Polki w dziesiątce najlepszych siódemek świata

Za nami historyczny moment dla polskiego rugby – pierwszy start naszej reprezentacji w Pucharze Świata. Panie, które tego dokonały, pokazały się w Kapsztadzie ze świetnej strony, klasyfikując się w czołowej dziesiątce siódemek świata (i mając za plecami dwóch stałych uczestników WRSS). W kraju wróciła Ekstraliga świetnym meczem w Warszawie.

Puchar Świata w Rugby 7 / reprezentacja Polski kobiet w rugby 7

W Kapsztadzie rozegrano Puchar Świata w Rugby 7 – poza igrzyskami olimpijskimi najbardziej prestiżową rywalizację w tej odmianie rugby. Zawody trwały trzy dni na kapsztadzkim Cape Town Stadium, położonym w cieniu ikonicznej Góry Stołowej. W stawce 40 drużyn (24 męskich i 16 kobiecych) pierwszy raz w historii wzięła udział polska drużyna – do turnieju awansowała nasza kobieca reprezentacja.

Na początek o jej rywalizacji. Została rozstawiona w dolnej połówce stawki i w pierwszym meczu musiała zmierzyć się z reprezentacją znacznie wyżej notowaną – Stanami Zjednoczonymi, z którymi Polki przegraliśmy w tym roku w Maladze (to wówczas też był nasz debiut, tyle że w WRSS). Wtedy Amerykanki pokonały Polki swoją fizycznością, wielokrotnie przełamując szarże naszych reprezentantek. Liczyliśmy na poprawę w Kapsztadzie, po cichu marzyliśmy o niespodziance (wszak to tylko jeden mecz, wszystko może się zdarzyć), ale tej nie było, a wynik padł podobny jak na początku roku. Amerykanki seryjnie wygrywały wznowienia, znajdowały luki w obronie i nim się obejrzeliśmy, prowadziły 17:0 (a Polki miały na koncie zaledwie jedno podanie). Wtedy na moment obudziła się nadzieja: wreszcie wygrana piłka po wznowieniu, co prawda Małgorzatę Kołdej oszukała ścigana przez nią piłka, ale chwilę potem odzyskaliśmy ją po świetnej szarży Anny Klichowskiej, a po młynie dla naszej drużyny piłkę w swoje ręce wzięła Katarzyna Paszczyk i było już tylko 7:17. Chwilę potem Amerykanki Kołdej po skutecznej pogoni udaremniła kolejny atak rywalek. Drugą połowę Polki zaczęły na połowie Stanów Zjednoczonych, ale niewiele to dało. Amerykanki szybko likwidowały jakiekolwiek zawiązki ataków po naszej stronie, same szanowały czas, a gdy trzeba, przyspieszały. Efektem były cztery kolejne przyłożenia (najpierw hat-tricka dopełniła Jaz Gray, a kolejne trzy przyłożenia padły już w końcówce spotkania) i przegrana 7:39.

W 1/4 finału w walce o dziewiąte miejsce Polki trafiły na Chinki, które niedawno pokonały po dramatycznym meczu w półfinale turnieju w Santiago. Tu też były emocje. Nasze reprezentantki zaczęły mecz nerwowo, od błędów – dwa pierwsze nie miały konsekwencji, dwa kolejne zaowocowały przyłożeniem Chinek. Chwilę potem jednak Chinki zrewanżowały się błędem przy wznowieniu, Karolina Jaszczyszyn sama pomknęła przez pół boiska i zdobyła przyłożenie – okupiła je jednak kontuzją, która oznaczała koniec jej udziału w mistrzostwach. Było 5:7, pod koniec pierwszej połowy mieliśmy kłopoty, ale wynik się już nie zmienił. Po przerwie, choć Polki miały piłkę, zostały zepchnięte pod swoje pole punktowe i ostatecznie straciły przyłożenie – zrobiło się 5:14. Wtedy jednak zaczęły atakować – najpierw świetnie pokazała się Paszczyk, potem Kołdej, a wreszcie po błędzie Chinek przy kopie z karnego Anna Klichowska uruchomiła offloadem Natalię Pamiętę i zrobiło się 10:14. Pozostawały 2 minuty, Polski po wznowieniu wywarły presję na rywalki, odzyskały piłkę i do tego wywalczyły przewagę liczebną – jedna z Chinek zarobiła żółtą kartkę. Moment później Kołdej wyprowadziła Polską na prowadzenie 15:14, a wysoka szarża na nią kosztowała kolejną Chinkę żółta kartkę. Przy podwójnej przewadze Polki wygrały wznowienie i po sprincie Kołdej po skrzydle zrobiły czwarte przyłożenie. Wygrały 20:14 mimo braku skuteczności z podwyższeń. Twarda walka, błędy były po obu stronach, ale druga połowa znowu lepsza w wykonaniu naszej ekipy, jak w Santiago.

Kolejną przeszkodą w walce o dziewiąte miejsce były Hiszpanki – ekipa na stałe występująca w World Rugby Sevens Series, do którego Polkom nie udało się dostać. Na dodatek grać nie mogła Karolina Jaszczyszyn. Mimo to spotkanie ułożyło się po naszej myśli. Już na początku przód Hiszpanek dał nam młyn, po którym Katarzyna Paszczyk podniosła piłkę i sama skończyła akcję (bardzo podobnie jak w meczu z Amerykankami). Polki potem dominowały na boisku, ale nie zdobywały punktów, a w 6. minucie pierwszą groźniejszą akcję przeprowadziły Hiszpanki i po rajdzie skrzydłem zmniejszyły przewagę Polek do dwóch oczek. Zaraz potem jednak Julia Druzgała pokonała dwie przeciwniczki i po indywidualnej akcji zrobiło się 14:5 (sama też podwyższyła). Po zmianie stron Pamięta ściągnęła na siebie uwagę rywalek, dzięki czemu Druzgała ponownie zapunktowała i było 19:5. Potem Polki długo trzymały piłkę, ale robiły to na swojej połowie i gdy popełniły błąd, straciły przyłożenie – na szczęście bez skutecznego podwyższenia, bo za moment ponownie zdarzyła się głupia strata na własnej połowie. Tym razem Polkom udało się wybronić i wygrały 19:10 zapewniając sobie miejsce w najlepszej dziesiątce kobiecych siódemek świata.

W meczu decydującym o 9. miejscu w turnieju Polki trafiły na Japonki, a więc drużynę, która przed miesiącem w Santiago wywalczyła awans do WRSS pokonując nasze reprezentantki w finale turnieju kwalifikacyjnego. W Kapsztadzie rundę wcześniej wygrały ze stałą ekipą WRSS – Brazylią, identycznym wynikiem, jak my z Hiszpanią. Polki, inaczej niż w Santiago, świetnie ten mecz zaczęły: po wyrównanym początku Małgorzata Kołdej pognała skrzydłem i dała nam prowadzenie 5:0. Chwilę potem było już 12:0, gdy Anna Klichowska oszukała zwodem rywalkę i sama skończyła akcję na tym samym skrzydle (a Julia Druzgała dorzucła podwyższenie). Niestety, na tym nasze zdobycze punktowe się skończyły. Japonki jeszcze w ostatniej akcji pierwszej połowy odrobiły część strat i do przerwy było 5:12. Po przerwie nasza drużyna długo broniła tej przewagi, ale Japonki narzuciły zbyt wysokie tempo: po szybkiej akcji szybkie rozegranie karnego zaowocowało dziurą w naszej obronie. Co prawda kolejny raz mimo łatwej pozycji Japonkom brakło podwyższenia i Polki wciąż prowadziły 12:10, jednak chwilę potem nasze dziewczyny straciły piłkę na własnej połowie, a kolejny szybko rozegrany karny i dał Japonkom przyłożenie i prowadzenie 17:12. Co prawda Polki próbowały jeszcze w ostatniej akcji uruchomić Kołdej, ale przeceniły jej możliwości (albo nie doceniły japońskiej libero) i mecz się skończył. Na pewno wyglądał z naszej strony lepiej niż starcie z Santiago, ale Japonki świetnie broniły i zaskakiwały nas szybkim rozegraniem piłki w ataku. Do szczęścia brakło naprawdę niewiele – ale mimo porażki dziesiąte miejsce na świecie jest dla naszych dziewczyn wielkim sukcesem.

