Polki mistrzyniami Europy!

Po raz drugi w historii reprezentacja Polski w rugby 7 kobiet sięgnęła po mistrzostwo Europy (po czterech latach od poprzedniego). Do tego wielkiego sukcesu wystarczyło drugie miejsce w kończącym serię turnieju w Splicie. Panowie niestety spadają poziom niżej, a reprezentacja piętnastkowa przegrała towarzyski mecz z Wyspami Normandzkimi.

Rugby Europe Sevens / Reprezentacja Polski w rugby 7 kobiet / Reprezentacja Polski w rugby 7 mężczyzn

W Splicie odbyły się drugie i zarazem ostatnie w tym roku turnieje w ramach cyklu Rugby Europe Sevens na najwyższym jego poziomie, Championship. I w żeńskim, i w męskim mieliśmy nasze reprezentacje, które toczyły boje z różnym szczęściem. Polki drugi raz w historii wywalczyły mistrzostwo kontynentu, Polacy zaś opuszczają elitę.

Stawką rywalizacji Polek w kobiecych zmaganiach był medal mistrzostw Europy (bardzo dobrym punktem wyjściowym było drugie miejsce z Hamburga) – i nasze zawodniczki od początku mocno weszły w turniej.

Zaczęły od wygranej ze Szwecją 33:5 – już w pierwszej akcji zapunktowała Natalia Pamięta. I choć potem to rywalki przeważnie posiadały piłkę, nasze zawodniczki ani razu nie wpuściły ich na swoją połowę, a raz dziurę w ich obronie bezlitośnie wykorzystała Anna Klichowska. Także i w drugiej połowie Polki zapunktowały już w pierwszej minucie, a ich dominacja nie podlegała dyskusji – dwa przyłożenia zdobyła Ilona Zaiszliuk, trzecie dorzuciła wracająca do kadry po ponad rocznej przerwie Oliwia Strugińska, a Szwedki przebiły się dopiero na sam koniec meczu.

W drugim spotkaniu, z Portugalią, było ciut trudniej. W pierwszej połowie to rywalki miały więcej piłki w rękach, i to na naszej połowie (wskutek dwóch błędów naszych rugbystek). Jednak obrona wytrzymała, a przy trzecim ataku Portugalek jedną z rywalek wyprzedziła Patrycja Zawadzka i nasze zawodniczki wyprowadziły zabójczą kontrę skrzydłem zakończoną przez Julię Druzgałę, dzięki czemu do przerwy prowadziły 5:0. Drugą połowę przeciwniczki zaczęły od podania na własnej połowie prosto w ręce Katarzyny Paszczyk i zrobiło się 12:0. Potem jednak gra toczyła się znowu niemal wyłącznie na naszej połowie, minutę przed końcem rywalki zmniejszyły straty do 5 oczek, ale potem popełniły błąd przy wznowieniu i Polki wygrały 12:5.

W ostatnim meczu grupowym przeciwko Niemkom problemów nie było. Od początku Polki narzuciły presję na rywalki, a po wygranym młynie zapunktowała Paszczyk. Walka była zacięta, ale punktowały tylko nasze zawodniczki – w pierwszej połowie jeszcze Druzgała i Klichowska i było 17:0. Po przerwie Polki imponowały w odbiorze piłki przeciwniczkom: trzykrotnie wygrywały własne kopy ze środka (na start i dwa wznowienia), do tego raz odebrały rywalkom piłkę kontrruckiem i w efekcie dominowały oraz dorzuciły kolejne trzy przyłożenia – Klichowskiej, Oliwii Krysiak i Pamięty. Po ostatnim wygranym wznowieniu co prawda straciły piłkę, ale skutecznie broniły i ostatecznie wygrały 34:0.

