Na antypodach zatrzęsła się ziemia

Trzęsienia ziemi w Christchurch to nic niezwykłego (gdy budowali katedrę, trzy razy musieli odbudowywać to, co zniszczył właśnie ten żywioł), ale porażka w rugby na własnej ziemi z Argentyną przydarzyła się Nowozelandczykom po raz pierwszy i jeśli nie zadrżała ziemia, to przynajmniej wstrząsy pod swoim stołkiem poczuł znowu Ian Foster. Ponadto na świecie Australia ustrzeliła Springboków i siódemkowy dublet, a w kraju mieliśmy ligowy hit, który zawiódł.

Ekstraliga

Druga kolejka tegorocznej Ekstraligi zaczęła się od trzech spotkań rozgrywanych w sobotę o 15:00. Z tej trójki najciekawiej zapowiadał się mecz Arki Gdynia z Edachem Budowlanymi Lublin. Goście od początku przeważali na boisku, jednak ta przewaga początkowo nie miała przełożenia na wynik: Gerhardus Pretorius dwukrotnie pudłował z niełatwych karnych. Sytuacja zmieniła się, gdy lublinianie zaczęli karne zamieniać na auty – po 12 minutach gry zdobyli przyłożenie (drugi mecz po kontuzji i drugie przyłożenie Piotra Wiśniewskiego), jak się potem okazało, jedyne w tym spotkaniu. Potem to Arka prowadziła grę i objęła prowadzenie 6:5 po dwóch kopach Dawida Banaszka, a bliska była przyłożenia (lublinian uratował Grzegorz Szczepański). Dopiero pod koniec pierwszej połowy Budowlani się przebudzili, odpowiedzieli dwoma karnymi i to oni byli na czele schodząc na przerwę (6:11). W drugiej połowie Arka długimi fragmentami prowadziła grę, ale Budowlani w swoich krótkich wizytach na jej połowie zdobywali kolejne punkty z karnych. Dopiero po 30 minutach gry w tej części spotkania obie drużyny stworzyły sobie szansy na przyłożenia, w obu jednak przypadkach akcje zakończyły błędy. Pod koniec meczu lublinanie zaliczyli dwa kolejne pudła z podstawki, a gdynianie zostali po dwóch żółtych kartkach na boisku w trzynastkę. Wynik nie zmienił się do końca: Arka przegrała 6:17.

W dwóch pozostałych meczach grały drużyny, które przed tygodniem doznały srogich pogromów. Tym razem też doznały wysokich porażek, choć wyniki nie były aż tak wysokie jak w poprzedniej kolejce, a i zaprezentowały się na boiskach lepiej. Pogoń Awenta Siedlce grała z Up Fitness Skrą Warszawa. Warszawiacy zaczęli od szybkiego przyłożenia Violetiego Kolo, potem na chwilę wynik stanął. Jednak jeszcze w pierwszej połowie najpierw przerwał się Martin Mangongo, potem po walce na linii przyłożył Paul Walters i było 0:19. Siedlczanie co prawda odpowiedzieli przyłożeniem, ale do przerwy było 7:26. Zaraz po przerwie znów szybkością błysnął Mangongo. Skończyło się na siedmiu przyłożeniach zwycięzców (dwa zaliczył Walters, który jedno z nich dostał w prezencie od Violetiego Kolo – dzięki temu i sześciu podwyższeniom ten pierwszy skończył mecz z dorobkiem 22 punktów; drugie przyłożenie zaliczył też po znakomitym indywidualnym rajdzie Mangongo) i przegranej gospodarzy 7:47. Jakby mało było złego, niezwykle bolesną stratą jest poważna kontuzja Igora Pątka.

Wysoko – 5:51 – przegrała również Posnania, która grała z Master Pharmem Rugby Łódź. Łodzianie znów z krótką ławką i bez Kamila Brzozowskiego, którego zastąpił Patryk Chain. I właśnie on zaczął punktowanie w tym meczu z karnego. Poznaniacy odpowiedzieli z animuszem, ale nieskutecznie, a po kwadransie gry pierwsze przyłożenie zdobył dla łodzian Polomea Finau. I choć znów poznaniacy byli bliscy rewanżu, znów byli nieskuteczni. A po upływie 30 minut przyłożenie zdobyli łodzianie – tym razem Patryk Chain. Do przerwy przyłożył jeszcze Finau i było 22:0. A po przerwie goście dorzucili jeszcze pięć przyłożeń: punktowali Krystian Pogorzelski po indywidualnej akcji, Łukasz Chain (brat Patryka), a hat-trick skompletował Witalij Kramarenko. Poznaniacy honorowe punkty jednak zdobyli – kop Patryka Chaina, skądinąd świetnie sobie radzącego (w sumie 16 punktów) nakrył Michał Hebda, a między nim a polem punktowym nie było już nikogo.

