybrany najlepszym graczem spotkania.

Wyjazdową porażkę zaliczyli też Saracens, których ograli Wasps. Gospodarze wybiegli na ten mecz ze swym kapitanem Joe’m Launchburym, który wrócił po 9 miesiącach przerwy i powrót ten uczcili zwycięstwem 26:20. Już po siedmiu minutach prowadzili 10:0. Co prawda Saracens zdobyli w pierwszej połowie dwa przyłożenia (żadne nie zostało podwyższone) i do przerwy był remis 13:13, ale w drugiej połowie Wasps wrócili na prowadzenie – po dwóch karnych było 19:13, a na pięć minut przed końcem zdobyli przyłożenie. I choć Saracens na w ostatniej akcji meczu odpowiedzieli przyłożeniem, zdobyli tylko defensywny punkt bonusowy. Świetna passa Wasps, którzy przecież ostatnio pokonali też Leicester Tigers i Tuluzę.

Lider tabeli, Leicester Tigers, też grał na wyjeździe i też przegrał. Co prawda po pierwszej połowie prowadził 18:5 dzięki wykorzystaniu licznych błędów gospodarzy, potem 21:5, ale druga połowa to popis gry Sale Sharks. Gracze z Manchesteru po przerwie zdobyli cztery przyłożenia, a zwycięstwo przypieczętowali dwoma karnymi AJ MacGinty’ego w końcówce i wygrali 35:26.

Poza tym Worcester Warriors przegrali z Norhtampton Saints 13:29 (goście wykorzystali fakt, że nie musieli zwalniać jeszcze kapitana reprezentacji Walii Dana Biggara – zaliczył 3 podwyższenia i karnego, a także asystę), Newcastle Falcons nie sprostali pnącemu się w górę Gloucesterowi (22:32, tu też swoją obecność na boisku zaznaczył reprezentant Walii, Louis Rees-Zammit, który zdobył niesamowite przyłożenie: https://twitter.com/i/status/1487742756474785799; przyłożenie zdobył też Adam Radwan dla Falcons), a London Irish pokonało Exeter Chiefs 18:14 (choć po kwadransie było 0:14).

Potknięcia Leicester Tigers nie wykorzystali Saracens i Harlequins – sami wszak też przegrali i zarobili tylko po defensywnym punkcie bonusowym. W tej sytuacji Gloucester zrównał się z punktami z Harlequins, a dystans do czołówki mocno zmniejszyli też Northampton Saints.

Poz.DrużynaM.Pkt.
1. Leicester Tigers1351
2. Saracens1344
3. Harlequins1343
4. Gloucester1343
5. Northampton Saints1340
6. ↑London Irish1335
7. ↓Exeter Chiefs1334
8. Wasps1332
9. Sale Sharks1329
10. Newcastle Falcons1324
11. Bristol Bears1221
12. Worcester Warriors1321
13. Bath1314

W Championship znów część spotkań odłożona, a z czołowych drużyn na boisko wybiegły tylko dwie i obie odniosły zwycięstwa: Jersey Reds pewnie pokonali Richmond 29:13, a Cornish Pirates z problemami wygrali na wyjeździe z Coventry 31:21 (zdecydowała druga połowa, bo po pierwszej przegrywali 10 punktami). Na prowadzeniu pozostali jednak Ealing Trailfinders, którzy mają trzy punkty przewagi nad Pirates i Reds (przy czym ekipa z wyspy Jersey ma rozegrane dwa spotkania więcej).

Poza tym Exeter Chiefs ogłosili zerwanie z nawiązaniami do Indian (a raczej „rdzennych Amerykanów”). Nie zmieniają jednak nazwy, a dokonują jedynie korekty identyfikacji wizualnej (coś podobnego jak w przypadku nowozelandzkich Crusaders z końca 2019). W nowym logo pojawił się zamiast indiańskiego wodza w pióropuszu wojownik w celtyckim hełmie, mający nawiązywać do plemienia Dumnonów, zamieszkującego niegdyś ziemie Devonu i Kornwalii.

