Wielkie święto w Batumi

Zanosiło się, że dzisiejsze wydanie będzie miało tytuł „Europa górą”, bo europejskie ekipy nieco zaskoczyły rugbowy świat odnosząc komplet zwycięstw na wyjazdach na inne kontynenty (w tym tak cenne Irlandii nad Nową Zelandią i Walii z mistrzami świata). Ale w niedzielny wieczór Gruzja pokonała Włochów i pokazała, że potrafi skorzystać z szansy, jeśli tylko ją wreszcie dostanie. Niestety, zapewne w decyzjach włodarzy światowego rugby ten wynik niczego nie zmieni…

Mecze towarzyskie

Najwięcej uwagi w rugbowym świecie przyciągał drugi pojedynek Nowej Zelandii z Irlandią. Nie tylko ze sportowych powodów – przed meczem sporo mówiło się o wystawieniu przez Irlandczyków do gry Jonathana Sextona, który przed tygodniem zszedł z boiska na HIA i już na nie nie wrócił. Tymczasem dopiero co wprowadzono w życie dłuższy, 12-dniowy minimalny okres odpoczynku po takich zdarzeniach, a Irlandczyk nie należy do zawodników z czystą historią w tym zakresie. Mimo to zagrał, a sztab jego reprezentacji stwierdził, że nic nie stało na przeszkodzie, bo przed tygodniem pozytywny wynik dał tylko pierwszy etap HIA, dwa kolejne były natomiast negatywne. W odpowiedzi na ogromną krytykę w mediach World Rugby wydało oświadczenie broniące obowiązujących procedur. Na minimum 12-dniową sportową kwarantannę z powodu urazu głowy trafił natomiast reprezentant gospodarzy Sam Whitelock, u którego objawy wstrząśnienia mózgu pojawiły się już po ubiegłotygodniowym meczu. Jedyną zmianą w piętnastce Irlandii było pojawienie się Macka Hansena, natomiast w All Blacks mieliśmy dwóch debiutantów na ławce.

Po ubiegłotygodniowej porażce na Irlandczyków mało kto stawiał, ci jednak świetnie się zaprezentowali w Dunedin i odnieśli pierwsze w swojej historii zwycięstwo nad Nową Zelandią w kraju swoich rywali. Irlandczycy podobnie jak tydzień temu zaczęli bardzo mocno i zdobyli pierwsze przyłożenie w meczu (Andrew Porter). Tym razem jednak na tym się nie zatrzymali. Inna sprawa, że Nowozelandczycy im mocno pomogli, zbierając już w pierwszej połowie najpierw dwie żółte kartki, a potem czerwoną (Angus Ta’avao zobaczył ją za niebezpieczną szarżę na Garry’ego Ringrose’a), a mogło być nawet gorzej: żółta kartka Leicestera Fainga’anuku powinna być czerwoną (niektórzy zastanawiają się, czy wszystkie te szarże to nie efekt rozluźnienia obyczajów w Super Rugby w związku z 20-minutową czerwoną kartką), a z kolei sędzia Jaco Peyper zapomniał odesłać kolejnego zawodnika na ławkę w okresie młynów symulowanych (gospodarze zostaliby na chwilę nawet w dwunastkę). Irlandczycy początkowo nie mogli wykorzystać swojej przewagi – punktów nie zdobywali nawet w krótkich chwilach dwuosobowej różnicy, podczas gdy na koniec pierwszej połowy przyłożył Beauden Barrett i Irlandia do przerwy prowadziła tylko 10:7. Na dodatek sama też zaczynała drugą połowę w czternastkę po żółtym kartoniku Jamesa Ryana. Jednak w drugiej odsłonie, grając czternastu na czternastu zdobyła drugie przyłożenie (znów Andrew Porter, który tym samym podwoił swój dotychczasowy bilans przyłożeń w kadrze), Sexton dorzucił kolejne karne (w sumie 13 punktów z podstawki) i przyłożenie pod koniec Willa Jordana już tylko zmniejszyło rozmiar porażki gospodarzy: Irlandia wygrała 23:12. W serii remis 1:1, decydujące starcie za tydzień w stolicy kraju.