Dla naszych zawodniczek było to pierwsze takie doświadczenie w karierze. Były błędy, ale i było mnóstwo walki, zaangażowania, sporo pięknej gry. Efektem jest nie tylko miejsce w stawce, o jakim wcześniej nawet nie marzyliśmy (i świetne jak dla debiutantek), ale przede wszystkim niesamowite doświadczenie, które powinno procentować w przyszłości. Kto wie, czy Japonek byśmy nie ograli, gdybyśmy do końca na boisku mieli Karolinę Jaszczyszyn (może próby gry nogą byłyby skuteczniejsze), ale gra bez liderek to jedna z rzeczy, których trzeba się uczyć: przecież nie można grać ciągle tym samym żelaznym składem, konieczna jest rotacja w turniejowych zestawieniach, stopniowe wprowadzanie nowych twarzy (inna sprawa, że w tym roku trudno było to sobie wyobrazić, skoro praktycznie każdy turniej był absolutnie wyjątkowy i niezwykle ważny). Co dalej? Marzeniem naszych zawodniczek i nas wszystkich jest udział w igrzyskach olimpijskich. Dostać się na nie jest znacznie trudniej niż na Puchar Świata. Sprzyjać nam będzie fakt, że Francuzki dostaną automatyczną kwalifikację, ale tak czy owak – stawką kwalifikacji europejskich zapewne będzie tylko jedno miejsce w turnieju, druga drużyna będzie miała szansę w barażu międzykontynentalnym. Myślę, że warto będzie kibicować Irlandkom w WRSS, aby tam zmieściły się w pierwszej czwórce klasyfikacji. Choć nie jest tak, że one są całkiem poza naszym zasięgiem. No i przed nami pewnie kolejny challanger do WRSS, w którym Japonek już nie powinniśmy spotkać 🙂

Nie tylko Polki grały w tym turnieju, walka toczyła się wszak o mistrzostwo świata. W pierwszej rundzie kobiecych zmagań, 1/8 finału, nie było praktycznie żadnych niespodzianek. Już w pierwszym meczu kobiecej rywalizacji błysnęła Australijka Faith Nathan, która zdobyła aż 5 przyłożeń w meczu wygranym z Madagaskarem 48:0 (potem została najskuteczniejszą zawodniczką turnieju z 9 przyłożeniami). Żal było Malgaszek – gdy w końcu wyprowadziły świetną akcję, Australijki nie odpuściły i już na polu punktowym skutecznie zaszarżowały powodując, że reprezentantka Madagaskaru wypuściła piłkę z rąk. Inne faworytki turnieju, Nowozelandki, także rozgromiły debiutujące w Pucharze Świata przeciwniczki – wysoko wygrały z Kolumbią, ale ich rywalki przynajmniej cieszyły się z przyłożenia (było 47:5). Z innych meczach tej rundy ciekawie było przez chwilę w meczu Brazylii z Irlandią, gdy ekipa z Ameryki Południowej postraszyła Europejki. Już na tym etapie z rywalizacji o medale odpadły też gospodynie, choć to żadną niespodzianką nie było – przegrały z Francuzkami 0:29.

W ćwierćfinałach mieliśmy dwa mecze faworytek z antypodów z drużynami z Europy: w obu pewnie wygrały ekipy z drugiego końca świata. Australia rozgromiła Anglię 35:5 (kolejne trzy przyłożenia Nathan), a Nowa Zelandia pokonała Irlandię 28:0 (choć do przerwy Europejki stawiały twardy opór). W dwóch pozostałych ćwierćfinałach było znacznie ciekawiej. W starciu medalistek olimpijskich Francuzki pokonały Fidżyjki 19:14: co prawda to wyspiarki zaczęły od prowadzenia, ale pod koniec pierwszej połowy, wykorzystując grę w przewadze, Francuzki doprowadziły do remisu. W drugiej połowie to Francuzki wyszły na prowadzenie, a z kolei tuż przed upływem regulaminowego czasu gry Fidżyjki wyrównały. Do dogrywki jednak nie doszło: Francuzki w doliczonym czasie wywalczyły zwycięstwo. Zacięty był też mecz Amerykanek z Kanadyjkami. Zawodniczki ze Stanów Zjednoczonych wydawały się mieć przewagę przez większość meczu, ale kiepsko im szło zdobywanie punktów – Kanadyjki świetnie broniły, a w drugiej połowie wyszły nawet na prowadzenie. Ostatnie słowo należało jednak do Amerykanek, które wygrały skromnie 10:7.

W półfinałach niespodzianek nie było: dwie drużyny dominujące w kobiecych siódemkach od lat, dzielące się jak dotąd wszelkimi złotymi medalami, pokonały swoje rywalki. Nowozelandki nie miały specjalnych problemów z pokonaniem Francji: co prawda na pierwsze przyłożenie Michaeli Blyde Francuzki odpowiedziały, ale kolejne punkty dziewczyn z antypodów pozostały już bez odpowiedzi i Nowa Zelandia wygrała aż 38:7. Trudniejszą przeprawę miały Australijki: po dwóch przyłożeniach Charlotte Caslick prowadziły ze Stanami Zjednoczonymi 12:0, ale Amerykanki zdobyły przyłożenie i do końca meczu walczyły o zwycięstwo. W ostatniej akcji spotkania jednak to Australijki przypieczętowały wygraną i dzięki wynikowi 17:7 awansowały do finału.

Finał kobiecego turnieju, w którym zmierzyły się dwie niewątpliwie najlepsze drużyny świata, był pasjonującym widowiskiem. Nowozelandki jako pierwsze zaczęły w nim punktowanie, jednak Australijki natychmiast odpowiedziały, a pod koniec pierwszej połowy wyszły na prowadzenie (dwa przyłożenia Maddison Levi). Nowozelandki w ostatniej akcji tej odsłony zmniejszyły stratę i przegrywały 10:12. Po przerwie nie odzyskały jednak prowadzenia, ale zarobiły żółtą kartkę i w efekcie dwa kolejne przyłożenia zdobyły Australijki (najskuteczniejsza zawodniczka turnieju, Faith Nathan – w sumie 9 przyłożeń – i po raz trzeci w tym meczu Maddison Levi). Było 24:10 dla Australii, ale w ostatnich minutach Nowozelandki zaczęły odrabiać straty i gdy wybiła 14. minuta miały piłkę w rękach i brakowało im tylko 7 punktów do remisu. Alena Saili zdobyła przyłożenie, ale do dogrywki brakło skutecznego podwyższenia – Telika Williams spudłowała. W ten sposób Australijki po wygranej 24:22 po raz drugi w historii zostały mistrzyniami świata.

Brązowy medal wywalczyły Francuzki, które w meczu o trzecie miejsce znalazły metodę na Amerykanki i po zaaplikowaniu im pięciu przyłożeń wygrały 29:7 (błyszczały Lili Dezou i Joanna Grisez). Po raz drugi w historii znalazły się więc na podium tej imprezy. Piąte miejsce przypadło Fidżyjkom, które w tej fazie turnieju pokazały się znakomicie: najpierw wygrały z Irlandkami 24:0, a w meczu o piątą lokatę rozgromiły Kanadyjki aż 53:0 (9 przyłożeń, w tym hat-trick Reapi Ulinisau). Siódme miejsce przypadły Irlandkom, które odreagowały bolesną porażkę z Fidżi wygraną z Angielkami 26:0.