Hitem kolejki był rewanż za finał sprzed dwóch miesięcy: Orkan Sochaczew grał z Ogniwem Sopot. Obie drużyny tydzień temu rozwalcowały swoich przeciwników, ale w tym meczu poziomem gry nie zachwyciły: było dużo walki, ale praktycznie nie było płynnej gry, za to sporo błędów (na czele z seryjnie przegrywanymi własnymi autami po obu stronach). Na dodatek w pierwszej połowie zanadto iskrzyło między drużynami. Spotkanie zaczęło się od próby drop goala z niemal połowy boiska – Dawid Plichta złapał piłkę po wykopie z linii bramkowej i minimalnie się pomylił, trafiając w poprzeczkę. Punktowanie otworzył Wojciech Piotrowicz z karnego, dwoma karnymi odpowiedział Pieter Steenkamp. Obie drużyny zostały na boisku w czternastkę, bo po bodaj trzeciej przepychance sędzia pokazał żółte kartki Piotrowiczowi i Andre Meyerowi (dziwne, że nie było ich wcześniej, zresztą nie tylko za przepychanki – był tam też niebezpieczny atak na głowę jednego z sochaczewian, który skończył się tylko karnym). Miejsca na boisku było więcej i lepiej z tym czuli się sopocianie, którzy w końcówce pierwszej połowy zdobyli przewagę i chyba pierwszy raz w tym meczu gra toczyła się bliżej pola punktowego. Okres przewagi skończyli przyłożeniem (jedynym w tym meczu) i do przerwy prowadzili 10:6. Drugą połowę zaczęli też od przewagi, ale bez punktów – dwa pudła z karnych zaliczył Piotrowicz (jedno z połowy boiska, drugie dla odmiany z bardzo łatwej pozycji). Dopiero po dłuższej chwili Orkan się ożywił, a Steenkamp zaczął dostawać kolejne szanse z karnych. Wykorzystał dwie z trzech (raz był słupek) i sochaczewianie wyszli na prowadzenie 15:10. W końcówce Ogniwo walczyło o odwrócenie wyniku, ale choć znów poważnie zagroziło gospodarzom, przód przy podnoszeniu piłki z przegrupowania zniweczył wysiłki. Orkan szybko przeniósł grę i kolejny karny Steenkampa dał gospodarzom już 8-punktową przewagę. W ostatnich chwilach Ogniwo walczyło – kopem z karnego Piotrowicza zmniejszyło stratę i liczyło na ostatnią akcję, ale po wznowieniu Orkan wywalczył piłkę i wykopał ją za boisko. Obrońcy tytułu wygrali 18:13, wszystkie punkty zwycięzców zdobył z karnych Steenkamp, a sopocianie musieli zadowolić się punktem bonusowym.

Ciekawiej niż w Sochaczewie było w Krakowie, gdzie Juvenia mierzyła się z Lechią Gdańsk. Faworytem byli goście, którzy walczyli w ubiegłym sezonie o medal, a i w tym mają podobne aspiracje, jednak miejscowi kibice wierzyli w zwycięstwo „Smoków”. I niewiele do niego brakło – zwycięstwo uciekło krakowianom w przedostatniej akcji meczu. Pierwsza połowa stała pod znakiem dominacji krakowian, którzy jednak długo nie mogli zdobyć punktów (cóż, nie pomagały przegrywane auty na połowie rywali). M.in. dwoma świetnymi indywidualnymi akcjami pokazał się Pieter Diergaardt, ale do pola punktowego zabrakło mu centymetrów (w drugiej połowie zszedł z brzydko wyglądającą kontuzją). Riaan van Zyl kilkakrotnie próbował kopów z karnego i przy trzeciej próbie trafił. A przyłożenie dorzucił na sam koniec Artur Fursenko po indywidualnym przeboju. Pierwsza połowa kończyła się prowadzeniem gospodarzy 8:0, a goście zaledwie kilkakrotnie zdołali wyjść ze swojej połowy. Zupełnie inaczej zaczęła się druga część spotkania: lechiści atakowali, zdobyli przyłożenie, a od dwóch kolejnych byli o włos (m.in. Robert Wójtowicz w ostatniej chwili został wypchnięty w aut). Potem mecz się wyrównał, a Juvenia ponownie odskoczyła po przyłożeniu Riaana van Zyla. Tuż przed końcem było 16:10 po kolejnym karnym van Zyla, ale wtedy gdańszczanie przeprowadzili swoją drugą siedmiopunktową akcję (podobną jak poprzednią – po szeregu przegrupowań pod linią bramkową) i wygrali mecz 17:16. Juvenii do zwycięstwa zabrakło naprawdę niewiele – miała więcej okazji, szybkie akcje mogły się podobać, ale ewidentnie brakło w tym meczu skuteczności w kopach z podstawki: z siedmiu prób Riaana van Zyla (w innych elementach gry świetnego) i jego brata Hanreco między słupy trafiły tylko dwie.

Z rynku transferowego: przybyły posiłki z zagranicy do kilku klubów. Lechia Gdańsk ściągnęła dwóch gracy z Południowej Afryki (Xolela Payi do ataku i Dillon Africa do trzeciej linii młyna) – obaj wyszli już w pierwszej piętnastce na mecz z Juvenią. W Pogoni zadebiutował Roman Kułakiwskij. Ponadto Nicolas Coronel z Włoch wzmocnił Orkan Sochaczew – ostatnio grał w spadkowiczu z włoskiej Top 10, Lazio. Z Ogniwem jednak nie zagrał (w systemie PZR widnieje informacja o braku clearence). W Lublinie pojawił się Mcebisi Dube z Zimbabwe (może rodzina Panashe Dube?), a w Gdyni De Angelo Williams z Południowej Afryki.

Poz.DrużynaM.Pkt.
1. ↑↑↑Up Fitness Skra Warszawa210
2. ↓Orkan Sochaczew29
3. Lechia Gdańsk29
4. ↑↑Master Pharm Rugby Łódź27
5. ↓↓↓Ogniwo Sopot26
6. ↓Edach Budowlani Lublin26
7. Juvenia Kraków21
8. Arka Gdynia20
9. Pogoń Awenta Siedlce20
10. Posnania20

The Rugby Championship

Po tygodniu przerwy i przeprowadzce drużyn na inny kontynent wróciło The Rugby Championship. I to wróciło z przytupem – w Christchurch Nowa Zelandia sensacyjnie przegrała z Argentyną. Gospodarze byli zdecydowanym faworytem tego spotkania (dotąd z gośćmi przegrali tylko raz, a na swoim terenie – jeszcze nigdy). Co prawda Argentyńczycy byli przed tym meczem nieoczekiwanym liderem tabeli, a Nowozelandczycy na jej końcu, ale różnica wynosiła tylko jeden punkt i tak naprawdę po dwóch meczach nic nie znaczyła. Ian Foster postanowił nie eksperymentować – w składzie, który pokonał dwa tygodnie temu Springboków dokonał tylko jednej zmiany (za to wśród zmienników pojawił się debiutant – Stephen Perofeta). Więcej korekt nastąpiło w ekipie Argentyny – Michael Cheika został zmuszony do aż trzech wymian w pierwszej piętnastce.

