Maraton skończony bez medalu

Po pierwszym miejscu z turnieju w Makarskiej liczyliśmy, że nasza kobieca reprezentacja w rugby 7 skończy morderczy maraton turniejowy medalem mistrzostw Europy. Niestety, słaby występ w Hamburgu zaowocował spadkiem na czwarte miejsce. Poza tym mieliśmy m.in. oszałamiający występ Tuluzy z finale francuskiej Top 14 i sensację w kwalifikacjach do kobiecego Pucharu Świata sprawioną przez Brazylię.

Rugby Europe Sevens / Reprezentacja Polski w rugby 7 kobiet

Głównym punktem weekendowego programu dla rugbowych fanów z Polski był występ naszej kobiecej reprezentacji w drugim turnieju z cyklu Rugby Europe Sevens Championship w Hamburgu. Stawką było mistrzostwo Europy, a pozycja wyjściowa Polek po pierwszym miejscu w Makarskiej – najlepsza z możliwych.

Pierwszy mecz z Ukrainkami kłopotów nie miał prawa sprawić i nie sprawił. Nasze zawodniczki zwyciężyły 48:0. Początek był nerwowy, Polki przewagi w terytorium nie przekładały na punkty, popełniały błędy (na szczęście rywalki także), przez pierwsze pięć minut zaliczyły tylko jedno przyłożenie w wykonaniu Oliwii Krysiak. Jednak na koniec pierwszej połowy Polki wyprowadziły wreszcie dwie szybkie akcje, prowadziły 19:0, a w drugiej połowie dorzuciły jeszcze pięć przyłożeń (najbardziej efektowne akcje to te zakończone przez Zaiszliuk – najpierw po świetnym przełamaniu Natalii Pamięty w swoim stylu w okolicy linii 10 m, potem po przechwyceniu wznowienia i sprincie do pola punktowego) i wygrały 48:0. Ukrainki właściwie ani razu nie opuściły swojej połowy boiska, a w naszej drużynie po dublecie przyłożeń zaliczyły oprócz Zaiszliuk także Martyna Wardaszka i Julia Druzgała.

Niestety drugi mecz piątkowy skończył się wynikiem niemal odwrotnym – Polki uległy w nim 0:45 Brytyjkom, które do Hamburga przyjechały składem, który będzie walczyć o medale igrzysk olimpijskich. Już w pierwszej minucie gry rywalki zdobyły pierwsze przyłożenie. Co prawda w pierwszej połowie nasze zawodniczki długimi okresami miały piłkę, ale nie tworzyły sobie punktowych sytuacji. Widać było wypracowane wcześniej rozegrania po stałych fragmentach gry, które jednak zawodziły wskutek prostych błędów. Brytyjki kontrowały i do przerwy prowadziły 19:0. Druga połowa była podobna do pierwszej: długi atak Polek bez efektu, szybkie kontry Brytyjek, przegrywane przez nasze zawodniczki wznowienia. Ukoronowaniem niemocy było wykopanie piłki w aut na naszej połowie aby skończyć spotkanie na kilka sekund przed wybiciem 14. minuty. W efekcie straciliśmy jeszcze jedno przyłożenie…

A kolejna katastrofa przyszła w ostatnim meczu grupowym przeciwko Niemkom. Nasze zawodniczki były faworytkami spotkania, tymczasem przegrały 17:19. Polki długimi fragmentami w tym meczu atakowały, ale często na stojąco, z momentami zawahania, i zwykle w największym zagęszczeniu przeciwniczek… Co prawda to Polki po kilku minutach zdobyły pierwsze przyłożenie (Pamięta), ale chwilę potem po wznowieniu pobiegły na przechwyt, tymczasem Niemka, która złapała piłkę zgotowała nam zabójczą kontrę. Chwilę potem rywalki wyprowadziły wzorową, szybką akcję, jakich naszym zawodniczkom brakowało i do przerwy było 5:14. Drugą połowę co prawda świetną akcją zaczęła Klichowska (60 metrów skrzydłem, pokonane dwie rywalki), potem Polki wyszły na prowadzenie, gdy jakoś przedrzeć zdołała się Sylwia Witkowska. Ale zaraz potem kolejny fatalny błąd przy wznowieniu: nastawienie na atak, brak asekuracji, i błyskawiczny akcja Niemek, które wróciły w ten sposób na prowadzenie. Ostatnia akcja musiała przynieść nam punkty, ale nawet nie wyszliśmy z własnej połowy. Nie do końca zrozumiałe decyzje sędziego na końcu mogły mieć wpływ na wynik (przegrana tylko dwoma punktami), ale obrazu meczu nie zmieniły… Niemoc w ataku i fatalne błędy przy własnych wznowieniach. Efektem porażki było dopiero trzecie miejsce w grupie i trafienie w ćwierćfinale na drużynę z absolutnego światowego topu – Francję.