W meczu o dziewiąte miejsce Japonki wygrały z Polkami, natomiast o 11 miejsce bój stoczyły dwie ekipy będące stałymi uczestnikami WRSS: Brazylijki prowadziły już 19:7, Hiszpanki podjęły pogoń, ale brakło skutecznych podwyższeń i nie odrobiły wszystkich strat – Brazylia była górą 19:17. Dopiero o trzynaste miejsce grały gospodynie turnieju (wcześniej przegrały zaledwie dwoma punktami z Japonią i wysoko pokonały Kolumbię dzięki czterem przyłożeniom Nadine Roos), ale uległy Chinkom 19:21 i ostatecznie zostały sklasyfikowane jako czternaste. A o piętnastą lokatę zagrały dwie drużyny debiutujące w turnieju, które wcześniej zdołały zdobyć w nim po zaledwie jednym przyłożeniu: Madagaskar wygrał z Kolumbią 19:12 dzięki przyłożeniu zdobytemu w doliczonym czasie gry.

W męskiej rywalizacji było więcej drużyn (24), a zatem więcej spotkań. Zaczęło się od rundy kwalifikacyjnej, w której uczestniczyły drużyny rozstawione na pozycjach od 9 do 24. W meczu otwarcia turnieju Irlandia pewnie pokonała Portugalię, a pierwsze przyłożenie w imprezie zdobył najskuteczniejszy zawodnik ostatniego sezonu WRSS, Terry Kennedy. We wszystkich meczach tej fazy wygrywali faworyci (trudno uznać za niespodziankę wygraną Urugwaju nad Hongkongiem, mimo że wyżej rozstawieni byli Azjaci). Trudno było wskazać faworyta tylko w meczu Niemców z Chile – drużyny spotkały się w Santiago w meczu o trzecie miejsce i Chilijczycy wygrali wtedy zaledwie dwoma punktami. Tym razem Niemcy prowadzili po pierwszej połowie 12:0, ale w okresie gry w osłabieniu z powodu dwóch żółtych kartek całą przewagę stracili i mieliśmy remis 12:12. Doszło do pierwszej w turnieju dogrywki, rozgrywanej do pierwszych punktów i gdy sędzia podyktował karnego dla Chilijczyków na 5 m na wprost niemieckich słupów, rozstrzygnęli mecz na swoją korzyść rzadko spotykanym w rugby 7 kopem na słupy.

W 1/8 finału już w pierwszym meczu kwalifikant pokonał drużynę rozstawioną w pierwszej ósemce: Irlandia pokonała Anglię 17:5 (przy czym Anglicy zdobyli przyłożenie dopiero na sam koniec meczu). Trudno jednak nazwać to niespodzianką, skoro Irlandia to piąta drużyna ostatniego sezonu WRSS. Drugim takim przypadkiem była Samoa, która pokonała Stany Zjednoczone aż 40:12 (i też trudno mówić o sensacji, skoro w ostatnich czterech turniejach WRSS wyspiarze awansowali do półfinałów). Reszcie drużyn z 1/16 finału już się nie powiodło. Zdecydowanie wygrywali faworyci: Nowa Zelandia wygrała 43:5 ze Szkocją, Fidżi 29:5 z Walią, Australia 35:0 z Urugwajem, a gospodarze w ostatnim meczu piątkowym 32:5 z Chile (fantastyczne akcje na początku meczu, trzy przyłożenia po pięknych przekopach na skrzydła).

W ćwierćfinałach też początkowo wygrywali faworyci. Nowa Zelandia pokonała Argentynę, ale było to zwycięstwo zaledwie 12:7 – Argentyńczycy mocno pogrozili obrońcom tytułu mistrzowskiego. Ciekawostka: z urazem głowy po zderzeniu z Samem Dicksonem musiał opuścić boisko sędzia tego spotkania, Australijczyk Jordan Way. Również niewysokie zwycięstwo odnieśli triumfatorzy WRSS, Australijczycy, którzy pokonali Francuzów 14:5 (na pierwsze przyłożenie w meczu czekaliśmy blisko 10 minut). Bardzo ciekawie zaczął się wyspiarski pojedynek mistrzów olimpijskich z Fidżi z reprezentacją Samoa: to Samoańczycy zdobyli pierwsze przyłożenie, a do przerwy przegrywali tylko 5:7. W drugiej połowie Fidżyjczycy dwukrotnie przeprowadzili akcje zakończone przyłożeniami i wygrali ostatecznie 21:10. W ostatnim ćwierćfinale gospodarze mierzyli się z Irlandią: Blitzboks byli faworytami tego meczu. Skończyło się jednak niespodzianką, która mocno zasmuciła miejscową publiczność: Irlandia wygrała 24:14, broniąc honoru Europy. Do przerwy był remis, ale po przerwie Irlandczycy zbudowali sporą przewagę wykorzystując błędy swoich rywali. To był wyjątkowy sukces graczy z Zielonej Wyspy, którzy mają za sobą najlepszy sezon w swojej siódemkowej historii. Natomiast dla Południowoafrykańczyków to była bolesna wpadka, kolejna po nieudanych ostatnich turniejach WRSS.

W półfinałach mieliśmy zatem trzy drużyny z Oceanii i jedną z Europy. Jako pierwsi na boisko wybiegli Nowozelandczycy i Irlandczycy. Gracze z antypodów byli faworytami spotkania, szybko wyszli na prowadzenie 10:0 po dwóch przyłożeniach Ngarohiego McGarvey’a-Blacka, ale nie poszli za ciosem – zamiast tego Irlandczycy odrabiali straty i po przerwie doprowadzili do remisu 10:10. Los awansu do finału wisiał na włosku, ale ostatecznie McGarvey-Black zdobył trzecie przyłożenie w meczu, które dało zwycięstwo All Blacks. W drugim półfinale Fidżi nie dało szans Australii – mistrzowie olimpijscy wygrali 38:14.

W finale Fidżi grało z Nową Zelandią i już w pierwszej połowie meczu rozstrzygnęło jego losy: cztery przyłożenia (pierwsze po zaledwie pół minuty gry) i prowadzenie 24:7 pozostawiło niewiele nadziei rywalom. Co prawda na początku drugiej połowy Nowozelandczycy zdobyli przyłożenie i było 24:14, ale Fidżyjczycy oparli się kolejnym próbom zmniejszenia strat przez przeciwników, sami zdobyli kolejne przyłożenie i wygrali 29:14. Sięgnęli po trzeci tytuł mistrza świata wyrównując w ten sposób rekord swoich finałowych rywali. Nowa Zelandia zaś nie obroniła tytułu mistrzowskiego sprzed czterech lat ani wśród kobiet, ani wśród mężczyzn, choć w obu zmaganiach awansowała do finału.

W meczu o brąz Australia grała z Irlandią. Australijczycy byli faworytami tego starcia (przecież dopiero co wygrali World Rugby Sevens Series), dwukrotnie wychodzili na prowadzenie, ale Irlandczycy odrabiali straty, a na koniec zadali rywalom decydujący cios i wygrali 19:14. Znakomicie pokazał się Terry Kennedy, który w drugiej połowie zdobył pierwsze i wypracował drugie przyłożenie swojej drużyny. Irlandia zaprezentowała się na tym turnieju świetnie i warto zwrócić uwagę, że wywalczony w Kapsztadzie brąz to pierwszy medal Irlandii w jej występach w Pucharach Świata we wszelkich odmianach rugby union, zarówno męskich, jak i kobiecych. Ciekawie było w zmaganiach o piąte miejsce: w półfinale Argentyńczycy po zaciętym spotkaniu pokonali gospodarzy turnieju, a potem zdobyli piąte miejsce po wygranej z Francją zaledwie 10:7. Południowa Afryka zajęła dopiero siódme miejsce po zwycięstwie nad Samoa – obie drużyny zapewne rozczarowane wynikiem turnieju.