W ćwierćfinale przeciwniczkami Polek były trzecie w Hamburgu Belgijki, a zatem jedne z najgroźniejszych rywalek do medalu (i zarazem awansu do Challengera). Spotkanie miało zatem ogromną wagę i tym cenniejsze było pewne zwycięstwo naszej drużyny. Polki w pierwszej połowie znowu wygrały wszystkie swoje kopy ze środka – co prawa potem rywalki wypychały je ze swojej połowy, ale dwukrotnie Polki je skarciły po rajdach Klichowskiej i Pamięty (ten drugi po odzyskaniu straconej wcześniej piłki, gdy Belgijki groźnie zaatakowały). Po trzecim wygranym kopie sytuacja potoczyła się inaczej: strata, odzyskanie piłki po dominującym młynie, ale znowu strata i Belgijki zmniejszyły różnicę punktową do 7 oczek. W drugiej połowie Polki znowu miały piłkę w ręku i znowu były spychane przez rywalki – ale spod własnego pola punktowego indywidualnym rajdem przez niemal całe boisko zaszalała Zaiszliuk, a potem narzuciły na Belgijki taką presję, że te nie zdołały już odpowiedzieć. Polska wygrała 21:7 i już na tym etapie była pewna medalu mistrzostw Europy – okazało się bowiem, że nieoczekiwanie swój ćwierćfinał przegrały Francuzki (17:22 z Niemkami) i w efekcie do półfinałów obok Polek awansowała tylko jedna drużyna z pierwszej czwórki z Hamburga – Hiszpania.

I właśnie Hiszpanki były rywalkami Polek w półfinale – zwycięstwo gwarantowało Polkom złote medale mistrzostw Europy. I to zwycięstwo nasze zawodniczki odniosły, na dodatek w świetnym stylu. Zaczęło się co prawda od dziury w obronie i straconych punktów. Potem po kopie Druzgały zapunktowała Paszczyk po świetnym sprincie z podkopnięciem. Do końca pierwszej połowy Polki nie puszczały Hiszpanek z ich połowy, ale wynik się nie zmienił i do przerwy przegrywaliśmy 5:7. Po przerwie mieliśmy za to polski Blitzkrieg: trzy minuty, trzy przyłożenia i pewne prowadzenie. Najpierw znakomita zespołowa akcja zakończona przez Zaiszliuk, potem była druga piątka tej zawodniczki, a po chwili przejęty aut, błyskawiczny atak, przebój Pamięty i przyłożenie Druzgały. Dopiero wtedy Hiszpanki pierwszy raz zaatakowały, ale wówczas przechwyt zaliczyła Zaiszliuk, która ostatecznie rozstrzygnęła mecz i przy okazji skompletowała hat-tricka. Przyłożenie Hiszpanek na koniec już nic nie zmieniało – Polki wygrały spotkanie 31:12 i zostały mistrzyniami Europy.

Do finału z Irlandią Polki przystąpiły już bez presji, natomiast rywalki grały o medal – wygrana pozwalała im wyprzedzić Hiszpanki i zdobyć brąz. I to było widać na boisku – przez pierwsze 7 minut Polki nie wyszły ze swojej połowy. Odbierały piłki ze środka, ale potem były pod dużą presją rywalek, traciły piłkę, a w końcu traciły też punkty (dwukrotnie przyłożyła Alanna Fitzpatrick, za drugim razem przy grze w przewadze po żółtej kartce Sylwii Witkowskiej). Druga połowa wydawała się zaczynać lepiej, bo nasze zawodniczki wygrały piłkę po kopie na start – straciły jednak piłkę w ataku, rywalki wyprowadziły kontrę i było już 0:19. A chwilę potem Irlandki wygrały wznowienie, Paszczyk zobaczyła żółtą kartkę i zrobiło się 0:26. Dopiero wtedy przyszło przebudzenie – najpierw indywidualny rajd skrzydłem Klichowskiej, a potem piątka Krysiak pozwoliły nam nieco poprawić wynik. Ostatecznie było 12:26, ale po meczu cieszyły się obie drużyny. A nasza kapitan, Natalia Pamięta, podniosła puchar za mistrzostwo Europy, wywalczony przez nasze zawodniczki po raz drugi w historii, po czterech latach od poprzedniego. Dodatkowym bonusem jest awans do kolejnego Challengera.

Na podium mistrzostw Europy obok Polek stanęły Francuzki (które w Splicie były piąte) i Irlandki. Do Trophy spadają Szwedki i Turczynki.