United Rugby Championship

Na starcie kolejki Ulster grał ze Scarlets. Na początku meczu ekipy wymieniły się karnymi, a przyłożenia zaczęły padać pod koniec pierwszej połowy. Tu skuteczniejsi byli Irlandczycy – na każde przyłożenie Scarlets odpowiadali dwoma swoimi i ostatecznie wygrali 27:15. Zadecydowały w praktyce trzy minuty: w 65. minucie mieliśmy wynik 15:15, a chwilę później już 12-punktową przewagę ekipy z Belfastu.

Ciekawie miało być w meczu Connachtu z Glasgow Warriors, ale emocje mieliśmy tylko przez godzinę. Szkoci świetnie zaczęli mecz, już w pierwszej akcji dociskając gospodarzy do pola punktowego i zdobywając przyłożenie. Jednak Connacht trzymał dystans, a chwilami nawet prowadził. W 50. minucie dzięki kopowi z karnego debiutującego w drużynie łącznika ataku Cathala Forde’a doprowadził do remisu 20:20. Jednak chwilę potem goście zdobyli w odstępie paru minut dwa przyłożenia, na koniec meczu dołożyli kolejne (w sumie szóste) i wysoko wygrali 42:20.

Emocji do samego końca dostarczyli kibicom za to gracze Cardiff i Leinsteru – przy czym ci pierwsi znów zafundowali swoim fanom horror, ale tym razem z happy endem. Bohaterem spotkania został Jarrod Evans, który pięknym kopem asystował przy przyłożeniu i zdobył z podstawki dla gospodarzy 16 punktów, w tym wykorzystał karnego, który dał im zwycięstwo – z ponad 45 metrów w ostatniej akcji (a w czasie meczu przeszedł HIA). Co prawda to dublińczycy zdobyli pierwsze punkty na początku meczu, ale długo nie powiększali swojego dorobku, a po 20 minutach to Walijczycy wyszli na prowadzenie 10:3. I choć Leinster odpowiedział, gospodarze prowadzili schodząc na przerwę 13:10. Po przerwie Evans powiększył przewagę Cardiff dwoma karnymi, ale gdy żółtą kartkę zobaczył walijski wiązacz, Leinster bezlitośnie to wykorzystał, zdobywając dwa przyłożenia i wychodząc na prowadzenie 24:19. Cardiff grając w komplecie zdołał jednak zdobyć ostatnie przyłożenie w tym meczu i na 10 minut przed końcem to gospodarze prowadzili dwoma punktami. Przewagę stracili chwilę potem po kolejnym karnym, ale grali do końca. I ta walka im się opłaciła. Odnieśli niespodziewane zwycięstwo 29:27 nad niewątpliwie najsilniejszą drużyną ligi – fakt, że Leinster oddał aż kilkunastu reprezentantów Andy’emu Farrellowi niewiele zmienia (wszak na boisku był Toner, McGrath, bracia Byrne’owie…).

Poza tym Dragons zremisowali z Benettonem 13:13 (drugi remis w tym sezonie ligowym – Walijczycy wykorzystali duże osłabienie Włochów powołaniami do kadry; wynik był ustalony już na 20 minut przed końcem, a kopacze obu drużyn próbowali w dramatycznej końcówce drop goali – obaj jednak bezskutecznie; a jakby było za mało emocji, Włosi mieli też karnego w ostatniej akcji, z 35 m od bramki, po czerwonej kartce walijskiego młynarza), Zebre przegrało z Munsterem 17:34 (start do gry z nowym trenerem, Emiliano Bergamaschim, nie przyniósł przełamania paskudnej serii Włochów, ale w sumie porażka nie aż tak wysoka, jak można było się spodziewać), a Ospreys pokonali liderów tabeli, Edynburg, 23:19 (gościom nie pomógł hat-trick przyłożeń Boana Ventera – to podobno pierwszy filar, który dokonał tego w historii ligi).