Francuzki przyjechały w niezwykle mocnym składzie i fazę grupową przeszły jak burza (w przeciwieństwie do Irlandek, które po sensacyjnej przegranej z Czeszkami zajęły dopiero trzecie miejsce w tej samej grupie). Polki długimi okresami miały piłkę, ale nie potrafiły pójść z nią do przodu. Tylko raz rywalkom urwała się Klichowska, pod sam koniec spotkania. Francuzki natomiast, gdy piłkę zyskiwały, wyprowadzały szybkie akcje i budowały przewagę (trzykrotnie uciekła Polkom bez jakichkolwiek problemów Yolaine Yengo). Znamienna była sytuacja z końca pierwszej połowy – Francuzki zdobyły drugie przyłożenie, prowadziły 12:0, czas minął. Ponieważ Francuzki popełniły błąd przy wznowieniu, Polki miały rzut wolny na środku boiska. I zamiast walczyć o zmianę wyniku, wykopały piłkę za boisko, aby skończyć połowę – jakby myślały tylko o straceniu jak najmniejszej liczby punktów… Skończyło się porażką 5:38. I już w tym momencie było wiadomo, że o miejsce na podium mistrzostw Europy będzie trudno – do półfinałów awansowały trzy drużyny bezpośrednio zza Polek z Makarskiej, a w stawce walczącej o piąte miejsce były Irlandki, pokonane w najciekawszym ćwierćfinale przez Brytyjki 21:14.

Porażka z Francją oznaczała definitywny kres marzeń o mistrzostwie Europy. Porażka w kolejnym spotkaniu – definitywny kres marzeń o jakimkolwiek medalu. Rywalem w półfinale zmagań o miejsca 5–8 były Czeszki, które tym razem okazały się zbyt mocne dla naszych zawodniczek. Obie drużyny prezentowały podobny poziom – ataki na ciasnej przestrzeni, próby rozrzucenia zbyt wolne, akcje kończone własnymi błędami. Polki zaczęły mecz od straty piłki na własnej połowie, a chwilę potem przechwytu Klichowskiej, która pomknęła przez niemal całe boisko. Przyłożyła Wardaszka, było 7:0, ale potem żadnych punktów już nie zdobyliśmy. Przeciwnie – w tym nieciekawym meczu, który toczył się głównie na środku boiska, jedynymi przebłyskami były sprinty Czeszek, które zdobyły trzy przyłożenia i wygrały 19:7. A nas niepokoiło zejście z boiska kulejącej Klichowskiej.

I Klichowskiej zabrakło na boisko w ostatnim meczu, którego stawką było siódme miejsce w turnieju. Polkom udało się turniej skończyć zwycięstwem – zamykały Niemki na ich połowie, a same zdobyły trzy przyłożenia. Co prawda pierwszą groźną akcję wyprowadziły rywalki i Hanna Maliszewska ratowała nas w ostatniej chwili po niesamowitej pogoni, ale w pierwszej połowie jedyne punkty padły po akcji Pamięty. Przez długi czas gra toczyła się w środku boiska, a jedna i druga drużyna popełniała błędy. Drugą połowę Polki zaczęły od dwóch przyłożeń – pierwsze zdobyła Pamięta (presja na rywalkach dała Polkom młyn pod ich polem punktowym), a drugie Oliwia Krysiak (po świetnym odzysku Maliszewskiej). Co prawda wreszcie Niemki odpowiedziały, ale na nic więcej nie było ich stać – Polki wygrały 15:7. Udało się zrewanżować za porażkę z fazy grupowej, ale siódme miejsce to efekt poniżej oczekiwań na koniec sezonu. Choć w sumie dało powtórkę z ubiegłorocznego czwartego miejsca w mistrzostwach Europy i ponowny awans do World Rugby Challenger Series. Cóż, pierwsze miejsce w Makarskiej wysoko zawiesiło poprzeczkę.

