Triumfy Pogoni i siódemkowej reprezentacji

W Siedlcach kibice cieszyli się z historycznego triumfu tamtejszej Pogoni – pierwszy raz sięgnęła po tytuł mistrza Polski seniorów. W całym kraju cieszyliśmy się natomiast ze zwycięstwa siódemkowej reprezentacji panów w turnieju Rugby Europe Sevens Trophy w Makarskiej. A w czołowych ligach na świecie mamy sporo emocji związanych z końcówkami sezonów.

Ekstraliga

Ostateczne rozstrzygnięcia zapadły w Ekstralidze – decydujące o medalach mecze wygrywali faworyci, ale po zaciętej walce. A kibice wypełniający niemal po brzegi trybuny w Siedlcach i widzowie Polsat Sport Fight (do którego to kanału polskie rugby wróciło po paruletniej przerwie) byli świadkami koronacji nowego mistrza Polski – jedenastego w historii rozgrywek ligowych.

Pogoń Awenta Siedlce – Orlen Orkan Sochaczew 21:9. Finałowy mecz nie porwał poziomem, w czym zapewne spory udział miał ulewny deszcz, który powitał rugbystów na boisku, a kto wie, czy także nie wysoka stawka spotkania. Przez 20 minut punktów nie było żadnych: sochaczewianie zatrzymali dwa maule siedlczan, a Pieter Steenkamp nie trafił z karnego. Potem punkty się pojawiły, ale tylko z karnych – dwukrotnie trafił Steenkamp, na co dwukrotnie odpowiedział Ndlovu (który też raz spudłował). Skończyło się zatem wynikiem 6:6. Górowała obrona, w której zwłaszcza imponowali sochaczewianie (słabszy moment mieli pod sam koniec, gdy w ciągu paru minut dali rywalom trzy szanse na punkty z karnych), sporo było błędów (zresztą w drugiej połowie także), a ani razu nie zapachniało na boisku przyłożeniem.

Po przerwie przewaga Pogoni zaczęła rosnąć, co było widoczne zwłaszcza w młynach dyktowanych. Ale nadal długo nie było szans na przyłożenia, a punktowanie znowu zaczął z karnego Steenkamp wyprowadzając Orkan na skromne prowadzenie. Dopiero po kwadransie gry w tej części spotkania siedlczanie zaczęli wchodzić w pole 22 m rywali. Zaczęło się od wygranego młyna Orkana na jego połowie i choć ta akcja skończyła się stratą, a moment później zatrzymany w ostatniej chwili został Vaha Halaifonua, ten fragment meczu skończył się pierwszym przyłożeniem – po walce na linii bramkowej pięć punktów zaliczył Łukasz Korneć. Na 10 minut przed końcem gospodarze mieli już 7 punktów przewagi po karnym Ndlovu, a sochaczewianie zaprzepaścili chyba ostatnią szansę na odwrócenie wyniku – przerzucili swój aut w polu 22 m Pogoni. A w końcówce przycisnęli jeszcze siedlczanie, ładną akcją popisał się Patryk Reksulak, a ostatecznie po młynie zapunktował Halaifonua, przebijając się przez czterech rywali.

Historyczna wygrana Pogoni, jej pierwsze złoto w historii. Ciekawostką jest fakt, że w zwycięskiej drużynie mieliśmy tylko czterech zawodników ze składu drużyny sprzed dwóch lat, zanim dołączyli do niej „skrzacy” i zaczęły się wielkie (jak na nasze ligowe warunki) transfery. Zobaczymy jak ta historia się dalej potoczy.

Energa Ogniwo Sopot – Life Style Catering Arka Gdynia 40:31. Znacznie efektowniej było w meczu o brąz, gdzie przyłożeń padło aż dziewięć. Zaczęło się zgodnie z przewidywaniami – co prawda pierwsze ataki Ogniwa punktów nie przyniosły, wynik otworzył Dawid Banaszek, ale w ciągu krótkiej chwili zrobiło się 14:3 po dwóch piątkach Wiktora Wilczuka. Wtedy sytuacja się odwróciła – kolejny karny Banaszka, a potem 10-punktowa akcja Arki (przechwyt Jakuba Kuzimskiego, przyłożenie Adama Litwińczuka, skuteczne podwyższenie Banaszka, a potem zamiast wznowienia jeszcze skuteczny karny Banaszka z połowy boiska – trudno powiedzieć, czy słusznie podyktowany, bo wydawało się, że przewinienie sygnalizowane przez sędziego miało miejsce w chwili przyłożenia). Ba, chwilę potem po kolejnym karnym było 19:14 dla Arki. Do końca połowy Ogniwo jednak z powrotem było na prowadzeniu 26:19.

Druga połowa zaczęła się od podwyższenia prowadzenia Ogniwa – aut na 5 m, maul i trzecie przyłożenie w meczu Wilczuka. A potem zaczęło lać. Gdynianom nie pomogło bezsensowne zachowanie rwacza w młynie ukarane żółtą kartką, i w efekcie stracili kolejne, szóste już przyłożenie (w wykonaniu Piotra Zeszutka) i po kwadransie tej części spotkania było 40:19. Ogniwiacy zaczęli wtedy zbierać żółte kartki (m.in. dobre wrażenie z wcześniejszej części meczu popsuł Wilczuk), a gdynianie w końcówce meczu zaczęli na boisku dominować. Po przyłożeniu na skrzydle Dominika Mohyły dzięki ładnemu przekopowi Banaszka mieli już tylko 14 punktów i straty i przez ostatnie 10 minut mieli kilka szans, aby tę stratę zredukować. Kolejne przyłożenie udało im się zdobyć dopiero jednak w ostatniej akcji meczu.

Arka pokazała charakter, ale ostatecznie to Ogniwo wygrało, zdobyło swój dziewiąty medal z rzędu i 25. w historii. Skład podium identyczny jak rok temu, tylko każda z drużyn zmieniła swoją pozycję. Szkoda tylko, że termin meczu o brąz ustalono tak, aby jego końcówka nakładała się na start meczu o złoto. W kolejkach „normalnych” można to wybaczyć (grania jest znacznie więcej), ale w takim momencie – nie.