Rewanż na rywalach z antypodów wzięli też Anglicy, którzy po ubiegłotygodniowej porażce w Perth, po przeniesieniu na zachodnie wybrzeże kontynentu tym razem pokonali Australię. Eddie Jones dał szansę dwóm debiutantom, Guy’owi Porterowi i Tommy’emu Freemanowi (a Danny’ego Care’a zastąpił młody Jack van Poortvliet), nie znalazł natomiast miejsca w podstawowej piętnastce dla Henry’ego Arundella, na co wielu liczyło. Do drużyny Australii wrócił Taniela Tupou, jednak brakowało tam zawieszonego na resztę serii za czerwoną kartkę Darcy’ego Swaina i sporej grupki zawodników z kontuzjami. Do niej w trakcie tego meczu zresztą dołączyli kolejni. Pierwsze pół godziny zdecydowanie pod dyktando Anglii, która prowadziła po tym okresie 19:0: zaczęło się od przyłożenia Billy’ego Vunipoli, kolejne punkty dokładał Owen Farrell z podstawki, świetny był Ellis Genge. Australijczycy pojawili się w polu 22 m Anglii dopiero pod koniec pierwszej połowy i ta wizyta skończyła się przyłożeniem debiutanta Tupou. Na dodatek goście stracili Maro Itoje. W drugiej połowie gospodarze próbowali pójść za ciosem, Tupou był bliski drugiego przyłożenia, a jego robotę dokończył Samu Kerevi. Było 22:14 dla Anglii, Marcus Smith zobaczył żółtą kartkę, a Noah Lolesio z karnego zmniejszył stratę do pięciu punktów, ale to były ostatnie punkty Australii. Obie strony atakowały bez efektu, a jedyne punkty do wyniku dorzucił Owen Farrell – skończyło się zwycięstwem Anglii 25:17 i 20 punktami Farrella z kopów. W serii 1:1, a decydujące spotkanie w przyszły weekend w Sydney. A Eddie Jones narzeka na ilość kartek pokazywanych przez sędziów w obecnych czasach – twierdzi, że gra wymyka się spod kontroli i powstaje chaos, w czym przyklaskują mu zwłaszcza zwolennicy 20-minutowych czerwonych kartek z antypodów.

Podobnie jak tydzień temu, najbardziej zaciętym spotkaniem zespołów ze światowego topu było starcie Południowej Afryki z Walią. Gospodarze dokonali aż 14 zmian w składzie, wystawiając sześciu debiutantów, z czego dwóch podstawowej piętnastce – m.in. gwiazdę URC Evana Roosa. Zdaniem niektórych kibiców z Południowej Afryki Jacques Nienaber przesadził (niektórzy pisali o szaleństwie trenera), a legenda walijskiego rugby Gareth Edwards oskarżył go wręcz o brak szacunku dla rywali. W ekipie Walii natomiast zaszła tylko jedna zmiana w wyjściowym składzie. Na początku spotkania drużyny wymieniły się karnymi i wynik 3:3 utrzymywał się bardzo długo. W pierwszej połowie obie drużyny stwarzały zagrożenie, ale wygrywała defensywa. W drugiej połowie mieliśmy okres przewagi Południowej Afryki, która konsekwentnie karne zamieniała na kopy na słupy i wyszła na prowadzenie 12:3 (ostatni z tych karnych – po żółtej kartce Aluna Wyna Jonesa, który chwilę wcześniej pojawił się na boisku, a z kartonikiem nie mógł się pogodzić). Jednak Walijczycy zaczęli się odgryzać: po karnym zmniejszyli stratę do 6 punktów, kolejnego spudłowali (obie drużyny zaliczyły po dwa pudła z podstawki). Walczyli jednak do końca i tuż przed upływem 80 minut rezerwowy tego dnia Josh Adams zdobył bezcenne przyłożenie, a Gareth Anscombe (który zastąpił kontuzjowanego Dana Biggara) podwyższył z bardzo trudnej pozycji, spod samej linii bocznej – i Walia wygrała pierwszy raz w Południowej Afryce 13:12. Trzecie wielkie zmagania i w nich także remis 1:1, a o losach serii rozstrzygnie mecz w Kapsztadzie (w którym pewnie znowu zobaczymy naszpikowany gwiazdami skład gospodarzy).

