Leicester Tigers zastopowani

Najwięcej w tym tygodniu działo się w Premiership: zacięte spotkania, dużo emocji, wyszarpane w ostatnich minutach zwycięstwo Harlequins nad Exeter Chifes, przerwana seria samych wygranych Leicester Tigers, a także pierwsze zwycięstwo w sezonie Bath. Poza Anglią zwraca uwagę postawa drużyn ze Szkocji w URC. Ponadto w ten weekend ruszyła w pełni zawodowa liga rugby w Japonii.

Top 14

We Francji trzeci weekend z rzędu swojego meczu nie zagrał Tulon – miał podejmować La Rochelle, ale covid wciąż dopada nowe ofiary w składzie tulończyków i po początkowym przełożeniu meczu z soboty na niedzielę, ostatecznie mecz odwołano. Podobnie stało się z drugim hitem kolejki, starciem Tuluzy z Montpellier. Dla obu meczów mają zostać znalezione nowe terminy.

W tej sytuacji największy ciężar gatunkowy w 15. kolejce miał mecz Racingu 92 z Clermont (choć obie drużyny w tym sezonie są poza czołówką). Początek należał do gości, którzy po 25 minutach prowadzili 12:3, a 5 minut później – 19:10 i mieli na koncie trzy przyłożenia. Przed przerwą jednak Teddy Thomas zdołał zmniejszyć stratę paryżan do tylko czterech punktów. Po przerwie gospodarze początkowo punktowali z karnych i wyszli na prowadzenie, a gdy gracze Clermont zaczęli odpowiadać tym samym, Racing zdobył dwa przyłożenia dające mu na 10 minut przed końcem prowadzenie 33:25. Na minutę przed upływem 80. minuty Morgan Parra wykorzystał dla Clermont rzut karny, który zmniejszył stratę do 5 punktów (33:28). Gracze tej drużyny jeszcze mieli szansę na jedną akcję, ale ponieważ mieli piłkę na swojej połowie, ostatecznie zdecydowali się wykopać ją poza boisko i zakończyć mecz, nie ryzykując straty defensywnego punktu bonusowego. Ładny spektakl i przełamanie kiepskiej passy paryżan, którzy przegrali cztery poprzednie mecze ligowe.

Poza tym coraz bardziej zadomawiające się w czołówce Castres pokonało Stade Français 15:9 (ani jednego przyłożenia, wszystkie punkty z kopów – m.in. trzeci w tym sezonie drop goal Juliena Demory; w samej końcówce paryżanie mieli serię karnych pod linią bramkową rywali i zyskali nawet przewagę liczebną po żółtej kartce, nie zdołali jednak wyrwać zwycięstwa), w starciu beniaminków drugi raz w tym sezonie Biarritz uległo Perpignan – po niezwykle zaciętym pojedynku przegrało 23:25 (pod koniec meczu przez pewien czas na boisku brakowało aż trzech graczy z obu drużyn, a decydującego karnego Melvyn Jaminet wykorzystał w 76. minucie), Lyon wygrał z Pau 35:10 (wszystkie pięć przyłożeń zdobyli dla gospodarzy obcokrajowcy: Nowozelandczyk Jordan Taufua (2), Fidżyjczyk Josua Tuisova, Australijczyk Colby Fainga’a i wreszcie młody Gruzin David Niniaszwili), a Brive, choć przegrało z liderami z Bordeaux 19:22, mocno ich postraszyło (po pierwszej połowie prowadziło 14:3, a po kwadransie drugiej 19:9; aż 17 punktów dla zwycięzców zdobył z kopów Maxime Lucu).

Zaległości w lidze coraz więcej, już tylko cztery drużyny mają na koncie komplet spotkań. Najwięcej do nadrobienia, bo aż trzy, ma Tulon. Przymusową pauzę Montpellier wykorzystało w ten weekend Castres, które zrównało się punktami z Tuluzą i znalazło się w czołowej trójce. Na czele nadal jednak Bordeaux z 9-punktową przewagą nad najbliższymi rywalami. O dwa miejsca w górę podskoczył Racing 92, ale nadal znajduje się w dolnej połowie tabeli. Ze strefy spadkowej wyrwał się Perpignan, a trafiło tam Brive.