W pierwszej połowie na sensację się nie zanosiło. Co prawda Argentyńczycy dwukrotnie po karnych wychodzili na prowadzenie, ale All Blacks odpowiadali z nawiązką: najpierw niesamowity maul, potem świetna akcja Jordiego Barretta skrzydłem wykończona przez Caleba Clarke’a i po nieco ponad połowie godziny było 15:6. Jednak jeszcze przed przerwą dwa kolejne karne Emiliano Boffellego (jeden z nich z połowy boiska) pozwoliły zredukować stratę Argentyńczyków do trzech oczek. Na początku drugiej połowy karny Richiego Mo’ungi zwiększył prowadzenie Nowej Zelandii do wyniku 18:12 – ale to były ostatnie punkty gospodarzy w tym meczu. A już wznowienie gry po tym karnym zmieniło wynik: Boffelli powalczył o piłkę w wyskoku po głębokim wykopie, przejął ją Juan Martin Gonzalez i sam skończył akcję wśród zaskoczonych gospodarzy – a Boffelli dorzucił podwyższenie spod linii bocznej i było 18:19. Dwa kolejne karne Boffellego (w sumie aż 20 punktów z kopów w tym meczu) i na kwadrans przed końcem było 18:25, a chwilę potem All Blacks zostali na boisku w czternastkę – zbyt wiele przewinień skutkowało żółtą kartką dla Shannona Frizella. Ten nie zdążył już wrócić na boisku: co prawda Argentyńczycy byli głęboko w obronie, ale równo z syreną wykopali piłkę i odnieśli historyczne zwycięstwo 25:18. Nowozelandczycy w tym meczu mieli na boisku przewagę – częściej byli przy piłce, gra toczyła się głównie na połowie ich rywali. Konstruowali długie akcje, ale rywale twardo bronili. I właśnie Argentyńczycy byli znacznie lepsi w innym ważnym elemencie gry: aż siedmiokrotnie przejmowali piłkę (celował w tym kapitan Julio Montoya), podczas gdy gospodarze tylko raz.

W Adelajdzie Australia podejmowała Południową Afrykę. Tu też wygrała drużyna niżej notowana (choć akurat nie w tabeli tegorocznego TRC), nie była to jednak aż tak duża niespodzianka – w końcu Australijczycy nie pozwolili Springbokom wygrać na swojej ziemi ani razu od 2013. Jacques Nienaber wykonał zaledwie dwie zmiany w wyjściowym składzie – m.in. powrócił do niego Faf de Klerk. Spore zaskoczenie wywołało pozostawienie w piętnastce młynarza Josepha Dweby, który tak zawiódł przed dwoma tygodniami. Więcej zamieszania było w kadrze Australii – tu kluczową decyzją Dave’a Renniego była obsada pozycji łącznika ataku. Został nim młody Noah Lolesio i nie zawiódł trenera – był jednym z najlepszych graczy na boisku. Gospodarze zaczęli mecz z impetem – ledwo wybrzmiał pierwszy gwizdek, a oni już byli pod linią bramkową gości, błyskawicznie rozrzucali piłkę i w efekcie zdobyli przyłożenie na otwarcie. Noah Lolesio dołożył podwyższenie i karnego i było 10:0. Potem to Springboks przeważali, ale Australiczycy mocno bronili, Handré Pollard pudłował z karnych (trafił dopiero za trzecim razem), Marika Koroibete wyrzucił niezwykle widowiskową szarżą za boisko będącego o włos od przyłożenia Makazole Mapimpiego (https://twitter.com/i/status/1563813637952880646) i pierwsza połowa kończyła się prowadzeniem gospodarzy 10:3 (i na dodatek osłabieniem gości po żółtej kartce Fafa de Klerka, który trafił w twarz Nic White’a). Przewagę liczebną na początku drugiej połowy wykorzystał Marika Koroibete, a 10 minut później Australijczycy zdobyli kolejne fantastyczne przyłożenie ze sporym udziałem Lolesio, którzy wypuścił Frasera McReighta, dorzucił podwyższenie i karnego i na kwadrans przed końcem było 25:3. Dopiero na pięć minut przed upływem czasu gry Springboks zaczęli odrabiać straty – było jednak za późno, a dwa przyłożenia rezerwowego Kwaggi Smitha tylko zmniejszyły rozmiar porażki: Australia wygrała 25:17. Gospodarzom nie przeszkodziły niezwykle często przegrywane własne auty. U gości znów zawiedli Dweba (naprzeciwko grał świetny Folau Fainga’a) i Vermeulen, a także nieoczekiwanie Pollard i de Klerk.

Oczywiście w Południowej Afryce krytykują sędziego (choć Jacques Nienaber nabrał wody w usta). The South African nawołuje nawet dla odsunięcia Paula Williamsa od sędziowania meczów międzynarodowych. Wskazują m.in. szarżę Koroibetego na Mapimpim, oskarżając Australijczyka o jej niezamknięcie (raczej niesłusznie, w końcu Mapimpi wyskoczył w powietrze), a także żółta kartkę dla de Klerka (tym razem oskarżając White’a o teatr)…

W tabeli nieoczekiwanie nadal na prowadzeniu Argentyna – wraz z Australią ma 4 punkty przewagi nad Nową Zelandią i 5 punktów nad mistrzami świata z Południowej Afryki.