Losy serii chcą też odwrócić Szkoci, którzy po porażce sprzed tygodnia tym razem wygrali z Argentyną i to aż 29:6. W obu składach było sporo zmian, u Argentyńczyków częściowo wymuszonych urazami (zagrali bez Matery, Mallii czy Sancheza). Na boisku pojawił się m.in. nieobecny poprzednio Hamish Watson i to właśnie on zdobył pierwsze przyłożenie w meczu dające Szkotom tuż przed przerwą prowadzenie 8:6. W drugiej połowie punktowała już tylko ekipa z Europy – choć Argentyńczycy mieli okazje, przyłożenie Guido Pettiego nie wytrzymało próby TMO, a Santiago Carrerasa w ostatniej chwili powstrzymał szarżą Rory Darge. Niezbyt udany występ gospodarzy w dzień ich święta niepodległości.

W rewanżowym meczu Japonii z Francją (tą tym razem bez Melvyna Jamineta, błyszczącego przed tygodniem – jego miejsce zajął debiutant Max Spring) gospodarze postraszyli ekipę z Europy. Co prawda to Francuzi zdobyli pierwsze przyłożenie w meczu, ale na tym ich dorobek w pierwszej połowie się skończył, a dwa przyłożenia Riohei Yamanaki dały prowadzenie Japonii do przerwy 15:7. Japończycy grali niezwykle intensywnie i nie pozwalali rozwinąć rywalom skrzydeł. W drugiej połowie, pełnej błędów z obu stron, Francuzi odrabiali straty, ale niezwykle powoli – dzięki dwóm karnym na 10 minut przed końcem przegrywali dwoma punktami. Wtedy Baptiste Couilloud zaskoczył obronę gospodarzy i zrobiło się 20:15 dla Francji. Gospodarze rzucili się do natarcia, a Tevita Tatafu nawet cieszył się z przyłożenia, ale TMO pokazało, że nie kontrolował piłki. Mimo zaciętych ataków Japończyków wynik się już nie zmienił, a Francja wygrała serię 2:0 – za tydzień obie ekipy już grać nie będą. Francuzi pierwszy raz w swojej historii trafili na pierwsze miejsce rankingu World Rugby (przed Irlandią i Afryką Południową).

Historyczne zwycięstwa Irlandii i Walii trafiły na nagłówki rugbowych mediów na Zachodzie. Jednak jeszcze bardziej historyczne zwycięstwo odniosła Gruzja, która mierzyła się z szóstą drużyną z Pucharu Sześciu Narodów – Włochami. Taką szansę dostała dopiero trzeci raz i pierwszy raz na swoim terenie. Na pięknym, nowym stadionie w Batumi, przechodzącym swój międzynarodowy debiut, nie dość że Gruzini odnieśli swoje pierwsze zwycięstwo w historii nad ekipą z tzw. Tier 1, to jeszcze zapewne na nowo otworzyli dyskusję na temat otwarcia Pucharu Sześciu Narodów (wszak wcześniej bliscy pokonania Włochów byli też Portugalczycy). I to nie były słabe Włochy – z 23-osobowego składu, który wygrał wiosną z Walią, było tu 15 zawodników, a wśród tych, którzy wtedy byli nieobecni, a pojawili się na boisku w niedzielę, był m.in. zmiennik Marcusa Smitha z Harlequins, Tommaso Allan. Gruzini znakomicie mecz zaczęli. Po 10 minutach gry Wasyl Łobżanidze kopnął piłkę w pole punktowe Włochów, a tam dogonił ją jakimś cudem skrzydłowy Aleksander Todua (ja miałem wątpliwości co do jego kontroli nad piłką, ale sędzia uznał przyłożenie po TMO). Chwilę potem znakomita akcja Dawita Niniaszwiliego, zakończona przez Tedo Abżandadze i było 12:0. Włosi zaczęli odrabiać straty, Tommaso Menoncello zdobył przyłożenie, Allan dorzucił osiem punktów z kopów i Gruzini przegrywali jednym punktem (na dodatek Abżandadze z prostej pozycji trafił z karnego w słupek). Na koniec pierwszej połowy jednak znowu para Niniaszwili – Abżandadze zapracowała na przyłożenie i było 19:13 dla Gruzinów. W drugiej połowie mieliśmy już tylko wymianę punktów z karnych. Nie wszystkie były celne, a Włosi pewnie żałują tego tuż przed upływem 80. minuty, gdy chcieli zmniejszyć stratę do dystansu, który dałby się odrobić dzięki przyłożeniu z podwyższeniem. Gruzja wygrała 28:19, piękny wynik i oby takich jak najwięcej – światowe rugby potrzebuje urozmaicenia na szczytach, jak najszerszej rywalizacji.