Mieliśmy też kolejną rundę derbów Południowej Afryki. Lions dali się gładko pokonać Bulls 10:34 (14 punktów z kopów Fransa Steyna i 4 przyłożenia, które dały Bulls punkt bonusowy), a Sharks zremisowali ze Stormers 22:22 (gości uratowały dwa karne przyłożenia, jedno na kilkanaście minut przed końcem, a drugie w ostatniej akcji – było tu aż pięć żółtych kartek, z czego cztery dla Sharks, a trzy z nich w ostatnim kwadransie; Sharks na pewno żałują momentu w pierwszej połowie, gdy Boeta Chamberlain zbyt zwlekał z kopem z podstawki – zanim kopnął piłkę, sędzia gwizdnął).

W tabeli po jedenastej kolejce (choć nikt nie rozegrał tylu spotkań, zaledwie jedna drużyna ma ich na koncie 10, a sporo ma ich zaledwie po 7) ciasno w czołówce, a na dwóch pierwszych miejscach widok cieszący szkockich kibiców: Edynburg przed Glasgow Warriors. Tuż za ich plecami jednak trzy irlandzkie ekipy, z których Leinster i Munster mają po jednym meczu rozegranym mniej.

Poz.DrużynaM.Pkt.
1. Edynburg934
2. ↑Glasgow Warriors932
3. ↑Ulster931
4. ↓↓Leinster830
5. Munster829
6. Ospreys1026
7. Benetton Treviso923
8. Connacht920
9. ↑↑Cardiff718
10. Sharks716
11. ↓↓Scarlets716
12. Stormers714
13. ↑↑Bulls712
14. ↓Lions712
15. ↓Dragons811
16. Zebre Parma71

Z kraju

Niedobre wieści dla Master Pharm Rugby Łódź i Paula Waltersa przed rundą wiosenną Ekstraligi: minister sportu i turystyki uchylił uchwałę walnego zgromadzenia PZR o zmianie przepisów dotyczących szkolenia młodzieży i zniesieniu kar nałożonych za ich nieprzestrzeganie. W komunikacie PZR nie ma wiele konkretów (podobnie jak na stronie Związku nie ma jeszcze treści uchwał ze zgromadzenia). Jedyną nadzieją ukaranych pozostaje Trybunał Arbitrażowy ds. Sportu przy PKOl, ale szczerze mówiąc trudno liczyć na to, żeby tu podjęto inną decyzję.

W związku z kontuzją Piotra Zeszutka Ogniwo Sopot wybrało nowego kapitana. Zostanie nim Nowozelandczyk Dwayne Burrows. Nie pierwszy to obcokrajowiec pełniący taką rolę w Ekstralidze, choćby jesienią występował w takiej roli w Orkanie Edwin Jansen.

Ze świata

W Japan Rugby League One w ten weekend tylko jeden mecz odwołany, a aż pięć rozegranych (najlepszy wynik od początku sezonu). Nie doszło do skutku tylko spotkanie Canon Eagles z Shining Arcs (walkower dla gospodarzy z Jokohamy).

W trzech sobotnich meczach padło aż 28 przyłożeń, a najmniejsza liczba punktów zdobytych na boisku wyniosła 56. Toshiba Brave Lupus przegrała z Toyotą Verblitz 23:33 (to teoretycznie trzecie, ale dopiero pierwsze odniesione na boisku zwycięstwo Verblitz, dla zwycięzców 16 punktów z kopów Nowozelandczyka Tiaana Falcona), Kobelco Steelers po zaciętym spotkaniu ulegli obrońcom tytułu, Wild Knights 37:41 (na pół godziny przed końcem mieliśmy prowadzenie 16 punktami gospodarzy, dla których błyszczał Nowozelandczyk Aaron Cruden – 22 punkty, w tym przyłożenie po przechwycie na samym początku spotkania; w końcówce jednak goście wywalczyli zwycięstwo dzięki dwóm przyłożeniom australijskiej gwiazdy Mariki Koroibetego oraz przyłożeniu w ostatniej minucie uznanego najlepszym zawodnikiem meczu reprezentanta Japonii Shoty Horiego), a Kubota Spears pokonali Green Rockets aż 59:26 (tu gwiazdami meczu byli dwaj obcokrajowcy z zespołu gospodarzy: południowoafrykański mistrz świata, młynarz Malcolm Marx, który zdobył trzy przyłożenia, oraz wybrany graczem meczu australijski łącznik ataku Bernard Foley, który zaliczył 19 punktów – 7 podwyższeń i przyłożenie).