W finale Francuzki pokonały Brytyjki, dzięki czemu zawodniczki z Wysp nie przeskoczyły Polek w klasyfikacji generalnej. W meczu o turniejowy brąz, a jednocześnie o srebro mistrzostw Europy Belgijki grały z Hiszpankami. Tuż przed końcem, Hiszpanki prowadząc 7:5 broniły się na własnej połowie. I dosłownie dwie czy trzy sekundy przed wybiciem 14. minuty straciły piłkę, a Belgijki wyprowadziły akcję na wagę zwycięstwa – wygrały 10:7. Hiszpanki skończyły mistrzostwa z identycznym dorobkiem punktowym co Polki, ale ze zdecydowanie lepszym bilansem małych punktów i dlatego to na ich szyjach zawisły brązowe medale. Z grupy Championship spadają Ukraina i Turcja.

Wśród panów w meczu finałowym Irlandia wygrała z Francją 19:14, ale kolejność na podium mistrzostw Europy była odwrotna – złoto zdobyli Francuzi, a Irlandczycy srebro. Podobnie było z meczem o trzecie miejsce – Portugalia wygrała z Niemcami 14:12, ale to Niemcy zdobyli brąz, a Portugalczycy musieli zadowolić się czwartym miejscem mistrzostw. Z grupy Championship spadają Chorwacja i Ukraina.

Top 14

Ostatni tegoroczny finał wielkiej ligi rozegrano w piątek (aby uniknąć kolizji z meczami piłkarskimi Euro) w Marsylii.

Stade Toulousain – Union Bordeaux-Bègles 59:3. Faworytem spotkania była broniąca tytułu mistrzowskiego Tuluza, ale takiego pogromu nie spodziewał się chyba nikt. Rekordy padały jeden po drugim – dotąd najwyższym dorobkiem w meczu finałowym było 40 punktów (Biarritz przeciwko Tuluzie w 2006), tu Tuliza zdobyła ich 59. Jeszcze dłużej trwał rekord ustanowiony w 1900, gdy Racing pokonał Bordeaux różnicą 34 punktów – w piątek różnica wyniosła aż 56 oczek. Nowe rekordy byłyby jeszcze wyższe, gdyby Thomas Ramos lepiej ustawił celownik przy podwyższeniach (zresztą nawet przy kiepskiej skuteczności pobił rekord w liczbie zdobytych punktów dla Tuluzy). Pierwsze przyłożenie Tuluza zdobyła już po pięciu minutach gry i jego autorem była gwiazda zespołu, Antoine Dupont (łącznik młyna przebijający się przez obronę czterech rywali na linii bramkowej: https://x.com/i/status/1806770117352583263). Co prawda jego drużyna nie wykorzystała okresu przewagi po żółtej kartce pokazanej w tej samej akcji, ale gdy siły się wyrównały, zdobyła kolejne dwa przyłożenia (w tym drugie w tym meczu Duponta, który imponująco oszukał obronę Bordeaux: https://x.com/i/status/1806775022599454996). Było 22:3, a jeszcze przed przerwą Tuluza była o włos od kolejnego przyłożenia. W drugiej połowie Ramos dorzucił kolejne trzy punkty z karnego. Bordeaux mogło jeszcze marzyć o zmianie wyniku, ale czas uciekał, a punktów nie zdobywało. A gdy brakło wiary w zwycięstwo, Tuluza rozjechała rywali niczym walcem – w ciągu ostatniego kwadransa punktowała co moment, zdobywając aż sześć przyłożeń (z czego dwa w wykonaniu Thomasa Ramosa, jedno z nich po znakomitym kopie Romaina Ntamacka: https://x.com/i/status/1806791234507169842). Gdy Tuluza zaliczyła piąte z nich, tuż przed upływem regulaminowego czasu gry, wydawało się, że mecz jest skończony. Bordeaux rzuciło się do rozpaczliwego ataku, próbując ratować honor, ale choć doszło na 5 metrów do pola punktowego Tuluzy, wypuściło piłkę z rąk, a rywale, zamiast ją wykopać za boisko, wyprowadzili jeszcze jedną zabójczą kontrę z jednego końca boiska na drugie, zakończoną przyłożeniem Ange Capuozzo (https://x.com/i/status/1806796579791372718). W stylu z innej planety zdobyli swój 23. tytuł mistrza Francji, a przy okazji także podwójną koronę (trzecią w historii). A dla znakomitego Duponta był to ostatni piętnastkowy mecz przed olimpijską przygodą z siódemkami.