Poz.DrużynaM.Pkt.
1. Argentyna39
2. Australia39
3. ↑Nowa Zelandia35
4. ↓Południowa Afryka34

World Rugby Sevens Series

W Los Angeles rozegrano ostatni w sezonie 2021/2022 turniej World Rugby Sevens Series. Rywalizowali tylko mężczyźni, a przed turniejem szansę na końcowy triumf w cyklu miały cztery drużyny: Południowa Afryka, Australia, Argentyna i Fidżi. Koszmarną wpadkę zaliczyła pierwsza z nich, która przecież wygrała cztery pierwsze turnieje sezonu i końcowy sukces miała niemal w kieszeni: w swojej grupie zajęła trzecie miejsce i nie awansowała do ćwierćfinałów (na starcie porażka 7:21 z gospodarzami, a w ostatnim grupowym 14:17 meczu z Nową Zelandią – trudni przeciwnicy, ale efekt jednak poniżej oczekiwań), a w kolejnej rundzie sensacyjnie uległa Walii i pozostała jej tylko walka o niezwykle rozczarowujące w tym przypadku miejsce trzynaste. Kiepsko w fazie grupowej zaprezentowały się ekipy z Europy – odpadły wszystkie z wyjątkiem Irlandii (może dzięki temu, że w grupie miała dwie inne drużyny z naszego kontynentu), a wyjątkowo słabo zaprezentowała się Anglia, która zajęła ostatnie miejsce w grupie, przegrywając m.in. z Kenią.

W ćwierćfinale spośród drużyn liczących na sukces w całym cyklu odpadła kolejna ekipa: Argentyna po dramatycznym spotkaniu, kończonym w dogrywce, uległa reprezentacji Samoa 19:24. Przegrali także Kenijczycy, Amerykanie i Irlandczycy (wszyscy dość wyraźnie), w efekcie czego w czołowej czwórce mieliśmy same ekipy z Australii i Oceanii. Do finału awansowały Fidżi i Nowa Zelandia – szczególnie ciężką przeprawę w półfinale miała ta druga ekipa, która pokonała Samoa 28:26 po dramatycznym spotkaniu – Samoańczycy byli bliscy nieoczekiwanego finału, niemal cały mecz prowadzili, a zwycięstwo stracili w dopiero w ostatniej akcji. Fidżi z kolei pokonało Australię. W finale górą była Nowa Zelandia, ale po końcowy triumf w całym cyklu sięgnęła Australia (która w łącznej klasyfikacji miała 2 punkty przewagi nad Południową Afryką i 4 nad Fidżi). Nowa Zelandia była w generalnej klasyfikacji dopiero ósma, ale trudno było liczyć na więcej, skoro odliczano wyniki dwóch najsłabszych turniejów, a Nowozelandczycy nie zagrali z covidowych powodów w aż czterech. Najlepsza z europejskich drużyn, Irlandia – piąta.

Dla Australii to historyczne, pierwsze zwycięstwo w męskim WRSS. Na dodatek oznacza dublet – przecież ekipa australijska wcześniej wygrała także kobiecą odsłonę cyklu. Gwiazdą sezonu było australijskie odkrycie roku: Corey Toole. Więcej przyłożeń od australijskiego debiutanta miał tylko Irlandczyk Terry Kennedy.

Z kraju

Trener Janusz Urbanowicz chyba jako pierwszy (przynajmniej gdy chodzi o kobiety) odsłonił karty i podał skład na Puchar Świata w Rugby 7 w Kapsztadzie. Rewolucji oczywiście nie ma. W porównaniu z kadrą, która walczyła o awans do World Rugby Sevens Series w Santiago mamy tylko jedną zmianę: nie ma Patrycji Zawadzkiej, a jest Ilona Zaiszliuk, która debiutowała w reprezentacji w tym roku. Przy okazji polecam bardzo sympatyczną rozmowę z Hanną Maliszewską, jaką przeprowadził Maciej Słomiński: https://www.youtube.com/watch?v=UjA-UGDI51I.

W Rudzie Śląskiej odbył się pierwszy krajowy turniej siódemkowy nowego sezonu. A właściwie poniekąd międzynarodowy, bo oprócz czterech polskich drużyn, w zawodach o Puchar Polski w rugby 7 kobiet wzięła też ekipa z Wiednia. Termin znakomicie dopasowany – dzięki oficjalnemu turniejowi Hanna Maliszewska mogła „odbębnić” dwa mecze zawieszenia, jakie pozostały jej po karze otrzymanej za zagranie z półfinału w turnieju Santiago. Na boisku Biało-Zielone Ladies Gdańsk nie miały sobie równych – polskim rywalkom aplikowały po ponad 50 punktów bez straty ani jednego, a z Austriaczkami wygrały 29:14. Na drugim miejscu uplasowała się drużyna z Wiednia, a na trzecim nieoczekiwanie gospodynie – Diablice w swoim pierwszym meczu wygrały z Legią Warszawa i ta wygrana była kluczowa dla miejsca na podium. Piąte miejsce zajęła debiutująca w oficjalnych zawodach drużyna Bestii z Krakowa.

Zbliżają się młodzieżowe mecze z Czechami (już za tydzień). Powołane zostały kadry na oba te spotkania. Najliczniej reprezentowana jest drużyna KS Budowlanych Łódź, z której trenerzy biorą łącznie aż 15 zawodników (plus dodatkowych dwóch w rezerwie). Łodzianie dominują liczebnie zwłaszcza w kadrze U18 (podczas gdy z ekipy wicemistrza Polski jest tylko jeden gracz), natomiast w reprezentacji U20 znajdziemy większe grupki także z kilku innych klubów: Orkana, Juvenii, Pogoni i Ogniwa (plus dwóch zawodników z zagranicy, w tym Kacper Palamarczuk, który był już próbowany w seniorskiej kadrze).

A przy okazji rugbowy podcast do polecenia: Paweł Narojek wraz z Adrianem Chróścielem i Pawłem Kuligowskim spotkali się wczoraj wieczorem i ciekawie skomentowali ostatnią kolejkę rozgrywek. Panowie z Siedlec zapowiadają także regularność pod tym względem. Oglądać warto – transmisje na profilu facebookowym Pawła Narojka: https://www.facebook.com/narojekpawel. A dziś wieczorem nieomiennie polecany „Atak na młyn” Kuby Sieradzkiego: https://www.facebook.com/AtakNaMlyn.