W niedzielę też sporo emocji i punktów. Po dwóch weekendach przerwy na boisko wybiegli Blue Revs i spotkali się z inną stołeczną drużyną, Sungoliath – po zaciętym spotkaniu przegrali 33:36 (gospodarzom nie pomogła nawet czerwona kartka Tevity Tatafu z Sungoliath w pierwszej połowie – walka toczyła się do ostatnich chwil, a decydujące przyłożenie goście zdobyli w końcowych sekundach meczu; najlepszym graczem spotkania wybrano Australijczyka Seana McMahona). W ostatnim meczu kolejki pierwszy raz w tym sezonie na boisko wybiegła ekipa Shizuoka Blue Revs (poprzednie trzy kolejki to trzy walkowery na ich niekorzyść) i zaczęła sezon od zwycięstwa: pewnie pokonała Red Hurricanes 36:13 (dla gości z Osaki to czwarta porażka z rzędu, z czego trzecia na boisku; do przerwy było 14:13, ale po przerwie cztery przyłożenia zdobyli Blue Revs). W tabeli na czele jedyna drużyna z kompletem zwycięstw (trzema boiskowymi i jednym z zielonego stolika), Tokyo Sungholiath.

Przed Pucharem Sześciu Narodów jakoś mało spokoju w reprezentacji Anglii. Nowa kontuzja Owena Farrella okazała się na tyle poważna, że na boisko w ramach turnieju nie wybiegnie. Cóż, Eddie Jones ma jeden dylemat mniej, bo trudno pomijać kapitana w ustawieniu wyjściowej piętnastki, a zarówno na pozycję łącznika ataku, jak i środkowego miał kandydatów w lepszej formie. Braknie też innego doświadczonego gracza, Jonny’ego May’a, choć ten ma nadzieję powrócić na ostatnie spotkania, oraz jednego z debiutantów, kontuzjowanego Tommy’ego Freemana. Pozytywne testy covidowe mieli z kolei Joe Marler i Joe Marchant. Do kadry trafili zatem doświadczeni George Ford i Elliot Daly, a także znakomici młodzi zawodnicy: Adam Radwan i Louis Lynagh. Kapitanem ma być Courtney Lawes, który jednak obecnie nie trenuje – po urazie głowy przechodzi kolejne etapy protokołu wstrząśnieniowego. Na dodatek kadra miała jeszcze pożar w hotelu (nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło – po ewakuacji trafili do pubu).

Szkoci z kolei stracili dwóch skrzydłowych i w związku z tym powołali do kadry Seana Maitlanda z Saracens. We Francji do kadry wraca covidowa grupa z Dupontem i Ntamackiem na czele.

Przy okazji oficjalnej inauguracji imprezy dyrektor wykonawczy Six Nations, Ben Morel, zapytany o możliwy system spadków i awansów, odpowiedział oczywiście, że taki temat obecnie nie istnieje. Dodał, że oczywiście rozumie, że musi istnieć ścieżka dla „wschodzących” narodów do elity rugby. Cóż, wspomniał enigmatycznie o jakimś formacie z udziałem owych „wschodzących” w okienkach międzynarodowych, ale miał na myśli zdaje się plany World Rugby, obecnie dotyczące 2024 i nadal zdaje się kładące nacisk na mecze w ramach elity. Paradoksalnie, trener Włoch Kieran Crowley, powiedział, że włoskiemu rugby mogłoby to pomóc (choć pewnie jego szefowie mają odmienne zdanie). Nawiasem mówiąc, Crowley miał namawiać do występów dla Włoch Aleksa Lozowskiego i Louisa Lynagha – obaj jednak najwyraźniej mu odmówili.