Dziewiąte miejsce zdobyli Anglicy, którzy po porażce w pierwszym meczu kolejne wysoko wygrywali. W meczu o dziewiątą lokatę pokonali Urugwaj, który w drodze do tego meczu pokonał Kanadę i Stany Zjednoczone, powtarzając sukcesy piętnastki tego kraju w kwalifikacjach do Pucharu Świata w piętnastkach. Dopiero jedenaste miejsce zdobyli Amerykanie, po wygranej nad Kenią. W meczu o trzynastą lokatę Kanada wygrała 12:10 z Chile – Chilijczycy, którzy w rundzie kwalifikacyjnej wygrali z Niemcami po karnym w dogrywce, w ten sam sposób zwyciężyli w przedostatnim swoim meczu, gdy pokonali Szkocję 24:21 (tym razem kop na słupy z karnego był z trudniejszej pozycji). Szkoci ulegli też Walii w meczu o piętnaste miejsce, tracąc decydujące przyłożenie na sam koniec. Wśród pozostałych ekip warto zwrócić na jedynych debiutantów w męskiej rywalizacji, Niemców – po porażce z Chile stoczyli trzy zacięte pojedynki, w których kolejno wygrali z Portugalią, Tonga i Ugandą i zajęli 17. lokatę.

Warto wspomnieć, że impreza zaczęła się pod kiepskimi auspicjami: nie tylko sporo reprezentacji dotknęła śmierć Elżbiety II, to na dodatek przed rozpoczęciem imprezy zmarł nagle w Kapsztadzie były reprezentant Tonga Willie Los’e, który przyjechał tu aby komentować imprezę dla telewizji Sky.

A ja bardzo dziękuję Robertowi Małolepszemu za wzmianki o „szponach” podczas komentarzy telewizyjnych i cieszę się, że przygotowany przed turniejem „przewodnik” na coś komuś się przydał 🙂

Ekstraliga

W cieniu Pucharu Świata wróciła po przerwie do gry krajowa Ekstraliga. Najciekawiej zapowiadało się spotkanie jednego z głównych faworytów do złotego medalu, Up Fitness Skry Warszawa, z obrońcą tytułu mistrzowskiego, Orkanem Sochaczew. I nie zawiodło: zobaczyliśmy spotkanie, w którym było sporo ładnej gry, choć na prowadzeniu niemal całe spotkanie byli gospodarze. W obu ekipach mieliśmy znaczące debiuty: Orkan pokazał sprowadzonego z Włoch środkowego Nicolasa Coronela, a także ściągniętego właśnie ze Skry świetnie znanego na krajowych boiskach Jonathana O’Neilla. W Skrze zobaczyliśmy nowego obrońcę z Nowej Zelandii – Faivę Faivę. Z tej trójki chyba najbardziej swoją obecność na boisku zaznaczył O’Neill. Jego drużyna szybko wyszła na prowadzenie 3:0 po karnym Steenkampa, ale równie szybko je straciła po przyłożeniu Paula Waltersa. Potem długo utrzymywał się wynik 6:7, ale w ostatniej akcji tej części spotkania skrzacy zarobili karne przyłożenie po błędzie właśnie O’Neilla, który przy okazji zobaczył żółtą kartkę. Do przerwy Skra prowadziła 17:6. Po przerwie podniosła prowadzenie do stanu 22:6, ale wtedy Orkan zaczął się odgryzać: przyłożenia zdobyli Michał Szwarc i O’Neill i nagle prowadzenie Skry znacząco stopniało – było tylko 22:18. Orkan jednak nie był w stanie zrobić kolejnego kroku: karny Waltersa z niemal 50 m (w sumie 15 punktów w meczu tego zawodnika), potem przyłożenie i wynik został ustalony na 32:21. Na tym sukcesie Skry kładzie się jednak cieniem fakt, że gospodarze w protokole meczowym mieli tylko jednego młodzieżowca, a nie wymaganych trzech. Co na to Komisja Gier i Dyscypliny? Regulamin mówi o „możliwości” odjęcia jednego punktu (cóż, jeden punkt kary w takim przypadku to śmiesznie mało, lo czym już nieraz pisałem, a „możliwość” jeszcze bardziej rozmywa odpowiedzialność…). Warto zwrócić uwagę, że w Skrze na horyzoncie jest kolejne wzmocnienie zagraniczne: w rejestrze PZR wpisano fidżyjskiego młynarza Sunię Koto (w CV m.in. London Welsh i Narbonne).

Poza tym mieliśmy w sobotę cztery spotkania, w których dość łatwo było wskazać faworytów. Najwięcej trudu ponieśli w celu zwycięstwa gracze Edachu Budowlanych Lublin, którzy podejmowali Juvenię Kraków. Lublinianie pierwszy raz zagrali spotkanie na swoim nowym obiekcie przy ul. Magnoliowej. W pierwszej połowie dwukrotnie na prowadzenie wychodzili gracze z Krakowa po karnych Riaana van Zyla, ale dwukrotnie je tracili po przyłożeniach gospodarzy (historyczne, pierwsze na nowym stadionie zdobył Marzuq Maarman). Brakowało jednak w szeregach lublinian Nkululeko Ndlovu i dramatycznie szwankowała im skuteczność z kopów – już w pierwszej akcji chybiony karny z łatwej pozycji, potem spudłowane podwyższenia (w sumie w całym spotkaniu skuteczność bodajże 1/6) i do przerwy było 10:6. Po przerwie jednak lublinianie zbudowali przewagę, dorzucili kolejne dwa przyłożenia, na które krakusi odpowiedzieli tylko jednym i końcowy wynik brzmiał 23:11. Budowlani mogli się cieszyć także z bonusa ofensywnego.

Trzy pozostałe spotkania były już w dużej mierze jednostronnymi widowiskami. W Sopocie Ogniwo podejmowało Posnanię. Niespodziewanie pierwsze przyłożenie zaliczyli poznaniacy po akcji przez niemal całe boisko w wykonaniu Bartosza Kubalewskiego. Jednak na tym skończyły się ich zdobycze punktowe, a podrażnieni sopocianie wzięli się ostro do roboty: już do przerwy prowadzili 36:5, a ostatecznie wygrali aż 69:5 zaliczając 11 przyłożeń. W końcówce po kontuzji jednego z graczy pierwszej linii gości mieliśmy młyny symulowane. Hat-trick upolował Mateusz Plichta, a 24 punkty zdobył Wojciech Piotrowicz (do siedmiu podwyższeń dorzucił dwa przyłożenia).

Podobny wynik padł w meczu Master Pharm Rugby Łódź z Arką Gdynia. Tu też do przerwy było 36:5, a skończyło się wynikiem 56:5. Wielu liczyło na podjęcie walki przez gości, jednak stać ich było tylko na jedno przyłożenie. Tymczasem łodzianie zdobyli ich aż dziewięć, w tym trzech zawodników po dwa (m.in. obaj filarzy, Witalij Kramarenko i Toma Mchedlidze), a Polomea Kata Finau uzbierał łącznie 18 punktów (przyłożenie i 13 oczek z kopów).