Poz.DrużynaM.Pkt.
1. Bordeaux Bègles1450
2. Tuluza1341
3. ↑Castres1441
4. ↓Montpellier1340
5. ↑Lyon1540
6. ↓La Rochelle1436
7. Clermont1434
8. ↑↑Racing 921430
9. ↓Pau1428
10. ↓Stade Français1427
11. ↑↑Perpignan1523
12. ↓Tulon1222
13. ↓Brive1422
14. Biarritz1520

Po świątecznej przerwie wróciło zaplecze Top 14, czyli Pro D2. Na starcie rundy rewanżowej zobaczyliśmy zmagania obu ubiegłorocznych spadkowiczów z Top 14. Mające fatalny okres Agen (aczkolwiek ostatnio odbiło się od absolutnego dna) podejmowało walczącą o powrót do elity Bajonnę. Już na samym początku meczu jeden z graczy gospodarzy zobaczył żółtą kartkę (w sumie w osłabieniu grali kolejne 20 minut), a goście zadomowili się pod ich polem punktowym. Agen jednak wybroniło się kosztem tylko trzech punktów, a potem mimo osłabienia wyszło na prowadzenie 10:3. 7-punktową przewagę utrzymało do końca pierwszej połowy, choć Bajonna miała kolejne świetne okazje. Dopiero w końcówce meczu goście odpowiedzieli przyłożeniem i doprowadzili do remisu 16:16. W ostatniej akcji wygrali młyn z wrzutem Agen na połowie gospodarzy, ale próba z drop goal minęła bramkę.

Poza tym większość faworytów wygrywała, wyjątek stanowiło tylko Nevers (tym razem bez Andrzeja Charlata), które 23:35 przegrało na wyjeździe z powoli odradzającym się Vannes (ekipa z Bretanii rok temu walczyła o awans, ale ten sezon zaczęła katastrofalnie). Na czele ligi nadal Mont-de-Marsan i Oyonnax.

Premiership

W Premiership w ten weekend skończono pierwszą rundę fazy zasadniczej. I to z przytupem. W sobotę dwa znakomite, emocjonujące spotkania, a w niedzielę dwie sensacje (także po zaciętych meczach).

W sobotę dwa spotkania na szczycie. W pierwszym z nich grały druga i czwarta drużyna ligi: Saracens podejmowali Gloucester. Goście zaczęli od przyłożenia i prowadzenia 5:0, ale chwilę później nastąpiła katastrofa: dwie żółte kartki jedna po drugiej i na prawie 10 minut zostali na boisku w trzynastkę. Saracens wykorzystali to bezwzględnie i wyszli na prowadzenie 14:5. Gloucester jednak natychmiast odpowiedział i zmniejszył stratę do dwóch oczek, ale chwilę potem nie potrafił wykorzystać osłabienia rywali po żółtej kartce Mako Vunipoli. Wyszedł na prowadzenie po karnym już w drugiej połowie, ale Saracens odpowiedzieli przyłożeniem, prowadzili 19:15 i wynik ten utrzymywał się dość długo. Dopiero na kilka minut przed końcem Gloucester wrócili na prowadzenie: przyłożenie Jacka Clementa, podwyższenie i chwilę później karny Adama Hastingsa, dały mu 6 punktów przewagi. Saracens mieli jeszcze szanse odwrócić losy spotkania na swoją korzyść, ale po przyłożeniu Alexa Lewingtona zabrakło skutecznego podwyższenia Alexa Lozowskiego (spudłował obie próby w drugiej połowie, pierwszą z dość łatwej pozycji, a tę kluczową kopał spod samej linii bocznej) i przegrali 24:25. Cieszyć ich mogą tylko dwa punkty bonusowe.