Reprezentacja Polski w rugby 7 mężczyzn / Rugby Europe Sevens

Reprezentacja Polski mężczyzn w rugby 7 poleciała do chorwackiej miejscowości Makarska, aby tam rywalizować w pierwszym z dwóch turniejów mistrzostw Europy (w grupie Trophy, czyli na drugim poziomie rozgrywek). Wiara w szybki powrót do Championship została zachwiana występami sprzed roku, ale liczyliśmy, że teraz będzie lepiej. I było lepiej, a pierwszy krok do awansu został zrobiony.

Początek pierwszego meczu fazy grupowej był kiepskim prognostykiem – pierwszą połowę meczu z Rumunami nasi zawodnicy spędzili na własnej połowie, popełniając błędy i tracąc przyłożenia. Dopiero w ostatniej akcji przed przerwą Renee Strutynski przedarł się na pole punktowe rywali po pierwszej połowie było 5:12. Druga odsłona zaczęła się lepiej – to Polacy zamknęli rywali na ich części boiska i choć nie wykorzystywali podwyższeń, przyłożenia Arsenija Pastiuchowa i Tomasza Pozniaka dały im prowadzenie 15:12. Rumuni przebudzili się, zdobyli przyłożenie, ale skutecznie zablokowany przez Pozniaka kop rywala pozwolił wyprowadzić mu kontrę, która dała nam zwycięstwo 22:17. W meczu z Norwegami nasi pierwszą połowę wygrali 14:0 po przyłożeniach Pozniaka i Ksawerego Strussa. Kluczowa jednak była postawa w obronie, zarówno na początku, jak i na koniec pierwszej połowy. W drugiej połowie dwa kolejne przyłożenia Pozniaka ustaliły wynik na 24:0. Na koniec fazy grupowej przyszło nam się mierzyć z gospodarzami turnieju, Chorwatami. Polacy zaczęli od nadziania się na kontrę, ale odpowiedzieli przyłożeniem Pozniaka, a potem po dłuższym okresie przewagi przyłożył Strutynski i do przerwy było 12:7. Drugą połowę nasi zawodnicy zaczęli od podwyższenia prowadzenia po przyłożeniu Pastiuchowa, ale bliskie wydawałoby się zwycięstwo wymknęło im się z rąk – Chorwaci zaatakowali, zdobyli dwa przyłożenia, i nawet wygraliby gdyby nie pudło z niezbyt trudnego podwyższenia. Ostatecznie padł remis 19:19, który dał Polakom pierwsze miejsce w grupie.

W ćwierćfinale rywalami Polaków byli Duńczycy. Sporo czasu z piłką w rękach w pierwszej połowie przyniosło efekt dopiero po sześciu minutach gry – po indywidualnej akcji Pozniaka prowadziliśmy 7:0. Drugą połowę rozpoczęliśmy od przyłożenia Strutynskiego, ale potem przebudzili się rywale – ich przyłożenie nie tylko oznaczało stratę 7 punktów, ale także kartkę Pastiuchowa za atak na szyję przykładającego zawodnika. Ostatnie minuty graliśmy w osłabieniu w osłabieniu, co Duńczycy (po naszym błędzie chwytu na własnej połowie) natychmiast wykorzystali i wyszli na prowadzenie 14:12. Jednak ostatnie słowo należało do naszych – mimo jednego gracza mniej na boisku przeszli zespołową akcją przez całą jego długość i przyłożenie zdobył Strutynski, dając nam wygraną 17:14. W półfinale graliśmy z Łotwą i ten mecz zaczął się dla nas fatalnie – po trzech minutach było 0:14. Pod koniec pierwszej połowy nadzieję dało nam przyłożenie Pozniaka, którzy przeszedł skrzydłem. Druga połowa miała powtarzalny schemat: groźne ataki rywali, powstrzymywane skuteczną obroną, i kontry przez całe boisko Polaków – za pierwszym razem Pozniak nie dał rady, ale przy drugiej zapunktował Lucas Niedzwiecki, a przy trzeciej, w ostatniej akcji meczu, 80-metrowym sprintem popisał się Ksawery Struss i Polacy wygrali rzutem na taśmę 19:14.

W finale Polacy zagrali z Ukrainą (w której składzie był znany nam z polskich boisk Jewhenij Owerczuk). Polacy znakomicie zaczęli – nim mineło 20 sekund po rajdzie skrzydłem zapunktował Pozniak. Moment później było już jednak 5:7, a po kolejnym zatrzymanym polskim ataku 5:12. Na szczęście na koniec, mimo błędu przy odbiorze wznowienia, Polacy wywalczyli piłkę i zabójczą kontrę wyprowadził Strutynski – do przerwy nasi przegrywali dwoma punktami, 10:12. W drugiej połowie emocjonujący początek: zaczęliśmy od żółtej kartki Aleksandra Czerniaka. Na szczęście w ostatniej chwili powstrzymany został niemal pewien przyłożenia rywal, a Struss przeprowadził zabójczą 100-metrową kontrę. Co prawda zaszarżowany wypuścił piłkę z rąk nad polem punktowym, ale szarża była wysoka i sędziowie wyrównali siły na boisku, a naszej drużynie przyznali karne przyłożenie. Reszta drugiej połowy była dla nas nerwowa: to Ukraińcy atakowali, a nasi się bronili. Na minutę przed końcem nasi zawodnicy przegrali własny aut, ale na szczęście rywale swojego ataku nie rozegrali spokojnie i piłkę stracili. Polacy wygrali zatem 17:12, triumfując w całym turnieju. Nie był to jednak triumf do końca przekonujący – większość spotkań była rozstrzygnięta na styku. Wygrana jest jednak wygraną, charakteru naszym zawodnikom nie brakło i do awansu do Championship pozostał tylko jeden krok. A na dodatek MVP turnieju został Tomasz Pozniak, który w sześciu meczach zdobył 9 przyłożeń.

A trzecie miejsce zajęli Rumuni po wygranej nad Łotwą 31:12.

Wśród pań pierwszy krok do powrotu Championship zrobiły Turczynki, które w finale wygrały z Dunkami 14:10, decydujące przyłożenie zdobywając w ostatniej akcji meczu. Trzecie miejsce dla Ukrainek, a czwarte dla Węgierek.

Znamy też skład grup w rywalizacji kobiet w przyszłym tygodniu na poziomie Championship (także w Makarskiej). Wśród kandydatów do medalu można wymieniać aż siedem drużyn – Polki uniknęły grupy A, w której zmierzą się Francuzki, Irlandki i Czeszki, natomiast rywalkami naszych zawodniczek będą Hiszpanki, a także Włoszki i Portugalki. W składzie naszej reprezentacji nie ma niespodzianek – dwanaście zawodniczek Biało-Zielonych i dwie legionistki.