Ze świata

Rozegrano cztery międzynarodowe spotkania kobiet. Black Ferns ratowały honor nowozelandzkich reprezentacji piętnastkowych – pokonały na wyjeździe Australijki 22:14 (zwycięstwo skromniejsze niż przed tygodniem, ale i tak pewne – drugie przyłożenie Australijki zdobyły dopiero na sam koniec meczu; w serii pewna wygrana Nowej Zelandii 2:0). Z kolei Japonki wzięły rewanż za porażkę sprzed tygodnia i wygrały z Irlandią 29:10 (fatalna skuteczność z kopów po obu stronach; w serii remis 1:1). Poza tym Szkotki, choć trzykrotnie wychodziły w meczu ze Stanami Zjednoczonymi na prowadzenie, przegrały 17:21 (Amerykanki były faworytkami i mimo zwycięstwa wynik dość zaskakujący), a Kanada pokonała Walię 31:3.

Skończył się turniej w Ameryce Południowej dla drużyn z drugiego szeregu (rozgrywany w Kolumbii). W pierwszym spotkaniu przed tygodniem Paragwaj pokonał gospodarzy i w drugim meczu mógł sobie zagwarantować zwycięstwo w całej imprezie. Jednak już do przerwy przegrywał z Brazylią 7:24 i choć w drugiej połowie zagrał zdecydowanie skuteczniej, ostatecznie minimalnie przegrał 28:31. Zwycięzcą turnieju została Brazylia, która ostatniej nocy wygrała z Kolumbią aż 52:13.

W nowozelandzkich mistrzostwach NPC ten weekend zaczął się od starcia na szczycie: wicemistrzowie sprzed roku, Tasman, grali z najbardziej utytułowaną drużyną w historii rozgrywek, Canterbury. Goście całkowicie zdominowali mecz, na kwadrans przed końcem prowadzili 45:8, a ostatecznie wygrali 52:20. Aż 22 punkty (17 z kopów) zdobył dla nich Fergus Burke. Canterbury pozostaje jednak za plecami Auckland w grupie B (wygrało 35:17 z Otago), a w grupie A potknięcie Otago wykorzystały Hawke’s Bay (25:23 z North Harbour) i obrońcy tytułu Waikato (53:6 z Manawatu po imponującej drugiej połowie).

W australijskim Shute Shield (w Nowej Południowej Walii) rozegrano trzecią rundę play-off – półfinały. W nich niespodzianka: najlepsza drużyna sezonu zasadniczego Northern Suburbs przegrała ze znacznie niżej notowaną ekipą Gordon (która jest jednak także obrońcą tytułu mistrzowskiego). W drugim półfinale Sydney University pokonało zaledwie jednym punktem aktualnych wicemistrzów, Eastwood.

Oprócz tego zakończył się sezon zasadniczy w innym z mateczników australijskiego rugby, Queenslandzie. W rywalizacji o Hospital Cup do play-off awansowały cztery ekipy. Pierwsze miejsce zajęła ekipa West Brisbane, która na tytuł czeka już od 16 lat, drugie zaś obrońcy pucharu – University of Queensland. Stawki półfinalistów dopełniają Brothers (mistrzowie z 2016) i GPS Old Boys (ubiegłoroczni finaliści). W ostatniej kolejce mieliśmy powtórkę z ubiegłorocznego finału – GPS Old Boys przegrali z University of Queensland 17:47.

W Szkocji już czwartą kolejkę rozegrały drużyny ligi Super6: jedyna niepokonana dotąd drużyna, Watsonians, uległa obrońcom tytułu mistrzowskiego Ayrshire 17:24. Jednocześnie w ten weekend ruszył najwyższy poziom lig amatorskich – Premiership. Obrońcy tytułu mistrzowskiego, Marr, zaczęli sezon od zwycięstwa 47:31 nad Musselburgh.

W grupie mistrzowskiej ligi rumuńskiej mieliśmy derby Bukaresztu o dramatycznym przebiegu: Dinamo pokonało Steauę zaledwie jednym punktem 28:27. Pod koniec pierwszej połowy Steaua prowadziła 17:15, ale wtedy jeden z jej zawodników zobaczył czerwoną kartkę. Mimo to w drugiej połowie długo prowadziła siedmioma punktami, ale Dinamo wyszarpało zwycięstwo przyłożeniem zdobytym 5 minut przed końcem. Swoją drogą, kartek było znacznie więcej. W drugim meczu obrońcy tytułu z Baia Mare pokonali Timișoarę 38:27. Na półmetku zmagań w grupie mistrzowskiej prowadzą Baia Mare i Dinamo Bukreszt, ale – jak w TRC – różnice nie są wielkie i nic jeszcze nie jest rozstrzygnięte.

Wystartował nowy sezon w pierwszej znaczącej, zawodowej lidze w Europie – na drugim poziomie ligowym we Francji, w Pro D2. Sezon zainaugurował zacięty mecz pomiędzy spadkowiczem z Top 14, Biarritz, i jedną z czołowych drużyn poprzedniego sezonu, Oyonnax – Baskowie wygrali 18:14. Najlepsza drużyna sezonu zasadniczego przed rokiem (przegrała w barażu o awans), Mont-de-Marsan, zaczęła ten sezon od zwycięstwa nad Aurillac 40:18. Przegrała drużyna Andrzeja Charlata (jednak bez reprezentanta Polski w składzie) – Nevers uległo Montauban 20:29. Porażkę na start zanotował beniaminek spod Paryża, Massy, który przegrał 26:40 z Rouen-Normandie. Drugi beniaminek zaczął swoją przygodę z Pro D2 lepiej – Angoulême dwukrotnie odrabiało kilkunastopunktowe straty w meczu z Vannes i ostatecznie wygrało 31:30.