Szkoda, że rugbowe elity niespecjalnie to wydarzenie dostrzegły. Owszem, szybko temat stał się głównym nagłówkiem na rugbowej podstronie Daily Mail, ale np. w RugbyPass nawet wczoraj wieczorem był zepchnięty w cień przez komentarz dotyczący meczu Nowej Zelandii z Irlandią (choć przecież to spotkanie było półtora dnia wcześniej), a na Planetrugby.com dopiero dziś rano pojawiła się dwuzdaniowa wzmianka w dłuższym tekście (kuriozalnie brzmi „planet” w tytule tego portalu, jeśli popatrzy się na treści).

Poza tym Urugwaj uległ Rumunii 22:30 (Rumunia jeszcze bardziej osłabiona niż w ubiegłotygodniowym meczu z Włochami – tymczasem prowadziła nawet 17:3, potem dała się dogonić, tuż przed końcem dzięki karnemu wyszła na prowadzenie 23:22, a w ostatniej akcji meczu dorzuciła 7 punktów; zwycięstwo tym cenniejsze, że od 14 minuty grała w czternastkę, a w drugiej połowie nawet przez 10 minut w trzynastkę – to wtedy Urugwajczycy zaczęli odrabiać straty), Kanada uległa Hiszpanii 34:57 (zdecydowana dominacja Hiszpanii, która zdobyła osiem przyłożeń, i już do przerwy prowadziła 40:13; wynik wygląda w miarę przyzwoicie dla Kanady w zasadzie dzięki dwóm przyłożeniom z ostatnich minut), a honor reszty świata w starciach z Europą ratowała Argentyna XV: rezerwy Pum wygrały z Portugalią w Lizbonie 52:35 (wbrew pozorom wyrównany mecz, Portugalczycy długo prowadzili, a na 10 minut przed końcem był remis 35:35; kontuzję po kolizji z zawodnikiem odniósł sędzia spotkania Sam Grove-White).

Odbyły się kolejne dwa mecze rozgrywanego na Fidżi Pacific Nations Cup. W wyspiarskim pojedynku Samoa grało z Tonga (to bez swoich świeżo nabytych wielkich gwiazd). Nieoczekiwanie Tongijczycy zaczęli ten mecz od prowadzenia 18:3, ale trzy przyłożenia, które zdobył młynarz Ray Niuia dały przewagę Samoa (pierwsze w końcówce pierwszej połowy, dwa kolejne na początku drugiej). Potem Samoańczycy dorzucili jeszcze dwa przyłożenia (jedno z nich zdobył debiutant, Tamua Manu) i wygrali 34:18. Natomiast w pojedynku gospodarzy turnieju z Australią A górą byli goście, którzy wystąpili w składzie mocno zmienionym w porównaniu do poprzedniego weekendu. Australijczycy mimo kłopotów z dyscypliną zdecydowanie przeważali i pewnie wygrali 32:18.

W Nowej Zelandii rozpoczął się kobiecy turniej z udziałem czterech drużyn z obszaru Pacyfiku. W pierwszej kolejce Fidżi rozniosło na strzępy Papuę-Nową Gwineę 152:0 (tak wysokiego wyniku w oficjalnym międzynarodowym rugby nie było jeszcze nigdy – dotąd rekordowe zwycięstwa były u mężczyzn: 145:17 Nowej Zelandii z Japonią i 142:0 Australii z Namibią, u kobiet 141:3 Holandii z Danią). Drugie spotkanie było bardziej wyrównane – Samoa wygrało z Tonga 25:17.