Nie mniej emocji (choć nieco mniej punktów) w drugim hicie sobotnim: starciu trzecich w lidze Harlequins z piątymi Exeter Chiefs, a zatem rewanżu za ubiegłoroczny finał ligi. Mecz zaczął się fantastycznie dla gospodarzy – na samym początku po przeboju Joe’go Marchanta zdobyli przyłożenie. Było 7:0, ale okazało się, że to ich ostatnie punkty na kolejne 75 minut. Mieli co prawda wkrótce kilka kolejnych świetnych szans, ale ich nie wykorzystali, natomiast goście po przyłożeniu Henry’ego Slade’a doprowadzili do remisu. W ostatnich chwilach pierwszej połowy Exeter poniósł bolesną stratę: Alex Hepburn i Sam Simmonds rzucili Joe’go Marlera na głowę (swoją drogą, to jednak wyczyn) i Hepburn zobaczył czerwoną kartkę. Quins grali zatem całą drugą połowę z przewagą jednego zawodnika, ale choć długo przyciskali Chiefs do ich pola punktowego, nic z tego nie wynikało. Za to na kwadrans przed końcem to goście wyszli na prowadzenie 12:7. I gdy wydawało się, że dowiozą je do końca, w przedostatniej akcji meczu Marcus Smith obsłużył pięknym kopem na skrzydło Andre Esterhuizena (trzeci raz z rzędu uznanego najlepszym graczem meczu), a potem skutecznie podwyższył spod samej linii bocznej boiska (piłka przeszła przez bramkę po słupku). Dzięki temu obrońcy tytułu wygrali 14:12.

W niedzielę natomiast na boisko wyszły dwie ekipy z nieprzerwanymi seriami od początku sezonu: Leicester Tigers z 11 zwycięstwami na koncie i Bath z samymi porażkami. I w obu przypadkach serie te zostały przerwane. Leicester Tigers pojechali do Coventry na mecz z Wasps i już po trzech minutach i karnym przyłożeniu przegrywało. Ale w dalszej części pierwszej połowy to Tigeers dominowali na boisku, a Wasps tylko zaciętej obronie zawdzięczali fakt, że stracili tylko jedno przyłożenie i do przerwy przegrywali tylko 7:13. Po przerwie Wasps zaczęli grać bardziej ofensywnie i wykorzystywać szanse z karnych (wykonywanych przez 38-letniego Jimmy’ego Goppertha), dzięki którym kilkanaście minut przed końcem wyszli na prowadzenie 16:13. Tigers do końca chcieli wyszarpać zwycięstwo, przez długi czas dociskali gospodarzy do linii bramkowej, jednak bez skutku. Mieli kilkakrotnie szansę na kop na bramkę, który dałby im remis, ale grali o pełną stawkę. Tym razem jednak podjęcie ryzyka się nie opłaciło. Sukces Wasps tym bardziej godny uwagi, że mają skład szalenie pokiereszowany kontuzjami, a w poprzednich spotkaniach kiepską serię.

Z kolei Bath grało z Worcester Warriors – trudno było o lepszą szansę na wygraną i tę szansę Bath wykorzystało. Pomogła im na pewno czerwona kartka pokazana Rory’emu Sutherlandowi z Warriors już po kilku minutach gry (Sutherland wrócił po kontuzji, a ta kartka może utrudnić życie Gregorowi Townsendowi, gdy będzie zestawiać skład na pierwsze mecze Pucharu Sześciu Narodów). Co prawda mimo osłabienia to ekipa z Worcesteru prowadziła do przerwy 19:14. Jednak w drugiej połowie Bath twardo broniło, a samo zdobyło osiem punktów, które dały im zwycięstwo 22:19.

Poza tym Newcastle Falcons zostali zdemolowani przez Northampton Saints 8:44 (pięć przyłożeń zwycięzców, 17 punktów Dana Biggara), a Bristol Bears przełamali fatalną serię i wygrali 32:15 z Sale Sharks (był t0 250. mecz w roli sędziego w Premiership Wayne’a Barnesa).

Leicester Tigers mimo porażki pozostali liderami tabeli, a Bath mimo zwycięstwa – czerwoną latarnią. Przewaga Tigers nad drugimi Saracens wynosi 8 punktów, kolejne oczko niżej są Harlequins. Z kolei Bath traci do pokonanych przez siebie Warriors, a także zwycięskich w tym tygodniu Bristol Bears aż 11 punktów.

