Słodko-gorzki smak miał dla nas siódemkowy weekend w Hamburgu. Nasze panie zaprezentowały się znakomicie i wywalczyły drugie miejsce – po przekonujących zwycięstwach dopiero w finale minimalnie uległy Francji. Panowie zaś mimo nieoczekiwanej wygranej nad Hiszpanią skończyli na ostatnim miejscu. Na świecie najwięcej uwagi zwracały pierwsze mecze turniejów Nations Championship i Nations Cup – i w obu emocji nie zabrakło.
Rugby Europe Sevens / Reprezentacja Polski w rugby 7 kobiet / Reprezentacja Polski w rugby 7 mężczyzn
Obie reprezentacje naszego kraju, kobieca i męska, stanęły w Hamburgu na starcie pierwszych z serii dwóch turniejów w ramach Rugby Europe Sevens na poziomie Championship. Polki bronią srebra sprzed roku, Polacy zaś występują w roli beniaminków po awansie z poziomu Trophy.
W rywalizacji pań Polki zanotowały nieoczekiwany początek pierwszego meczu z Turczynkami, które były jednym z beniaminków turnieju: minimalnie za krótki kop na start, szybki atak rywalek i po minucie było 0:7. W kolejnej akcji nasze zawodniczki zaliczyły przód, ale od tego momentu niemal nie wypuszczały już przeciwniczek z ich połowy, a same punktowały. Do przerwy było 21:7. Drugą połowę Polki zaczęły od błędu w aucie na własnej połowie, ale Turczynki nie wykorzystały szansy, a żadnej kolejnej już nie dostały. Polki za to zdobywały kolejne piątki. Skończyło się wysoką wygraną 47:7, przy czym aż 22 punkty zdobyła Julia Druzgała.
W drugim grupowym meczu przeciwniczkami Polek były gospodynie turnieju. Nasze zawodniczki ten mecz zaczęły znakomicie (wygrany własny kop na starcie, ładna akcja, przyłożenie Anny Klichowskiej), ale potem dały Niemkom przyłożyć piłkę i choć gościły w polu 22 m rywalek, przegrały pierwszą połowę 5:7. Po przerwie jednak odzyskały kontrolę – Niemki zostały zamknięte na własnej połowie, a nasze punktowały. Zaczęła Klichowska po indywidualnym przeboju, potem Polki zdobyły jeszcze dwie piątki i skończyło się wynikiem 24:7 (podobnym do rezultatu z niedawnego meczu z EEAST 7’s).
Także i w ostatnim meczu fazy grupowej mieliśmy powtórkę z EEAST 7’s i znakomity rewanż w wykonaniu Polek za przegrany we Francji z Czeszkami finał towarzyskiego turnieju – nasze reprezentantki wygrały 33:7. Mecz rozstrzygnął się już w zasadzie przed przerwą – choć rywalki narzuciły dużą presję, zamykając Polki na własnej połowie, trzykrotnie nasze zawodniczki znalazły dziury w ich obronie i po rajdach przez ponad pół boiska zapunktowały kolejno Martyna Wardaszka, Julia Druzgała i Sylwia Witkowska. Było 19:0, a jedyna groźna ofensywna akcja Czeszek skończyła się ich błędem. Druga połowa zaczęła się wyśmienicie: przejęcie po świetnej szarży Natalii Pamięty i przyłożenie Ilony Zaiszliuk. Kolejne kilka minut Polki spędziły na połowie Czeszek, raz po raz odbierając im piłkę – długo bez efektu, aż wreszcie zapunktowała Katarzyna Paszczyk. Dopiero gdy usłyszęliśmy syrenę, Czeszki pierwszy raz w tej połowie zaatakowały i zdobyły honorowe punkty.
Nasze zawodniczki wywalczyły rozstawienie w fazie pucharowej z numerem 1 i dzięki temu mogły w ćwierćfinale zmierzyć się z Portugalią, a najgroźniej wyglądające rywalki, Belgijki i Francuzki, znalazły się w drugiej połowie drabinki. Portugalki walczyły tylko w pierwszej połowie. Jednak na początku pokarała ich Ilona Zaiszliuk po 60-metrowym rajdzie, potem zapunktowała Martyna Wardaszka, a drugi atak Portugalek znowu skończył się kontrą – tym razem 80-metrową Sylwii Witkowskiej i do przerwy było 19:0. W drugiej połowie rywalki ani razu nie opuściły własnej połowy. Odbierały wznowienia, miały piłkę w rękach, ale Polki przyciskały je na ich własnej połowie i w efekcie dwukrotnie zapunktowała Katarzyna Paszczyk (raz przechwyciła nieudany kop rywalek, za drugim razem była to konsekwencja przejętego przez Martę Morus wrzutu z autu), a nasza drużyna wygrała 31:0.
