I znów ci niesamowici Francuzi

Skończyła się międzynarodowa jesień, w tym roku mocno odmieniona i przedłużona. W ten weekend obejrzeliśmy dwa dreszczowce, jeden na południu (skończony remisem), drugi na północy (gdzie po remisie dostaliśmy dogrywkę). Pazur pokazały znowu Argentyna i Francja. Zwłaszcza ta ostatnia zrobiła wrażenie, mimo gry absolutnie rezerwowym składem mocno przeciwstawiając się Anglikom.

Autumn Nations Cup

Czwarty i ostatni weekend z „covidowym pucharem” czyli Autumn Nations Cup wypełniły mecze fazy play-off.

W meczu o siódme miejsce Gruzja zmierzyła się z Fidżi. Gruzini z kompletem trzech porażek z fazy grupowej, a Fidżijczycy z kompletem trzech walkowerów, po długiej izolacji, bardzo głodni gry, z Semi Radradrą debiutującym w roli kapitana i Nemani Nadolo powracającym do kadry po dwóch latach przerwy. Zagrali wreszcie swój mecz w tym turnieju i zaprezentowali grę, której oczekiwali kibice: moc, szybkość i technika. Gruzini aż sześciokrotnie wpuścili rywali na swoje pole punktowe. Fidżi zdobywało przyłożenia seriami: trzy w pierwszym kwadransie gry, a trzy w ciągu dziesięciu minut w pierwszej fazie drugiej połowy. Ta druga seria rozstrzygnęła spotkanie, bo wcześniej Gruzja przegrywała tylko 10:19. W końcówce Gruzini pokusili się o dwa przyłożenia, które nieco osłodziły porażkę: wynik 24:38 nie wygląda najgorzej. Ale obronę mieli w tym meczu dziurawą. Za to wreszcie pokazali, że umieją także atakować. Gwiazdą spotkania był Nemani Nadolo, który już w pierwszej akcji meczu zdobył przyłożenie, a potem dorzucił jeszcze dwa.

W meczu o piąte miejsce trzecie zwycięstwo w tym roku (w tym drugie nad Włochami) odniosła Walia. Wygrała, ale jej kibice długo drżeli o ostateczny wynik. Co prawda po kwadransie prowadziła 14:0, ale potem punktowanie zaczęli gracze z Italii. Do przerwy zmniejszyli stratę do zaledwie jednego punktu, a kilka minut po przerwie sami wyszli na jednopunktowe prowadzenie. Jednak gospodarze spotkania mieli zabójczą końcówkę – w ciągu ostatnich 25 minut zdobyli trzy przyłożenia z podwyższeniami i wygrali 38:18. Ten mecz był jednak bardziej wyrównany, niż wskazuje na to końcowy wynik. W niezbyt przekonującej walijskiej drużynie poziomem wyróżnili się dwa zawodnicy: Justin Tipuric i Taulupe Faletau.

O trzecią lokatę zmierzyli dwaj rywale z Wysp: Irlandia i Szkocja. Zobaczyliśmy zacięty mecz w kiepskich warunkach, w którym na początku punkty padały tylko z kopów. Karne dla Szkocji wykonywał debiutujący w reprezentacji Jaco van der Walt (pochodzący z Południowej Afryki), a dla Irlandii jej kapitan, Johnny Sexton, który powrócił do składu (potem znowu jednak zszedł z boiska z kontuzją) – obaj zanotowali po jednym pudle. Dopiero w ostatnich minutach pierwszej połowy, przy prowadzeniu Szkotów 9:6, zobaczyliśmy pierwsze przyłożenie – przewagę jednego gracza wykorzystali Irlandczycy i wyszli na prowadzenie 11:9 (przyłożenie po wysokim kopie Sextona w okolice pola punktowego rywali). O ich zwycięstwie w meczu zadecydował początek drugiej połowy – w ciągu kilku minut po dwóch błędach Szkotów w obronie (najpierw Hogg wypuścił piłkę z rąk, potem spalony) powiększyli swój dorobek o 14 punktów. I choć Szkoci odpowiedzieli przyłożeniem, Irlandczycy kontrolowali wynik, który w końcówce dwoma karnymi podwyższył jeszcze zmiennik Sextona zarówno z reprezentacji, jak i klubu – Ross Byrne. Irlandczycy zapewnili sobie trzecie miejsce w turnieju zwyciężając Szkotów 31:16. Dla tych ostatnich to najwyższa porażka w tym roku.