Rozegrano też trzeci i ostatni turniej pierwszej fazy rywalizacji w siódemkowych mistrzostwach Francji – Supersevens. Gwiazdą turnieju był Christian Wade, który po czterech latach rozbratu w rugby (podpisał kontrakt z drużyną futbolu amerykańskiego w lidze NFL – Buffalo Bills) zagrał w barwach Racingu 92. Szuka klubu i kto wie, czy na sezon piętnastkowy też nie zwiąże się z paryską drużyną. Póki co Racing 92 w siódemkowej rywalizacji zajął trzecie miejsce, w decydującym meczu pokonując Barbarians. Wcześniej, w półfinale, z kretesem przegrał jednak z Monaco (0:34), które później zostało zwycięzcą turnieju (drugi raz z rzędu) – w finale wygrało z Pau. Łączna klasyfikacja z trzech rozegranych turniejów wyłoniła ósemkę finalistów. Są to: Monaco, Pau (obie ekipy z wyraźną przewagą nad rywalami, w końcu tylko one grały w tych trzech turniejach w finałach), Racing 92, Barbarians, Stade Français, Bordeaux-Bègles, Bajonna i La Rochelle.

Zakończył się rozgrywany w Kanadzie turniej U20. W trzeciej, ostatniej kolejce Urugwaj dopełnił kompletu zwycięstw, wygrywając z gospodarzami 45:28 (już do przerwy było 33:7). Drugie miejsce w turnieju zajęło Zimbabwe po zwycięstwie 43:35 nad Chile (w meczu było aż 12 przyłożeń, z czego 7 dla zwycięzców z Afryki). Dla Chile oznaczało to zakończenie turnieju z kompletem porażek.

Z innych zmagań międzynarodowych: tydzień temu na boisko wybiegła męska, piętnastkowa reprezentacja Syrii. Zmierzyła się z libańskim klubem Phoenix z Bejrutu i przegrała mecz z kretesem, 0:46. Z kolei w ten weekend Urugwaj XV pokonał argentyńskie Rosario. W starciu w pełni międzynarodowym miały w sobotę zmierzyć się reprezentacje Konga i Demokratycznej Republiki Konga – niestety, wynikiem z tego meczu nikt się jeszcze nie pochwalił (starciu piętnastkowemu miały też towarzyszyć zmagania w rugby 7, kobiet i mężczyzn).

Były trener reprezentacji Rosji, Walijczyk Lyn Jones, został trenerem reprezentacji Holandii. Dla Holendrów to nie tylko doświadczony trener (trenował m.in. reprezentację Rosji, Ospreys, London Welsh czy Welwitschias), ale także udział w prowadzonym przez World Rugby programie High Performance. To z niego będzie finansowane zatrudnienie trenera, a przed reprezentacją kraju pojawią się teraz zupełnie nowe możliwości sportowe (choćby sparingi z lepszymi reprezentacjami).

Worcester Warriors być może zostaną uratowani: pojawiła się informacja o konsorcjum (z przeważającym udziałem amerykańskim, ale też z partycypantami z samego Worcesteru), które rozpoczęło w ubiegłym tygodniu rozmowy na temat przejęcia klubu. Ofertę złożył też były prezes klubu Jim O’Toole. To wciąż jednak tylko szansa na uratowanie klubu, a czy stanie on na starcie Premiership za dwa tygodnie, wciąż nie wiadomo. Póki co jednak klub dementował informacje o tym, że lada dzień czeka go wprowadzenie zarządu komisarycznego, ale właśnie tego żąda O’Toole (choć wiąże się to z automatycznym odjęciem 35 punktów w ligowej tabeli).

Kapsztadzcy Stormers niemal połowę swoich domowych meczów w rundzie zasadniczej United Rugby Championship będą musieli grać na obcych obiektach: terminy aż czterech ich domowych spotkań kolidują z innymi imprezami, na które zarezerwowany jest Cape Town Stadium (gdzie przenieśli się z Newlands) – to m.in. koncert Justina Biebera i Puchar Świata w Rugby 7.

Nieoczekiwany kłopot w przygotowaniach do startu w Top 14 beniaminka tych rozgrywek – Bajonny. Jeden z asystentów trenera, Antoine Battut, został aresztowany za uderzenie pielęgniarki. Do awantury doszło na pogotowiu, a Battut miał być pijany.

Efektem coraz większych problemów walijskich zawodowych drużyn rugby jest zjawisko wysysania tamtejszej utalentowanej młodzieży przez kluby z Anglii. Mamy już kilka gwiazd, które w młodym wieku wyjechały właśnie do Anglii (z Louisem Reesem-Zammitem na czele), a teraz ten proces znacznie bardziej się nasilił. Jak podaje portale WalesOnline, w planowanym ostatnio meczu U16 między Bath i Worcester Warriors (nie doszedł do skutku z powodu kłopotów tego drugiego klubu) miało zagrać aż 19 młodych Walijczyków.

Czesi są coraz bliżej wejścia do Rugby Europe Super Cup. Z tego co piszą, jest to projekt zaawansowany, sztab szkoleniowy już tworzony, zespół także (ma grać już jesienią), a pomysłowi (zresztą nienowemu – podobnie przecież postępują Belgowie czy Holendrzy) oparcia tej drużyny na zawodnikach, którzy wyszli z wieku juniora – trzeba przyklasnąć. Podobna idea była też u nas, również mówiło się o przyłączeniu do rozgrywek w 2023 – nic jednak konkretnego nie słychać. Nie zmarnujmy takiej możliwości.

Były sekretarz hiszpańskiej federacji José Moreno wystosował list otwarty do World Rugby jeszcze raz wracając do sprawy Gavina van der Berga. Z listu wyziera wielkie poczucie krzywdy i wiara w spisek na szczytach World Rugby, który miał na celu utrącenie Hiszpanii. Problem w tym, że autor chyba koncentruje się na tym na czym nie trzeba – powtarza argumenty, które nie mogły przekonać odpowiednich organów, a na dodatek nie dostrzega, że gdyby usprawiedliwić Hiszpanów tym, że van der Berg ich samych oszukał, to normą mogłyby stać się układy: my chcemy żebyś dla nas zagrał, nieoficjalnie wiemy, że warunków nie spełniasz, a jak cię przyłapią, to wszystkiego się wyprzemy. Szkoda natomiast, że nie zwraca uwagi na to, że World Rugby ignoruje seryjne doniesienia o podejrzeniach dotyczących włoskich ex-reprezentantów – choćby najmniejszego komentarza, zapowiedzi dokładniejszej weryfikacji na przyszłość itd., nie mówiąc o ocenie ujawnianych przypadków i karze chociażby finansowej.