W półfinale rywalkami Polek były Hiszpanki – uczestniczki SVNS Championship i czwarta drużyna poprzedniego sezonu Rugby Europe Sevens, występująca w Hamburgu bez kilku swoich gwiazd, ale i tak w bardzo mocnym składzie (jego połowa grała w ostatnim turnieju SVNS w Bordeaux). Tymczasem Polki od początki narzuciły na rywalki ogromną presję – Hiszpanki miały piłkę w ręku, ale były zepchnięte głęboko pod swoją bramkę. Trzykrotnie popełniły błędy, dwukrotnie zaowocowało to punktowymi akcjami Polek – raz Natalii Pamięty, drugi raz przerwała się Katarzyna Paszczyk, a wykańczała Ilona Zaiszliuk i do przerwy było 12:0. Druga połowa zaczęła się od trochę szczęśliwej kontry Hiszpanek, które zmniejszyły stratę do pięciu oczek. Chwilę później jednak Paszczyk oszukała rywalkę i zaliczyła 95-metrowy rajd i z powrotem było 12 punktów różnicy. Wynik 19:7 utrzymał się do końca – Hiszpanki, choć przez niemal cały pozostały czas miały piłkę w rękach, ani razu nie weszły w pole 22 m Polek (raz zdaje się uratowała nas sędzia, przerywając akcję po groźnie wyglądającej sytuacji, której ofiarą była Anna Klichowska).
W efekcie Polski zagrały w finale turnieju z Francją (tu tylko parę zawodniczek z SVNS, ale to była i tak znakomita drużyna, co pokazały wcześniejsze wyniki). Przez pierwszych kilka minut widzieliśmy sporo walki w środku boiska. Aż prosiło się o kop za plecy grających w linii Francuzek i wreszcie taki kop nastąpił, a piłkę dogoniła Martyna Wardaszka. Francuzki odpowiedziały dwoma błyskawicznymi akcjami (drugą po przejęciu wznowienia po pierwszej), ale to Polki wygrywały do przerwy po imponującej akcji zespołu zakończonej obiegnięciem skrzydłem Oliwii Krysiak. W drugiej połowie znowu długo trwała wyrównana walka w środku pola, ale w końcu przegrany aut skończył się stratą przez nasze zawodniczki przyłożenia i wyjściem Francuzek na prowadzenie. Polki jeszcze walczyły, ale tym razem kop głęboko w połowę rywalek nie został dogoniony, potem nasze zawodniczki podarowały rywalkom dwa karne i ostatecznie to Francja wygrała 17:14.
Występ Polek na tym turnieju był jednak znakomity. Świetne były w obronie, a w ataku imponowały szybkim rozegraniem. Drugie miejsce w starciu z ekipami ze światowej czołówki jest na pewno znakomitym wynikiem i zapowiedzią walki o podium w całej serii (choć pewnie część ekip z SVNS na drugę turę RES przyjedzie w mocniejszych składach).
Warto zwrócić uwagę na trzecie miejsce Belgijek, które na koniec po dramatycznym meczu pokonały Hiszpanię 7:5 (zdobyły punkty w ostatniej akcji pierwszej części spotkania, a w drugiej nie wyszły nawet ze swojej połowy boiska, tracąc tylko jedną piątkę). Przegrały w tym turnieju, podobnie jak Polki, tylko z Francuzkami (w półfinale), a pokonały obie drużyny z Wysp Brytyjskich i Hiszpanię. Irlandki dopiero szóste, a Brytyjki – dziesiąte.
W rywalizacji panów oczekiwania wobec naszej reprezentacji mieliśmy znacznie mniejsze, jednak pierwszy mecz przyniósł niespodziankę – Polacy mierzyli się ze znacznie wyżej notowanym rywalem, Hiszpanią, czyli ubiegłorocznym wicemistrzem i trzecią drużyną tegorocznych zawodów elity, SVNS Championship. Co prawda z ekipy z ostatniego turnieju SVNS Hiszpanie mieli tylko dwóch graczy w składzie, grali więc w zasadzie rezerwami, ale i tak wygrana naszych zawodników była dużym sukcesem. Zaczęło się kiepsko – przegrany aut we własnym polu 22 m, następnie przegrane wznowienie i efektem tych strat były dwa przyłożenia Gabriela Rocariesa. Potem jednak losy meczu się odwróciły. Najpierw przyłożył Tomasz Poźniak po ładnej akcji Arsenija Pastiuchowa, potem żółtą kartkę zobaczył jeden z rywali, a na koniec pierwszej połowy zapunktował Daniel Trybus i do przerwy przegrywaliśmy tylko dwoma oczkami. Po przerwie zapunktował dla nas Max-Pablo Mazaud-Schodrok, wytrzymaliśmy okres naporu rywali, a kolejny z nich zobaczył żółtą kartkę. Co prawda w przewadze zaliczyliśmy stratę, ale wszystko naprawił przechwytem Poźniak, i już do końca spotkania, wygranego 26:14, kontrolowaliśmy jego przebieg.