A finał turnieju – cóż, dramatyzmu w nim nie brakowało. Przed meczem głośno było o składzie Francji. Tam nie było właściwie żadnego zawodnika z podstawowego wyboru do reprezentacji – to wynik kompromisu z władzami ligi francuskiej, która nie chciała się zgodzić na tak długie okno międzynarodowe, niezgodne z umową pomiędzy FFR i LNR. W efekcie gwiazdy francuskie „zużyły” swój jesienny limit występów we wcześniejszych spotkaniach. Najlepszym przykładem był kapitan: był nim łącznik młyna Baptiste Couilloud, który grał w reprezentacji zaledwie po raz szósty (tej jesieni wszedł na boisko tylko raz, z ławki w ostatnim meczu ze Szkocją). Sporo w ogóle w reprezentacji Francji było graczy, którzy jeszcze niedawno zdobywali mistrzostwa świata juniorów (ich łupem padły dwa ostatnie: w 2018 i 2019). Za to Anglicy nie oszczędzali swoich gwiazd (brakło tylko tych, którzy załapali kontuzję – jak Mako Vunipola – lub z którymi jakoś nie po drodze Eddiemu Jonesowi) i mało kto stawiał na wyrównany bój. Tymczasem na boisku aż iskrzyło, a do rozstrzygnięcia potrzebowaliśmy dogrywki. A na dodatek wreszcie oglądała to publiczność na żywo (choć cóż to jest, 2000 ludzi na potężnym Twickenham).

Po pierwszej połowie angielscy widzowie byli zapewne w niemałym szoku. Co prawda to Anglia zdobyła pierwsze punkty po karnym Owena Farrella, ale chwilę później pięknym zwodem oszukał angielskich zawodników Matthieu Jalibert i otworzył drogę Brice’owi Dulinowi do przyłożenia. Przed przerwą Jalibert kopnął jeszcze dwa karne i Francja prowadziła 13:6. Pod koniec tej części spotkania Anglicy bardzo długo testowali francuską obronę na linii pola punktowego i nie znaleźli w niej żadnej luki. Po przerwie Anglia dominowała, ale jedynym pożytkiem z tego stanu rzeczy były karne, które wykonywał Owen Farrell. A wykonywał je ze zmiennym szczęściem: już w pierwszej połowie wykorzystał tylko jedną z dwóch prób, a w drugiej połowie kontynuował tę statystykę, trafiając dwa kopy z czterech. Nie mylił się natomiast zmiennik Jaliberta, młodziutki Louis Carbonel – Francuzi dwukrotnie tylko przebili się głębiej na połowę rywali i w obu tych przypadkach wykorzystali dyktowane na ich rzecz karne. Tuż przed końcem utrzymywali więc siedmiopunktową przewagę z pierwszej połowy, było 19:12. Jednak ostatnia akcja wreszcie przyniosła przełamanie niesamowitej francuskiej obrony, Farrell tym razem nie zawiódł z podwyższenia i mieliśmy remis oraz dogrywkę. Ta toczyła się do pierwszych punktów i błyskawicznie szansę na nie dostali Anglicy: Farrell jednak po raz czwarty w tym meczu zmarnował szansę z karnego (z całkiem niezłej pozycji) – trafił w jeden słup, a odbita od niego piłka o włos minęła drugi. Na kolejną szansę musiał czekać aż kwadrans, tym razem jednak udało mu się zmieścić piłkę między słupami i Anglia zatriumfowała.

Anglia wygrała, ale znowu na ustach rugbowego świata są Francuzi. Bez najlepszych zawodników, drugim, a może i trzecim składem, ale mimo wszystko fantastycznie bronili i jako jedyni pokazali w tym meczu trochę finezji. Oczywiście, gdyby Farrell miał lepiej ustawiony celownik, przegraliby ten mecz w regulaminowym czasie. Ale i tak byłaby to przegrana z honorem i sygnał dla Eddiego Jonesa, że z Anglią mimo wszystko nie jest idealnie. I naprawdę z niecierpliwością czekam na to, co Francuzi pokażą za niespełna trzy lata, na rozgrywanym przecież u nich Pucharze Świata.