Najmniej dotkliwą porażkę w tych trzech meczach odnieśli gracze Pogoni Awenty Siedlce, ale nie mają tam na razie wielu powodów do uśmiechu. Przed tym spotkaniem nie tylko stracili trenera (rolę Giorgiego Czubinidze awaryjnie przejął grający na boisku Edward Wertyleckij), ale także podporę pierwszej linii młyna, Isitolo Tuumotooę, który jak donosi Paweł Narojek wyjechał do Francji. W drogę do Gdańska wybrali się tylko w osiemnastkę, już w pierwszej połowie stracili z kontuzją jednego z graczy pierwszej linii młyna i młyny odtąd były symulowane, a gospodarze nie mieli litości: do przerwy prowadzili 45:0. Po przerwie Lechia chyba po prostu odpuściła – siedlczanie zdobyli dwa przyłożenia, a gospodarze też odpowiedzieli już tylko dwoma i ostatecznie wygrali 57:14. Aż czterokrotnie na pole punktowe gości przedzierał się jeden z nowych graczy Lechii z Południowej Afryki (debiutował w poprzedniej kolejce), Xolela Payi.

Na czele tabeli dwie drużyny z kompletem zwycięstw: Skra i Lechia. Jednak ta ostatnia jako jedyna drużyna z czołowej grupy mierzyła się dotąd wyłącznie z drużynami z dolnej czwórki. Orkan po porażce spadł na szóste miejsce, ale czołową szóstkę dzieli od siebie tylko pięć punktów, więc póki co nie ma znaczącej straty. Ewidentnie rysuje się nam rozwarstwienie Ekstraligi, którego spodziewaliśmy się przed sezonem: sześć drużyn bijących się o medale i cztery broniące przed spadkiem (z tych najlepiej wygląda Juvenia, która może jeszcze popsuje szyki któremuś z faworytów).

Poz.DrużynaM.Pkt.
1. Up Fitness Skra Warszawa315
2. ↑Lechia Gdańsk314
3. ↑Master Pharm Rugby Łódź312
4. ↑Ogniwo Sopot311
5. ↑Edach Budowlani Lublin311
6. ↓↓↓↓Orkan Sochaczew39
7. Juvenia Kraków31
8. Arka Gdynia30
9. Pogoń Awenta Siedlce30
10. Posnania30

Rozgrywki zainaugurowano na niższych poziomach ligowych. W I lidze, w związku z nieparzystą liczbą drużyn, na starcie pauzowali ubiegłoroczni zwycięzcy rozgrywek, Sparta Jarocin. Niespodzianką w pierwszej kolejce była na pewno porażka Rugby Białystok (rok temu przecież bliskiego awansu do barażu o Ekstraligę) z Arką Rumia (uratowaną przed spadkiem na niższy poziom wyłącznie dzięki decyzji o poszerzeniu I ligi): w Białymstoku rumianie wygrali 40:31 (aż 25 punktów, w tym trzy przyłożenia, zdobył Richman Gora – błyszczał już w barwach Arki na koniec poprzedniego sezonu, ale jego ówczesny występ kosztował ich walkower). Poza tym Budowlani Commercecon Łódź pokonali AZS AWF Warszawa aż 48:10, a Legia Warszawa wygrała z beniaminkiem z Mysłowic (wzmocnionym graczami pozyskanymi z Juvenii Kraków i czeskiego Hawierzowa Hegemonem Mysłowice, ale za to bez Usai Navii w składzie) 36:20. Dla Legii najwięcej punktów zdobyli dwaj gruzińscy zawodnicy, Saba Charaiszwili i świeżo ściągnięty Giorgi Mikaberidze.

W II lidze od porażek zaczęli obaj beniaminkowie: Wataha Zielona Góra pokonała Rugby Wrocław 26:0, a Res Energy RT Olsztyn wygrał z rezerwami Budowlanych Lublin 27:7. W trzecim meczu ekipa z Rudy Śląskiej przegrała z Miedziowymi Lubin 18:29 – niezły start najsłabszej ekipy poprzedniego sezonu.

Top 14

Weekend we francuskiej ekstraklasie zaczął się od niezwykle emocjonującego pojedynku Lyonu z La Rochelle. Gospodarze do przerwy przegrywali z najlepszą drużyną Europy 0:10, potem 0:13. Punktować zaczęli dopiero 20 minut przed końcem (przyłożenie znakomitego, młodego gruzińskiego skrzydłowego, Dawita Niniaszwiliego), ale roszelczycy jeszcze powiększyli swoją przewagę – na pięć minut przed końcem było 7:23. Wtedy jednak Lyon rozpoczął pościg: w krótkim czasie zdobył dwa przyłożenia i zrobiło się 21:23. Była szansa na jeszcze jedną akcję, ale nic z niej jednak nie wynikło i gospodarze musieli zadowolić się defensywnym punktem bonusowym.

Ciekawie zapowiadał się też mecz obrońców tytułu z ubiegłorocznymi półfinalistami: Montpellier – Bordeaux. W pierwszej połowie mistrzowie zafundowali gościom prawdziwy blitzkrieg: po 30 minutach prowadzili 26:7 i grali z przewagą jednego zawodnika po żółtej kartce. Potem jednak dorzucili do swego dorobku tylko karnego tuż przed przerwą, a po przerwie nie zdobyli już ani jednego punktu. Bordeaux natomiast po przerwie zdobyło dwa przyłożenia, ale to było za mało na zmianę wyniku: Montpellier wygrało 29:19.

W niedzielę rozegrano kolejne szlagierowe spotkanie, Tuluzy z Tulonem. Główni kandydaci do złota nie dali jednak szans rywalom z Lazurowego Wybrzeża, odnieśli drugie zwycięstwo w sezonie (tylko La Rochelle ma podobny bilans) i awansowali na czoło tabeli. Wygrali z punktem bonusowym, zdobyli cztery przyłożenia, a jedynym zmartwieniem w Tuluzie jest kontuzja Romaina Ntamacka.

Poza tym: Bajonna w swoim pierwszym domowym meczu po powrocie do Top 14 pokonała sensacyjnie Racing 92 31:25 (znakomita druga połowa Basków, wygrana 23:7), wicemistrzowie z Castres pokonali drugą paryską drużynę, Stade Français, 30:20 (paryżanie bez Morgana Parry, którego kontuzja odniesiona przed tygodniem w debiucie w nowej drużynie będzie kosztować go ponad miesiąc przerwy), Clermont wygrało z Pau 33:24, a Perpignan uległo Brive 6:17.

Poz.DrużynaM.Pkt.
1. ↑↑↑↑↑↑Tuluza29
2. ↑↑↑La Rochelle28
3. ↑↑↑↑↑↑↑Brive26
4. ↑↑↑↑↑↑↑Montpellier25
5. ↓Lyon24
6. ↑↑↑↑↑↑↑Castres24
7. ↑↑↑↑↑Clermont24
8. ↓↓↓↓↓↓Racing 9224
9. ↓↓↓↓↓↓Stade Français24
10. ↓↓↓↓↓↓↓↓↓Tulon24
11. ↓↓↓↓↓Pau24
12. ↑↑Bajonna24
13. ↓↓↓↓↓Bordeaux Bègles21
14. ↓↓↓↓↓Perpignan21