To były jednak miłe złego początki. Zupełnie inaczej było już w drugim piątkowym meczu przeciwko Niemcom – tu nie mieliśmy nic do powiedzenia, a rywale wygrali 41:0. Pierwsze przyłożenie zdobyli po niespełna minucie gry. A potem przewagę powiększali – w pierwszej połowie zaliczyli cztery przyłożenia, a po przerwie dorzucili kolejne trzy. Nasi praktycznie nie zagrozili polu punktowemu gospodarzy. W ostatnim meczu grupowym czekali na nas Czesi i tu losy spotkania ważyły się do końca. To rywale zaatakowali pierwsi, ale Tomasz Poźniak zebrał piłkę i po rajdzie przez pół boiska otworzył wynik meczu. Wygrane wznowienie po tej akcji nic nam nie dało, a z kolei Adam Koblic przeszedł przez trzech naszych zawodników i wyprowadził rywali na prowadzenie. Chwilę potem o Czesi byli o włos od kolejnych punktów, a ostatnim akcentem pierwszej połowy była imponująca dwójkowa akcja Arsenija Pastiuchowa i Kacpra Bogusza – do przerwy było 10:7, a Czesi zaczynali drugą połowę w osłabieniu po żółtej kartce. Niestety, mimo liczebnej przewagi polskiej drużyny, w drugiej połowie Czesi nie schodzili z naszej połowy i atakowali (w czym pomagały im nasze błędy) – nasi nieźle bronili, ale ani razu nie zdołali skonstruować akcji, a raz obrona pękła i mecz skończył się wygraną Czechów 14:10.
Niestety, choć Polacy zajęli trzecie miejsce w grupie (przed Hiszpanami, który szansę na awans zaprzepaścili w meczu z Niemcami – tuż przed końcem prowadzili 5:0 i zaliczyli przód na własnej połowie, ale głupota jednego z nich spowodowała odwrócenie decyzji sędziego i stratą szansy na wygraną), w klasyfikacji ekip z trzecich lokat zajęli ostatnie miejsce i w efekcie grali o lokaty 9-12. W półfinale tych zmagań zmierzyli się Ukrainą (wraz z którą awansowali rok temu z poziomu Trophy). Nasi rywale wcześniej przegrali wyraźnie swoje mecze, ale tym razem przełamali złą passę i pokonali Polaków 14:7. Polacy w pierwszej połowie ulegli presji rywali, którzy właściwie nie dopuszczali ich na swoją połowę, nawet gdy grali w osłabieniu. Jedyne przyłożenie w tej części spotkania zdobył gracz Ogniwa Sopot Jewhenij Owerczuk. Polacy od początku drugiej połowy ruszyli do ataku, ale zaliczyli dwie straty jedna po drugiej, a wyprowadzona w tej sytuacji akcja rywali dała im prowadzenie 14:0. Moment później zmusili naszych zawodników do przyłożenia obronnego, ale tym razem Polacy wyszli z kłopotów obronną ręką i skutecznie skontrowali (przyłożenie zdobył Panashe Dube). Na odrobienie strat pozostały dwie minuty, ale minęły bez skutku.
W efekcie Polakom pozostała walka o przedostatnie, jedenaste miejsce przeciwko Litwinom i ten mecz przegrali z kretesem, aż 7:38. W pierwszej połowie nasi tylko przez moment atakowali, ale potem stracili punkty po szybkiej akcji rywali, dali się zamknąć we własnym polu 22 m i przegrali pierwszą połowę 0:14. Po przerwie zapunktował po 60-metrowym rajdzie Arsenij Pastiuchow, ale chwilę potem zaliczył żółtą kartkę, a rywale zaczęli punktować raz za razem. Cóż, sporo karnych darowaliśmy Litwinom, a skutkiem przegranej było dwunaste, ostatnie miejsce w stawce. Dla naszych rywali była to jedyna wygrana w turnieju.
W tym momencie Polacy są kandydatem do spadku. Piękny sukces na start hamburskiego turnieju, ale potem seria przegranych. Żal meczów z Niemcami i Czechami – jedno przyłożenie stracone mniej zmieniłoby diametralnie sytuację naszej ekipy. Za trzy tygodnie w Splicie trzeba będzie zgarnąć znacznie lepszy wynik, aby zapewnić sobie pozostanie na poziomie Championship. A to będzie bardzo trudne.
W turnieju triumfowali gospodarze – Niemcy wygrali w finale z Francją 26:7. Trzecie miejsce dla Włochów, którzy w decydującym spotkaniu ograli Belgów 26:12.
Nations Championship
Za nami inauguracyjne spotkania nowych rozgrywek elity, Nations Championship (mają odbywać się co dwa lata w obu okienkach testowych). W lipcu – poza Europą, z wyjątkiem spotkań Fidżyjczyków, którym kazano „domowe” spotkania rozgrywać w Europie. I czego jak czego, ale ofensywnej gry nie brakowało.