Media społecznościowe po tym meczu rozgrzały wyimki z ostatniej akcji Anglików w regularnym czasie gry, zakończonej przyłożeniem dającym im remis, w której obserwatorzy dopatrzyli się aż dwóch przypadków wypadnięcia piłki do przodu niezauważonych przez sędziego. I jedna ciekawostka: w zasadach turnieju opublikowanych na stronie turnieju (https://www.autumnnationscup.com/about-us/) nie było mowy o dogrywce. W razie remisu podczas finałowego weekendu miały decydować kolejno większa liczba przyłożeń w meczu, mniejsza liczba popełnionych karnych w meczu i wreszcie wyższa pozycja w rankingu World Rugby. Wygraliby jednak również Anglicy (w przyłożeniach było 1:1, ale więcej karnych sędzia dyktował przeciwko Francuzom).

A tak swoją drogą – tydzień temu pisałem o reakcjach angielskich komentatorów na styl gry prezentowany w Autumn Nations Cup. Nie jest dobrze, bo przed finałami głos zabrał trener reprezentacji Anglii (siłą rzeczy, najbardziej krytykowanej), Eddie Jones, który stwierdził, że dzisiejsze rugby „ekscytuje jedynie purystów”. Ale liczy na to, że zobaczymy jeszcze grę, w której dominacja defensywy odejdzie w niepamięć. Cóż, w jego przypadku najlepiej chyba powiedzieć: oby przeszedł od słów do czynów. Póki co Eddie Jones chciałby, aby sędziowie przyspieszali grę w przegrupowaniach: coś, co działo się w Super Rugby Aotearoa, ale jakby zwolniło po tym, jak okazało się, że dyktowano z tego powodu więcej rzutów karnych. Podobnie wypowiedział się Nigel Owens: nie zmieniajmy przepisów, ale niech sędziowie (łącznie z nim) inaczej grę prowadzą. I pierwszym z jego trzech postulatów też było przyspieszenie rucków poprzez używanie komendy use it, jak tylko piłka będzie możliwa do wyjęcia z przegrupowania. A swoją drogą, było kilka długich i nużących (nawet tych zgromadzonych na Twickenham) momentów we wczorajszym meczu finałowym, które przypominały bardziej tenis niż rugby…

Tri Nations

Na początek o tym, co poza boiskiem. Klęska Argentyny z Nową Zelandią z poprzedniego weekendu była tylko początkiem jej kłopotów. A te nadeszły z dwóch stron. Dwa tygodnie wcześniej byli bohaterami, a teraz… Gracze reprezentacji zostali po tym meczu zmieszani z błotem – oczekiwano, że nie w ten sposób upamiętnią odejście Maradony (przegrali z kretesem, a na dodatek najbardziej spektakularny gest pod kierunkiem zmarłego uczynili ich rywale). Jakby tego było mało, na światło dzienne wpłynęły dawne ksenofobiczne wypowiedzi kapitana reprezentacji, Pablo Matery. Przeprosił, ale stracił kapitańską opaskę oraz występ w meczu przeciwko Australii. A wraz z nim Guido Petti i Santiago Socino. Dwa dni później, zawieszenia cofnięto, choć z Australią ostatecznie nie zagrali.

A na boisku w drugim meczu Australii z Argentyną mieliśmy drugi remis. Dwa tygodnie temu było 15:15, tym razem 16:16. Ulewny deszcz na pewno zawodnikom nie pomagał. Sami zasłużyli sobie na cztery kartki, w tym jedną czerwoną (tę ostatnią zarobił Lukhan Salakaia-Loto z Australii na dwadzieścia minut przed końcem). W pierwszej połowie podobać się mógł kop z karnego Nicolása Sáncheza z linii środkowej oraz akcja zakończona jedynym przyłożeniem: Argentyńczycy po aucie we własnym polu 22 m najpierw przejechali maulem ponad 20 metrów, a potem bardzo szybką akcją dwójkową dotarli na pole punktowe rywali. Prowadzili 13:3 i zanosiło się na niespodziankę. Tuż przed przerwą Australia jednak zmniejszyła straty do siedmiu punktów, a w drugiej połowie miała przewagę. Tej jednak starczyło tylko do wyrównania wyniku meczu na 16:16. I podobnie jak w meczu sprzed dwóch tygodni, znowu wyrzuty do siebie będzie miał Reece Hodge: przez cały mecz kopał na bramkę rywali bezbłędnie, ale w 80. minucie spudłował karnego, który mógł dać Wallabies zwycięstwo. Sporo się działo, szkoda tylko, że sporo miejsc na trybunach było pustych.