Kwalifikacje do Pucharu Świata

Na trzech kontynentach toczyły się zmagania o awans do Pucharu Świata we Francji, a do grona finalistów dołączyła Namibia. Do rozdania pozostają już tylko trzy miejsca, o które rywalizuje sześć drużyn: Chile, Stany Zjednoczone, Tonga, Hongkong, Portugalia i Kenia.

Najwięcej spotkań rozgrywały drużyny afrykańskie w ramach Rugby Africa Cup. W środę rozegrano mecze półfinałowe. W Aix-en-Provence Namibia (ponownie z Danco Burgerem w pierwszym składzie i Pieterem Steenkampem na ławce) pokonała Zimbabwe 34-19. Znacznie ciekawiej było w marsylskim meczu Algierii z Kenią, gdzie rywale szli łeb w łeb. Algierczycy dominowali w młynie, Kenijczycy zaś znacznie lepiej radzili sobie w ataku. Sędzia nie uznał pierwszego przyłożenia w meczu zdobytego przez Algierczyków po zaledwie kilkunastu sekundach gry (algierski skrzydłowy wykorzystał fakt, że piłka z kopu na rozpoczęcie uderzyła jego kolegę z drużyny w głowę, ale sędzia uznał, że odbiła się potem od ziemi już na aucie). Ostatecznie Kenia wygrała 36:33, a w ostatnich minutach meczu wytrzymała napór Algierczyków (którzy mogli doprowadzić do remisu i dogrywki, gdyby kopali z karnego tuż przed końcem).

O awansie na Puchar Świata decydował finałowy mecz Namibii z Kenią. Zaskoczenia nie było: Namibia wygrała, choć punkty ciułała dość powoli. Zwyciężyła 36:0, zdobywając dwa przyłożenia w pierwszej połowie i dwa na sam koniec meczu, a w międzyczasie uzupełniając dorobek karnymi. Kenijczycy mieli swoje szanse, ale Namibijczycy pewnie bronili, a pomagały im także błędy rywali. Hat-trick przyłożeń zdobył Wian Conradie, natomiast znany nam świetnie Pieter Steenkamp (znów wszedł z ławki, podczas gdy Danco Burger grał od początku) zdobył 2 punkty z podwyższenia pod koniec spotkania (drugą taką próbę spudłował). Namibia jedzie więc do Francji (siódmy raz na Pucharze Świata – nieprzerwanie od 1999; jej przeciwnikami w grupie będą Włochy, Nowa Zelandia, Francja i Urugwaj), a Kenia ponownie zagra w międzykontynentalnym barażu jesienią. Tam czeka na nią już Portugalia, a dwóch pozostałych rywali pozna jeszcze w lipcu. Dalsze miejsca w Rugby Africa Cup przypadły kolejno Algierii, Zimbabwe (Algierczycy znów pokonali znacznie wyżej notowanych rywali, 20:12 – ciekaw jestem, czy ich złożona z zawodników z Francji drużyna przetrwa), Ugandzie, Wybrzeżu Kości Słoniowej (drugie zaledwie jednopunktowe zwycięstwo Ugandy – w półfinale pokonała Senegal dzięki kopowi w ostatnich sekundach 30:29, a w niedzielę wygrała 18:17), Senegalowi i Burkinie Faso.