Top 14

Bardzo dużą stawkę miały niemal wszystkie spośród rozgrywanych w sobotę meczów ostatniej kolejki fazy zasadniczej francuskiej ligi Top 14.

Section Paloise – Stade Rochelais 32:18. Chyba największą wagę miało starcie Pau i La Rochelle, bezpośrednio rywalizujących o awans do strefy play-off (a w przypadku Pau – także o utrzymanie w czołowej ósemce, co dawało awans do Champions Cup). Roszelczycy grali na wyjeździe, ale to nie powinno było stanowić dla nich przeszkody, bo w ostatnich sześciu sezonach regularnie w Pau wygrywali. Bardziej na pewno ciążył im brak kapitana, Grégory’ego Alldritta, ale do przerwy prowadzili dwoma punktami. Po przerwie gospodarze zyskali przewagę po karnym Joe’go Simmondsa, ale na 20 minut przed końcem La Rochelle wróciło na czoło – było 11:17. Ostatnie 10 minut należało jednak do Pau – trzy przyłożenia (w tym dwa zdobyte mimo gry w osłabieniu po żółtej kartce) rozstrzygnęły spotkanie. Bardzo duży wkład w wygraną miał wszechobecny na boisku Gruzin Beka Gorgadze. Porażka kosztowała La Rochelle spadek na siódme miejsce i wypadnięcie z gry o mistrzostwo Francji, ale Pau także do czołowej szóstki się nie załapało, a wygrana oznaczała jedynie obronienie miejsca dającego kwalifikację do elitarnych rozgrywek europejskich.

Poza tym:

  • Aviron Bayonnais – RC Toulonnais 18:10 (Tulon jeszcze mógł liczyć na awans na drugie miejsce, ale nie spełnił jednego z dwóch koniecznych warunków – przegrał z Baskami na wyjeździe; gospodarze do przerwy prowadzili 15:3 i pewnie wygrali – tulończycy jedyne swoje przyłożenie zdobyli na sam koniec meczu; w Bajonnie święto – pierwszy awans do fazy finałowej ligi od czasu profesjonalizacji ligi);
  • Lyon OU – Racing 92 34:47 (zaczęło się znakomicie dla gospodarzy, którzy w pierwszej połowie zdobyli 4 przyłożenia i prowadzili nawet 19 punktami, ale po przerwie zaliczyli już tylko jedną piątkę, a stracili cztery; w doliczonym czasie gry skutecznym karnym pożegnał się z bosikiem kończący tym meczem karierę związaną w całości z Racingiem Henry Chavancy; dobry występ Henry’ego Arundella, który zdobył dwa przyłożenia dla gości, oraz Dawita Niniaszwiliego, który zaimponował m.in. znakomitą akcją z asystą);
  • Montpellier Hérault – ASM Clermont 10:23 (niesłychanie ważne, wyjazdowe zwycięstwo Clermont, które dzięki potknięciu La Rochelle dało mu awans do fazy pucharowej; dla Montpellier to bolesna porażka, pozostawiająca go w dole tabeli, bez awansu do Champions Cup; Clermont na prowadzenie wyszło bardzo szybko i wygrana tej drużyny nie była właściwie zagrożona do końca spotkania);
  • Union Bordeaux-Bègles – RC Vannes 59:28 (ostatnia szansa Bretończyków – aby marzyć o pozostaniu w Top 14 musieli wygrać i liczyć na potknięcia rywali; i faktycznie przez 50 minut toczyli walkę jak równy z równym z nowo koronowanymi mistrzami Europy – w 47. minucie nawet wyszli na prowadzenie 21:19; jednak pięć przyłożeń straconych między 55. a 67. minutą rozstrzygnęło spotkanie; dublety w tym meczu zaliczyli znakomici gracze ataku Bordeaux: Louis Bielle-Biarrey, Damian Penaud i Nicolas Depoortère; wygrana Bordeaux zapewniła tej drużynie bezpośredni awans do półfinału);
  • Stade Français – Castres Olympique 21:10 (zaczęło się od 0:10, a skończyło 21:10; zwycięstwo paryżan zapewniło im pozostanie w Top 14, a Castres mimo przegranej utrzymało się w czołowej szóstce);
  • USA Perpignan – Stade Toulousain 42:35 (po pierwszej połowie wydawało się, że Tuluza pewnie pokona jedną z najsłabszych ekip w lidze – punktowanie zaczął Romain Ntamack, a do przerwy było 21:7; jednak po przerwie Katalończycy wykorzystali okres osłabienia liderów tabeli po dwóch żółtych kartkach, zdobyli w tym czasie trzy przyłożenia, które dały im prowadzenie, a przypieczętowali wygraną kolejnymi dwoma piątkami w ostatnich 10 minutach; dla Tuluzy to porażka bez znaczenia matematycznego, ale na pewno bolesna; dla Perpignan wygrana oznaczała, że Vannes już go nie dogoni, ale sami także nie dogonili Stade Français).

Ostatnia kolejka przyniosła jedną zmianę w tabeli: z siódmego na piąte miejsce awansowało Clermont, które tym samym wywalczyło awans do play-off, a pozbawiło tej szansy La Rochelle. Składy ćwierćfinałów: Tulon – Castres (na zwycięzcę w półfinale czeka Bordeaux) oraz Bajonna – Clermont (zwycięzca w kolejnej rundzie pojedzie do Tuluzy). Poza czołową ósemką awansującą do Champions Cup m.in. Racing 92 (pierwszy raz od 15 lat). Spada z ligi bretońskie Vannes, a o utrzymanie w barażu powalczy Perpignan.