Z innych nowinek związanych z Pucharem – zapowiedziano drobną zmianę przepisów, która będzie testowana podczas imprezy. Młynarze podczas wiązania młyna będą musieli mieć wystawioną jedną nogę do przodu (będą ją cofać dopiero przed komendą „set”). Wszystko dla zwiększenia bezpieczeństwa w tym fragmencie gry.

Szykują się też młodzieżówki do równoległego turnieju. Sporo uwagi w Walii przyciąga powołanie do kadry U20 zaledwie 17-letniego Morgana Morse’a, który wyjątkowo wyróżnia się w juniorach Ospreys. Z kolei kobiecy turniej (który odbędzie się nieco później) zyskał sponsora tytularnego: TikToka…

Przed Rugby Europe Championship wzmocnienia kadr dzięki możliwości zmiany reprezentacji. W kadrze Rosji mamy zobaczyć dwóch niemłodych już zawodników z STM-Jenisieju Krasnojarsk, Maksyma Gargałyka, który reprezentował wcześniej Mołdawię, oraz Antona Makarenkę, który grał dla Kazachstanu. W składzie jest też grający wcześniej dla Mołdawii Wiktor Archip z Krasnego Jaru. Wszyscy dzięki miejscu urodzenia w ZSRR. Z kolei Hiszpanie mają sięgnąć po jednego z graczy, których wystawienie w meczach REC w 2018 kosztował ich szansę awansu na Puchar Świata w 2019 – nowe zasady spowodowały, że teraz urodzony we Francji Mathieu Belie może być uprawniony do gry w ich barwach. A wśród Portugalczyków znajdziemy skrzydłowego Pau, Vincenta Pinto.

Po tym, jak okazało się, że niemożliwe są podróże pomiędzy Australią i Nową Zelandią (przynajmniej na razie) i postanowiono w pierwszej części sezonu rozgrywać pojedynki wewnątrz krajów, nadeszły nowe kłopoty dla Super Rugby. W Nowej Zelandii rozszerzane są obostrzenia przeciwpandemiczne. Odwołano z tego powodu przedsezonowy sparing Highlanders z Moana Pasifika, a w nowozelandzkiej prasie pojawiły się nieoficjalne informacje o tym, że drużyny z tego kraju rozważają możliwość przeniesienia się do bańki covidowej w położonym na Wyspie Południowej Queenstown. Problemy ma też australijski Western Force – w związku z ograniczeniami w przekraczaniu granic Australii Zachodniej, co najmniej pierwsze swoje mecze zagra poza Perth, na wschodnim wybrzeżu.

W Południowej Afryce nagradzano za dokonania na boisku w 2021. Najlepszym graczem roku został kapitan reprezentacji, Siya Kolisi. Odkryciem roku został obrońca Aphalete Fassi z Sharks (swoją drogą, to właśnie on popełnił w ten weekend błąd w ostatniej akcji meczu, dzięki któremu Stormers zdobyli karne przyłożenie, a Sharks stracili zwycięstwo), najlepszym trenerem zaś szkoleniowiec Bulls Jake White. Nie było kategorii dla chłopców od podawania wody oraz gwiazd ekranu…

Po dwóch latach pandemicznej przerwy wróciło rugby w Sri Lance. Właśnie rozpoczęto sezon 2022, który będzie rozgrywany w okrojonym formacie (jedna runda, bez rewanżów, czyli 7 spotkań każdej ekipy) i za zamkniętymi drzwiami. Dotkliwym ciosem jest wycofanie się głównego sponsora ligi, największej tamtejszej firmy telekomunikacyjnej Dialog. W innym azjatyckim kraju, Libanie, właśnie (z małym poślizgiem) skończono rozgrywki ligowe sezonu 2021 – w finale Black Lions z położonego na przedmieściach stolicy Jamhouru pokonali stołecznych Phoenicians 22:12. Mecz można zobaczyć tutaj: https://www.facebook.com/233511210151579/videos/3039356662998121. W mistrzostwach, rozegranych pierwszy raz po dwuletniej przerwie, uczestniczyły zdaje się tylko trzy ekipy.