W strefie amerykańskiej pierwsze spotkanie dwumeczu rozegrały Chile i Stany Zjednoczone. Amerykanie przyjechali do Santiago w składzie słabszym niż planowali – wypadli z niego świeżo upieczony mistrz Francji Titi Lamositele oraz kontuzjowany w meczu z francuskimi Barbarians Paul Lasike. Chilijczycy z kolei zagrali bez kilku graczy kontuzjowanych w starciu ze Szkotami. Spotkanie toczyło się w koszmarnych warunkach, ulewnym deszczu i błocie. Po pierwszej połowie Amerykanie prowadzili 7:6 (mogli wyżej, ale mylił się z podstawki AJ MacGinty). Po przerwie Chilijczycy wyszli na prowadzenie (mimo żółtej kartki Santiago Videli), ale między 65. i 75. minutą Amerykanie zdobyli 10 punktów i wyszli na prowadzenie 22:14. Santiago Videla (w sumie 13 punktów) na koniec meczu zdobył przyłożenie, które zmniejszyło stratę do jednego punktu – nie odebrał zwycięstwa Amerykanom, ale w końcu to jest dwumecz. A rok temu Chile przegrało z Kanadą dokładnie tym samym stosunkiem (21:22), aby potem wyraźnie wygrać w rewanżu. Różnica tylko taka, że wówczas to rewanż grali na swoim terenie, a teraz muszą jechać do Glendale. Ozdobą meczu było to przyłożenie Rodrigo Fernándeza: https://twitter.com/i/status/1546125112537190400.

Poznaliśmy też mistrzów Azji – w drugim i decydującym meczu Asia Rugby Championship Korea Południowa po nieoczekiwanie zaciętym meczu uległa Hongkongowi zaledwie 21:23. Obie drużyny grały w składach wypełnionych debiutantami lub zawodnikami, którzy zaledwie raz grali w barwach swoich reprezentacji (Hongkong: 11 debiutantów, w tym sześciu w podstawowym składzie, Korea: jeden debiutant i siedmiu graczy, którzy grali tylko raz, zapewne większość, jeśli nie wszyscy debiutowała w meczu z Malezją). Hongkong, poniekąd faworyt (choć miał problemy z przygotowaniami i nie grał międzynarodowych spotkań od trzech lat), już w pierwszej minucie meczu został na boisku w czternastkę. Mimo to (i mimo 10 minut gry w trzynastkę) do przerwy prowadził 15:0. W drugiej połowie jednak Korea zaczęła odrabiać straty i po dwóch przyłożeniach (pierwsze po iście piłkarskiej akcji z podaniami czterech graczy) w 60. minucie mieliśmy remis 15:15. Końcówka była nerwowa, a prowadzenie przechodziło z rąk do rąk. Na 5 minut przed końcem Korea prowadziła 21:20, ale w ostatnich minutach popełniła zbyt wiele błędów. Pierwszego karnego gracze z Hongkongu co prawda spudłowali, ale kolejnego, już przy grze do martwej piłki, wykorzystali i wygrali 23:21. Zostali mistrzami Azji trzeci raz z rzędu, a teraz czeka na nich mecz z Tonga o awans na Puchar Świata (cóż, to rywale będą faworytami do awansu, ale przegrany będzie miał jeszcze szansę w barażu międzykontynentalnym).

Z kraju

Ledwo minęły rozgrywki Rugby Europe Sevens Championship, a już przeżywaliśmy w Polsce kolejne emocje związane z juniorskimi (U18) mistrzostwami Europy w siódemkach. W Ząbkach grała grupa Championship chłopaków i grupa Trophy dziewcząt. Rezultaty – podobne jak w Krakowie. Dziewczęta (z mistrzynią Europy Julią Druzgałą na czele, choć podobać się też mogła m.in. Susanna Schützmann) wygrały wszystkie swoje mecze, nie schodząc poniżej 41 zdobytych punktów. Grały jakby nie w swojej lidze i awansowały do Championship. Drugie miejsce dla Niemiec, a trzecie dla Węgier. Z kolei chłopcy występujący na najwyższym poziomie zaczęli turniej od trzech porażek grupowych, zdobywając w nich tylko dwa przyłożenia. Pozostała im gra o miejsca 9–12 i ostatecznie zajęli przedostatnie, jedenaste (pokonując na koniec Rumunię). Wraz ze swoimi rywalami z ostatniego meczu spadli poziom niżej. Mistrzostwo Europy zdobyła Francja, która w finale pokonała Irlandię; brąz dla Portugalii.

Małgorzata Kołdej znalazła się wśród siedmiorga zawodników wytypowanych przez Rugby Europe jako najlepszych w grupie Championship Rugby Europe Sevens. Towarzystwo ma znakomite, m.in. kapitan reprezentacji Irlandii, Lucy Mulhall (która m.in. zdobyła decydujące przyłożenie w finale przeciwko Polkom).