Przed meczem symboliczny moment: hymn Australii jej zawodnicy zaśpiewali nie po angielsku, ale w aborygeńskim języku używanym przez plemiona Eora, niegdyś zamieszkujące okolice Sydney. Przy tej okazji warto wspomnieć, że podczas pierwszej wyprawy Wallabies na Wyspy Brytyjskie (w 1908) zawodnicy drużyny australijskiej przed meczami z brytyjskimi rywalami wykonywali aborygeński rytuał wyzwania. Potem zwyczaj został porzucony. Szkoda.

Turniej niezwykle udany i wyrównany. Zarówno Australia, jak i Argentyna zdołały pokonać Nową Zelandię. Same też zanotowały niespotykany raczej w ostatnich czasach w rugby bilans: po jednym zwycięstwie i porażce i dwa remisy. Nie ma chyba tutaj przegranych. A poziom spotkań raczej przyćmił to, co działo się równocześnie w Europie.

Poz.DrużynaM.Pkt.
1. Nowa Zelandia411
2. Argentyna48
3. Australia48

Premiership

Na dobry początek przyszłego tygodnia – wyniki testów koronawirusowych. Ani jedna próbka spośród testowanych 986 nie przyniosła wyniku pozytywnego. Drugą dobrą wiadomością był powrót publiczności, choć w ograniczonych liczbach i tylko na część stadionów.

W pierwszym meczu trzeciej kolejki zmierzyli się Bristol Bears i Northampton Saints. Faworytami byli gospodarze, którzy liczą na medale, podczas gdy Northampton Saints odnotowuje fatalną jesień. Tymczasem to goście ten mecz zaczęli znacznie lepiej i po kwadransie prowadzili 14:0. Wprawdzie Bears szybko zmniejszyli straty i generalnie mieli przewagę, ale w przerwie przegrywali 14:5, a chwilę później 14:8. Tiff Eden miał dwie szanse z karnych, które mogły doprowadzić do wyrównania, obie jednak chybił, a kolejne trzy oczka zanotowali Saints. Było dziesięć minut do końca i dziewięć punktów przewagi, w fanach z Northampton pojawiała się nadzieja na pierwsze od dawna zwycięstwo. Przewaga jednak szybko stopniała do dwóch punktów i zaczęła się nerwowa końcówka. W niej Bristol Bears zdołali wyszarpać zwycięstwo 45-metrowym karnym w 80. minucie (wykonywanym przez Sama Bedlowa, który ostatnio nie miał specjalnie wiele okazji do ćwiczenia takich umiejętności). Wygrali 18:17 i z sensacji były nici.

Trzecie kolejne mecze i trzecie zwycięstwa odniosły dwie jedyne dotąd niepokonane drużyny. Exeter Chiefs zgodnie z planem pokonali Leicester Tigers na wyjeździe aż 35:13. Tu na niespodziankę zanosiło się tylko do przerwy, gdy Tigers po przyłożeniu zdobytym pod koniec pierwszej części spotkania wyszli na prowadzenie 13:7. Ale Exeter miał przewagę przez cały mecz, a w drugiej połowie zdecydowanie ją wykorzystał: zdobył cztery przyłożenia z podwyższeniami. Kolejne przyłożenie dorzucił do swojego dorobku Sam Simmonds, absolutny lider w klasyfikacji najlepiej przykładających w tym sezonie (trzy mecze i sześć przyłożeń). Drugą niepokonaną drużyną są Newcastle Falcons i tu już możemy mówić o niespodziance: beniaminek grał na wyjeździe z wicemistrzami, Wasps, i nadspodziewanie dobrze sobie z nimi poradził. Na początku drugiej połowy po trzech przyłożeniach (pierwsze z nich zdobył Adam Radwan) prowadził już 24:5 i prowadzenia nie oddał aż do końca, choć Wasps zdobyli jeszcze dwa przyłożenia. Przegrali jednak 17:27. Nieoczekiwana sytuacja na początku spotkania: dwóch zawodników tej samej drużyny, Falcons, musiało opuścić boisko i przejść HIA – zderzyli się głowami.