Nowa Zelandia – Francja 34:32. Pierwszy mecz turnieju był pierwszym meczem Nowej Zelandii na nowym stadionie w Christchurch – skończył się zwycięstwem gospodarzy, ale odniesionym po zaciętej walce. Francuzi ostatecznie pojechali na południwe bez kontuzjowanego Antoine’a Duponta, a w tym spotkaniu nie wystawili graczy Tuluzy. Rolę łącznika młyna i kapitana przejął Maxime Lucu, któremu na pozycji drugiego łącznika partnerował klubowy kolega Mathieu Jalibert (graczy Bordeaux było zresztą w składzie znacznie więcej). Z kolei Nowa Zelandia wyszła na boisko z Ardie’m Saveą w roli kapitana, Rubenem Love’m na pozycji nr 10 oraz czekającym na ławce na debiut Fehim Fineanganofo. Zaczęło się od przyłożenia jednego z graczy Bordeaux, wracającego do kadry francuskiej Damiana Penauda i żółtej kartki Love’a. Osłabienie jednak nie zaszkodziło All Blacks, a od tej pory drużyny zmieniły się na prowadzeniu jeszcze czterokrotnie. Francuzi ostatni raz na czoło wyszli na początku drugiej połowy, po znakomitej akcji zakończonej piątką Antoine’a Hastoy’a z Théo Attissogbé w głównej roli, ale gospodarze odpowiedzieli przyłożeniem najlepszego w drużynie Camerona Roigarda i nie oddali prowadzenia do końca, choć wygranej nigdy nie mogli być w stu procentach pewni. Było sporo emocji, na tablicy wyników wciąż kontakt, na murawie błyskawiczne rozgrywanie piłki, świetne akcje, niewykorzystane okazje – prawdziwe święto rugby. I niewiele brakowało, aby rozstrzygnęło się inaczej (choćby ten niewielki przód przy nieuznanym przyłożeniu świetnego Fabiena Brau-Boirie). Nowozelandczycy świętują zwycięstwo, ale Francuzi nie mają czego się wstydzić, zwłaszcza biorąc pod uwagę absencje w ich ekipie.
Australia – Irlandia 31:33. Po drugiej stronie Morza Tasmańskiego mecz równie zacięty, także rozstrzygnięty dwoma punktami – tyle, że na korzyść ekipy z Europy. Australia zagrała z debiutantem Lachlanem Showem i świetnymi środkowymi – Lenem Ikitau i Josephem-Aukuso Sua’ali’im, Irlandia z Samem Prendergastem na pozycji łącznika ataku i Jamie’m Osborrne’m w miejsce Jamesa Lowe’a. Tu zmian na prowadzeniu było w ciągu 80 minut aż 8 – ciosy padały z obu stron, a gdy po półgodzinie gry i czterech przyłożeniach, w tym dwóch zdobytych jedno po drugim Australijczykom raz udało się wypracować 12 punktów przewagi, wkrótce ją stracili, bo Irlandczycy odpowiedzieli także dwoma siedmiopunktowymi akcjami (swoją drogą, mogło być więcej niż 12 punktów dla Australijczyków, ale Hugo Keenan zatrzymał w ostatniej chwili Sua’ali’iego i efektem była punktowa kontra gości). Gospodarze byli na czele jeszcze w 77 minucie, ale wtedy kluczowe dla wygranej gości przyłożenie zdobył Thomas Clarkson. Jeszcze Ben Donaldson w doliczonym czasie mógł odwrócić losy meczu karnym z 40 m, jednak chybił. Najwięcej uwagi przyciągnął chyba środkowy Irlandii Stuart McCloskey, który zanotował kolejny świetny występ w tym roku. Irlandia wygrywa, ale i dla Australii ten występ to dobry prognostyk na ten rok.
Południowa Afryka – Anglia 45:21. Do ekipy Anglii wrócił Immanuel Feyi-Waboso (zapowiadany powrót George’a Furbanka zamienił się w operację wyrostka), natomiast ponownie na ławce rezerwowych zaczął spotkanie Henry Pollock. Z kolei Rassie Erasmus nie oszczędzał swoich gwiazd, ale w ostatniej chwili stracił Siyę Kolisiego i Ebena Etzebetha. Mimo to Springboks byli faworytem spotkania w Kapsztadzie i swoją przewagę uwidocznili już w pierwszych 10 minutach, katastrofalnych dla rywali – po trzech przyłożeniach gospodarze prowadzili aż 17:0. Anglicy zmniejszyli straty pod koniec pierwszej połowy do trzech oczek, gdy rywale zostali na boisku w czternastkę, ale w drugiej połowie gospodarze znów odskoczyli. Na kwadrans przed końcem wygrywali już 31:14, ale w sercach angielskich kibiców pojawiła się nadzieja po przyłożeniu zmniejszającym stratę do 10 oczek. Jednak w ciągu kolejnych kilku minut ich ulubieńcy zaprzepaścili wszelkie szanse na powrót do meczu zbierając dwie żółte kartki jedną po drugiej – grając do końca meczu w podwójnym osłabieniu stracili jeszcze dwa kolejne przyłożenia. Absolutnie zasłużona niemal doskonałych Południowoafrykańczyków, w których szeregach wyróżnili się przede wszystkim Damian de Allende i Damian Willemse.