Z wieści transferowych:

  • Mark Evans (współautor recenzowanej w „szponach” książki Unholy Union), który wcześniej zarządzał takimi organizacjami w rugbowym świecie jak Saracens, Harlequins, Western Force czy Melbourne Storm, został nowym prezesem Fijian Drua.

Polacy za granicą

Wiadomości o reprezentantach Polski grających na co dzień za granicą – jak zwykle sprzed tygodnia:

Szkocja:

  • Ronan Seydak (Heriot’s, Super6): cały mecz przeciwko niepokonanym dotąd w lidze Watsonians, przegrany 12:27. Po trzech kolejkach Heriot’s zajmuje czwarte miejsce w stawce sześciu zespołów.

Szwajcaria:

  • Kacper Ławski (Barbarian Suisse): w czerwcu dla szwajcarskich Barbarians grał Kamil Bobryk, natomiast 20 sierpnia taką szansę dostał Kacper Ławski – wystąpił od pierwszej minuty w meczu przeciwko Nyon, zorganizowanym z okazji 50-lecia tego klubu. Polak był po stronie zwycięzców: Barbarians wygrali 39:24.

Zapowiedzi

Za tydzień na świecie przede wszystkim czwarta kolejka The Rugby Championship (ponownie mecze Australii z Południową Afryką i Nowej Zelandii z Argentyną). Mecze kobiecych reprezentacji tym razem dwa: bardzo ciekawie zapowiadające się starcie Anglii ze Stanami Zjednoczonymi oraz spotkanie Francji z Włochami. Grają też oczywiście różne ligi, a najwięcej uwagi spośród nich przyciągnie start francuskiej Top 14 – wśród siedmiu spotkań pojedynki m.in. Racingu 92 z Castres, La Rochelle z Montpellier i Bordeaux z Tuluzą.

W kraju przerwa w rozgrywkach ligowych, za to młodzieżowe reprezentacje zmierzą się ze swoimi odpowiednikami z Czech.

8 komentarzy do “Na antypodach zatrzęsła się ziemia”

  1. To ja dziś się troszkę podrażnię 😉 Może wywołam jakąś dyskusję? Kto wie :)?

    Nie podoba mi się stwierdzenie dotyczące PRO D2: „w pierwszej znaczącej lidze zawodowej w Europie”. Znaczącej dla kogo? Rumuni pewnie bardziej interesują się swoją Superligą, a Rosjanie pewnie chętniej oglądają Ligę Stavok. Te rozgrywki już trwają. Mówiąc szczerze nawet w naszym kraju z tą PRO D2 bywa różnie. Niby wszyscy podkreślają że jest zawodowa, kiwają głowami że strasznie mocna, mruczą z zachwytem nad jej wysokim poziomem, ale ja osobiście nie znam nikogo kto by oglądał mecze PRO D2 😉 Sprawdzamy wyniki, czasem jakiś skrócik na yt się zobaczy ale też nie zawsze. Mało kto o tym dyskutuje, a we wzajemnych rozmowach o tych rozgrywkach tylko przytakujemy jaka to mocna liga. Tymczasem zasiadałem niejednokrotnie do oglądania rywalizacji na drugim poziomie we Francji, ale ani mnie ona ziębi ani parzy. Nie emocjonują mnie te mecze, mimo że są zacięte i do końca nie wiadomo kto wygra. Jakby na to nie patrzeć stawką jest tylko i aż awans na wyższy poziom. Nie ma tam medali, drużyny grają o piętnaste miejsce w krajowych rozgrywkach, a to już tak nie grzeje jak walka o krajowy prymat. Myślę że kibice w Rumunii też jednak wolą oglądać Superligę niż PRO D2. Ba, my też chętnie sięgamy po mecze amatorskiej Ekstraligi niż profesjonalnego drugiego poziomu we Francji. Z Top 14 jest już jednak trochę inaczej. Tam stawką jest już mistrzostwo kraju i pewnie gdyby mecze były ogólnodostępne i odbywały się w tym samym czasie co rozgrywki w Polsce niejeden kibic mógłby wybrać Top 14. Oczywiście troszkę się drażnię, bo cicho dziś w komentarzach. Jeśli są tu fani Pro D2, którzy co kolejkę oglądają na francuskim C+ lub na innych streamach mecze w całości pewnie mają inne zdanie, jeśli oczywiście tacy są 🙂

    Lyn Jones trenerem Holandii. Dla nas to raczej zła informacja… To niezły fachowiec, z Rosją osiągał dobre wyniki. Średnia dla nas informacja. Chciałbym abyśmy mieli takiego trenera…