Gracze Gloucester i Harlequins pokazali swoim kibicom chyba wszystko, co w rugby można zobaczyć. Siedem przyłożeń, pięć kartek, drop goal… Sporo się działo. Harlequins na prowadzenie wyszli już po kilku minutach gry, gdy przyłożenie zdobył zapomniany przez Jonesa Alex Dombrandt. Co prawda Gloucester wyrównało, ale po ostatniej akcji pierwszej połowy Harlequins znowu prowadzili siedmioma punktami. Po drodze mieliśmy wielką awanturę na boisku, która skutkowała dwoma żółtymi kartkami. Na początku drugiej połowy londyńczycy stracili po czerwonej kartce Andre Esterhuizena, a moment później po żółtej kartce grali już w trzynastkę. Jednak przetrwali, a nawet tuż przed powrotem Glena Younga na boisko zaczęło się ich fantastyczne pięć minut: dwa kolejne przyłożenia (w tym drugie Dombrandta) dały im już 21 punktów przewagi. I choć potem Gloucester odpowiedziało dwoma przyłożeniami Jamesa Hansona, to było za mało, zwłaszcza że Marcus Smith siódmy raz w tym meczu trafił między słupy, tym razem z drop goala. Harlequins wygrali na wyjeździe 34:24. Gloucester nie tylko straciło punkty, ale w pierwszej połowie też Billy’ego Twelvetreesa, który musiał zejść z kontuzją.

Poza tym Worcester Warriors przegrali 17:33 z Bath (dla Bath to pierwsze zwycięstwo w sezonie, tym cenniejsze, że w pierwszym kwadransie musiał zejść z boiska z kontuzją Rhys Priestland), a London Irish w drugim meczu na swym nowym stadionie w stolicy tym razem przegrało z Sale Sharks 13:21.

W tabeli nadal na czele Exeter Chiefs i Newcastle Falcons z kompletami zwycięstw. Jedyne różnice między Chiefs i Falcons polegają jak dotąd na tym, że Chiefs wygrywają swoje mecze z bonusem i zgodnie z oczekiwaniami, a Falcons bez bonusów i wciąż stanowi to niespodzianki. Bez zwycięstwa pozostali już tylko mający fatalną passę po powrocie z epidemicznego zawieszenia Northampton Saints.

Poz.DrużynaM.Pkt.
1. Exeter Chiefs315
2. Newcastle Falcons312
3. Bristol Bears310
4. Sale Sharks310
5. ↑↑↑Harlequins310
6. ↑↑↑↑↑↑Bath36
7. ↓↓London Irish35
8. ↓↓Leicester Tigers35
9. ↓↓Gloucester35
10. ↓Wasps35
11. ↓Worcester Warriors34
12. ↓Northampton Saints32

Top 14

Na początek jedenastej kolejki zmierzyły się dwie potęgi: Clermont i niespełniający nadziei swojego właściciela Montpellier. Spotkanie zawiodło, bo nie zobaczyliśmy ani jednego przyłożenia. Obie drużyny postawiły na wykorzystywanie szans z karnych i mecz zamienił się w pojedynek kopaczy: Camille Lopeza i Louisa Forsans-Bourdette’a. Górą był ten drugi, który wykorzystał siedem szans, podczas gdy jego rywal tylko pięć: Montpellier nieoczekiwanie wygrało pierwszy raz w tym sezonie na wyjeździe 21:15. Cieszyło się też z powrotu na boisko (wszedł w końcówce) Louisa Picamoles’a po długiej przerwie spowodowanej kontuzją.

Podobny przebieg miał mecz Bordeaux z Racingiem 92. Tu także bardzo długo oglądaliśmy tylko kopy na bramkę. W pierwszej połowie fatalne warunki skłaniały drużyny to wykorzystywania najprostszych środków. Na pięć minut przed końcem był remis 12:12 i dopiero wtedy padło jedyne przyłożenie w tym meczu – po akcji skrzydłowego reprezentacji Francji, Teddy’ego Thomasa, niewidocznego wcześniej w tym spotkaniu. Paryżanie wygrali 17:12.

Ciekawiej było w innym nieźle zapowiadającym się spotkaniu, w którym Lyon podejmował liderów z La Rochelle. Tu czekaliśmy na pierwsze przyłożenie do końca pierwszej połowy. Zdobył je młynarz Samuel Lagrange po tym, jak żółtą kartkę obejrzał jeden z rywali – dzięki temu La Rochelle wyszło na prowadzenie 8:6. Druga połowa zaczęła się podobnie jak skończyła pierwsza: kolejny gracz z Lyonu dostał żółtą kartkę (grali zatem w trzynastu), a przyłożenie zdobył Lagrange. Liderzy prowadzili 15:6. Ale od tej pory zdołali do swojego dorobku dorzucić tylko trzy punkty, natomiast regularne punktowanie zaczęli gospodarze. Trzy karne oraz przyłożenie z podwyższeniem dały im zwycięstwo 22:18, choć lider bliski był przechylenia szali na swoją korzyść w ostatniej akcji meczu. To dopiero trzecia porażka roszelczyków w tym sezonie.