Poz.DrużynaM.Pkt.
1. Leicester Tigers1251
2. Saracens1243
3. Harlequins1242
4. Gloucester1238
5. ↑↑Northampton Saints1235
6. ↓Exeter Chiefs1233
7. ↓London Irish1231
8. ↑Wasps1228
9. ↓Sale Sharks1224
10. Newcastle Falcons1224
11. ↑Bristol Bears1221
12. ↓Worcester Warriors1221
13. Bath1210

A druga liga, Championship, miała w ten weekend przerwę. Można za to obejrzeć krótką scenkę ze świątecznego meczu Bedford Blues z Jersey Reds: https://twitter.com/i/status/1479119128946348038. Film opatrzono komentarzem „największy koszmar graczy młyna”, i wbrew pozorom śmieszny nie jest…

United Rugby Championship

W URC kolejka teoretycznie dziesiąta, ale żadna z drużyn nie rozegrała tylu spotkań, a w tej rundzie połowę planowanych meczów (te z udziałem ekip z Południowej Afryki) już wcześniej przełożono, licząc na przeczekanie najgorszego okresu covidowego. Pozostały zatem do rozegrania tylko cztery mecze, ale i z tych nie odbył się komplet – odwołano walijskie derby Scarlets z Dragons z powodu zachorowań w drużynie gości. Oczywiście, ogłoszono przełożenie spotkania, ale coraz trudniej uwierzyć w to, że wszystkie dotychczasowe zaległości uda się w tym sezonie nadrobić.

Najciekawszym spotkaniem kolejki były irlandzkie derby Munsteru z Ulsterem. Już po kwadransie mecz wydawał się być ustawiony: Ulster dzięki przyłożeniu zdobytym po maulu prowadził 7:0, a czerwoną kartkę za atak barkiem w twarz rywala (absolutnie zasłużoną) zobaczył Simon Zebo. Jednak już po paru minutach musiał zejść z boiska kontuzjowany John Cooney, a 65 minut osłabienia gracze Munsteru wygrali. Zaczęli od zmniejszenia strat dzięki karnym i do przerwy przegrywali tylko 6:10. Po przerwie co prawda to Ulster pierwszy wykorzystał karnego, ale na tym skończyły się jego zdobycze punktowe. Gospodarze wykorzystali chwilę wyrównanych sił (po żółtej kartce dla jednego z graczy Ulsteru) i na 20 minut przed końcem zmniejszyli stratę do 2 punktów. A pod sam koniec meczu zaliczyli drugie przyłożenie i wygrali ostatecznie 18:13. Najlepszym graczem meczu wybrano Tadhga Beirne’a, który pierwotnie miał zacząć go jako rezerwowy, ale ostatecznie wyszedł w pierwszej piętnastce i to w roli kapitana (na dodatek w dniu swoich 30. urodzin).

Poza tym mieliśmy dwa spotkania szkocko-walijskie. Górą w obu meczach byli Szkoci, którzy odnieśli wyraźne zwycięstwa (w obu meczach w przyłożeniach było 5:1 na ich korzyść). Edynburg podejmował Cardiff i wygrał 34:10, już po 10 minutach prowadząc 12:0 po dwóch przyłożeniach argentyńskich skrzydłowych, a po pierwszej połowie 27:3 z punktem bonusowym na koncie. Smutnym momentem w meczu był poważny uraz reprezentanta Walii Jamesa Bothama, który po uderzeniu w głowę w rucku przez rywala musiał zostać zniesiony z boiska pod tlenem. Znacznie więcej emocji było w Glasgow, gdzie Warriors grali z Ospreys. Co prawda w pierwszej połowie to Szkoci zdobyli dwa przyłożenia, ale Walijczycy punktowali z karnych Garetha Anscombe’a i do przerwy było 17:12, a więc dystans wydawał się możliwy do odrobienia. Jednak w drugiej połowie Walijczycy popełnili zbyt wiele błędów w obronie i ostatecznie Warriors wygrali 38:19.

Szkockie zwycięstwa wysforowały obie drużyny z tego kraju do czołowej trójki: Edynburg został liderem ligi, a Glasgow jest na trzecim miejscu. Rozdzielający je Leinster ma jednak jeden mecz mniej rozegrany, a tuż za ich plecami są Ulster i Munster. Zresztą, żadna drużyna w lidze nie rozegrała kompletu spotkań, a zaległości sięgają od jednego (i taką stratę ma tylko jedna drużyna w stawce) do pięciu meczów (połowy spotkań brakuje ekipom z Południowej Afryki).