Ze świata

Za tydzień zaczyna się międzynarodowe okienka testowe. W ten weekend odbyło się kilka spotkań, ale najwyższą stawkę miały dwa mecze kobiet. W Europie mierzyły się Walia i Hiszpania, a rezultat miał rozstrzygnąć o tym, która z drużyn zagra w WXV 2, a która poziom niżej. W Cardiff dzięki znakomitej drugiej połowie wygrały gospodynie. W pierwszej połowie mecz był wyrównany, obie drużyny zdobyły po trzy przyłożenia, a Walijki wygrywały tylko 21:20. Po przerwie już tylko jedna drużyna punktowała – Walijki zapisały na swoje konto aż pięć przyłożeń, z czego trzy zdobyła Carys Cox, i zwyciężyły 52:20. Jeszcze większa stawka była w Asunciónie, gdzie Brazylia mierzyła się z Kolumbią w walce o awans na przyszłoroczny Puchar Świata. Nieoczekiwanie Brazylijki wygrały to spotkanie 34:13 i zadebiutują na najważniejszej rugbowej kobiecej imprezie. Dość wspomnieć, że Brazylijki przegrały we wszystkich swoich dotychczasowych meczach przeciwko Kolumbii, to było dopiero ich ósme/dziewiąte (zależnie od źródła) oficjalne spotkanie w historii, dopiero drugie/trzecie wygrane, a w rankingu World Rugby przed tym meczem były o 25 miejsc niżej od swoich rywalek.

W najciekawszym chyba meczu towarzyskim mężczyzn Japonia XV grała z Māori All Blacks. Ekipa z Nowej Zelandii nie dała szans gospodarzom i choć ci zdobyli pierwsze przyłożenie w meczu, przegrali 10:36 (drugie przyłożenie zdobywając równo z końcowym gwizdkiem). Japończycy mieli swoje szanse, m.in. o włos od przyłożenia był Viliame Tuidraki, jeszcze w pierwszej połowie. Jednak młodzi gospodarze nie byli w stanie powstrzymać gości nawet wtedy, gdy ci (dwukrotnie w tym meczu) grali w osłabieniu po żółtych kartkach.

Rozegrano także kilka innych meczów międzynarodowych. W Afryce Namibia zagrała z przygotowującymi się do Currie Cup Blue Bulls i przegrała 8:92. W wyjściowym składzie Namibii (grającej pod szyldem Windhoek Welwitschias) zobaczyliśmy znanych nam z polskich boisk Denzo Bruwera, Danco Burgera i Petera Diergaardta, a na ławce rezerwowych Chemigana Beukesa. Bruwer zdobył trzy punkty z karnego w pierwszej połowie.

W ramach RAN Tournament zagrały Bahamy z Jamajką. Gospodarze walczyli, ale ulegli gościom 14:48, ponosząc drugą porażkę w tym roku. Jeśli faktycznie w przyszłym roku odbędą się półfinały rywalizacji, to Jamajka właśnie wywalczyła do nich awans.

W Singapurze rozegrano pierwszy mecz towarzyskiego turnieju Union Cup. Gospodarze turnieju pokonali Tajlandię 30:8. Do przerwy prowadzili 12:0, po przerwie Tajlandczycy zdołali zmniejszyć stratę do czterech oczek, ale potem Singapur znowu odskoczył. Dwa pozostałe mecze turnieju w tym tygodniu.