Poz.DrużynaM.Pkt.
1.Stade Toulousain2690
2.Union Bordeaux-Bègles2678
3.RC Toulonnais2672
4.Aviron Bayonnais2668
5. ↑↑ASM Clermont2663
6. ↓Castres Olympique2663
7. ↓Stade Rochelais2662
8.Section Paloise2661
9.Montpellier Hérault2656
10.Racing 922656
11.Lyon OU2650
12.Stade Français2645
13.USA Perpignan2644
14.RC Vannes2536

A rywalem Perpignan w barażu o utrzymanie będzie Grenoble, które drugi raz z rzędu zostało wicemistrzem Pro D2. Po sprawieniu niespodzianki w ćwierćfinale ligi, sensacji w półfinale, gdzie pokonało Brive, Montauban poszło za ciosem i jeszcze większą sensację sprawiło w finale, wygrywając z liderem po fazie zasadniczej 24:19 (a przypomnijmy – Montauban w części ligowej było zaledwie szóste, tracąc do Grenoble aż 21 punktów). Goście na początku drugiej połowy prowadzili już nawet 21:6 (m.in. dzięki drop goalowi Jérôme’a Bosviela kończącemu pierwszą odsłonę) i choć potem faworyci gonili wynik, dogonić nie zdołali. Montauban wraca do Top 14 po 15 latach przerwy.

United Rugby Championship

W United Rugby Championship mieliśmy drugi etap rozgrywek pucharowych, półfinałowy. I dwa mecze na dwóch półkulach: półfinał europejski i półfinał południowoafrykański.

Leinster – Glasgow Warriors 37:19. W europejskim półfinale triumfował Leinster – powstrzymał broniących mistrzowskiego tytułu Szkotów mimo braku na boisku kolejnych dwóch swoich gwiazd kontuzjowanych w ćwierćfinale (Josha van der Fliera i Hugo Keenana). Kilka tygodni temu w starciu tych drużyn w Champions Cup było 52:0, teraz wygrana Leinsteru była sporo niższa, choć mimo to bardzo pewna (znacznie wyższa i pewniejsza niż jeszcze świeższe ligowe 13:5). Co prawda na pierwsze przyłożenie dublińczyków na samym początku meczu (w wykonaniu niezawodnego Dana Sheehana), goście natychmiast odpowiedzieli, ale dominacja Irlandczyków rosła i choć Sam Prendergast miał kłopoty z podwyższeń (zresztą, w ogóle nie błysnął), pierwszą połowę wygrali 25:5, mając na koncie już cztery przyłożenia (w tym dublet Sheehana). Po przerwie niemoc Szkotów trwała – punkty zdobyli dopiero w ostatnich 10 minutach, gdy na zmianę końcowego rozstrzygnięcia było za późno (w tamtym momencie było już 37:5). Efektem wygranej Leinsteru jest pierwszy od czterech lat awans do finału ligi i zachowanie nadziei na zdobycie przynajmniej jednego z dwóch upragnionych tytułów.

Bulls – Sharks 25:13. Południowoafrykański finał także wygrali gospodarze. Co prawda to Sharks mieli więcej gwiazd w swoich zespole, a Bulls pomagali im brakami w dyscyplinie (trzy żółte kartki, w efekcie dwa razy zostawali na boisku nawet w trzynastkę), jednak to gracze z Pretorii cieszyli się ze zwycięstwa. Początek poszedł na konto Bulls, którzy po 12 minutach oraz przyłożeniu i asyście Sebastiana de Klerka prowadzili 12:3 (ta asysta po fatalnym błędzie Jadena Hendriksego, bohatera największej kontrowersji sprzed tygodnia). Pierwsza połowa skończyła się prowadzeniem gospodarzy 15:6, a potem Sharks wreszcie skorzystali z podwójnej przewagi liczebnej – na początku drugiej połowy pierwsze przyłożenie zaliczył Makazole Mapimpi. Gdy Bulls byli w komplecie Sharks jeszcze raz zapunktowali, ale to gospodarze wciąż prowadzili (żadne z przyłożeń Sharks nie zostało podwyższone i było 15:13). A w końcówce utrzymali dyscyplinę i na kwadrans przed końcem zdobyli decydujące punkty. Wart uwagi pokaz dominacji Bulls w młynie – a przecież walczyli z formacją naszpikowaną Springbokami.

Finał pomiędzy Leinsterem i Bulls (powtórka półfinału sprzed roku) zostanie rozegrany w Dublinie, a jego areną będzie ponad 80-tysięczny Croke Park.

Ponadto w URC nagradzano najlepszych zawodników kończącego się sezonu. Za gwiazdę sezonu uznano RG Snymana z Leinsteru, natomiast najlepszym trenerem został uznany szkoleniowiec Zebre, Massimo Brunello (włoska drużyna, choć wciąż w dole tabeli, zanotowała widoczną poprawę w porównaniu z poprzednim sezonem). W najlepszej piętnastce tylko trzech zawodników powtórzyło się z poprzedniego sezonu (Taidhg Beirne, Cameron Hanekom i Wilco Louw). Mamy w niej pięciu graczy z drużyn irlandzkich (trzech z Munsteru i zaledwie dwóch z Leinsteru – RG Snyman i Jamie Osborne), pięciu z ekip południowoafrykańskich (trzech z Bulls, po jednym z Sharks i Stormers – tu Sacha Feinberg-Mngomezulu). trzech z walijskich (dwóch ze Scarlets i jeden z Ospreys) i po jednym graczu z obu drużyn szkockich. Najlepszym młodym graczem został filar gracz młyna Bulls, Cameron Hanekom. Sporo nagród walijczyków – obok trzech graczy w piętnastce także złoty but dla Ioana Lloyda ze Scarlets, najwięcej przyłożeń Harriego Millarda z Cardiff, a „Ironmanem” został jego klubowy kolega Cam Winnett.

Premiership

Półfinały rozegrano też w Premiership, tu jednak stanowiły pierwszy etap fazy pucharowej.

Bath – Bristol Bears 34:20. Pierwszy z pojedynków półfinałowych miał szczególny, derbowy charakter. Faworytem była ekipa Johanna van Graana, ale spotkanie zaczęło się od ciosów gości, którzy po 20 minutach i pierwszym przyłożeniu prowadzili 10:0. Bath odpowiedziało dwoma karnymi Finna Russella, ale do przerwy przegrywało 6:13. Druga połowa to jednak zupełnie inna historia – już pierwsza akcja przyniosła przyłożenie gospodarzom i pozwoliła wyrównać wynik meczu, a w ciągu kolejnych 20 minut Bath dorzuciło jeszcze 3 przyłożenia i wypracowało 21-punktową przewagę. Bristolczycy mieli w tym meczu przez większość czasu piłkę w ręku, robili metry, ale ani z posiadania, ani z przełamań obrony niewiele wynikało. A Russell robił swoje. Dla Bath to powrót do finału po 9 latach przerwy drugie pod rząd podejście do finału, a ekipa z Bristolu wciąż musi czekać na swój debiut w decydującym pojedynku angielskiej ligi.