W ostatnim starciu kolejki Stade Français podejmowało Tulon. To był pierwszy mecz obu drużyn od śmierci Christophe’a Dominiciego, który był zawodnikiem obu tych ekip. Walka toczyła się cios za cios, a drużyny co chwila zmieniały się na prowadzeniu. Tu było sporo efektownej gry, której brakowało w innych spotkaniach tej kolejki. Podobać się mogły zwłaszcza dwie próby drop goali w wykonaniu paryżan: pierwsza udana, druga w samej końcówce z niemal połowy boiska trafiła w słupek. Ostatecznie Stade Français wygrało 24:23.

Poza tym Bajonna przegrała z Tuluzą 20:24 (wynik niewysoki, ale kontakt Baskowie złapali dopiero po przyłożeniu w 80. minucie, które dało im bonus defensywny). Agen kontynuuje pasmo samych porażek, tym razem uległo w domu Brive 6:15 (znowu mecz bez przyłożenia, a dla Brive to zwycięstwo wyjątkowo cenne – było to spotkanie dwóch ostatnich ekip w tabeli). Pau też kontynuuje kiepską passę (po niezłym początku sezonu) i przegrało z Castres 13:17.

W tabeli La Rochelle utrzymało prowadzenie, ale jego przewaga nad ścigającymi go Tuluzą i Racingiem stopniała. Kolejne cztery drużyny też są stosunkowo blisko. Na dnie tabeli powiększyła się przepaść pomiędzy ostatnim Agen, a poprzedzającymi ją Brive i Castres, które w tej kolejce wygrały – czerwona latarnia traci do najbliższych rywali już aż 12 punktów.

Poz.DrużynaM.Pkt.
1. La Rochelle1135
2. Tuluza1133
3. ↑Racing 921032
4. ↑Tulon1028
5. ↑↑Stade Français1028
6. ↓↓↓Clermont928
7. ↓Lyon928
8. Bordeaux Bègles1024
9. Bajonna1121
10. Pau1117
11. Montpellier817
12. Castres915
13. Brive1014
14. Agen112

Pro14

W ubiegły poniedziałek końcówka ósmej kolejki spotkań. Dwa spotkania drużyn irlandzkich, dotąd niepokonanych, i obie swoją passę kontynuowały. Wydawało się, że trudniejsze zadanie będzie miał Ulster, który w rewanżu za półfinał poprzedniego sezonu zmierzył się z Edynburgiem. Tamto spotkanie sprzed parunastu tygodni, było wyrównanym bojem. To już nie bardzo. Na Murrayfield Ulster prowadził już od drugiej minuty. Po 25 było 19:0. Co prawda gospodarze mieli moment przebudzenia i po przerwie zmniejszyli stratę do pięciu punktów, a mogli nawet wyjść na prowadzenie w niecodziennych okolicznościach: karny Nathana Chamberlaina trafił w słupek, ale piłkę przejął jego kolega z drużyny Jamie Farndale i zdobył przyłożenie – to jednak zostało unieważnione przez sędziego, który na TMO wypatrzył spalonego w momencie kopu. Po tym zdarzeniu punktowali już tylko belfastczycy, którzy dorzucili cztery kolejne przyłożenia (w tym dwa, gdy rywale grali w osłabieniu) i wygrali 43:14. Trzy przyłożenia zaliczył młynarz John Andrew, dwa dorzucił John Cooney (łącznie zdobył 18 punktów). W drugim meczu poniedziałku Munster podejmował Zebre i po ośmiu przyłożeniach wygrał 52:3. Podobać się mogła zwłaszcza dwójkowa akcja łączników zakończona przyłożeniem JJ Hanrahana.

W ostatni weekend liga teoretycznie pauzowała, ale nadrabiano część zaległości. Connacht zmierzył się z Benettonem (mecz z czwartej kolejki) i pokonał Włochów zdecydowanie: 31:14. Z pięciu przyłożeń Irlandczyków aż trzy były dziełem ich wiązacza, debiutującego w roli kapitana, Paula Boyle’a. Decydującym momentem meczu był ten, w którym gracze z Treviso zmniejszyli straty do 7:12 – tuż po przyłożeniu Tommaso Benvenuti wykonał niepotrzebne czyszczenie w stylu faul i zobaczył zasłużoną żółtą kartkę. Mając przewagę Irlandczycy zwiększyli przewagę z pięciu do siedemnastu punktów, a gdy na początku drugiej połowy Boyle dołożył kolejne przyłożenie, mecz był rozstrzygnięty.