W męskim turnieju walczący o utrzymanie Polacy mieli pod górę od samego początku – z rozstawienia, po zajęciu ostatniego miejsca w Hamburgu, wynikło, że zmierzą się z Niemcami (zwycięzcami pierwszego turnieju), Hiszpanią i Wielką Brytanią (obie ekipy zagrały w SVNS Championship). Na pierwszy ogień był mecz z Niemcami i przegrana 0:36. Potem przyszło grać z Hiszpanami – choć przed trzema tygodniami nasi zaczęli rywalizację od sensacyjnego zwycięstwa z tym rywalem, tym razem polegli z kretesem 0:43. Polacy w obu tych meczach ani razu nie weszli głębiej na połowę rywali, ci zaś z powodzeniem rozmontowywali naszą obronę (6 przyłożeń straconych w pierwszym meczu, 7 w drugim). W trzecim grupowym spotkaniu, sobotnim z Wielką Brytanią, nasi też przegrali, ale przynajmniej zdobyli pierwsze punkty w turnieju – było 5:29. Zaczęło się od fatalnej straty przy własnym młynie, nie pomagały przegrywane seryjnie wznowienia, a jedyne przyłożenie pod koniec meczu, przy grze z przewagą jednego zawodnika zdobył Johan Janiec (chwilę potem o włos był jeszcze Mateusz Kolas).

Trzy porażki oznaczały grę o miejsca 9–12 i w praktyce już tylko matematyczne szanse na utrzymanie na poziomie Championship. A te resztki szans rozwiała przegrana w półfinałowym meczu z Czechami. Co prawda nasi zawodnicy świetnie zaczęli spotkanie i po przyłożeniu Szymona Sirockiego oraz podwyższeniu Arsenija Pastiuchowa prowadzili 7:0. Moment później mieli kolejną szansę, ale młyn w polu 22 m rywali skończył się stratą i błyskawiczną kontrą jednego z asów przeciwników, Adama Miřácký’ego. Chwilę potem ten sam zawodnik wyrwał się trzem naszym (i Czesi wyszli na prowadzenie), a na koniec pierwszej połowy skompletował hat-tricka. Drugą połowę od samotnego rajdu zaczął drugi z niesamowitych czeskich skrzydłowych, Adam Koblic, jego koledzy dorzucili kolejne trzy przyłożenia (w tym dublet kolejnej wschodzącej gwiazdy Maxima Aschenbachera), a Polacy ani razu nie zagrozili już rywalom – skończyło się wynikiem 7:43.

W efekcie nasi zagrali w niedzielę o jedenaste miejsce z Litwinami, a oba zespoły były już przed meczem skazane na degradację do grupy Trophy. Przechwyt po starcie dawał nadzieję na szybkie otwarcie, ale zaraz po nim mieliśmy przód i nici ze świetnej okazji. Błyskawiczną kontrę Litwinów udało się powstrzymać, ale po chaotycznym okresie z błędami z obu stron to ostatecznie rywale zdobyli pierwsze punkty. Potem obie drużyny miały swoje okazje, ale do przerwy wynik się nie zmienił – przegrywaliśmy 0:7. Druga połowę zaczęliśmy od błędu, ale udało się piłkę odzyskać i Pastiuchow przyłożeniem zmniejszył stratę. Potem jednak Litwini znowu odskoczyli, a gdy kolejny nasz atak nie przyniósł efektu mimo szarpnięć Jańca, rozstrzygnęli mecz trzecim przyłożeniem – Polska przegrała 5:19 i zajęła ostatnie, dwunaste miejsce w końcowej klasyfikacji zarówno splickiego turnieju, jak i całej serii.

Tytuł mistrzowski trzeci raz z rzędu wywalczyli Francuzi, którzy w finale turnieju pokonali Włochów 43:0. Brąz dla Belgów, którzy w meczu o trzecie miejsce pokonali Hiszpanów. Włosi w 1/4 finału wyeliminowali zwycięzców pierwszego turnieju, Niemców – ci zajęli ostatecznie dopiero siódme miejsce w turnieju i w klasyfikacji cyklu spadli na czwartą lokatę.