Reprezentacja Polski w rugby na wózkach boleśnie odczuła odmowę gry przeciwko Rosjanom w lutym podczas mistrzostw Europy: ukarano ją walkowerem i efektem była degradacja na niższy poziom europejskich rozgrywek. Aby ponownie zagrać w mistrzostwach muszą wyjechać na nieplanowany wcześniej turniej kwalifikacyjny do Norwegii. Nie mają na niego finansowania i liczą na pomoc: https://zrzutka.pl/bmp2xc.

Polaków za granicą tym razem nie ma. Czas kanikuły, zero gry naszych reprezentantów.

A w sobotę minęło dokładnie sto lat od pierwszego meczu rugby w Polsce – we Lwowie grały ze sobą dwie drużyny z Orła Białego z Warszawy. Sporo szczegółów na ten temat znajdziemy w Historii polskiego rugby 1920–1945 Jacka Wierzbickiego.

Ze świata

W Asia Rugby Championship zakończono rozgrywki grupy centralnej na poziomie Division 3. W biszkeckim finale Kazachstan pokonał Uzbekistan 32:24 (już po kwadransie było 19:0), dzięki czemu zagra na początku przyszłego roku w turnieju zwycięzców grup Division 3 o awans na wyższy poziom (mają być rozegrane jeszcze turnieje grup zachodniej i południowej). Trzecie miejsce zajęła Mongolia, która nie miała litości dla gospodarzy turnieju – pokonała zdecydowanie najsłabszy w turnieju Kirgistan 69:7 (pojawiają się plotki, że trenerem reprezentacji Mongolii ma zostać Michael Leitch).

Przy okazji tego turnieju odbyło się w Biszkeku spotkanie władz Asia Rugby, na którym zdecydowano o reformie rozgrywek o mistrzostwo kontynentu począwszy od 2024. Zamiast czterech poziomów będą trzy: Series, Conference i Trophy (te dwa ostatnie odwrócone w porównaniu z nomenklaturą Rugby Europe). Celem jest zwiększenie liczby spotkań międzynarodowych. W Series zobaczymy cztery drużyny (oprócz Hongkong, Malezji i Korei Południowej być może Japonię, choć niekoniecznie pierwszą reprezentację). W Conference będzie aż osiem drużyn (obecne poziomy Division 1 i Division 2), a mecze będą rozgrywane każdy z każdym w ciągu dwóch lat. Poziom Trophy będzie podzielony na trzy grupy: wschodnią, centralną i zachodnią z 4 do 8 drużynami w każdym – o awansie do Conferencje będzie decydować turniej zwycięzców grup.

W młodzieżowym (U20) Six Nations Summer Series we Włoszech zakończyła się faza grupowa. Grupę A wygrali z kompletem zwycięstw Południowoafrykańczycy, którzy na koniec pokonali Francję 42:17. W drugim meczu ostatniej kolejki Irlandia po dramatycznym meczu zwyciężyła Anglię 37:36 – pozostała jednak na ostatnim miejscu w grupie, a Anglicy mimo tylko jednego zwycięstwa zajęli drugie miejsce. W grupie B na koniec mieliśmy zacięte starcie niepokonanych dotąd Walii i Włoch – wygrane przez Walijczyków 23:20 (jedno z przyłożeń zdobyła nadzieja seniorskiej reprezentacji Walii, Christ Tshiunza). W drugim spotkaniu Gruzini rozgromili beznadziejnych Szkotów aż 55:17 (cóż, fatalne wyniki młodzieży z tego kraju, a seniorska reprezentacja ratuje się naturalizowanymi Połudiowoafrykańczykami). W meczu o zwycięstwo w turnieju zmierzą się Południowa Afryka z Walią, o trzecie miejsce zagrają Anglia i Włochy.

W turnieju młodzieżowym na południu, Oceania Rugby U20 Championship, drugą kolejkę spotkań rozegrano we wtorek, a trzecią, ostatnią, w niedzielę. Niepokonani turniej skończyli młodzi All Blacks, którzy w tym tygodniu wygrali 32:9 z Argentyną i 69:12 z Australią. Drugie miejsce dla Argentyny, trzecie dla Australii, a ostatnie dla Fidżi.