Poza tym:
- Japonia – Włochy 27:10. Japonia bez zawieszonego Eddiego Jonesa na ławce, za to z debiutantem, grającym jeszcze w uniwersyteckiej drużynie Ryunosuke Ito na pozycji łącznika ataku i mistrzem Francji Naoto Saito jako łącznikiem młyna pokonała Włochów, grających bez swojej największej gwiazdy, Ange Capuozzo. Co prawda mecz zaczął się od przyłożenia Nacho Brexa, ale odpowiedział Warner Dearns, a 17 punktów dla gospodarzy zdobył Takuro Matsunaga. Ito wykorzystał swoją szansę, a wygrana jego drużyny, choć nieoczekiwana, była absolutnie zasłużona;
- Fidżi – Walia 24:39. Choć Fidżi pozornie było gospodarzem, mecz rozegrano w Cardiff, a na dodatek walijscy kibice nieco zawiedli. Walijczycy, jakby mieli mało kłopotów, zaczęli zgrupowanie przed Nations Championship od sporów o pieniądze. W składzie przestawili z powrotem Louisa Reesa-Zammita na pozycję skrzydłowego – na przeciwko niego stanęli znakomici gracze z Top 14, Jiuta Wainiqolo i Salesi Rayasi. Rees-Zammit nie błysnął w przeciwieństwie do dwóch wymienionych Fidżyjczyków, ale w starciu dwóch stylów gry triumfował ten fizyczny – wygrali Walijczycy, a połowa z ich sześciu przyłożeń padła po maulach autowych, w tym dwa w wykonaniu Jaca Morgana. Na domiar złego dla Fidżyjczyków przedwcześnie z kontuzją opuścił boisko Semi Radradra;
- Argentyna – Szkocja 38:47. Argentyńczycy zagrali ze składem mocno zmienionym w porównaniu do ostatniego jesiennego testu, bez kilku kluczowych zawodników, za to z Matíasem Alemanno grającym swój setny test. Szkoci bez Finna Russella – jego miejsce zajął Tom Jordan. Na boisku jednak rządził Ben White, który poprowadził europejską drużynę do zwycięstwa. Zdecydowała niezwykła skuteczność Szkotów, którzy niemal każdą wizytę w polu 22 m rywali kończyli przyłożeniem. W efekcie Argentyńczycy pod koniec już tylko zmniejszali stratę.
Na faworyta turnieju po pierwszej kolejce wyrasta Południowa Afryka, która w swoim pojedynku zdawała się nie mieć żadnych słabych stron.
Nations Cup
Za plecami elity, w Nations Cup, rywalizowało pozostałe dwanaście drużyn, które zagrają na Pucharze Świata w Australii. Mecze odbywały się w Ameryce (w tym będących teoretycznie gospodarzami wyspiarskich ekip z Samoa i Tonga). Padło sporo punktów (najmniej to 59):
- Urugwaj – Gruzja 34:41. Najciekawiej zapowiadające się spotkanie nie było pięknym widowiskiem, choć przyłożeń padło aż 10 – w obu ekipach szwankowała dyscyplina, obie popełniały błędy. Pierwsze przyłożenie w meczu zdobyli gospodarze, ale w ciągu kolejnego kwadransa Gruzini wyszli na prowadzenie 20:5. Po żółtej kartce Dawita Niniaszwiliego co prawda prowadzenie stracili, ale gdy żółtą kartkę zobaczył Joaquín Myszka, Gruzini wrócili na czoło i utrzymali się na nim do końca;
- Samoa – Hongkong 66:19. Hongkong uważany jest za najsłabszą drużynę w stawce i w tym meczu nie miał szans mimo eksperymentalnego składu rywali. Pierwsze przyłożenie wyspiarzy padło po minucie gry, po 20 minutach wygrywali 26:0, a skończyli z 10 przyłożeniami na koncie;
- Chile – Rumunia 48:31. Rumuni źle wspominają wizytę w Ameryce Południowej z poprzedniego lata i ten wyjazd zaczęli także kiepsko. Na prowadzeniu byli w tym meczu tylko przez kilka minut w pierwszej połowie. Potem kilkakrotnie zbliżali się na kilka punktów do gospodarzy, ale na nic więcej nie było ich stać. To jednak dla nich i tak wynik lepszy niż przed rokiem. Chilijczycy stracili dwóch ważnych graczy z kontuzjami;
- Tonga – Zimbabwe 36:26. Spodziewaliśmy się wysokiej wygranej wyspiarzy, tymczasem ekipa z Afryki przez moment ich postraszyła – po pierwszej połowie Tonga prowadziło 19:5, ale przez 10 minut drugiej połowy Zimbabwijczycy zaszokowali rywali trzema przyłożeniami, przy których błysnął Edward Sigauke (m.in. takim przebojem i asystą: https://x.com/mncedisi_mengu/status/2073566322395361465/video/1) i na kwadrans przed końcem to oni prowadzili 7 punktami. Jednak w końcówce Tonga odzyskało kontrolę nad meczem i przechyliło szalę na swoją korzyść);
- Kanada – Hiszpania 42:42. Niezwykle zacięty mecz, w którym bardzo długo na każde 7 punktów Hiszpanów Kanadyjczycy po paru minutach odpowiadali tym samym. W drugiej połowie ten schemat nieco się zaburzył, ale żadna drużyna nie wyszła na prowadzenie wyższe niż siedmiopunktowe. Tuż przed końcem wydawało się, że Hiszpanie zdobyli zwycięskie przyłożenie – Kanadyjczykom starczyło jednak czasu na wyprowadzenie jeszcze jednej akcji i doprowadzenie do remisu. Błyszczał Martiniano Cian;
- Stany Zjednoczone – Portugalia 30:29. Szalony mecz – Portugalczycy powinni byli go wygrać, ale zgubił ich brak dyscypliny. Po 25 minutach i hat-tricku Manuela Cardoso Pinto prowadzili 19:7, potem jednak zaliczyli żółtą kartkę, chwilę później bardzo zasłużoną czerwoną kartkę zobaczył ich łącznik ataku Manueal Vareiro i Amerykanie wyszli na czoło 27:22. Gdy wydawało się, że po czwartym przyłożeniu Pinto grający na powrót w piętnastkę goście z Europy jednak rozstrzygną mecz na swoją korzyść, zaliczyli drugą czerwoną kartkę, ostatni kwadrans grali znowu w osłabieniu, a Amerykanie wyszarpali wygraną 40-metrowym rzutem karnym z samej końcówki spotkania.