Leicester Tigers – Sale Sharks 21:16. Gwiazdą drugiego półfinału okazał się Adam Radwan – od niedawna grający dla Tigers skrzydłowy zdobył jedyne dwa przyłożenia w pierwszej połowie, które dały jego drużynie prowadzenie 13:3 (mimo braku skutecznych podwyższeń Handré Pollarda). Po przerwie Sharks co prawda doprowadzili do remisu (w czym spory udział miał dla odmiany skuteczny z podstawki George Ford), jednak wynik 16:16 na tablicy pozostał bardzo krótko – Tigers dorzucili decydujące przyłożenie, które dało im wygraną. Na koniec, w doliczonym czasie, mieliśmy moment kontrowersji: atak świetnego w tym meczu Freddiego Stewarta na głowę Luke’a Cowana-Dickiego. Sędzia nie dopatrzył się przewinienia i skończył mecz, choć sympatycy Sharks uważają, że powinien być karny, który pozostawiłby ich drużynie szansę na zwycięstwo.

W finale zatem zmierzą się Bath z Leicester Tigers – dwie najbardziej utytułowane drużyny w historii ligi (no, Bath w liczbie tytułów dorównują jeszcze Wasps i Saracens, Wasps jednak już nie ma w rywalizacji, a część tytułów londyńczyków została zdobyta w nie do końca uczciwych warunkach).

Podobnie jak w URC, także i w Premiership przed półfinałami przyznano nagrody dla najlepszych graczy ligi. Najlepszym zawodnikiem sezonu uznano łącznika młyna Gloucesteru, Tomosa Williamsa, który pozostawił w pokonanym polu takie sławy jak Finn Russell czy George Ford. Jest też pierwszym Walijczykiem, który sięgnął po ten laur. W kwestii odkrycia roku wielkich wątpliwości nie było – tu wybrano Henry’ego Pollocka z Northampton Saints (pamiętajmy, że to właściwie pierwszy sezon tego gracza w elicie – przed nim zagrał w Premiership tylko pół godziny). Wśród trenerów uhonorowano Johanna van Graana, który odbudowuje wielkość Bath. Wybrano też najlepszych graczy reprezentacji – tu uhonorowano Tommy’ego Freemana wśród mężczyzn oraz Zoe Aldcroft wśród kobiet.

Super Rugby Pacific

Dziwny format ma play-off Super Rugby Pacific – w jego pierwszej rundzie mamy trzy mecze, a awans do półfinałów zdobyło czterech ich uczestników (trzej zwycięzcy i najwyżej notowany po fazie zasadniczej spośród przegranych).

Crusaders – Reds 32:12. Na pierwszy ogień, w piątek poszedł mecz, w którym faworyt był chyba najbardziej oczywisty – i ten faworyt nie zawiódł. W Christchurch miejscowi (którzy na swoim boisku jeszcze nigdy nie przegrali w fazie pucharowej ligi) od początku wykorzystywali brak dyscypliny rywali i zaliczali przyłożenia. Co prawda zdobywca jednego z nich, Tamaiti Williams, zaraz potem musiał zejść z boiska z kontuzją, ale do przerwy było 12:0, a gdy drużyny z powrotem wybiegły na boisko, Crusaders wytrzymali okres naporu gości, a potem znowu zaczęli budować przewagę. Po 70 minutach gry było 27:0 i spotkanie było w zasadzie rozstrzygnięte – dwa przyłożenia Reds w końcówce tylko uratowały ich honor.

Chiefs – Blues 19:20. To był pojedynek lidera ligi po fazie zasadniczej i obrońcy mistrzowskiego tytułu. A na dodatek osobisty pojedynek dwóch graczy aspirujących do pozycji łącznika ataku All Blacks – Damiana McKenziego i Beaudena Barretta. W pierwszej połowie obaj ci zawodnicy wymieniali się karnymi, a gospodarze prowadzili 9:3 (zero przełożeń mimo przewagi Chiefs na boisku). Po przerwie dorzucili kolejne, a gdy po godzinie gry Chiefs zdobyli wreszcie przyłożenie i wyszli na prowadzenie 19:6, gospodarze wygraną mieli w zasięgu ręki. Nic z tego – na kwadrans przed końcem Blues zmniejszyli stratę do sześciu oczek, a w doliczonym czasie gry zaliczyli siedmiopunktową akcję, która dała im ostatecznie wygraną (wcześniej cieszyli się z przyłożenia Hoskinsa Sotutu, które jednak nie przeszło próby TMO). A zwycięstwa nie byłoby, gdyby chwilę wcześniej McKenzie trafił z karnego (przyznajmy, niełatwego, bo niemal z połowy boiska).

Brumbies – Hurricanes 35:28. Jedyną australijską drużyną w czołowej czwórce znowu będą Brumbies, którzy w stolicy Australii pokonali ekipę ze stolicy Nowej Zelandii. Co prawda na początku spotkania Hurricanes dwukrotnie wychodzili na siedmiopunktowe prowadzenie, ale konsekwentna gra gospodarzy (pick&go’s, maule) dała im na początku drugiej połowy 14-punktową przewagę.

Szczęśliwym przegranym w tej sytuacji okazali się Chiefs, dla których zaprocentowała pierwsza pozycja w sezonie zasadniczej. Co więcej, dzięki niej będą gospodarzem spotkania półfinałowego, w którym zagrają z Brumbies. W drugim półfinale nowozelandzki klasyk: Crusaders – Blues.

Ciekawostka, w najlepszej piętnastce tego sezonu Super Rugby Pacific zawodnicy drużyn australijskich zajęli więcej pozycji niż zawodnicy ekip z Nowej Zelandii – w tej rywalizacji było 7:6. Do pełnego rachunku doszło dwóch graczy z zespołów wyspiarskich, w tym uznany najlepszym graczem ligi Ardie Savea z ekipy Moana Pasifika. Zaledwie jeden Nowozelandczyk znalazł się wśród wybranych zawodników młyna, dominują natomiast w ataku (są tu m.in. Cam Roigard i Damian McKenzie, ale także australijski debiutant Joseph-Aukuso Sua’ali’i).