Dziwił wybór Splitu na miejsce rozegrania turnieju – nie dość, że Chorwatów w stawce nie było, to murawa wyglądała fatalnie.

Reprezentacja Polski mężczyzn

Aż ośmiu graczy bez reprezentacyjnego doświadczenia Kamil Bobryk i Tomasz Stępień wypróbowali w towarzyskim spotkaniu reprezentacji Polski z drużyną Wysp Normandzkich. Mieliśmy także nowego, raczej nieoczekiwanego kapitana – Thomasa Toevalu. Stawką meczu na Jersey było Granite Trophy, a Polacy byli drugim zespołem, który próbował wywieźć to trofeum z Kanału La Manche. Rok temu nie podołali Szwedzi (było 66:28), w tym roku nie udało się to także naszym – przegrali 27:38.

Długo toczyli wyrównaną walkę z rywalami, zaczęli od karnych Daniela Tomanka (po których jedyny raz w tym spotkaniu byli na jednopunktowym prowadzeniu, 6:5), potem przyłożył Patryk Reksulak i do przerwy przegrywali tylko 13:17. Po przerwie zapunktował dla nas mieszkający na Wyspach Normandzkich Eryk Swiech, pod koniec swoje drugie przyłożenie zaliczył Reksulak, ale rywale do trzech przyłożeń sprzed przerwy dorzucili kolejne trzy (punktując nawet przy grze w osłabieniu po żółtej kartce) i wypracowali zwycięską przewagę. Trenera Kamil Bobryk żałował błędów przy wychodzeniu z obrony oraz kłopotów w młynie w pierwszej połowie.

Cóż, jak na nasze warunki zagraliśmy z dość wymagającym rywalem (Jersey i Guernsey w nadchodzącym sezonie zagrają na czwartym poziomie ligowym w Anglii), więc to pewnie był cenny test. Spora grupka graczy (w tym z zagranicy) dostała szansę pokazania się w biało-czerwonym stroju. Teraz czekamy, czy jesienią uda się zrealizować podobne okazje – przed powrotem do REC nasza kadra potrzebuje grania.

Z kraju

Z wieści transferowych: prawdziwa ofensywa transferowa przed nadchodzącym sezonem Edach Budowlanych Lublin – zaprezentowano czterech stosunkowo młodych graczy z Południowej Afryki (dwóch zawodników pierwszej linii, Alistair O’Brien i Duncan Edwards, łącznik młyna JP Beyer, łącznik ataku Tireque Apolles) oraz zaanonsowano powrót Arkadiusza Janeczki.

Ze świata

W ten weekend rozegrano finały dwóch najważniejszych kobiecych lig na antypodach. W australijskiej Super Rugby W Fijiana Drua nie zdołała wykorzystać atutu swojego boiska (grano w Ba) i uległa Waratahs 17:34. Ekipa z Australii zdobyła tytuł mistrzowski po raz siódmy w historii i trzeci z rzędu – i to mimo dopiero trzeciego miejsca w sezonie zasadniczym w tym roku. Zadecydowały cztery przyłożenia Australijek, po których prowadziły na pół godziny przed końcem 24:0.

W finale Super Rugby Aupiki w Nowej Zelandii powtórka sprzed roku – Blues znowu pokonały Matatū i znowu różnicą siedmiu punktów (było 28:21). Tu walka trwała do samego końca – tuż przed końcem Matatū doprowadziło do wyrównania, ale w doliczonym czasie Katelyn Vahaakolo zdobyła zwycięskie przyłożenie dla grającej wówczas w czternastkę ekipy z Aucklandu. Blues, podobnie jak Waratahs, zaliczyły trzeci tytuł pod rząd. Za tydzień pojedynek dwóch mistrzowskich zespołów – drugi w historii i w tym samym składzie co przed rokiem, tym razem rozgrywany w Australii.

