Ring-fencing czyli ogradzanie

Ogradzanie to wielowiekowa brytyjska tradycja. Przez stulecia posiadacze ziemscy grodzili pastwiska i wyrzucali chłopów z ziemi, zresztą mimowolnie przyczyniając się do rewolucji przemysłowej. Dziś o ogradzaniu mówi się w Premiership – w tym sezonie nikt z ligi nie spadnie, a jest ochota, aby spadki i awanse zlikwidować na dłużej.

No dobra, porównanie nie jest najlepsze. Nieźle się sprawdza w języku polskim, gorzej z językiem angielskim (proces ogradzania pastwisk nazwali enclosure, a teraz mówią o ring-fencing). Ale w sumie różnica niewielka. Dawniej chodziło o pieniądze i dziś chodzi dokładnie o to samo. O to, by bogaci stawali się bogatsi, a biednymi nikt się nie przejmuje. Teraz na dodatek część udziałów w PRL trafiła w ręce grupy CVC, która co prawda kupiła tylko 27% akcji, ale do głównego organu zarządzającego spółki deleguje prawie połowę jego członków. I nie ma co ukrywać – im chodzi wyłącznie o zwrot z inwestycji.

O likwidacji spadków i awansów w Premiership mówi się od dawna. Właściwie chyba odkąd w 2001 powstała spółka Premiership Rugby Ltd. zarządzająca tymi rozgrywkami na podstawie umowy z Rugby Football Union (Professional Game Agreement – PGA, obecna obowiązuje od 2016 i ma trwać do 2024). Głównymi udziałowcami PRL jest trzynaście klubów rugby i tak się składa, że praktycznie co roku dwanaście gra w Premiership, a jeden poziom niżej, w Championship. Ten, co spada, po roku wraca z powrotem*. Żaden z klubów spoza spółki nie ma szans na wyrównaną walkę z tymi z elity, a na dodatek format Championship (wyłącznie ligowy, bez play-off**) pozwala do minimum zredukować ryzyko jakiejś niespodzianki.

Różnica oczywiście leży w kasie. PRL sprzedaje prawa telewizyjne do Premiership, kluby dostają co roku kasę od RFU (dopiero od 2021 kwota ta będzie uzależniona od przychodów RFU, we wcześniejszych latach była stała na poziomie ponad 25 mln funtów), tymczasem kluby z Championship i niższych poziomów nie mogą marzyć nawet o zbliżonej skali przychodów. Nie ma kasy z transmisji, RFU obcięła ich znacznie skromniejsze finansowanie jeszcze wcześniej niż klubom Premiership. Ta dysproporcja oznacza najprostsze: każdy lepszy zawodnik jest z nich wysysany błyskawicznie i wabiony do bogatszych klubów przez większe pieniądze (i to mimo faktu, że w Championship nie ma pułapu wynagrodzeń). Ba, nawet jeśli klub bez udziałów „P” w PRL (tych najważniejszych spośród trzech ich rodzajów) awansuje do Premiership i dopcha się do stołu z dochodami z transmisji telewizyjnych, i tak na początku będzie prawdopodobnie zarabiał mniej niż klub zdegradowany do Championship, który ma udziały „P” (w sezonie 2014/2015 London Welsh grający w Premiersip dostawali dwukrotnie mniej kasy niż zdegradowani do Championship Worcester Wariors). Dopiero po przetrwaniu kilku lat na najwyższym poziomie beniaminek dorówna w dochodach stałym bywalcom. A jak przetrwać, jak ma się dostęp do nieporównanie mniejszych dochodów?

Pół roku temu kluby Championship zamówiły raport z propozycjami zmian w swoich rozgrywkach, który sporządził dla nich były szef Saracens, Edward Griffiths. I ciekawostka: ten raport, oprócz odnoszenia się do formatu rozgrywek w Championship, zawierał też rekomendację zawieszenia spadków i awansów (zarówno pomiędzy Premiership i Championship, jak i pomiędzy Championship i National League 1), nawet na 4 lata, obejmował także rekomendację uzależnienia spadków i awansów nie tylko od kwestii sportowych, ale także finansowych i organizacyjnych (co zresztą na tym poziomie sportu jest poniekąd naturalne – zwykle jednak chodzi przede wszystkim o infrastrukturę i stabilność finansową), jednak chciał, aby kluby Championship dostały coś w zamian: obowiązek gry młodych zawodników przed przejściem do Premiership przynajmniej przez rok na poziomie Championship (a następnie rodzaj draftu).

Niedawno, bo długich dyskusjach, RFU zgodziło się, aby z Premiership nikt nie spadł w tym sezonie (awans będzie, przy czym najpewniej pozwoli to wrócić do Premiership Saracens, którzy są tymi trzynastymi udziałowcami PRL). Póki co to decyzja tylko na jeden sezon, ale z komunikatu zamieszczonego na stronie PRL wynika, że kluby wciąż myślą o przynajmniej czteroletnim moratorium i to nie tylko na spadki, ale także na awanse. „Marchewki” dla klubów Championship nie przewidziano żadnej. Wracając do propozycji Griffithsa – żaden klub z Premiership nie chciałby rezygnować z możliwości prowadzenia akademii i sięgania do niej w razie potrzebny. Choć przecież dla rozwoju młodych zawodników gra na niższym poziomie może być prawdziwą szkołą sportu i życia. Uzasadnieniem decyzji RFU jest podnoszone przez kluby PRL (zwłaszcza te z dołu tabeli – najgłośniej groził prawnikami ostatni w tabeli Gloucester) uzależnienie wyników obecnego sezonu od zachorowań w klubach. Bo przyjęto zasadę: nie przekładamy meczów, jeśli zaś spotkanie jest odwołane z powodu epidemii klub z chorymi na pokładzie dostaje dwa punkty, a klub bez chorych – cztery.