W Kapsztadzie i Stellenbosch rozegrano pierwszą kolejkę fazy grupowej mistrzostw świat U20 (najwyższej grupy, Championship; druga, Trophy, startuje za moment w Szkocji). Na starcie nie było niespodzianek – żadna młodzieżówka reprezentacji spoza Tier 1 nie zdołała pokonać wyżej notowanych przeciwników. Fidżi przegrało z gospodarzami turnieju 7:57 (Fidżyjczycy narzekają na organizację podróży – część kadry dotarła na miejsce w dniu meczu), Hiszpania z Francją (regularnie triumfującą w tych zawodach w ostatnich latach, znów bez kilku graczy, którzy trenują z pierwszą reprezentacją) 12:49, a Gruzja z Australią 11:35. Wyrównaną walkę mieliśmy tylko w pierwszej połowie tego ostatniego spotkania, gdy Gruzini długo prowadzili i jeszcze w 50. minucie było 11:6. Jednak osłabienie Australijczyków po czerwonej kartce z 27. minuty akurat się skończyło (na tej imprezie testowany jest m.in. fatalny przepis o 20-minutowych czerwonych kartkach), a w końcówce gracze z antypodów zdecydowanie przeważali. Poza tym Anglia pokonała Argentynę 40:21 (hat-trick Johna Brackena, syna mistrza świata z 2003), Irlandia z Włochami 55:15, a Nowa Zelandia z Walią 41:34 (wbrew wynikowi, przewaga All Blacks była dość wyraźna, a 23-, a potem 21-punktowa różnica została zmniejszona przez Europejczyków dopiero w ostatnich paru minutach meczu).

Na Mauritiusie pod hasłem 7s in paradise odbył się pierwszy turniej Rugby Africa Sevens Series, czyli męskich mistrzostw Afryki w rugby 7 (druga tura także na Mauritiusie w kolejnym tygodniu). W fazie grupowej wszystkie swoje mecze wygrały reprezentacje Południowej Afryki (która wysłała tu rezerwy, pierwsza drużyna szykuje się do igrzysk), Ugandy i Madagaskaru (który w decydującym spotkaniu pokonał także grającą rezerwami Kenię 7:5). Te drużyny przeszły też ćwierćfinały (Madagaskar po drugim w ten weekend zwycięstwie po zaciętym meczu nad gospodarzami turnieju, RPA po wygranej nad Kenią), a grona półfinalistów uzupełniła Burkina Faso. W półfinale Uganda pokonała RPA i w finale zagrała z Madagaskarem – wygrała 31:12. Brąz zdobyło RPA. Gospodarze na ósmym miejscu po porażce w ostatnim meczu z Wybrzeżem Kości Słoniowej po dogrywce.

W Major League Rugby rozegrano ostatnią kolejkę rundy zasadniczej. Główne rozstrzygnięcia (czyli to, kto awansuje do półfinałów konferencji) zapadły już wcześniej, ale kilka drużyn wciąż jeszcze mogło walczyć o lepsze rozstawienie. Wygrali mecze obaj liderzy konferencji – New England Free Jacks nad Anthem RC (który jako jedyny kończy sezon z kompletem porażek), a Houston SaberCats nad Dallas Jackals (niesamowity powrót Jackals, którzy odrobili 26 punktów straty, tuż przed końcem wyszli na prowadzenie, ale w ostatniej akcji stracili trzy punkty po karnym i przegrali jednym oczkiem). W bardzo ciekawym spotkaniu San Diego Legion pokonał Seattle Seawolves 45:33. Oba te ostatnie mecze to były próby generalne przed półfinałami konferencji. Skład półfinałów: na zachodzie Houston SaberCats – Dallas Jackals oraz Seattle Seawolves – San Diego Legion, a na wschodzie New England Free Jacks – Old Glory DC i NOLA Gold – Chicago Hounds.

Większość składów na letnie okienko testowe poznaliśmy już wcześniej. W ostatnim tygodniu ogłoszona została kadra mistrzów świata, Południowej Afryki. Mimo wcześniejszych informacji, kapitanem drużyny pozostał Siya Kolisi. W składzie jest czterech debiutantów, z czego dwóch z drużyny wicemistrza URC, Bulls. Nie ma sporej grupy kontuzjowanych graczy w tym m.in. typowanego na nowego kapitana Stevena Kitshoffa czy innego typowanego do debiutu gracza Bulls, Camerona Hanekoma. Ponadto ogłoszony został skład Māori All Blacks z aż siedmioma graczami mistrzów Super Rugby. Ciekawa jest para łączników ataku: Rivez Reihana i Taha Kemara. Z kolei z kadry Fabien Galthiego wypadł kontuzjowany Louis Carbonel, zastąpiony przez Jorisa Segondsa.