Dużo emocji w drugim zaległym meczu: Glasgow Warriors – Dragons z szóstej kolejki. Świetnie zaczęli go Walijczycy, bo od prowadzenia 7:0. Jednak w drugiej połowie gracze Dragons zobaczyli dwie żółte kartki. Z pierwszego osłabienia jakoś jeszcze się wybronili (a nawet zdobyli 3 punkty z karnego), ale drugą grę w przewadze Szkoci wykorzystali zdobywając w ciągu pięciu minut 14 punktów. Do przerwy Glasgow prowadziło 14:10. Po przerwie Walijczycy, nareszcie w komplecie, odpowiedzieli przyłożeniem. Po dziesięciu minutach tej części spotkania było 17:17. Potem Dragons zdobyli 6-punktową przewagę po karnym i drop goalu Sama Daviesa (najlepszy na boisku, łącznie w meczu pięć celnych kopów i 13 punktów), a Glasgow Warriors stracili na 10 minut jednego zawodnika. Do końca jednak grali o zwycięstwo. W ostatniej akcji meczu wreszcie zdobyli przyłożenie. Strata zmalała do jednego punktu i pozostało do wykonania podwyższenie, z niezbyt trudnej pozycji. Jednak rezerwowy Brandon Thomson trafił w słupek i Dragons szczęśliwie wygrali na wyjeździe 23:22.

Mecz z tego tygodnia pozwoliły nieco wyrównać luki w grafiku spotkań – przed nimi już tylko trzy drużyny miały na koncie komplet spotkań (Ulster, Cardiff i Zebre), a niektórym brakowało aż po trzy (Connacht i Dragons). Dziś już cztery ekipy zagrały wszystkie spotkania, a najbardziej odstający mają po dwa mecze zaległe. Tabele w obu konferencjach ułożyły się identycznie: na dwóch czołowych miejscach w obu drużyny irlandzkie, na dwóch kolejnych walijskie, potem szkocka i na końcu włoska. Słabą postawę Szkotów i Włochów po części tłumaczą znacznie większe osłabienia wywołane okienkiem międzynarodowym niż u walijskich i irlandzkich rywali. Ale mam wrażenie, że nawet powrót reprezentantów nie spowoduje, że Irlandczycy zaczną przegrywać…

Poz.DrużynaM.Pkt.
1. ↑Ulster838
2. ↓Leinster735
3. Ospreys713
4. ↑Dragons613
5. ↓Glasgow Warriors810
6. Zebre85
Poz.DrużynaM.Pkt.
1. Munster732
2. ↑Connacht620
3. ↓Scarlets716
4. Cardiff Blues814
5. Edynburg710
6. Benetton73

Drobne

Polska

Swoje rozgrywki zakończyli najmłodsi: na Torwarze odbył się finał Szkolnej Ligi Rugby Tag. W rywalizacji klas czwartych i piątych najlepsi byli młodzi górale z Lubnia. W klasach szóstych górą był Mieszków spod Jarocina.

Puchar Świata kobiet

World Rugby ogłosiło zmianę formatu kobiecego Pucharu Świata. Przyszłoroczny, w Nowej Zelandii, odbędzie się w składzie 12 zespołów (trzy grupy po cztery zespoły, cztery najlepsze drużyny w półfinałach). Kolejny, w 2025 (jego gospodarza poznamy w za jakieś półtora roku) będzie już liczyć 16 ekip – pojawi się jeszcze jedna grupa i ćwierćfinały.

Rugby Europe

Rumun Octavian Morariu został wybrany na trzecią czteroletnią kadencję na szefa Rugby Europe. Pokonał Kiryła Jaszenkowa z Rosji zdecydowanie, stosunkiem głosów 51:12. Jego zastępcami będą Francuz Christian Dullin, Gruzin George Niżaradze i Anglik Rob Udwin.

Krótko po wyborach szef najlepszego hiszpańskiego klubu rugby, VRAC, ujawnił, że hiszpańskie kluby za pośrednictwem swojej federacji otrzymały propozycję przystąpienia do pucharowych, europejskich rozgrywek klubowych, organizowanych przez Rugby Europe. Akurat jednak VRAC zastanawia się, czy przypadkiem nie jest to dobry czas na przekształcenie się w zawodową franszyzę.