World Rugby ogłosiło plany dotyczące kolejnego Pucharu Świata kobiet – 2025. Najważniejsza zmiana dotyczy liczby drużyn, która ma wzrosnąć z 12 do 16. Automatyczny awans na tę imprezę mają otrzymać gospodarz oraz półfinaliści imprezy zaplanowanej w Nowej Zelandii na jesień tego roku (spora różnica na lepsze w stosunku do męskiego Pucharu Świata, gdzie awans otrzymuje na podstawie lokat z poprzedniej edycji aż 12 ekip, a więc ponad połowa uczestników). Kolejne sześć drużyn ma trafić tam z kwalifikacji regionalnych (po jednej z każdego regionu), a pozostałe – z zaplanowanych do uruchomienia na 2023 światowych, trzypoziomowych rozgrywek WXV. Gospodarza imprezy oficjalnie jeszcze nie znamy, ale wiele wskazuje na to, że będzie nim Anglia.

Na stronie federacji azjatyckiej opublikowano uaktualniony kalendarz imprez na 2022. Pojawiły się m.in. konkretne daty Asia Rugby Championship, które stanowi azjatycki etap kwalifikacji do Pucharu Świata 2023. Mecze pomiędzy Hongkongiem, Koreą Południową i Malezją mają się odbyć między 27 kwietnia i 4 maja. Ma być jedna runda, bez rewanżów, a miejsca ich rozegrania jeszcze nie podano. Zaplanowano także (ramowo) rozgrywki trzech niższych poziomów mistrzostw.

Arcyciekawy plan na jesień mają walijscy Scarlets: 31 października minie 50 lat od słynnego zwycięstwa Llanelli nad Nową Zelandią. I ponoć bliskie finalizacji są rozmowy w sprawie uczczenia tej rocznicy meczem Scarlets z All Blacks, dla których to mogłoby być przygotowanie do listopadowych testów w Europie (jednym z nich prawdopodobnie będzie mecz z Anglią na Twickenham). A przy okazji ślad powrotu do romantycznych wypraw z amatorskich czasów, gdy reprezentacje, skoro już trafiły na drugi koniec świata, grały sporo meczów z drużynami klubowymi czy reprezentacjami regionów.

Z wieści transferowych:

  • reprezentant Australii Kurtley Beale nie odnowi kontraktu z Racingiem 92 – zamierza po sezonie wrócić do Australii (zapewne do Waratahs), aby przygotowywać się do gry w kadrze podczas Pucharu Świata;
  • inna gwiazda australijskiego rugby, 39-letni Matt Giteau postanowił porzucić plan przejścia na emeryturę i przedłużył kontrakt z LA Giltinis.

Polacy za granicą

Wieści o naszych reprezentantach z lig zagranicznych – jak zwykle sprzed tygodnia.

Anglia:

  • National League 1: Aron Strumiński wrócił do składu Taunton Titans. Zagrał 51 minut w meczu z Bishop’s Stortford, zremisowanym 29:29. Jego drużyna jest na ósmy miejscu tabeli, w samym środku stawki;
  • National League 2 North: Ross Cooke zdobył przyłożenie w meczu Tynedale ze Stourbridge. Grał cały mecz, a przyłożenie zaliczył w samej końcówce spotkania. Dało ono jego drużynie tylko punkt bonusowy – mecz przegrała 26:52 (do przerwy było 0:38). Pozostała na dwunastym miejscu w lidze;
  • Midlands Premier: Grzegorz Szczepański i Ed Krawiecki zagrali w meczach swoich drużyn i obaj zaznali goryczy porażek. Bridgnorth Szczepańskiego przegrało 33:35 z Doncaster Phoenix, a Bromsgrove Krawieckiego aż 5:45 z Syston. Obie ekipy spadły o jedno miejsce w tabeli: Bridgnorht z pierwszego na drugie, a Bromsgrove z czwartego na piąte;
  • North Premier: Sam Stelmaszek od pierwszej minuty zagrał na dziewiątce w barwach Macclesfield przeciwko York. Rywale wygrali 30:22, a Macclesfield spadło z piątego na ósme miejsce;
  • South West Premier: Eryk Łuczka tym razem jako zmiennik w meczu Hornets z Old Redcliffians, przegranym 23:33. Zachowała trzecie miejsce w tabeli, a rywale będący na drugim miejscu zwiększyli swoją przewagę punktową.

Francja:

  • Pro D2: Andrzej Charlat z powrotem w składzie Nevers – grał 78 minut, a jego drużyna przegrała z liderem ligi, Oyonnax 8:19 i spadła z czwartego na piąte miejsce;
  • Fédérale 1, grupa 1: Mateusz Bartoszek zagrał 59 minut w meczu Bassin d’Arcachon przeciwko Périgueux – przegranym 15:18. RCBA pozostało jednak szóste w tabeli;
  • Fédérale 1, grupa 3: Quentin Cieśliński wyszedł w podstawowym składzie Lavaur w starciu z Pamiers. Jego drużyna przegrała 9:21 i nadal jest przedostatnia w grupie;
  • Fédérale 2, grupa 2: Jędrzej Nowicki zaczął na ławce rezerwowych spotkanie Pontarlier z Paris Université Club, przegrane 7:28, a jego drużyna spadła na siódme miejsce w tabeli;
  • Fédérale 2, grupa 6: Tomasz Hebda w podstawowym składzie Lourdes – jednak i tu porażka, 23:24 z Miélan Mirande Rabastens. Gracze z Lourdes zajmują dziesiątą lokatę.

Szkocja:

  • National League Division 1: Dan Tomanek w Stirling County znów na ławce rezerwowych zaczął mecz z Boroughmuir, wygrany 33:31. Jego ekipa zajmuje ósme miejsce w tabeli. Z kolei Craig Bachurzewski po długiej przerwie wrócił do gry w Biggar. Także na ławce zaczął wygrany 12:10 mecz z Kelso, a jego drużyna to wicelider ligi.

Walia:

  • League 2 West: Jakub Małecki wyszedł w pierwszym składzie Burry Port, a jego drużyna pokonała 24:17 Milford Haven. Jest jedyną niepokonaną drużyną w lidze, ale zajmuje piąte miejsce – wyprzedzają ją drużyny z większą liczbą rozegranych spotkań.

Zapowiedzi

Za tydzień rusza rugbowe święto Europy – Puchar Sześciu Narodów. Na start starcia Szkocji z Anglią, Irlandii z Walią oraz Francji z Włochami. Oprócz tego także pierwsza kolejka tegorocznego Rugby Europe Championship: Hiszpania – Holandia, Rumunia – Rosja i Gruzja – Portugalia.

W cieniu Sześciu Narodów grają czołowe ligi europejskie. W siedemnastej kolejce Top 14 m.in. mecz Clermont z Bordeaux. W piętnastej rundzie Premiership m.in. spotkanie Gloucester z Irish. W URC nadrabianie zaległości (Ulster – Connacht oraz derby Południowej Afryki: Bulls – Lions i Stormers – Sharks). Poza Europą Currie Cup i Japan Rugby League One oraz rusza Major League Rugby (obrońcy tytułu, LA Giltinis, zagrają z Houston Sabercats).

Nadzwyczajny dodatek rysunkowy

Prezent od córki 🙂

4 komentarze do “Drugi krok”

Skomentuj Grzegorz B Anuluj pisanie odpowiedzi