Poz.DrużynaM.Pkt.
1. ↑Edynburg833
2. ↓Leinster729
3. ↑↑Glasgow Warriors827
4. ↓Ulster826
5. ↑↑Munster724
6. ↓↓Ospreys922
7. ↓Benetton Treviso821
8. Connacht820
9. Scarlets616
10. Cardiff614
11. Lions511
12. Sharks59
13. Dragons79
14. Stormers57
15. Bulls55
16. Zebre Parma61

Z kraju

Do pooglądania: PZR pracuje mocno nad tworzeniem fajnej otoczki wokół piętnastkowej kadry. W ten weekend zainaugurowano cykl filmów „oko w oko”, a pierwszymi bohaterami zostali Piotr Zeszutek i Mateusz Bartoszek. Sympatyczne, sporo o przeszłości. Swoją drogą, szkoda, że nie ma podobnych działań w odniesieniu do naszych kobiet, szkoda też, że ostatni opublikowany protokół z Zarządu pochodzi sprzed prawie roku…

Ze świata

Swój pierwszy sezon po dużej reformie rozpoczęła pełna gwiazd liga japońska – pod nazwą Japan Rugby League One. Zaczęła od falstartu, bo inauguracyjne spotkanie, zaplanowane na piątek, pomiędzy Kubota Spears Funabashi Tokyo Bay a Saitama Wild Knights (obrońcami tytułu mistrzowskiego) zostało odwołane. Powodem oczywiście covid, który rozpanoszył się w kadrze gości i nie pozwolił zebrać składu. Tu przekładania nie ma – efektem jest 5 punktów dla Spears i 0 dla Wild Knights. Także z powodu covidu w kadrze gości odwołano niedzielny mecz Toyota Verblitz z Shizuoka Blue Revs – tu rozstrzygnięcia przy zielonym stoliku jeszcze nie ma.

W rozegranych meczach błysnęły nowe gwiazdy japońskiej ligi – Damian McKenzie (25 punktów) i Israel Folau (dwa przyłożenia i tytuł najlepszego gracza meczu). Najciekawiej było chyba w meczu Tokyo Sungoliath i Toshiba Brave Lupus Tokyo, gdzie padła ponad setka punktów. W pierwszej połowie obie drużyny szły łeb w łeb, ale w drugiej Sungoliath odskoczył i ostatecznie wygrał 60:46. Błysnęli zwłaszcza wspomniany McKenzie i Australijczyk Sean MacMahon (hat-trick przyłożeń), ale obronę obu drużyn można w tym meczu nazwać „umowną”. Z kolei Kobelco Kobe Steelers minimalnie ulegli Shining Arcs Tokyo-Bay Urayasu 23:24, a do zmiany losów meczu brakło im skutecznego podwyższenia po przyłożeniu na sam koniec meczu. Tutaj w ekipie zwycięzców błysnął Folau (jego przyłożenia można zobaczyć tu: https://youtu.be/mCzUR9grduI – szczególnie drugie warte uwagi). Poza tym Green Rockets Tokatsu przegrali z Yokohama Canon Eagles 12:33 (najlepszym graczem meczu uznano Yu Tamurę, który zdobył 18 punktów), a NTT Docomo Red Hurricanes Osaka ulegli Black Rams Tokyo 22:43 (18 punktów Australijczyka Matta McGahana, w tym dwa przyłożenia).

Jednocześnie w Japonii rozegrano finały rozgrywek szkolnych i uniwersyteckich. W rywalizacji uniwersytetów o finałowe zwycięstwo walczyły Teikyo (9 tytułów z rzędu w latach 2009/10–2017/18) i Meiji (w sumie 13 zwycięstw). Górą bylo Teikyo, które wróciło na tron po czterech latach i wygrało 27:14 po świetnej pierwszej połowie (4 przyłożenia do przerwy, spośród których trzy zdobył skrzydłowy Ryodai Shirakuni). Mecz oglądało prawie 25 tys. widzów. W mistrzostwach szkół średnich (high schools) tytuł po raz szósty w historii zdobyła ekipa Tokai Gyosei z Osaki.