    Odpowiedz
    • Mi zdarza się popatrzeć na Pro D2, choć bardzo rzadko (akurat tydzień temu widziałem z pół godziny meczu Biarritz z Oyonnax) 😉
      W ogóle Francuzi są najbliżsi modelowego rozwiązania systemu ligowego, który stymuluje konkurencję i poziom drużyn nie tylko w elicie – i na to nieraz wskazują Anglicy porównujący to, co jest za kanałem La Manche, z tym, co robi z ich Premiership ring-fencing (i formalny, i finansowy). Choćby w tym tygodniu nawiązywał do tego tematu Peter Jackson w The Rugby Paper: https://www.therugbypaper.co.uk/latest-news/361115/france-set-to-rock-with-the-best-league-in-the-world/. Jasne, trochę idealizują dla kontrastu, Francuzi swoje problemy mają, ale ekipa awansująca z Pro D2 jest zwykle konkurencyjna w Top 14, spadająca z Top 14 niekoniecznie wygrywa Pro D2, podobnie jest dalej w dół. A w Anglii… historie z Ealing Traiflinders i Doncaster Kinghts na koniec poprzedniego sezonu, czy Wasps i Worcester Warriors mówią same za siebie, a to tylko kawałek problemu.
      A co do tego, z kim ich porównałem – grają w Rumunii, Rosji i Szkocji. Rumunom SuperLiga się rozsypała i na ostatnią chwilę ratowali rozgrywki (teraz mają ligę z 14 drużynami, z których tylko bodaj 4 są w pełni zawodowe, a większość po prostu amatorska; poziom gier nawet w grupie mistrzowskiej chyba nie powala – patrzyłem na kawałek jednego z meczów, to przypominał Orkana z Ogniwem, choć może nie był do końca reprezentatywny), w Rosji też mają kłopoty (przed tym sezonem odpadło np. moskiewskie CSKA, stracili też część zawodników z zagranicy – zresztą poza tym niewiele wiem, co tam się dzieje), a Super6 jest półzawodowe i takie trochę radosne… Jasne, bliższa ciału koszula i ja chętniej obejrzę Juvenię albo finał naszej ligi niż Biarritz. Ale obiektywnie rzecz biorąc kudy nam do Francuzów 😉

      Ps. Francuzi na każdym poziomie ligowym mają wielki finał ligi i mistrza kraju (i to też jest fajne) – na przykład Kamil Bobryk był mistrzem Francji Federale 2 z Vienne 🙂

      Odpowiedz
      • Kamil Bobryk nie był mistrzem Francji 😉 Zajął wraz ze swoim klubem 57 – me miejsce w mistrzostwach Francji. U nas w piłkarskiej A klasie też mamy mistrza tych rozgrywek, ale mistrzem Polski ta drużyna nie jest, tylko co najwyżej może zająć 1494 miejsce w naszym kraju 😉

        Mnie się podobały ostatnie derby Bukaresztu. Faktycznie na oko poziom bardzo zbliżony do Ekstraligi. Jak jeszcze oglądałem Ligę Rosyjską, to tam jednak było widać że gra była szybsza a zawodnicy lepiej zgrani niż w Rumunii, ale PRO D2 też czasem obejrzę tylko nooo, co poradzę że nie kręci mnie ta liga 🙁

        W Super 6 te mecze są bardzo fajne! Tam jest tak ofensywna gra, tak pozytywna, że świetnie się to ogląda. Schematy nie zabijają tam zawodnikom radości z gry. Trenerze pozwalają na sporą dawkę inwencji twórczej przez co dobrze się to ogląda. Minus, to wg mnie zbyt mało drużyn, trzy osobne rodzaje rozgrywek, zespoły kiszą się we własnym sosie przez co szóste spotkanie tych samych drużyn w tym samym sezonie już tak nie cieszy…

        Odpowiedz
        • Vienne dostało puchar (albo raczej tarczę), zawodnicy złote medale, a miasto świętowało przez tydzień i do dziś to wspomina, więc mistrzostwa im nie zabieraj 🙂 Francja ma co roku kilku mistrzów i to też jest fajne 🙂

          Z Pro D2 to najfajniej wspominam zeszłoroczny mecz Bajonny z Biarritz, derby Baskonii. Punktów jak na lekarstwo, ale emocji co nie miara (no dobra, to był baraż, a nie Pro D2, ale blisko :)).

          Odpowiedz
          • No dobrze… Wiem, że w rugby sa zupełnie inne realia niż w jakiejkolwiek innej dyscyplinie sportu, ale mimo to nie trafia to mnie ta argumentacja. W piłkarskim PP podokręgu Sosnowiec zwycięzcy też otrzymują puchar. Dodatkowo awansują do pucharu okręgu województwa śląskiego. Wszyscy jednak wiedzą że są to rozgrywki niskiego szczebla. Oczywiście to jest mój punkt widzenia. Patrzę bowiem na sport bardziej globalnie. Jeśli są jakieś drużyny sklasyfikowane przed moją, to nie jestem najlepszy. Uważam, że sukcesu Hegemona Mysłowice czy Sparty Jarocin nie można porównywać z sukcesem Orkana, RC Mountfield Říčany, LRC Diok, SC 1880 Frankfurt czy nawet Donau Wiedeń. To są kluby najlepsze w swoich krajach. Nikogo nie ma przed nimi. Walczą o prymat.

            Jak mi strasznie brakuje takich dyskusji o rugby w życiu codziennym. Uwielbiam rozmawiać z ludźmi mającymi odmienne zdanie, bo wtedy dostrzegam nowe spojrzenie na tę samą sprawę i często dowiadując się nowych rzeczy zmieniam je o 180 stopni 🙂 Akurat tutaj zostanę jednak przy swoim. Pewnie inaczej bym do tego podchodził, gdybym mieszkał we Francji, chodził na mecze PRO D2 i nie interesował się innymi ligami. Mój problem polega na tym że śledzę niemal wszystkie rozgrywki w najwyższych klasach w Europie. Dawniej tak nie było. Wszystko przez „Szpony” i kącik „O innych ligach”. Wcześniej byłem bardziej normalny 😉

            Odpowiedz
            • A ja lubię takie smaczki i francuski pomysł niezmiernie mi się podoba. Daje tym mniejszym ośrodkom szansę na coś wyjątkowego. Jasne, to sprawdzi się tam, gdzie grają dziesiątki drużyn, a nie sześć czy osiem 🙂

              Cykl „O innych ligach” utknął na Mołdawii – wyjątkowo oporny kawałek świata. Poza tym chwilowo są rzeczy ważniejsze 🙂

              Odpowiedz
              • Może dobrze, bo ligą mołdawską jeszcze się nie interesuję 😛

                Ale ten cykl był świetny! Może kiedyś pomogą w pisaniu zawodnicy z tego kraju, którzy grali kiedyś w Polsce ? Jeśli jest do nich dostęp. Nasza reprezentacja niejeden mecz z Mołdawią grała. Ktoś coś musi wiedzieć o ich rozgrywkach 😉

                Odpowiedz

Dodaj komentarz