Najsympatyczniejsza książka o rugby

Na półkach z rugbową literaturą w księgarniach dominują biografie czy autobiografie wielkich postaci tego sportu*. Zawodowców uprawiających sport w świetle reflektorów, w obecności dziesiątek tysięcy widzów, z nazwiskami na czołówkach gazet. Mi w ręce wpadły rugbowe wspomnienia zupełnie innego rodzaju.

Mowa o wspomnieniach Stevena Gauge’a wydanych rok temu pod tytułem Mud, Sweat and Beers, a będącymi zdaje się reedycją książki z 2013, wydanej wówczas pod tytułem My Life As a Hooker (mam wrażenie, że różnica polega tylko na dodaniu przypisów i epilogu). Gauge nie jest wybitną postacią rugby. To polityk, konsultant w zakresie polityki, potem też komik (choć to wskutek przeniesienia książki na teatralną scenę). Ale rugbystą został późno, trochę z przypadku, i sport ten uprawiał na samym dnie angielskiej struktury ligowej (jak sam to często podkreśla: w trzeciej najgorszej drużynie z Surrey).

Historia autora jest prosta: mając za sobą tylko niewielkie doświadczenie z rugby z okresu szkolnego postanowił wrócić do tego sportu dobrze po trzydziestce. Trafił do najsłabszej drużyny lokalnego klubu i w najsłabszej lidze hrabstwa Surrey co sobotę, mając u boku przypadkową zbieraninę młokosów i panów w średnim wieku, niekoniecznie najbardziej atletycznych, mierzył się z bardzo podobnymi drużynami. Przez trzy lata był kapitanem tej drużyny i podstawowym jego celem nie było ligowe zwycięstwo, ale sama gra – zebranie co tydzień kilkunastu facetów i rozegranie w błocie meczu. Rugby w takim wydaniu nie tylko było lekarstwem na kryzys wieku średniego, ale w ogóle miało odmienić życie bohatera. Taki reset od problemów w codziennym życiu, pracy, domu, konieczny dla zdrowia psychicznego…

W książce znajdziemy opisy przygód jego i jego drużyny, problemów, którym musi podołać kapitan drużyny (z trudami zbierania składu na cotygodniowe mecze), zabawne relacje ze starć z ligowymi rywalami czy stanowiących święto wyjazdów na towarzyskie spotkania z drużynami z innych hrabstw (a nawet na międzynarodowy mecz w Paryżu). I choć autor przypomina nam znane porzekadło, zgodnie z którym co było na wyprawie, zostaje na wyprawie, wspomina także historie związane z nimi (cóż, zgodnie z jego teorią, u źródeł wspomnianego powiedzenia leży prosty fakt – sami uczestnicy niewiele potrafią sobie z tych wypraw przypomnieć). A wszystko to okraszone humorystycznymi podsumowaniami różnych elementów samego rugby.

Gauge opisuje swoje rugbowe doświadczenia z bardzo dużym dystansem i autoironią (swoje umiejętności chwytu piłki i szarżowania przedstawia w jedyny w swoim rodzaju sposób), nie oszczędza swoich kolegów z drużyny ani rywali. Ale są to kpiny w takim duchu, jaki powinien panować na rugbowym boisku i wokół niego. Śmiejemy się z siebie, ale jesteśmy wobec siebie fair. W książce z tej ironii, kpin i złośliwości przebija ciepło w stosunku do tych, z którymi dzielił boisko, a także do samego rugby w ogóle, właśnie na takim poziomie, absolutnie amatorskim. A cel całego tego pisania chyba najlepiej jest wyrażony we fragmencie jednego z dwóch podsumowań (wybaczcie amatorskie tłumaczenie):

„Tymczasem w prawie każdym salonie i na prawie każdej kanapie siedzi jakiś grubawy facet, który mógłby, a może nawet powinien, zgłosić się do lokalnego klubu rugby. Gdzieś tam jest kapitan z czternastoma nazwiskami na liście, czekający na telefon od przypadkowego nieznajomego, który chce spróbować rugby. Facet z kanapy może być bezużyteczny, ale doświadczy gry. I nikomu nie będzie przeszkadzać, gdy upuści piłkę lub rzuci ją w złym kierunku, jeśli tylko po meczu postawi kolejkę i za tydzień wróci na boisko”.

Jasne, można czasami mieć wrażenie, że jest to świat nieco wyidealizowany. Że nie w każdej drużynie, nawet amatorskiej, gry nie bierze się aż tak na serio i nie w każdej drużynie sprawdzi się jakże ujmująco sformułowane motto ekipy, którą prowadził Gauge, ukute po pierwszej połowie jej pierwszego spotkania: No one gives anyone any sh*t for being sh*t. Jednak ta maksyma jest mi niezwykle bliska i powinniśmy się kierować nią nie tylko w rugby, ale i w życiu. Dostrzegać dobre strony, czerpać z gry/życia radość, a nie koncentrować się na wyniku i gnoić tych, którzy popełniają błędy.

Ta książka pokazuje rugby, jakim jest (a przynajmniej powinno być) tam, gdzie jest ono najważniejsze. Przypomina, o co w tym sporcie powinno chodzić. W sposób dowcipny i bardzo ciepły. I w moim osobistym rankingu najsympatyczniejszych książek o rugby ta jest absolutnie bezkonkurencyjna.

Ps. Są rzeczy, przed którymi autor przestrzega (choć także na pół serio): trenowanie dzieci, sędziowanie i udział w komitetach klubowych.

Steven Gauge, Mud, Sweat and Beers: How Rugby Changed My Life, Summersdale 2021, s. 256, ISBN 978-1-78783-635-8 (https://summersdale.com/sd-book/mud-sweat-and-beers/).

*) Oczywiście zagranicznych. W naszych człowiek ma szczęście, jeśli znajdzie numer Rugby World.

4 komentarze do “Najsympatyczniejsza książka o rugby”

    • Są, ale nie ma tego wiele. Poza pracami z ubiegłego stulecia – Jacek Wierzbicki i Stanisław Powała-Niedźwiecki wydali kilka książek na temat historii polskiego rugby (z „Encyklopedią polskiego rugby” na czele – część z nich dostępna tutaj: https://www.pzrugby.pl/Sklep,55, właśnie kończę czytać bardzo dobrą „Historię polskiego rugby 1920–1945”), zdarzały się też publikacje o historii lokalnej rugby (kojarzę kilka publikacji pierwszego z wymienionych o Siedlcach, książkę na 50-lecie Lechii Gdańsk, jakąś broszurę w Sopocie). Przetłumaczony z zachodniej literatury jest chyba tylko „Invictus” Johna Carlina.

      Odpowiedz

Dodaj komentarz