Najzabawniejsza sytuacja weekendu to chyba ta: https://www.facebook.com/reel/1403491191591272.
Z kraju
W Lublinie rozdano ostatni komplet medali mistrzostw Polski w tym sezonie – odbył się tam finałowy turniej rugby 7 w ramach Ogólnopolskiej Olimpiady Młodzieży (czyli rywalizacji o miano najlepszej drużyny kraju w rugby 7 w gronie kadetów). Po pierwszy w historii po złoty medal sięgnęła ekipa RC Częstochowa, która w dramatycznym finale pokonała Ogniwo Sopot. Przegrywała już 0:17, ale doprowadziła do wyrównania i dogrywki i ostatecznie zwyciężyła 22:17. Brąz podobnie jak przed rokiem w ręku Rugby Białystok.
Ze świata
Niezwykle ciekawy mecz towarzyski kobiet: rosnąca w siłę Południowa Afryka podejmowała jedną z czołowych drużyn świata, Stany Zjednoczone, i pokonała ją 34:21. I było to zwycięstwo w znakomitym stylu – do przerwy gospodynie prowadziły 28:0, na początku drugiej połowy powiększyły przewagę do 34 punktów, i choć potem Amerykanki się przebudziły, nie były już w stanie odwrócić losów meczu.
Wieść sprzed tygodnia o nieco egzotycznym spotkaniu międzynarodowym panów: Gwatemala przegrała 8:36 z Kostaryką. Dla gospodarzy to był pierwszy mecz od trzech lat (i drugi po pandemii), Kostaryka miała krótszą przerwę – uczestniczyła w kwalifikacjach do Pucharu Świata w Australii.
Z kolei w stolicy Mali, Bamako, w poniedziałek ruszył turniej pięciu afrykańskich drużyn – UFOAR Zone B Africa Rugby Cup. W ciągu tygodnia rozegrano trzy kolejki, czekają nas jeszcze dwie. Dotychczasowe wyniki: Benin – Niger 21:18, Mali – Gwinea 32:7, Togo – Niger 21:11, Benin – Gwinea 38:0, Mali – Niger 52:9 i Benin – Togo 17:10. Z kompletami zwycięstw pozostają Benin i Mali, a z kompletem porażek – Niger i Gwinea. Niger, Benin i Togo uczestniczyli w podobnej imprezie przed rokiem, natomiast dla Mali to pierwsze międzynarodowe mecze od ponad dekady, a dla Gwinei od trzech lat. Transmisje wszystkich spotkań na stronie https://www.youtube.com/@Infinisport/streams.
Do tego dochodzi mecz rezerw Chile z Paragwajem – w pierwszym z dwóch spotkań (drugie zapowiedziano na piątek) Chile XV wygrało 52:19, choć wynik nie oddaje do końca przebiegu meczu, w którym Paragwaj długo trzymał się blisko gospodarzy.
W czwartek odbyły się spotkania drugiej kolejki fazy grupowej mistrzostw świata U20 w Gruzji. Gospodarze turnieju tym razem tylko na początku spotkania byli groźni dla wyżej notowanego faworyta – w pierwszym 20 minutach świetnie przeciwstawiali się Południowej Afryce, wyszli nawet na prowadzenie, ale potem braki w dyscyplinie (pół godziny w osłabieniu, w tym 10 minut w podwójnym) i problemy w autach dały znać o sobie i ostatecznie Gruzja przegrała z RPA 5:33 (warto spojrzeć na jedno z przyłożeń młodych Springboków: https://x.com/RugbyInsideLine/status/2073024444201591139/video/1). W drugim meczu grupy A drugie zwycięstwo Walii – w kompletnie zmienionym składzie i tym razem zdecydowane, 47:0 z Urugwajem. O awansie do czołowej czwórki turnieju rozstrzygnie spotkanie RPA z Walią.