Francja

LNR, zarządzająca rozgrywkami Top 14 i Pro D2, ma też pod swoją kontrolą rozgrywki SuperSevens. Ich pierwsza edycja skończyła się przed epidemią, w lutym. W tym sezonie ostatecznie właśnie ją odwołano. Plan na kolejny sezon, 2021/22 jest następujący: trzy turnieje w sierpniu i finał zimą, w czasie sezonu. Przewidywany udział 16 drużyn: 14 ekip z Top 14 oraz Barbarians i zespołu z Monako.

Nowa Zelandia

Pięć ekip Super Rugby Aotearoa ogłosiło składy na nowy sezon. Ciekawostka: tylko dziewięć transferów między drużynami (wśród nich Bryn Gatland, który z Highlanders podąży do Chiefs, którymi kieruje jego ojciec – w pierwszym meczu poprzedniej edycji to jego kop w samej końcówce pozbawił drużynę ojca zwycięstwa). Ale aż 26 nowych twarzy. Do Highlanders trafi jeden z bohaterów japońskiego Pucharu Świata, Kazuki Himeno. Ciekawy kierunek obrał sobie Japończyk, bo więcej graczy wybiera przeciwny. Przecież w przyszłym sezonie w Japonii zobaczymy kilka gwiazd nowozelandzkiego rugby, m.in. Beaudena Barretta i TJ Perenarę. W składzie Blues zabrakło też Dana Cartera – pojawił się w nim w ubiegłym sezonie, ale nie rozegrał żadnego meczu. Teraz na pewno już na boisku go nie zobaczymy.

Mecze towarzyskie

Powoli odkrywane są karty jesiennych testów w przyszłym roku. Szkoci zapowiedzieli, że będą gościć Południową Afrykę i Australię.

W nowozelandzkim Hamilton odbył się mecz Maori All Blacks z Moana Pasifika (skład zebrany z Nowej Zelandii pod szyldem zespołu, który za rok ma grać w Super Rugby jako jedna z drużyn wysp Pacyfiku – choć bazująca w Nowej Zelandii). Maorysi wygrali 28:21.

World Rugby

Z World Rugby odchodzi jeden z szefów organizacji, dyrektor wykonawczy Brett Gosper. Spędził w niej dziewięć lat, teraz będzie kierować oddziałem NFL na Europę.

Kolejne niesprawdzone plotki na temat formatu potencjalnej imprezy, która miałaby dać szansę gry zespołom z drugiego szeregu z najlepszymi. Dwa potencjalne formaty, niestety oba obejmujące tylko 16 drużyn. Turniej co dwa lata (w latach parzystych, nie wchodząc w paradę RWC i Lwom). W obu formatach przewidziane dwa turnieje po osiem zespołów. Pierwsza wersja: Na wyższym poziomie, w Elite Cup – trzy najlepsze zespoły z Pucharu Sześciu Narodów, trzy najlepsze z The Rugby Championship i dwie najlepsze „wschodzące” drużyny z północy i południa (czyli na przykład Gruzja i Japonia). Na niższym poziomie, w Challenger Cup – trzy pozostałe drużyny z Pucharu Sześciu Narodów, ostatnia ekipa z The Rugby Championship i cztery drużyny „wschodzące” (trzy z południa i jedna z północy). Każdy turniej podzielony na dwie grupy (w każdej po dwie ekipy z północy i dwie z południa), dwumecze każdy z każdym, finał z udziałem zwycięzców grup. W drugiej wersji nieco mniej ciekawie – podział zgodnie z rankingiem, na wyższym poziomie po najlepsze cztery drużyny z obu półkul, na niższym po kolejne cztery. I tu każda drużyna z jednej półkuli gra z wszystkimi z przeciwnej. Cóż, zobaczymy co z tego wyjdzie. Cieszy, że ktoś o tym myśli, ale zakres nieco rozczarowuje.

Zapowiedzi

Za nami ostatnie akcenty międzynarodowej jesieni. Przed nami jednak przerwa też w rozgrywkach ligowych. Rozpocznie się za to nowy sezon europejskich pucharów. Zainauguruje go piątkowy mecz Champions Cup między Northampton Saints i Bordeaux. Jest kilka bardzo ciekawych zestawień: Ulster – Tuluza, Bristol Bears – Clermont, Munster – Harlequins. Na niższym poziomie, w Challenge Cup, najciekawiej będzie chyba w meczu Newcastle Falcons z Cardiff Blues.

Ponadto dziś wieczorem ogłoszenie tegorocznych, wyjątkowych nagród World Rugby. A w poniedziałek za tydzień, w samo południe w Paryżu startuje losowanie grup Pucharu Świata 2023.

Dodaj komentarz