Z kraju

Oprócz finałowych meczów Ekstraligi w ten weekend na boisko wybiegli też drugoligowicze. Na tym poziomie co prawda zwycięzca jest już znany, ale do rozegrania była ostatnia (teoretycznie) kolejka, a po niej pozostaną jeszcze do rozstrzygnięcia cztery zaległe spotkania (jedno z nich jeszcze z jesieni, a mimo to bez rozstrzygnięcia KGiD). Wśród dwóch drużyn z kompletem rozegranych spotkań jest zwycięzca ligi, RK Warszawa, który na koniec zanotował swoją pierwszą porażkę – przegrał w Olsztynie z Koma RT Olsztyn 27:32. Poza tym rezerwy Budowlanych Łódź rozgromiły Miedziowych Lubin 80:7 (4 przyłożenia Mateusza Stańczykowskiego, 3 Bartłomieja Michałka), a AZS ANS WP Budowlani II Lublin wygrali z rezerwami AZS AWF Warszawa 55:17. Między zwycięzcami tych spotkań toczy się rywalizacja o drugie miejsce, póki co olsztynianie mają dwa punkty przewagi, a obu ekipom do kompletu brakuje po dwa spotkania.

Karol Czyż i Łukasz Szablewski powołali kadrę U20 na krótką konsultację. Jej główym punktem ma być sparing z reprezentacją Mazowsza, który zostanie rozegrany w sobotę za dwa tygodnie. W składzie nie tylko ekstraligowicze, ale też gracze z klubów z niższych poziomów ligowych, a nawet spoza ligowych struktur. Jest też kilku zawodników z zachodu Europy.

Ze świata

Na Stade Makis w Antananarywie rozpoczęły się mistrzostwa Afryki kobiet. W stawce są cztery drużyny, rywalizujące w formacie każdy z każdym. W pierwszej kolejce pewne zwycięstwa faworytów: Południowa Afryka pokonała Ugandę 62:7, a Kenia wygrała z gospodyniami turnieju, Madagaskarem, 28:5.

Równolegle wystartowały zmagania o mistrzostwo Oceanii kobiet. Tu w stawce trzy drużyny, a na start Fidżyjki wygrały z Tongijkami 59:5.

W tym tygodniu zakończyła się rywalizacja drużyn młodzieżowych w ramach Oceania Rugby U20s Challenge. Cztery ekipy, trzy wyspiarskie i jedna z Ameryki, rywalizacja zatem wykraczała poza Oceanię. W pierwszej rundzie, jeszcze w poprzednim tygodniu, Kanada pokonała 44:20 Samoa, a Fidżi wygrało z Tonga 46:22. W drugiej rundzie na początku ostatniego tygodnia, młodzi Fidżyjczycy ograli Kanadyjczyków 56:24, z kolei Samoa po zaciętym pojedynku pokonało Tonga zaledwie jednym punktem, 32:31. A w weekend kompletu zwycięstw dopełniło Fidżi, które zwyciężyło Samoa 48:16. Drugie miejsce w rywalizacji przypadło Kanadyjczykom, którzy wygrali 57:27 z Tonga.

Grały też młodzieżówki w Europie – w ramach przygotowań do nadchodzących mistrzostw świata U20 Walia przegrała z Anglią 14:47.

W półfinałach Super Rugby Americas dwa ciekawe pojedynki. Pierwszy był powtórką ubiegłorocznego finału i zarazem argentyńskimi derbami. I skończył się podobnie jak finał przed rokiem – w Buenos Aires Pampas ulegli Dogos. Ekipa z Córdoby wygrała 27:21 w obecności sztabu argentyńskiej kadry. W drugim półfinale w Montevideo Peñarol podejmował chilijski Selknam. Chilijczycy mieli świetną końcówkę sezonu, ale grali z jedyną drużyną, której nie udało im się pokonać w fazie zasadniczej i ta klątwa znowu zadziałała – do przerwy było 12:0, krótko potem 24:6, a skończyło się 34:18. Dla zwycięzców punktowali m.in. Portugalczyk Manuel Cardoso Pinto czy zawodnik o swojsko brzmiącym nazwisku, Joaquín Myszka. Finał odbędzie się w Montevideo.

W Major League Rugby rozegrano ostatnie mecze fazy zasadniczej. Tu najciekawiej było w konferencji zachodniej, gdzie wciąż toczyła się walka o to, kto awansuje do play-off. Piąty przed tą kolejką San Diego Legion (ekipa z wielkimi ambicjami) na koniec wysoko wygrał z Old Glory DC (50:5), jednak ta wygrana nie pomogła – będący oczko nad nimi Seattle Seawolves także wygrali (42:17 z Miami Sharks) i to oni awansowali do fazy pucharowej. Konferencję zachodnią zwyciężyli Utah Warriors, natomiast wschodnią broniący tytułu New England Free Jacks. Skład ćwierćfinałów (a właściwie półfinałów konferencji): na wschodzie New England Free Jacks – Miami Sharks i Chicago Hounds – Old Glory DC, a na zachodzie Utah Warriors – Seattle Seawolves i Houston SaberCats – Los Angeles RFC.

Poznaliśmy mistrzów Portugalii – w nietypowy sposób, bo bez meczu finałowego (pierwszy raz od 20 lat). Po pierwszej części sezonu stawka w Divisão de Honra została podzielona na grupę mistrzowską i spadkową, a rozstrzygnięcia zapadły w nich w formule wyłącznie ligowej. Przed ostatnią kolejką spotkań szansę na tytuł miały już tylko dwie drużyny, wyraźnie przewodzące stawce – Belenenses i mające trzy punkty mniej Cascais. Wicelider musiał zatem wygrać i liczyć na potknięcie lidera, ale nic z tego – obie ekipy pewnie zwyciężyły w swoich spotkaniach (Belenenses 47:3 z Direito, a Cascais na wyjeździe 31:5 z CDUL), dzięki czemu Belenenses obroniło tytuł mistrzowski sprzed roku (zdobyło go dziesiąty raz w historii). Ubiegłoroczny wicemistrz, Agronomia, nie załapał się w ogóle do czołowej szóstki walczącej o mistrzostwo, ale wygrał grupę broniącą się przed spadkiem.

W czeskiej Extralidze przed tygodniem rozegrano finał, natomiast w ten weekend rozstrzygnęły się losy trzeciego miejsca – po brązowe medale sięgnęli rugbyści Slavii Praga dzięki zwycięstwie 27:23 nad drużyną RC Vyškov. Rozstrzygały się też losy utrzymania/awansu do Extraligi – oba dwumecze wygrały drużyny z drugiego frontu i tu ciekawostka: z awansu cieszyli się m.in. zawodnicy austriackiego klubu Donau Wien.