Cóż, gdy spojrzeć na inne europejskie ligi, jakoś nikt takich pomysłów nie miał. Zarówno w Top 14, jak i Pro14 mecze po prostu są przekładane na inne terminy. I póki co nadrabianie zaległości jakoś im idzie (w Pro14 wyszliby już nawet na plus gdyby nie strach przed atakiem zimy, który pozostał tylko w prognozach pogody, a w Top 14 po tym weekendzie powinien pozostać już tylko jeden taki mecz). Tymczasem kluby PRL najpierw wymyśliły sobie taką zasadę, a teraz tłumaczą się, że przez nią spadki byłyby niesprawiedliwe. Czyli ˜– stwórzmy sami problem, a potem tłumaczmy się nim z naszych bezeceństw. Bo przecież, gdyby brać te tłumaczenia na poważne, to nie tylko spadki powinny być anulowane. Przecież te pozaboiskowe okoliczności w identycznym stopniu wpłyną na kwalifikację do fazy play-off (a nie można wykluczyć, że i na sam przebieg fazy pucharowej). Wypadałoby zatem również nie przyznawać tytułu mistrzowskiego, bo z powodu odwołanych meczów jakaś drużyna może nie dostać się do półfinałów. Jednak o tym nie ma ani słowa…

Najciekawsze, że największy opór przed decyzją o likwidacji spadków pojawił się ze strony telewizji BT Sport, która ma prawa do transmitowania meczów Premiership w Anglii. Bo dla niej produkt, który kupiła, z powodu decyzji o likwidacji spadków straci na wartości. Owszem, zawsze zwycięstwa przyciągają na trybuny i przed telewizory (no, dziś raczej wyłącznie przed te drugie) największe rzesze kibiców, porażki zniechęcają. Ale dopóki ulubionej drużynie grozi spadek, to ma ona o co walczyć. Wciąż jest stawka w grze i ta stawka powoduje, że gra nabiera wartości. Jeśli tej stawki nie ma, równie dobrze można poczekać na mecze ze stawką w kolejnym sezonie, a tych nie ma po co oglądać.

Zwolennicy ring-fencingu powołują się na przykłady amerykańskie. Dziwne jest natomiast, że ci sami ludzie zapominają spojrzeć na drugą stronę Kanału La Manche i zobaczyć, jak funkcjonuje liga znacznie im bliższa***. Tam też mamy zawodowstwo, też mamy spółkę, która przejęła od federacji zarządzanie zawodowymi poziomami rugby. Różnica jest tylko taka, że przejęła dwa poziomy: Top 14 i Pro D2. Ale gdy spojrzymy na historię spadków i awansów nie tylko pomiędzy tymi dwoma ligami, ale także pomiędzy Pro D2 a Fédérale 1 (od tego sezonu pojawił się nowy poziom, Nationale), jesteśmy znacznie dalej od tej angielskiej regularności powrotu po rocznej „odsiadce” na dole. Owszem, takie przypadki też się zdarzają, ale zdecydowanie rzadziej (pomiędzy Pro D2 i Fédérale 1 przypadek tak szybkiego powrotu nie zdarzył się od 2014) – i to nawet mimo faktu, że zwykle spadają i awansują po dwa zespoły, a nie tylko po jednym jak w Anglii. Jest konkurencja, każdy ma szansę i co najważniejsze dzięki temu ktoś tę szansę wykorzystuje.

Ja wiem, że ten świat kręci się wokół pieniędzy i nie ma co udawać – ich wpływ jest coraz większy i tego procesu się nie powstrzyma. Ale w ten sposób sport odziera się z romantyzmu. A tego – wbrew pozorom – w sporcie naprawdę potrzebujemy, bo to najbardziej romantyczne historie są tymi historiami, o których pamięta się potem przez lata. Więc jakoś to jednak trzeba wyważyć. Cóż, pieniądze są zarówno motorem napędowym sportu, jak i jego przekleństwem.

*) No, dobrze, nie do końca. Ale przez ostatnich 15 lat tak było 12 razy. W ciągu tych 15 lat udało się do Premiership awansować tylko dwom drużynom bez udziałów w PRL (Exeter Chiefs, które jednak miało wielkie pieniądze i po awansie wykupiło udziały od Yorkshire Carnegie, oraz London Welsh – ostatni taki przypadek w 2014, oczywiście po roku spadek na poziom niżej).

**) W tym roku play-off ma być. Jednak wszystko przez to, że w formacie ligowym Championship nie da się przeprowadzić i ligę podzielono na dwie grupy. Ale na wszelki wypadek finałową rozgrywka między zwycięzcami grup zostanie rozegrana w formie dwumeczu (zamiast zrobić półfinał i finał…).

***) Czasami się zastanawiam, czy faktycznie można tu mówić o bliskości. Teksty o francuskiej lidze w brytyjskich mediach oraz o angielskiej lidze we francuskich są niezwykle rzadkie. Tak jakby przypominali sobie o sobie tylko podczas Pucharu Sześciu Narodów i wtedy, gdy media społecznościowe zawojuje filmik z jakąś kuriozalną akcją.

Dodaj komentarz