W drugiej kolejce południowoafrykańskiego Currie Cup zwraca uwagę drugie zwycięstwo Cheetahs – tym razem nad Sharks, 43:21. Sporą zasługę w tym wyniku mieli autor hat-tricka Prince Nkabinde oraz Faf de Klerk, który zaliczył dwa przyłożenia i dwie asysty. Drugą wygraną zaliczyli też Boland Cavaliers – aż 43:5 ze Stormers (m.in. hat-trick skrzydłowego Jaydena Bantoma). Po raz pierwszy wygrali broniący tytułu mistrzowskiego Griquas – 56:26 z Bulls (tu dwóch graczy z trzema przyłożeniami na koncie. Jedyną ekipą z URC, która zwyciężyła w ten weekend, byli Lions – 52:19 z Pumas.

Rozegrano finał pierwszej tury sezonu ligowego w Urugwaju – zwycięzcą wiosennych rozgrywek Torneo Apertura została ekipa Old Christians, którzy w decydującym pojedynku pokonali Old Boys 16:14 dzięki przyłożeniu i podwyższeniu zdobytemu w ostatniej akcji meczu (rewanżując się za porażkę z finału mistrzostw z ubiegłego roku). To jednak dopiero połowa drogi do mistrzostwa – trzeba wygrać jeszcze jesienny Torneo Clausura (lub finał z jego mistrzem).

Przeoczony wynik międzynarodowego, aczkolwiek egzotycznego starcia sprzed dwóch tygodni: Eswatini (dawne Suazi) przegrało z Mozambikiem 5:34.

Pojawiły się plotki dotyczące planowanych po raz pierwszy w 2028 klubowych mistrzostw świata. Według The Times w związku z uruchomieniem Nations Championship (turnieju, który ma być rozgrywany w latach parzystych) rozważane jest przeniesienie pierwszej edycji nowej imprezy na 2029, ewentualnie redukcja jego formatu (i udział tylko czterech mistrzów największych lig świata – Top 14, URC, Prem i Super Rugby Pacific – zamiast planowanych szesnastu drużyn).

Z kolei według The Telegraph trwają rozmowy na temat zmiany planów wyprawy British & Irish Lions do Nowej Zelandii w 2029. Ponoć rozważany jest pomysł rozegrania w Europie dwóch pojedynków (z Francją i Włochami), co zaowocuje skróceniem czasu spędzanego na antypodach i ośmioma zamiast dziesięcioma meczami rozegranymi w Nowej Zelandii.

Przy zielonym stoliku ważą się losy awansu Nicei (a raczej Nissy) z Nationale do Pro D2. Choć drużyna z Lazurowego Wybrzeża pokonała w barażu Mont-de-Marsan, LNR odrzuciło jej awans z powodu braku odpowiednich gwarancji finansowych. Klub zapowiada apelację, która da mu jeszcze chwilę czasu na zebranie budżetu. Jeśli jednak decyzja zostanie podtrzymana, Mont-de-Marsan uniknie spadku.

Prezydent Asia Rugby Qais Al Dhalai poinformował o planach dotyczących formatu azjatyckich rozgrywek w najbliższych latach. Rozgrywki obejmujące cały kontynent mają odbywać się tylko na dwóch najwyższych poziomach ARC – obu z udziałem czterech drużyn (na najwyższym: Hongkong, Korea Południowa, Sri Lanka i Zjednoczone Emiraty Arabskie, na drugim: Malezja, Kazachstan, Indie i Katar). Ewentualny spadek i awans między tymi dwoma poziomami będzie możliwy co dwa lata, po rozegraniu barażu między ostatnią drużyną pierwszego poziomu i zwycięzcą drugiego. Pozostałe reprezentacje azjatyckie mają uczestniczyć w rozgrywkach regionalnych (których przykładem jest Unions Cup dla ekip z SEARF, czyli federacji Azji południowo-wschodniej – pozostałe regiony to Azja zachodnia oraz Azja środkowa, której federacje są zorganizowane w CASA). Co ciekawe, do rozgrywek centralnych nie trafią reprezentacje wyżej sklasyfikowane w rankingu World Rugby niż Indie i Katar – Filipiny (obecnie 43. miejsce, a więc wyżej niż wszystkie drużyny z drugiego poziomu), Tajwan, Tajlandia czy Singapur. Także kobiece reprezentacje mają być zgrupowane na dwóch poziomach (pierwszy – Hongkong, Kazachstan i Korea Południowa, drugi – Malezja, Indie i ZEA).