Federacja nowozelandzka ogłosiła wyniki finansowe za rok 2023. Wynika z nich strata wynosząca 9 mln dolarów nowozelandzkich. Po części związana jest ze spadkiem przychodów z powodu mniejszej niż zwykle liczby meczów All Blacks w domu (w wyniku skróconego The Rugby Championship).

Ciąg dalszy kłopotów finansowych federacji walijskiej. WRU ogłosiło strategię, jednak jednocześnie poinformowało, że w przypadku braku możliwości znalezienia źródła na zapełnienie deficytu szacowanego na 35 mln funtów w ciągu najbliższych kilku lat zredukuje liczbę zawodowych drużyn z czterech do trzech – decyzja ma być podjęta już po tym lecie, a tamtejsze PGA pozwala federacji na decyzję o likwidacji drużyny z dwuletnim okresem wypowiedzenia. Z wypowiedzi można wyczytać między wierszami żal z decyzji o sprzedaży CVC części udziałów w URC oraz 6 Nations. Pojawiają się głosy, że jedyną drogą ratunku, jest przejście walijskich drużyn profesjonalnych z URC do Premiership.

Z rynku transferowego:

  • były reprezentant Francji Rabah Slimani po siedmiu sezonach w Clermont podpisał kontrakt z Leinsterem;
  • Tulon potwierdził pozyskanie reprezentantów Anglii, Kyle’a Sincklera z Bristol Bears i Lewisa Ludlama z Northampton Saints;
  • Rory Kockott postanowił nie przedłużać umowy ze Stade Français, odchodzą też z klubu gruzińscy gracze Wasyl Kakowin i Giorgi Cuckiridze. Wzmacniają go natomiast Louis Carbonel, Włoch Giacomo Nicotera i wracający z wypożyczenia w Pro D2 Portugalczyk Raffaele Storti;
  • Gela Aprasidze przechodzi z Bajonny do Perpignan, a Giorgi Kweseładze zagra w Grenoble;
  • Argentyńczyk Tomás Lavanini zagra w przyszłym sezonie w Lyonie;
  • Virimi Vakatawa po roku spędzonym w Bristol Bears odchodzi z angielskiego klubu;
  • reprezentant Tonga Sione Tuipulotu, ostatnio w Moana Pasifika, zagra w przyszłym sezonie w czwartoligowym japońskim Maruwa Momotaro’s;
  • nowym trenerem australijskich Waratahs został niedawny szkoleniowiec reprezentacji Fidżi, Simon Raiwalui;
  • nowym szkoleniowcem Leicester Tigers został Michael Cheika;
  • kiepska wieść z Oyonnax – przejście na sportową emeryturę ogłosił reprezentant Portugalii Pedro Bettencourt. Ma 29 lat, ale idzie za radą lekarzy po kilku odniesionych w karierze wstrząsach mózgu;
  • Michael Hooper poinformował o końcu przygody z „australijskim rugby” – legenda Wallabies jednak nie skończy swojej imponującej kariery występem na igrzyskach olimpijskich.

Polacy za granicą

Wiadomości o reprezentantach Polski grających na co dzień za granicą – jak zwykle sprzed tygodnia.

Australia:

  • Brandon Olow (Perth Bayswater RUC, Western Australia – Premier Grade): zagrał 45 minut i zdobył przyłożenie w meczu z Joondalup Brothers wygranym 49:17. Jego drużyna awansowała aż o trzy miejsca w tabeli ligowej, na siódme.

Szwajcaria:

  • Kacper Ławski (RC Yverdon, Coupe de Suisse): wyszedł w podstawowym składzie w decydującym meczu o puchar Szwajcarii. Jego drużyna przegrała drugi finał w tym sezonie i znowu różnicą jednego punktu – uległa Hermance 16:17.