W Pro D2 trwa niespodziewana dobra passa klubu z północy – Rouen-Normandie wygrało trzeci mecz z rzędu (21:16 z Vannes) i jest jedyną niepokonaną ekipą w stawce. Miano to straciła drużyna Grenoble po przegranej z Oyonnax na wyjeździe aż 13:46. Na hit kolejki zapowiadało się starcie spadkowicza z Top 14, Biarritz, i najlepszej drużyny fazy zasadniczej poprzedniego sezonu, Mont-de-Marsan – i nie zawiodło, choć przyłożeń było mniej niż żółtych kartek (6 przyłożeń, 7 kartoników). Tuż przed przerwą Mont-de-Marsan prowadziło 20:3 i grało z przewagą dwóch zawodników – mimo tego osłabienia Baskowie zdołali jednak przed końcem pierwszej odsłony zdobyć przyłożenie i było 10:20. Po przerwie Biarritz kontynuowało odrabianie strat i po kwadransie było już 20:23. Dzięki dwóm karnym Mont-de-Marsan odskoczyło na dziewięć punktów, ale Biarritz w dramatycznej końcówce do końca walczyło o zmianę wyniku. W ciągu kilku ostatnich minut meczu aż czterech zawodników gości zobaczyło żółte kartki – Biarritz zdobyło jednak tylko karne przyłożenie w ostatniej akcji (grając z przewagą trzech graczy, czwarty zobaczył kartonik już po tym przyłożeniu), ale zaliczyło je za późno i przegrało 27:29, notując na swoim koncie tylko punkt bonusowy. W sumie, poza wysokim zwycięstwem Oyonnax, pozostałe siedem spotkań kończyło się bonusami defensywnymi – różnica punktów nie przekraczała pięciu, a w większości spotkań wynosiła zaledwie punkt lub dwa. Emocji było więc co nie miara, a Carcassonne i Colomiers wyrywały jednopunktowe zwycięstwa dzięki karnym w ostatnich akcjach swoich meczów. W tabeli za plecami Rouen powoli zaczyna się zbierać czołówka z poprzedniego sezonu: drugie jest Oyonnax, trzecie Mont-de-Marsan, czwarte Colomiers. Biarritz dopiero na czternastej pozycji. Bez zwycięstwa pozostają Provence i beniaminek z podparyskiego Massy.

A przy okazji zaległa nowina z trzeciego poziomu, Nationale 1. Tydzień temu zaczęły się tam rozgrywki i zadebiutowała w nich (w barwach Dax) młoda gwiazda reprezentacji Portugalii – Rodrigo Marta. Marta nie zwalnia tempa, którym imponował w REC – oto jedna z jego akcji w tym meczu: https://twitter.com/i/status/1566382668731875329 (na dodatek nie jedyna – zaliczył jeszcze co najmniej jeden inny kilkudziesięciometrowy przebój). Dax wygrało tamten mecz z Bressane 23:17.

Premiership

Ruszyła angielska Premiership, ale nie takiego startu sezonu oczekiwali włodarze ligi – przyćmiła go śmierć królowej Elżbiety II. W piłkarskiej Premier League odwołano całą kolejkę (podobnie – rugbowe zmagania w Szkocji i Walii), jednak w angielskiej Premiership postanowiono tylko o przełożeniu piątkowych spotkań na sobotę i niedzielę oraz uczczeniu pamięci monarchini chwilą ciszy i hymnem państwowym przed meczami.

Na inaugurację sezonu mieliśmy bardzo atrakcyjne spotkanie: obrońcy tytułu mistrzowskiego, Leicester Tigers, mierzyli się na wyjeździe z poprzednimi mistrzami, Exeter Chiefs. Mecz znacznie lepiej zaczęli gospodarze, którzy do przerwy prowadzili 17:6 (przyłożenie w swoim debiucie zaliczył Solomone Kata, drugie zaś było karne po błędzie bohatera finału z poprzedniego sezonu, Freddiego Burnsa, który zresztą w przerwie meczu musiał zostać zmieniony w związku z urazem głowy). Po przerwie sytuacja się zmieniła: 14 punktów zapisali na swoje konto Tigers i objęli prowadzenie (17:20), a na kwadrans przed końcem zyskali też na 10 minut przewagę jednego zawodnika. Jednak w ostatnim kwadransie to Exeter dominowało i walczyło o zmianę wyniku. Byli tego niezwykle bliscy – aż trzykrotnie wchodzili na pole punktowe rywali, Tigers jednak raz uratował przód, a dwukrotnie byli w stanie utrzymać piłkę w górze. W końcu gospodarze jednak dopięli swego – już po upływie 80. minuty przyłożenie zdobył Namibijczyk Patrick Schlickering. Exeter Chiefs wygrali 24:20, a obrońcy tytułu zaczęli nowy sezon od porażki.

Ciekawie było też w starciu Bristol Bears z najsłabszą drużyną poprzedniego sezonu, Bath. Ellis Genge uczcił swój powrót do Bristolu przyłożeniem już na samym początku meczu, jednak do przerwy drużyny dzielił tylko jeden punkt – było 17:16. W drugiej połowie Bath wróciło na prowadzenie, wypracowało sobie 12 punktów przewagi, ale ją straciło: najpierw ponownie przyłożył Genge (rewelacyjna akcja filara po podaniu kolegi z tej samej pozycji: https://twitter.com/i/status/1568879518949019648), a w samej końcówce meczu zwycięstwo wydarli Bath z rąk Will Capon (przyłożenie) i AJ McGinthy (podwyższenie): Bristolczycy wygrali 31:29. Smutnym momentem była przepychanka po jednym z przyłożeń na koniec pierwszej połowy, w której wzięli udział rezerwowi Bath i jeden z nich obejrzał czerwoną kartkę (mający zadebiutować w nowej drużynie Niall Annett). Johann van Graan swoją przygodę z Bath zaczyna od porażki, jednak Bath pokazało, że można oczekiwać od tej drużyny więcej, niż w fatalnym poprzednim sezonie.

Wyjątkowego wyczynu dokonali rugbyści Gloucesteru. Grali na własnym stadionie przeciwko Wasps i do przerwy przegrywali 0:21 (a Wasps zdobyli jeszcze jedno przyłożenie, które jednak zostało unieważnione z powodu bloku). Gospodarze wydawali się być skazanymi na porażkę, ale zaraz na początku drugiej połowy zdobyli dwa przyłożenia (pierwsze z nich po rajdzie Lousia Reesa-Zammita przez niemal całą długość boiska: https://twitter.com/i/status/1568989754762620929). Na kwadrans przed końcem zdobyli karne przyłożenie, a aż dwóch graczy Wasps powędrowało na ławkę kar – korzystając z przewagi Gloucester zdobyło przyłożenie, które dało mu zwycięstwo 27:21.

Poza tym Newcastle Falcons przegrali z Harelquins 31:40 (aż 11 przyłożeń obu drużyn, jeszcze na pięć minut przed końcem Falcons prowadzili trzema punktami, ale zwycięstwo odebrały im przyłożenia Alexa Dombrandta i Joe’go Marchanta), London Irish rozgromili Worcester Warriors 45:14 (7 przyłożeń zwycięzców, w tym dwa Henry’ego Arundella; Warriors nie zagrali ani jednego przedsezonowego testu), a Sale Sharks pokonali 29:22 Northampton Saints.

Worcester Warriors zagrali, ale co dalej? Czterech parlamentarzystów z regionu zaapelowało o jak najszybsze wprowadzenie zarządu komisarycznego (to oznacza utratę punktów, ale w opinii wnioskodawców uratuje klub). Właściciele protestują i rozpaczliwie szukają rozwiązań. Zapewnili władze ligi, że domowy mecz za tydzień z Exeter Chiefs jest niezagrożony, ale w praktyce wygląda to inaczej. W weekend Steve Diamond zapowiedział, że nowy inwestor może podpisać umowę w najbliższych dniach.