Powoli zbliża się kolejna odsłona Pucharu Sześciu Narodów i turniej zaczyna elektryzować całą rugbową Europę. Najgorętszy temat w kontekście nadchodzącej imprezy stanowią obostrzenia covidowe. Na szczęście francuski rząd dopuścił wyjątek w ograniczeniach wjazdu z krajów spoza UE (a więc i Wielkiej Brytanii) w zakresie podróży związanych z działalnością gospodarczą, kwalifikując tu też zawodowe zmagania rugbystów, dzięki czemu będą mogły wjechać do Francji drużyny z Wielkiej Brytanii. Kłopotem pozostają jednak ograniczenia dotyczące liczby widzów na trybunach. W Walii może wejść 50 osób, w Szkocji 500, we Francji i Irlandii – po 5000. W Wielkiej Brytanii i Włoszech brak jest limitów, choć w tym ostatnim kraju wymagany jest paszport covidowy. Rob Baxter z Exeter Chiefs wspomniał już, że w tej sytuacji mecze powinny być przeniesione do krajów, w którym widzowie na trybuny mogą wchodzić (ba, wspominał o zorganizowaniu całej imprezy w jednym kraju). Wszystko przez fakt, że brak widzów na trybunach oznacza dotkliwą wyrwę w budżetach federacji. I coś jest na rzeczy: Walijczycy ponoć rozważają zorganizowanie swoich „domowych” meczów w Anglii (np. na stadionie Tottenhamu w Londynie), dziwne też by było, gdyby podobny pomysł nie chodził po głowie Szkotom (tu w grę wchodziłby też Londyn lub któreś miasto na północy, np. Newcastle). Pytanie tylko, czy za te kilka tygodni sytuacja będzie wyglądać tak samo: być może w Anglii też będą wprowadzane jakieś ograniczenia. Rządy Walii i Szkocji liczą na spotkania w domu, ale jednocześnie walijski premier oświadczył, że póki co nie ma mowy o znoszeniu restrykcji.

Wspomniana wyżej decyzja rządu francuskiego oznacza także, że rozwiały się najczarniejsze chmury nad europejskimi pucharami. Dzięki niej turnieje te unikną całkowitego paraliżu. Różowo jednak wciąż nie jest: ograniczenia w dostępie na trybuny, covid w szeregach wielu drużyn, który może powodować odwoływanie spotkań i walkowery, i wreszcie nierozegrane spotkania z drugiej kolejki, które bardzo trudno będzie gdzieś w kalendarzu upchnąć. Spotkanie w sprawie tego ostatniego problemu ma się odbyć dzisiaj – najbardziej prawdopodobna wydaje się opcja rezygnacji z dwumeczów w 1/8 finału i wykorzystanie pierwszego terminu na zaległe mecze, jednak taka zmiana wymaga jednomyślności. Porzucono natomiast już teraz koncepcję rozgrywania zaległych meczów w terminach Pucharu Sześciu Narodów (a więc bez reprezentantów).

Nie udało się natomiast uchronić przed covidem mistrzostw Azji (i zarazem azjatyckich kwalifikacji do Pucharu Świata 2023): jak podaje portal asierugby.com, impreza, która miała odbyć się pod koniec stycznia, znów nie dojdzie do skutku z powodu obostrzeń epidemicznych. Trudno już zliczyć, ile razy ją przekładano. W Azji jest tylko jedna reprezentacja XV (Japonia), która rozegrała jakiekolwiek spotkania w ciągu ostatnich dwóch lat; cała reszta wciąż czeka.

W Australii jest rozważane dalsze poluzowanie zasad powoływania zawodników grających na co dzień poza krajem, tymczasem w Południowej Afryce pojawił się głos Jacka White’a, byłego trenera reprezentacji, nawołujący do czegoś przeciwnego. Jego zdaniem południowoafrykańskie franczyzy stały się obecnie „akademiami dla zamorskich klubów” – przy masowym eksodusie do Europy i Japonii. I proponuje przywrócić w swoim kraju zasadę analogiczną jak w Nowej Zelandii – powoływania do reprezentacji wyłącznie takich zawodników, którzy grają w klubach w ojczyźnie. Przypomniał m.in., że tytuły mistrzów świata z 1995 i 2007 zdobywały drużyny złożone wyłącznie z takich graczy.