Zapowiedzi

W kolejnym tygodniu najwięcej uwagi będą przyciągać spotkania międzynarodowe. Najciekawiej zapowiada się starcie Południowej Afryki z Irlandią, także to Nowej Zelandii z Anglią. Poza tym zagrają: Australia – Walia, Argentyna – Francja, Samoa – Włochy, Kanada – Szkocja, Gruzja – Fidżi, Stany Zjednoczone – Rumunia, Chile – Hongkong i Japonia XV – Māori All Blacks (drugi raz). Poza tym dwa mecze w Azji (Tajwan z Tajlandią we wtorek i w piątek Tajwan z Singapurem).

Coraz więcej grania młodzieżowego w kategorii U20. W RPA, gdzie o mistrzostwo świata gra grupa Championship, druga kolejka fazy grupowej. W Szkocji, gdzie rywalizuje grupa Trophy, we wtorek rozpocznie się rywalizacja pierwszymi meczami grupowymi.

W siódemkach – w Afryce druga, decydująca tura Rugby Afrique Sevens, znowu na Mauritiusie.

Z ligowego grania zwraca uwagę start przesuniętego z lata na zimę Currie Cup oraz półfinały konferencji w Major League Rugby.

A w kraju ostatni komplet medali mistrzostw Polski w tym sezonie do rozdania – rywalizować będą o nie siódemkowe drużyny w kategorii U16 w ramach ogólnopolskiej olimpiady młodzieży.

6 komentarzy do “Maraton skończony bez medalu”

  1. W pełni zgadzam się z Twoją opinią.
    W przyszłorocznej Challenger Series ponownie z Europy zobaczymy obok Polek także Czeszki i Belgijki. Ale jeśli nic PZRugby nie zrobi to wkrótce te dwie reprezentacje nam pięknie odjadą.
    Martwi też, na przyszłość, bardzo wąski skład. Co prawda w Benidorm dobrze zagrały „rezerwy” (wzmocnione etatowymi zawodniczkami) ale core team na tę chwilę praktycznie zabetonowany. W przypadku kontuzji i wypadnięcia ze składu którejś z dziewczyn bardzo odczuwamy jej brak.

    Odpowiedz
    • BTW, Belgowie swego czasu chwalili się, że podpisali kontrakty z częścią zawodniczek (nie wiem, czy to nadal aktualne).

      Odpowiedz
  2. Nasza kobieca Reprezentacja jest ewidentnie w kryzysie. Zastanawiające i niepokojące jest brak powołań dla Paszczyk i Kołdej. Ich brak widoczny był na boisku zarówno w Monako, jak i Hamburgu. Ptaszki ćwierkają, że na tą pierwszą trener się obraził, a drugiej w brzydkim stylu podziękował za grę. Ta sytuacja wywołuje duży niesmak. Jeżeli dodamy do tego prawdopodobne zakończenie kariery przez część ze starszych zawodniczek kadry to jej przyszłość stoi pod dużym znakiem zapytania.

    Odpowiedz
    • Nie wiem, na ile to było zmęczenie, a na ile kryzys jest głębszy. Ciągle mam w głowie to, że u nas nie ma prawdziwego zawodowstwa, w przeciwieństwie do drużyn, z którymi walczymy. Na pewno od czasu kontuzji Karoliny Jaszczyszyn coś tu się zacięło. Na jej powrót trudno już chyba liczyć, zmiana pokoleniowa jest nieunikniona i w zasadzie już trwa, ale mam nadzieję, że będzie stopniowa (wszak po trzydziestce nie trzeba od razu wieszać butów na kołku). Nie wszystkie młode zawodniczki są dziś w stanie wejść w buty tych doświadczonych, ale przecież do młodych należy wciąż Natalia Pamięta :), na tych ostatnich turniejach ładny początek zrobiła Oliwia Krysiak… Co do powołań – faktycznie, Katarzyny Paszczyk bardzo brakowało. Małgorzata Kołdej niestety po kontuzji była daleka od dawnej formy i jej brak nie zaskoczył. O stylu jednak się nie wypowiem, bo nie wiem o tym nic, ale jeśli atmosfera w grupie się psuje, tym gorzej nam to wróży i to jest ostatnia rzecz, której potrzebujemy.

      Odpowiedz

Dodaj komentarz