Rumuńska federacja jest bardzo zaniepokojona przyszłymi losami niedawno zmodernizowanego bukaresztańskiego stadionu Arcul de Triumf, historycznego matecznika rumuńskiego rugby. Rząd ogłosił utworzenie specjalnej jednostki zarządzającej obiektem, co oznacza, że nie trafi on w ręce federacji. Wobec konfliktu między federacją a ministrem sportu istnieją obawy co do możliwości korzystania z obiektu przez rugbystów.

Po zapowiedzi, że w jesiennym okienku testowym weźmie udział Nowa Zelandia XV (czyli rezerwy All Blacks), teraz wiemy, że także mistrzowie świata postąpią podobnie – do Europy przyjdzie Południowa Afryka XV i m.in. zagra z Bristol Bears.

Zmiana na czele organizacji zawodników w Anglii, Rugby Players’ Association – po 24 latach ustępuje ze stanowiska Damian Hopley, stojący na jej czele od chwili założenia związku.

Z wieści transferowych:

  • wzmacnia się paryski Racing 92: z Bordeaux-Bègles przechodzi reprezentant Francji Cameron Woki, a z St. Helens gwiazda rugby league Regan Grace (ten po zakończeniu obecnego sezonu Super League);
  • australijski weteran Sitaleki Timani (ostatnio w Western Force, ale bez gry, bo odmówił szczepienia przeciwko covidowi) ma zagrać w Tulonie;
  • inny były reprezentant Australii, łącznik młyna Rebels Joe Powell, też wyrusza do Europy – zagra w London Irish;
  • Leone Nakarawa, który opuścił Toulon, w kolejnym sezonie zagra dla wicemistrzów Francji, Castres.

W starej prasie

Tym razem coś, co miało być w „szponach” tydzień temu, ale nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności z tamtego wydania wypadło: mianowicie wzmianka o pierwszym meczu rugby, jaki miał miejsce na stadionie Wisły Kraków (i zapewne jedynym takim wydarzeniu przed zeszłotygodniowymi rozgrywkami Rugby Europe Sevens). Artykuł pochodzi z „Gazety Krakowskiej” z 9 lipca 1958.

Zapowiedzi

Za tydzień przed nami ostatnia odsłona letniego okienka testowego. Zestawienia te same co dotąd – na pierwszy plan wysuwają się znowu starcia potęg: Nowa Zelandia – Irlandia, Australia – Anglia i Południowa Afryka – Walia. Wśród innych spotkań ciekawie zapowiada się mecz Gruzji z Portugalią. Kończyć się będzie też Pacific Nations Cup, a zbliżać do końca – kwalifikacje do Pucharu Świata (w ten weekend rewanżowy mecz Stanów Zjednoczonych z Chile).

3 komentarze do “Wielkie święto w Batumi”

  1. Zebysmy się nie zapędzili: Gruzja wygrala z Wlochami, Wlochy wygraly w P6N z Walia, a Walia wygrala z mistrzem swiata. Czyli Gruzja jest mistrzem swiata 🙂

    Odpowiedz
  2. Jak co tydzień: dzięki za przyjemną lekturę! Masa materiału zebrana w jednym miejscu i w bardzo przystępnej formie.
    Wygrana Gruzji bardzo mnie ucieszyła. Gruzini nie zawiedli moich oczekiwań, a po meczu cieszyli się tak jakby conajmniej mistrzostwa świata wygrali. Spodziewałem się że na światowym rugby zbyt wielkim echem się to niestety nie odbije 🙁 A o spadkowe baraże w P6N aż się prosi.
    Zwycięstwa Walii i Irlandii też cieszą. Ogólnie test mecze, dzięki temu że b.zacięte, przyjemnie było oglądać. I oby jak najwięcej takich meczy w przyszłości było.
    Reprezentacja Polski w rugby na wózkach potraktowana bardzo przykro. Trzeba chłopaków wesprzeć!

    Odpowiedz

Dodaj komentarz