Rugbypass.com opublikowało artykuł na temat Ascent Rugby Series (nowych rozgrywek z udziałem Pogoni Awenty Siedlce). Pojawia się w nim ciekawe stwierdzenie – wzmianka o możliwości pojawienia się kolejnych takich rozgrywek. Link: https://www.rugbypass.com/news/new-european-club-competition-set-to-launch-next-month/

Argentyński łącznik ataku Tomás Albornoz może doczekać się konsekwencji swojej postawy po zakończeniu meczy Argentyny z Anglią – naskoczył wówczas na sędziego tego spotkania, a World Rugby wszczęło procedurę dyscyplinarną w tej sprawie.

W wielkim procesie były rugbystów przeciwko WR, RFU i WRU, związanym z chorobami mózgu wywołanymi grą, dochodzi do przesileń. Skarżący nie dopełnili nałożonego nań przez sąd obowiązku dostarczenia szczegółowych informacji medycznych, wobec czego spora ich część może być wyłączona ze sprawy (dotyczy to około 95% skarżących). Sędzia póki co odroczył swoją decyzję w tej sprawie. Ponadto skarżący postanowili odwołać swoje pełnomocnictwa dla reprezentującego ich w tej sprawie prawnika, obwinionego za taki rozwój sytuacji.

Z wieści transferowych:

  • Ma’a Nonu jest chyba niezniszczalny – 44-letni były reprezentant Nowej Zelandii po pobycie w Tulonie podpisał kolejny kontrakt w kolejnym kraju. Tym razem związał się z ekipą Sharks z Południowej Afryki. Kibice już ostrzą sobie zęby na jego potencjalny występ w meczu tej drużyny z All Blacks zaplanowanym na 11 sierpnia;
  • nie dojdzie do skutku transfer Fidżyjczyka Joji Nasovy do Newcastle Red Bulls – srebrny medalista z igrzysk w Paryżu pozostaje w ojczyźnie z przyczyn osobistych i będzie nadal występować w Fijian Drua;
  • wygląda na to, że przygoda Zaca Lomaxa z rugby union może być krótka – prawdopodobnie po zakończeniu kontraktu z Western Force wróci do NRL (pojawił się filmik wiążący go z drużyną Papua New Guinea Chiefs, która ma występować w tej lidze od 2028). W przeciwną stronę ma podążyć jednak Treyvon Pritchard wiążący się z Reds;
  • plotka ale za to jaka: ponoć możliwe jest przejście Thomasa Ramosa z Tuluzy do Racingu 92.

Do posłuchania:

  • film/podcast na youtube’owym kanale Front Row Rugby o tym, czego World Rugby powinno nauczyć się od FIFA na przykładzie zakończonych niedawno mistrzostw świata w piłce nożnej rozegranych w Stanach Zjednoczonych: https://www.youtube.com/watch?v=NtAQCthQI6A. Jest o rozstawianiu drużyn (pamiętamy ostatni Puchar Świata), podziale zysków z imprezy (World Rugby tymczasem ogranicza finansowanie drużyn spoza Tier 1) czy wykorzystaniu okazji do wejścia na rynek amerykański;
  • krótki tekst na twitterowym profilu Tier 2 Rugby o tym, jak wbrew słowom World Rugby Nations Cup stanowi krok wstecz w rozwoju ekip z drugiego poziomu: https://x.com/T2Rugby/status/2080686934154694808. To porównanie meczów, jakie grały one w tym letnim okienka ze spotkaniami z analogicznego okresu z 2022 (a więc sprzed czterech lat).

Zapowiedzi

Kolejny weekend będzie chyba najspokojniejszy w całym rugbowym roku. Warto zwrócić uwagę na start prowincjonalnych rozgrywek NPC w Nowej Zelandii oraz Super Rugby Champions Final, czyli starcie mistrzyń Nowej Zelandii i Australii.

Dodaj komentarz