W grupie B w spotkaniu zwycięzców sprzed tygodnia Nowa Zelandia pokonała Szkocję 36:26 (All Blacks wyszli na prowadzenie 17:0 i potem już do końca meczu utrzymywali względnie bezpieczny dystans, mimo starań Europejczyków). W meczu pokonanych w pierwszej kolejce Włochy ograły 41:25 Japonię (aczkolwiek Azjaci walczyli i pod koniec pierwszej połowy remisowali 11:11). Przed awansem do czołowej czwórki turnieju Nowozelandczyków mogą powstrzymać już tylko Włosi, ale to ekipa z antypodów będzie zdecydowanym faworytem tej rywalizacji.
W grupie C doszło do najciekawiej zapowiadającego się spotkania kolejki – Argentyna grała z Irlandią. Argentyńczycy zaliczyli drugie zwycięstwo, a Irlandczycy drugą porażkę – skończyło się wygraną ekipy z Ameryki 62:40. Zwycięzcy prowadzili w tym meczu już nawet 38:7, ale w drugiej połowie zespół z Europy ich postraszył, zdobywając cztery przyłożenia i zmniejszając stratę na moment do 10 punktów. Drugą wygraną obok Argentyny odniosła też Anglia, która pokonała zdziesiątkowane przez chorobę Stany Zjednoczone 68:40 (po 50 minutach prowadziła już 49:14, ale w drugiej połowie Amerykanie odpowiedzieli czterema przyłożeniami). O tym, kto wejdzie do półfinału, zadecyduje starcie Argentyny z Anglią.
W grupie D także bez niespodzianek i także drugie zwycięstwa faworytów (którzy w kolejnej kolejce rozstrzygną między sobą, kto zagra o medale). Świetnie prezentujący się Australijczycy pokonali 53:17 Fidżi (sporo przyłożeń, ale i sporo żółtych kartek – aż 6, równo rozdzielonych między obie ekipy), natomiast Francuzi ograli Hiszpanów 57:32 (tu były emocje, w pierwszej połowie Hiszpanie znakomicie zagrali i m.in. dzięki wykorzystaniu problemów z dyscypliną rywali prowadzili do przerwy 20:17 – po przerwie jednak mecz zdominowali Francuzi, którzy zdobyli w tej części spotkania 6 przyłożeń).
EPCR przeprowadziło losowanie grup europejskich pucharów na kolejny sezon – Champions Cup i Challenge Cup. Sam rozkład grup nie ma wielkiego znaczenia, wszak rozgrywki na tym etapie nie porywają (choć spodziewane starcia Leinsteru z Leicester Tigers, Tuluzy z Saracens, Bordeaux z Munsterem, czy Northampton Saints z Montpellier zapowiadają się ciekawie). Niemniej przy okazji podano kilka dodatkowych informacji. Już i tak skomplikowany i niezrozumiały format rozgrywek na pierwszym etapie skomplikowano jeszcze bardziej – dotąd w Champions Cup cztery najlepsze ekipy z każdej grupy awansowały do fazy play-off w tym pucharze. Teraz awans zdobędą trzy najlepsze drużyny z każdej grupy, a brakujące cztery miejsca uzupełnią nie zespoły z czwartych miejsc, ale cztery zespoły z najwyższą liczbą zdobytych punktów spośród wszystkich ekip z miejsc 4–6. Podobnie będzie w Challenge Cup. Druga zapowiedziana zmiana jest zdecydowanie lepsza – zmieniony zostanie system przyznawania bonusów ofensywnych. Zamiast bonusa za cztery zdobyte przyłożenia w meczu, będzie on przyznawany zgodnie z modelem „francuskim”, za trzy przyłożenia więcej od przeciwnika. Dobra informacja też jest taka, że wśród dwóch drużyn zaproszonych do Challenge Cup kolejny raz znalazł się gruziński Black Lion (a z nim południowoafrykańscy Cheetahs) – w grupie ma m.in. Harlequins i Tulon.
Zmiany też w Super Rugby Pacific. Wobec upadku Moana Pasifika w rywalizacji pozostanie 10 drużyn. Tymczasem liczba spotkań każdej z nich w fazie ligowej wzrośnie – w tym roku było ich 14, w przyszłym będzie ich 16. Z kolei faza finałowa zostanie przekształcona na wzór francuski (nieco bardziej zrozumiały od dotychczasowego) – drużyny z miejsc 3–6 zagrają w ćwierćfinałach, a w półfinałach na ich zwycięzców będą czekać ekipy z miejsc 1–2.
Tegoroczny Pacific Nations Cup zostanie zredukowany w porównaniu do poprzedniego, w którym brało udział 6 drużyn. W stawce będą tylko Japonia, Fidżi, Stany Zjednoczone i Kanada, braknie natomiast Tonga i Samoa. Impreza odbędzie się w Osace i Tokio przez dwa weekendy (półfinałowy i finałowy).
Sukcesem zakończył się proces sprzedaży Exeter Chiefs – Tony Rowe oddaje 100% udziałów spółce zależnej od Cannae Holdings (Black Knight Rugby), choć sam ma pozostać na czele zarządu klubu (przez ćwierć wieku to on pompował funty w klub). Nowi właściciele zapowiadają transferową ofensywę.