Poz.DrużynaM.Pkt.
1. London Irish15
2. Bristol Bears15
3. Harlequins15
4. Sale Sharks15
5. Gloucester15
6. Exeter Chiefs14
7. Bath11
8. Leicester Tigers11
9. Wasps11
10. Northampton Saints11
11. Newcastle Falcons11
12. Worcester Warriors10
13. Saracens0

Ruszył też drugi poziom ligowy, Championship. W pierwszym meczu sezonu Cornish Pirates pokonali Richmond, ale najciekawiej zapowiadało się starcie dwóch najlepszych drużyn z poprzedniego roku: mistrzowie, Ealing Trailfinders, grali z wicemistrzami, Doncaster Knights. Po wyrównanej pierwszej połowie (8:7), w drugiej dominowali gospodarze i wyraźnie wygrali 29:10. Już po pierwszej kolejce na ostatnim miejscu tabeli są London Scottish (bolesna porażka z Nottingham).

Z kraju

Powołano Komisję Kobiecego Sportu Młodzieżowego przy PZR. Nie podano do wiadomości, co ta komisja będzie robić, natomiast na pewno praca nad przyciągnięciem do rugby dziewczynek jest niezwykle ważna. Ja mam jednak refleksję pozaboiskową: pięciu członków PZR zajmującej się kobietami i cała piątka to mężczyźni. Ale to zjawisko nie tylko lokalne: gdy popatrzymy na kobiece reprezentacje uczestniczące w Pucharze Świata w ten weekend, tam spośród szesnastu zaledwie jedna (Stanów Zjednoczonych) miała kobietę w roli głównego trenera.

Ze świata

Odbył się jeden kobiecy mecz międzynarodowy i doszło w nim do sporej niespodzianki. W piątek Francja, która przed tygodniem pokonała Włochy 21:0, przegrała z tym samym przeciwnikiem 19:26. Francuzki prowadziły 14:0, ale potem to one musiały walczyć o dojście do stanu remisowego 19:19. W końcówce Włoszki rozstrzygnęły mecz karnym przyłożeniem. To zimny prysznic na głowy Francuzek przed Pucharem Świata w Nowej Zelandii. W ten weekend grać miały jeszcze Szkotki z Hiszpankami, ale w związku z decyzją szkockiej federacji o odwołaniu wszelkich aktywności na terenie Szkocji w ten weekend, do tego meczu nie doszło.

Pierwszą kolejką fazy grupowej rozpoczęły się rozgrywki Rugby Europe Super Cup. W grupie zachodniej bez niespodzianek: ekipy iberyjskie pokonały na wyjazdach drużyny niderlandzkie. Iberians wygrali z Brussels Devils aż 61:3 (dziewięć przyłożeń zwycięzców), a Lusitanos poradzili sobie z holenderską Deltą. Tu jednak Holendrzy zaskoczyli swoją postawą – do przerwy przegrywali 0:14, ale podjęli pościg i przegrali tylko różnicą jednego przyłożenia z podwyższeniem (19:26). W grupie wschodniej mieliśmy derby Gruzji. Mistrzowie z pierwszego sezonu tego europejskiego turnieju, Black Lion, nie dali szans debiutującemu w rozgrywkach ubiegłorocznemu mistrzowi Gruzji, Batumi, i wygrali 29:3. Drugi beniaminek, z Bukaresztu (Romanian Wolves), nieznacznie przegrał z Tel-Aviv Heat 20:25 (w ekipie z Izraela w tym roku odrobinę więcej Izraelczyków, choć nadal zdecydowana mniejszość).

W nowozelandzkim NPC kiepsko wiedzie się wicemistrzom z poprzedniego sezonu – Tasman przed tą kolejką był poza miejscami premiowanymi awansem do play-off i w ostatnim tygodniu to się nie zmieniło. Tym razem został pokonany 25:19 przez Wellington. Wynik przyćmiła kontrowersja dotycząca przyłożenia dla Wellingtonu zdobytego przez Connora Gardena-Bachopa – skrzydłowy zrobił to pięknie, ale zanim jedną ręką przyłożył piłkę, drugą się podparł za boiskiem. Zapewne problem byłby nieco mniejszy, gdyby nie fakt, że tu była weryfikacja TMO i to podparcie było wyraźnie widoczne na powtórce, a mimo to przyłożenie zostało uznane. W innym szlagierowym spotkaniu obrońcy tytułu, Waikato, pokonali innego pretendenta do mistrzostwa (wyjątkowo wygłodniałego, bo rok temu z powodu covidu nie mógł nawet o nie walczyć), Auckland, 30:15. Trzeci raz na boisku w ekipie z Auckland zobaczyliśmy Rogera Tuivasę-Shecka i znów posmakował porażki. Dla Waikato natomiast to pierwsze zwycięstwo nad tym przeciwnikiem od pięciu lat. Cenną wygraną nad Northlandem odniosło Canterbury, które w swojej grupie ma już 10 punktów przewagi nad kolejnymi drużynami.

Bez niespodzianki w finale kobiecych mistrzostw prowincjonalnych Nowej Zelandii – Farah Palmer Cup. Piąty raz z rzędu po puchar sięgnęła ekipa Canterbury, która rozgromiła Auckland (ekipę seryjnie wygrywającą te rozgrywki w przeszłości) 41:14. Zadecydowała druga połowa, w której zwyciężczynie zdobyły 28 punktów.

W Australii finiszują kolejne stanowe ligi. W najciekawszej, Queensland Premier League, rozegrano mecz półfinałowy, w którym University of Queensland podtrzymał nadzieję na obronę tytułu mistrzowskiego, pokonując Brothers 36:22. Zwycięzcy zagrają w finale za tydzień z Wests. Mistrzów poznaliśmy w ten weekend w dwóch innych stanach. W terytorium stołecznym (ATS) w finale obrońcy tytułu mistrzowskiego Canberra Royals przegrali 16:29 z Queanbeyan Whites, którzy wygrali rozgrywki siódmy raz w swojej historii – czekali na ten tytuł od 2010. W Australii Zachodniej nieoczekiwane rozstrzygnięcie: mistrz z trzech poprzednich sezonów, Cottesloe nawet nie awansował do czołowej czwórki grającej w play-off. W finale Wests Scarborough pokonali University of Western Australia 43:35 i zdobyli tytuł mistrzowski po raz dwunasty (poprzedni raz sięgnęli po niego w 2017). A wcześniej, w końcu sierpnia, rozstrzygnięto rozgrywki w stanie Wiktoria. Po dwóch latach, w których nie wyłoniono mistrza, po tytuł sięgnęła ekipa Harlequins, która pokonała w decydującym o tytule meczu 38:21 Power House.

W gruzińskiej lidze Didi 10 cenę za ambicję występów w Rugby Europe Super Cup płaci obrońca tytułu mistrzowskiego, RK Batumi. Tydzień temu z trudem pokonał beniaminka, a w ten weekend przegrał 19:33 z drużyną, która rok temu broniła się barażu przed spadkiem, Kazbegi. Nie pomógł debiutujący w oficjalnym meczu Anton Szaszero, który wyszedł w podstawowym składzie i zdobył 14 punktów (dwa przyłożenia i dwa podwyższenia). Kazbegi natomiast ma już dwa zwycięstwa na swoim koncie i jest jedyną niepokonaną drużyną w stawce.

Wystartowała kolejna liga europejska – szwajcarska LNA. Mistrz kraju, Yverdon, zaczął sezon od wysokiego zwycięstwa nad Nyonem, 42:14.

Pierwszym graczem zaproszonym do składu Barbarians przez Scotta Robertsona i Ronana O’Garę na mecz przeciwko All Blacks XV jest Zach Mercer (po tym sezonie przejdzie z Montpellier do Gloucester).