Kolejne wieści o składach reprezentacji na lipcowe okienko międzynarodowe:

  • Irlandia, bardzo osłabiona przez brak aż 15 graczy wybranych do British & Irish Lions i z tymczasowyum trenerem Paulem O’Connellem, zagra z Portugalią i Gruzją, mając w składzie aż 11 potencjalnych debiutantów. Kapitanem drużyny będzie Craig Casey z Munsteru, w ekipie są też Sam Prendergast czy mający kłopot z powołaniami w „normalnych” okolicznościach Gavin Coombes. Największa grupa znowu z Leinsteru – aż 12 zawodników;
  • Rumuni jadą do Ameryki Południowej bez wielu graczy z Francji (kilku zawodników w młynie, żadnego w ataku, brakuje m.in. Taylora Gontineaca);
  • kolejne gwiazdy w składzie Barbarians na mecz z RPA – ogłoszono, że w drużynie zagrają Cian Healy i Shannon Frizell.

Pierwszy treningowy skład na to lato, aż 42-osobowy, powołał także John Mitchell, trener kobiecej reprezentacji Anglii, marzącej o mistrzostwie świata. Brakuje kilku kontuzjowanych zawodniczek (m.in. Ellie Kildunne czy Abbie Ward), zwraca natomiast włączenie do kadry kilku dziewczyn z drużyny U20.

Wciąż toczy się sprawa rozpoczęta grupowym pozwem byłych graczy rubgy union i rugby league przeciwko federacjom (w tym WR, RFU i WRU) w związku z wyniesionymi z gry w rugby problemami z chorobami neurologicznymi. Niedawno minął wyznaczony przez brytyjski sąd termin na dołączanie się do pozwu i liczba powodów niemal się podwoiła, osiągając ponad 1100 osób (w tym 784 byłych graczy rugby union). Kluczowa faza procesu ma się rozpocząć w przyszłym roku.

Nigel Owens skrytykował wprowadzenie przez World Rugby w ramach globalnych testów 20-minutowej czerwonej kartki. Przyznał jednak także, że w ostatnim okresie, mimo dużego wyczulenia sędziów na ataki na głowę oraz zwiększenia liczby czerwonych kartek z tego powodu, w jego odczuciu zachowanie zawodników w tym zakresie nie uległo zauważalnej zmianie. Jednak złagodzenie sankcji jego zdaniem to krok w tył w sytuacji, w której powinna obowiązywać polityka „zero tolerancji”. Cóż, można mieć nadzieję, że pomoże tu trenowanie młodzieży już w warunkach obniżonych szarż.

Pojawiają się pierwsze informacje na temat kalendarza spotkań inauguracyjnego sezonu Nations Championship, który ma zostać rozegrany w przyszłym roku. Jednym z wyjazdowych spotkań Anglików na południu miał być pierwszy mecz z Fidżi, ale ponoć wyspiarze zastanawiają się nad rozgrywaniem domowych spotkań w Europie.

Tydzień temu była w „szponach” mowa o obecności w YouTube francuskiej ligi ProD2. Teraz nazwa globalnego serwisu video pojawiła się w informacjach na temat telewizyjnej przyszłości ligi URC. Póki co nie jest to żaden konkret, ale tylko jedna z rozważanych opcji na przyszłość (zamiast tradycyjnej otwartej telewizji).

Po raz kolejny mowa jest obcięciu liczby zawodowych drużyn walijskich z czterech do trzech – tym razem jako temat w rozmowach pomiędzy URC i WRU. Wszelkie decyzje WRU w tym zakresie wymagają także zgody akcjonariuszy ligi. Póki co jednak dyrektor wykonawczy URC Martin Anayi podkreślił, że chodzi o scenariusz czysto hipotetyczny i nie wierzy, aby musiał on być rozważany.

Ogłoszono wyniki finansowe federacji południowoafrykańskiej – w ostatnim roku SARU zanotowało stratę przekraczającą 100 mln randów (czyli ok. 4 mln funtów). Jej szefowie jednak poinformowali, że mieli świetny początek kolejnego okresu i na koniec obecnego roku prawdopodobnie stratę z ubiegłego zniwelują. Wygląda też na to, że w tym miesiącu SARU będzie miało podniesiony status członka URC i EPCR – ze stowarzyszonego na pełnego, co oznacza, że przestanie ponosić koszty „wpisowego”. Co prawda przychody z kontraktów sponsorskich i telewizyjnych rozgrywek w RPA trafią wprost do URC, ale SARU będzie miało prawo do udziału w zyskach. Wygląda na to, że ekipy z Południowej Afryki zadomowią się w „europejskich” rozgrywkach.

Wrócił temat nowej światowej ligi z udziałem najlepszych zawodników, kuszonych większymi pieniędzmi niż w dotychczasowych rozgrywkach. Wśród promotorów R360 znalazł się m.in. Mike Tindall. Plany są ambitne (pięć miesięcy rozgrywek, osiem męskich i cztery kobiece drużyny na całym świecie, włącznie z miejscami nie do końca z rugby kojarzonymi – w sumie ok. 300 zawodników i zawodniczek), zainteresowani inwestorzy poważni (choć wciąż anonimowi), jednak nie wiadomo, czy cokolwiek z tego wyniknie. Wiele pytań pozostaje bez odpowiedzi, ale ma to być odpowiedź na oczekiwania rewolucyjnej zmiany klubowego rugby (dla jej zwolenników klubowe mistrzostwa świata to za mało). Z drugiej strony kilku reprezentantów Anglii odpowiedziało, że gdyby mieli wybierać między nową ligą z większymi pieniędzmi a zakładaniem koszulki z czerwoną różą, wybraliby to drugie. W sumie wygląda to na kolejny dziwaczny pomysł, do którego trudno byłoby przyciągnąć kibiców – podobnej kategorii, co szumnie otwierany kilka lat temu światowy cykl dwunastek World 12s czy idea halowego Rugby X.

A swoją drogą, także i w kwestii klubowych mistrzostw świata wątpliwość – pojawiła się informacja, że termin nie pasuje Japończykom, których reprezentacja jest w tym czasie zaangażowana w rozgrywki Pacific Nations Cup. Ponoć nikt w tej sprawie jeszcze nie kontaktował się oficjalnie z Japan Rugby League One, wygląda więc na to, że pojawienie się tych informacji ze strony EPCR było odrobinę falstartem.