Nieciekawa informacja z Francji – Tuluza, która właśnie obroniła tytuł mistrzów kraju, została ukarana grzywną w wysokości aż 2,88 mln euro za naruszenie zasad dotyczących limitu wynagrodzeń dla zawodników w trzech spośród czterech ostatnich sezonów (w tym w dwóch mistrzowskich). Powodem jest opłacanie Anthony’ego Jeloncha z kontraktu wizerunkowego zawartego z partnerem klubu oraz niewliczenie do limitu premii dla zawodników. Na wysokość kary wpływ ma zapewne fakt, że to już piąta taka sankcja dla klubu w okresie ostatnich trzech lat.
Kiepsko wyglądają finanse Scarlets – walijska drużyna (która jako jedyna nie podpisała jeszcze nowego PRA z federacją, ale ponoć ma to nastąpić na dniach) ogłosiła wyniki finansowe, w których zwraca uwagę 2,1 mln funtów straty. Co gorsza, to już trzeci rok ekipy z Llanelli ze stratą przekraczającą 2 mln funtów, na dodatek spadły o ok. 10% przychody.
Louis Bielle-Biarrey potwierdził, że chciałby pójść w ślady Antoine’a Duponta i wystąpić w turnieju rugby 7 na najbliższych igrzyskach olimpijskich, w Los Angeles w 2028.
Z wieści transferowych:
- Południowoafrykańczyk Aphelele Fassi, Jack Dempsey i David Havili zagrają w przyszłym roku w japońskiej drużynie Brave Lupus Tokyo;
- z innych japońskich nabytków: Nowozelandczyk Samipeni Finau odchodzi z Exeter Chiefs do Yokohama Eagles, Południowoafrykańczyk Ruan Nortje zagra dla Spears Funabashi Tokyo-Bay, a Kurt-Lee Arendse po roku przerwy wraca do Sagamihara Dynaboars;
- Charles Piutau pozostaje w Japonii – odchodzi z Shizuoka BlueRevs i zagra na drugim poziomie dla Koto Blue Sharks;
- do Racingu 92 przechodzą kończący powoli karierę Maxime Machenaud (spędził już w tym klubie sporo czasu) i młody Paul Costes z Tuluzy.
Warto też zwrócić uwagę na wypowiedź kapitana reprezentacji kapitana Warnera Dearnsa – urodzony w Nowej Zelandii, ale mieszkający od dziecka w Japonii (no, ostatnio gra dla Hurricanes w miejscu swojego urodzenia) miał odrzucić propozycję nowozelandzkiej federacji, która chciała skusić go do występów w barwach All Blacks po trzyletniej karencji.
Zapowiedzi
Kolejny tydzień ponownie pod znakiem rugby międzynarodowego:
- druga kolejka Nations Championship (Australia – Francja, Fidżi – Anglia, Nowa Zelandia – Włochy, Południowa Afryka – Szkocja, Argentyna – Walia, Japonia – Irlandia),
- druga kolejka Nations Cup (Samoa – Gruzja, Tonga – Hiszpania, Urugwaj – Rumunia, Kanada – Portugalia, Chile – Hongkong, Stany Zjednoczone – Zimbabwe),
- pierwsza runda rozgrywanego w formacie pucharowym turnieju Union Cup w Tajlandii (Filipiny – Laos, Singapur – Barbarians azjatyccy, Tajwan – Guam, Tajlandia – Malezja),
- dokończenie zachodnioafrykańskiego turnieju w Bamako,
- towarzyski mecz panów (Namibia – Bulls),
- towarzyski mecz kobiet (Południowa Afryka – Stany Zjednoczone),
- już we wtorek trzecia kolejka fazy grupowej mistrzostw świata U20 w Gruzji (m.in. mecze Argentyny z Anglią i Francji z Australią), a w niedzielę początek półfinałów.
Polskim akcentem będzie udział reprezentacji U18 w mistrzostwach Europy w rugby 7.
Biorą pod uwagę, że Panowie mieli w tym roku tylko jedno zgrupowanie przed startem w Championship wynik nie powinien dziwić. Widać było zarówno ogromny potencjał (świetna gra z Hiszpanią) jak i brak zgrania oraz błędy wynikające z braku przygotowań. Drużyna nie miała stworzonych warunków do gry na tym poziomie.
Reprezentacja Pań miała warunki niewiele lepsze, ale grają na tym poziomie od wielu lat i niewielka liczba zgrupowań miał na ich grę niewielki wpływ.
Taki sam dramat, jeżeli chodzi o możliwości przygotowań są w grupach U18…
Widać wyraźnie, że PZR ma nasze siódemki w miejscu gdzie plecy tracą swoją szlachetną nazwę.
Tak, to smutne. Doszło do mnie, że nawet z wyjazdem do Splitu były/są problemy…
Właśnie spostrzegłem, że „słodko-gorzki” tytuł był wtórny wobec postu Rugbypolska.pl na FB z sobotniego wieczoru. Nie pamiętam, czy w weekend było mi dane zobaczyć ten post, ale jeśli tak – może to sformułowanie zakradło się gdzieś w podświadomość, bo zbieżność nie była zamierzona 🙂