Wieści transferowe:

  • Niedawno trenerem reprezentacji Rosji został ogłoszony Dick Muir. Jeszcze bardziej znany Południowoafrykańczyk ma zostać jego asystentem – trenerem młyna. Podobno będzie to dwukrotny mistrz świata, Os du Randt. Pełnił już taką rolę w ekipie Cheetahs, a potem w reprezentacji Południowej Afryki;
  • fatalna seria włoskiej ekipy z URC Zebre Parma, która nie wygrała meczu od blisko roku, zaowocowała rozstaniem z irlandzkim trenerem Michaelem Bradley’em, który był tu od 2017;
  • reprezentant Walii Liam Williams zmienia klub, ale pozostaje w Walii: przejdzie ze Scarlets do Cardiff;
  • z Wasps ma odejść dwóch byłych reprezentantów Nowej Zelandii: Malakai Fekitoa i Vaea Fifita (ten ostatni ma trafić do Scarlets) – te zmiany to efekt zmniejszonego salary cap w Premiership;
  • były łącznik ataku reprezentacji Francji, Camille Lopez, przeniesie się z Clermont do Bajonny, która liczy na powrót do Top 14 w przyszłym sezonie;
  • Tel Aviv Heat traci dwóch ciekawych graczy: skrzydłowy Gabriel Ibitoye, były gracz angielskiej młodzieżówki, w przyszłym sezonie powróci do Premierhsip – podpisał kontrakt z Bristol Bears. Z kolei były irlandzki młodzieżowiec (i także były gracz Harlequins), Niall Saunders zagra w najbliższym sezonie w MLR, w barwach Utah Warriors.

I z pogranicza wieści transferowych – możliwość zmiany barw narodowych kusi kolejnych zawodników. Dwóch zawodników, mających na koncie występy w siódemkowej reprezentacji Argentyny, Axel Müller i Thomas Morani, chciałoby pojechać na Puchar Świata we Francji – szansą dla nich jest możliwość reprezentowania Stanów Zjednoczonych.

Do poczytania: Jak to często się zdarza, polecam rubrykę Loose Pass w portalu planetrugby.pl. Tym razem Lawrence Nolan zajął się praktykami w rucku (ze szczególnym uwzględnieniem roli łącznika młyna), rolowaniem po szarży i czasem trwania korzyści. Nie wszędzie się zgadzam (usztywnienie czasu korzyści raczej mogłoby się stać kolejną komplikacją do reguł), ale warto poczytać: Scrum-halves getting away with murder.

Ciekawostka ze świata rugby league: Puchar Świata 2025, który pierwotnie przymierzano do Ameryki Północnej, odbędzie się we Francji. Wróci tu po ponad pół wieku – poprzednio odbył się w tym kraju dwukrotnie, w 1954 (pierwsza taka impreza w historii) i w 1972. Co ciekawe, mowa jest o organizowaniu imprezy w około 40 miastach. Póki co jednak wciąż czekamy na Puchar Świata pierwotnie planowany w roku 2021, który przełożono po odmowie przyjazdu do Anglii ekip Australii i Nowej Zelandii.

Zapowiedzi

Przed nami kolejny weekend z rugby klubowym na pierwszym planie – zaplanowano trzecią kolejkę koszmarnie zdezorganizowanych pucharów europejskich. W Champions Cup w planach m.in. starcie Leinsteru z Montpellier, Exeter Chiefs z Glasgow Warriors czy Connachtu z Leicester Tigers. W Challenge Cup najciekawiej zapowiada się chyba mecz London Irish z Edynburgiem. Poza tym w Południowej Afryce ma ruszyć Currie Cup. A w kraju zaczynamy ostrzyć zęby na wydarzenie za dwa tygodnie: czyli udział naszej żeńskiej siódemki w turnieju WRSS w Maladze.

Ps. Kolejny weekend to także początek ferii w małopolskim, a co za tym idzie mały wyjazd redakcji z przyległościami w nieznane – to może nieco zdezorganizować kolejne wydanie „szponów”.

Dodaj komentarz