Japończycy ogłosili najlepszą piętnastkę ostatniego sezonu Japan Rugby League One – są w niej gwiazdy światowego rugby takie jak Malcolm Marx, Brodie Retallick, Kwagga Smith, TJ Perenara czy Richie Mo’unga, przy czym ten ostatni drugi raz z rzędu został wybrany najlepszym graczem ligi. W składzie jest siedmiu zawodników uprawnionych do reprezentowania Japonii, ale tylko dwóch z nich urodziło się w tym kraju (co jest wymowne wobec planów ligi ograniczenia w składach liczby zawodników urodzonych poza Japonią). Sześciu graczy pochodzi z ekipy mistrzów kraju, Brave Lupus Tokyo. Odkryciem ligi jest zdobywca 15 przyłożeń (w swoim debiutanckim sezonie), Shuntaro Kitamura.

Z wieści transferowych:

  • były trener reprezentacji Anglii, ostatnio prowadzący Racing 92 Stuart Lancaster podpisał kontrakt z irlandzkim Connachtem;
  • koniec reprezentacyjnej kariery (ale jeszcze nie klubowej – w nadchodzącym sezonie ma grać w Nationale w barwach Nicei) ogłosił kapitan narodowej drużyny Fidżi, Waisea Nayacalevu;
  • Paul Willemse po 10 latach odchodzi z Montpellier (w tym sezonie z powodu kłopotów z urazami głowy nie grał od jesieni);
  • reprezentant Walii Ross Moriarty po dwóch latach wraca z Francji i z Brive dołączy do Ospreys;
  • Cardiff zakontraktowało dwóch reprezentacyjnych filarów – ze Szkocji Javana Sebastiana i ze Scarlets Sama Wainwrighta;
  • karierę po tym sezonie kończy doświadczony reprezentant Stanów Zjednoczonych, Paul Lasike;
  • z kategorii plotek: ponoć Leicester Tigers są bliscy wypełnienia luki na pozycji łącznika ataku przez doświadczonego Australijczyka, Jamesa O’Connora, który ostatnio błyszczy w barwach Crusaders.

Zapowiedzi

Za tydzień do gry o mistrzostwo Europy (i kolejny awans do Challengera) wkracza nasza reprezentacja kobieca w rugby 7 – podobnie jak panowie zagra w Makarskiej, tyle że w turniejach grupy Championship.

W kraju zaplanowane zostały baraż o awans do Ekstraligi, turniej finałowy mistrzostw Polki w rugby 7 panów w Poznaniu, zaległy mecz II ligi, a także pierwsze turnieje eliminacyjne mistrzostw Polski w rugby 7 kadetów. A na dodatek mistrzostwa Polski weteranów.

Na świecie najwięcej uwagi przyciągają rozgrywki ligowe. Finały odbędą się w URC i Premiership, półfinały w Super Rugby Pacific, a ćwierćfinały oraz baraż o utrzymanie/awans w Top 14. Z „mniejszych” ligach finały Super Rugby Americas i holenderskiej Ereklasse (już dziś po południu), do tego ćwierćfinały Major League Rugby i niemieckiej Bundesligi.

Ponadto granie międzynarodowe, i to o wysoką stawkę – startują mistrzostwa Azji, stanowiące jednocześnie kwalifikacje do Pucharu Świata z tego regionu. W pierwszej kolejce mecze Sri Lanki z Koreą Południową i ZEA z Hongkongiem. Oprócz tego kluczowe mecze kobiecych mistrzostw Oceanii i Afryki i towarzyskie mecze panów Kajmanów z Bermudami oraz pań Brazylii z Kolumbią.

5 komentarzy do “Triumfy Pogoni i siódemkowej reprezentacji”

  1. informacyjnie, TOP14 można obejrzeć w tv5monde Europe. Jutro jeszcze jeden półfinał, a za tydzień w sobotę o 21:00 final. Co prawda francuski komentarz, ale rugby przednie.

    Odpowiedz
  2. Trochę małostkowe to wbijanie w każdym wpisie szpileczek w Pogoń. Nie wiem, czy i jak długo projekt przetrwa, ale:
    – w kadrze dalej grają wychowankowie i stanowią o jej sile,
    – zawodnicy Skry i tak „musieli” gdzieś się podziać – nic dziwnego, że wybrali klub będący blisko Warszawy,
    – dwa lata temu Pogoń znajdowała się w zupełnie innym miejscu, bo miasto zakręciło kasę; trudno porównywać, te dwa składy, skoro wtedy był wyraźny dół i zawodnicy odeszli (choćby Olejek odszedł do Sochaczewa, a teraz wrócił)

    Nie jest też tak, że to zbieranina zawodników, którzy sztucznie połączyli się w jeden twór, by zdobyć puchar i się rozejść: nawet podczas finału było widać, jak blisko są ze sobą, jak się motywują, jak w momencie przerw w grze zbiegają się, by wspólnie się zmotywować. Widać też, jak na nich działa atmosfera na trybunach, co podkreślał Gdula w pomeczowym wywiadzie, ale też widać w spotkaniach z kibicami po meczach, kiedy ustawiają się do nich kolejki – bywają naprawdę oszołomieni tym, co wokół nich się dzieje.

    I mimo tego, że warunki mają dość cieplarniane, to chyba dobrze dla polskiego rugby, że mistrz jest w nowym mieście, że to miasto też wkłada sporo wysiłków, by rozpromować rugby wśród mieszkańców, że dzięki tym wszystkim działaniom udaje się zgromadzić niemal pełny stadion czy wygrać walkę na frekwencję z piłką nożna. Czy to potrwa na tyle długo, by ta kultura była równie żywa jak np. w Sochaczewie? Nie wiem, ale tego im życzę. Tak samo jak nowych zawodników w akademii – zdobycie mistrzostwa powinno przyciągnąć młodzież do tego sportu.

    Odpowiedz
    • Dwa teksty to jeszcze nie każdy 🙂 A akurat te dwa były okazją do refleksji, która jest nie do uniknięcia. Nie powiedziałbym też, że to z mojej strony „małostkowe” – uwagi nie wynikają z zazdrości, a z niepokoju, bo fajnie byłoby mieć na mapie Polski kolejny ośrodek żyjący rugby.

      Odpowiedz

Dodaj komentarz