Coraz bliżej kobiecych British & Irish Lions? Jak wynika z nieoficjalnych informacji, studium wykonalności wypadło dla przedsięwzięcia pozytywnie (na dodatek to świetny moment, biorąc pod uwagę ogromną popularność angielskich rugbystek – jednak popularność ta rozkwitła głównie w Anglii). Rozważane są już kierunki, w których „Lwice” mogłyby podążyć – jest wśród nich Francja. Jedyny problem polega na tym, na ile drużyna będzie reprezentatywna dla Wysp Brytyjskich – Angielki zdecydowanie dominują nad Szkotkami, Walijkami i Irlandkami.

Na niespełna tydzień przed startem nowego sezonu United Rugby Championship wciąż nie ma w Walii porozumienia między federacją i drużynami zawodowymi odnośnie poziomu finansowania. Różnice są spore, padają też pomysły pożyczek dla drużyn (które spłaciliby potem z podwyższonych dotacji – a zatem w praktyce dofinansowanie byłoby mniejsze). WRU dysponuje 51 mln funtów zapłaconymi przez CVC za udziały w 6 Nations, ale musi też pamiętać, że sprzedaż udziałów oznacza konieczność oddania inwestorowi części przychodów w przyszłości. Kłopot jest też w tym, na co pieniądze zostaną przeznaczone – federacja chciałaby, aby poszły one w inwestycje, które pozwolą ten spadek przychodów w przyszłości zrekompensować.

Walijska federacja dołączyła się do zakazu udziału kobiet transpłciowych w kobiecym rugby kontaktowym, jaki wcześniej wprowadzili na Wyspach Anglicy i Irlandczycy. Jednocześnie w Anglii jedna z takich zawodniczek rozpoczęła kroki prawne przeciwko RFU.

URC podpisało umowę sponsorską z Qatar Airways. Umowa ma ułatwić logistykę w ramach ligi, natomiast jej dyrektor wykonawczy Martin Anayi zasugerował, że drużyny mogłyby rozgrywać przedsezonowe mecze w Katarze. Podczas konferencji prasowej stwierdził, że zdaje sobie z problemów w tym kraju, ale uważa, że sport może przynieść dobrą zmianę w tym kraju. Cóż, mam wrażenie, że to mydlenie oczu, a chodzi tak naprawdę tylko o kasę (która, jak wiadomo, nie śmierdzi) – i nie tylko ja, chociażby Irish Times pisze o kupczeniu wartościami rugby. A przy okazji polecam piłkarskie wydawnictwo, „Kopalnię Gazetę” – w całości właśnie o Katarze, związkach piłki z polityką i korupcji w tym sporcie (tylko w fatalnym formacie).

Drużyna Południowej Afryki szykująca się do meczów z Argentyną w ramach The Rugby Championship została osłabiona: do domu odesłano Eltona Jantjiesa. Ponoć wynajął pokój w pensjonacie z dietetyczką drużyny. Na dodatek nie uregulował rachunku, a lokalna prasa sugeruje romans.

Były reprezentant Australii, legenda rugby, David Campese, w bardzo mocnych słowach skrytykował współczesne rugby międzynarodowe, a szczególnie sędziów. Zarzucił im, że chcą być najważniejsi na boisku i wraz z TMO rujnują sport. Rugby w jego opinii staje się farsą, liczba karnych rośnie, a młyny zabierając coraz więcej czasu.

RFU próbuje sobie radzić ze złym traktowaniem sędziów przez graczy, działaczy, ale także widzów. Wydało wytyczne (zarówno dla sędziów, jak i organów dyscyplinarnych) dotyczące lekceważenia autorytetu, obrażania, gróźb, kontaktu fizycznego i przemocy wobec sędziów, które można podsumować jako „zero tolerancji”. Przypomniało, że lekceważenie decyzji podrywające autorytet arbitra może skutkować czerwoną kartką, a sankcją za coś takiego może być zawieszenie nawet na rok, nie mówiąc o dalej idących przewinieniach (choć w praktyce panele dyscyplinarne są bardziej wstrzemięźliwe).

Rozpoczął się proces Bernarda Laporte’a, niedawno uznanego najbardziej wpływowym człowiekiem w świecie rugby. Wraz z Mohedem Altradem (właścicielem Montpellier i sponsorem francuskiego rugby – Altrad jest pierwszą firmą, jaka pojawiła się na koszulkach francuskiej drużyny narodowej), Claude’m Atcherem (niedawno zwolnionym z funkcji dyrektora Pucharu Świata 2023) czy Sergem Simonem (wiceprezesem francuskiej federacji) jest oskarżony o nadużywanie wpływów i korupcję (m.in. Laporte miał interweniować w celu obniżenia kary nałożonej na Montpellier za przekroczenie salary cap obowiązującego w lidze Top 14). Istnieją biznesowe powiązania pomiędzy Laporte’m i jego kolegami z federacji a Altradem: np. Laporte dostał 180 tys. euro za prawo do wykorzystania jego wizerunku poprzez udział w konferencjach organizowanych przez Altrada, a firma Atchera (Sports SV) wygrywała przetargi związane z kandydaturą Francji do organizacji Pucharu Świata, z czego jedna z usług nie została wykonana, a federacja i tak Atcherowi zapłaciła (w sumie szkoda federacji miała wynosić 80 tys. euro).

Z wieści transferowych:

  • 30-letni Virimi Vakatawa, wielokrotny reprezentant Francji w piętnastkach i siódemkach, gracz Racingu 92, niespodziewanie ogłosił natychmiastowe zakończenie kariery z przyczyn zdrowotnych,
  • były kapitan reprezentacji Argentyny, Pablo Matera, odchodzi z nowozelandzkich Crusaders i w przyszłym roku będzie grał w Japonii dla Honda Heat,
  • z drużyny Rugby New York, mistrzów MLR, odchodzi główny trener Marty Veale. Obecnie jest w sztabie trenerskim nowozelandzkiego Northlandu,
  • i wieść z nieco niższego poziomu, ale pewnie bardziej interesująca kibiców w kraju: jedna z czołowych drużyn w Hongkonku, Valley RFC (ostatni raz tytuł mistrzowski zdobyła w 2018), ogłosiła podpisanie kontraktu z Eldenem Schoemanem, w ostatnim sezonie graczem Arki Gdynia.

Polacy za granicą

Wiadomości o reprezentantach Polski grających na co dzień za granicą – jak zwykle sprzed tygodnia:

Anglia:

  • Ethan Sikorski (North Walsham, National 2 East): wszedł z ławki rezerwowych na boisko w 51. minucie w pierwszym meczu sezonu przeciwko Canterbury, przegranym 22:38. Zdobył przyłożenie po maulu w samej końcówce spotkania. Jego Vikings zaczynają sezon od 12. (trzeciego od końca) miejsca w tabeli;
  • Sam Stelmaszek (Sedgley Park, National 2 North): w pierwszym meczu w nowym klubie wyszedł w podstawowym składzie, a jego drużyna wygrała z Otley 38:15 i zaczyna sezon od trzeciego miejsca w lidze;
  • Ross Cooke (Tynedale): w podstawowym składzie drugiej drużyny klubowej, Raiders, która pokonała drugą drużynę Sheffield 22:12;
  • Eryk Łuczka (Hornets): z ławki rezerwowych w drugiej drużynie klubowej, która pokonała ekipę Tor aż 85:5 – Łuczka zdobył jedno z 13 przyłożeń swojej drużyny.

Francja:

  • Kamil Bobryk (Vienne): w składzie na przedsezonowy test z Servette Genewa, przegrany 31:44.

Szkocja:

  • Ronan Seydak (Heriot’s, Super6): cały mecz przeciwko Boroughmuir, przegrany 17:26. Heriot’s pozostaje na czwartym miejscu w lidze;
  • Zenon Szwagrzak (Selkirk, Premiership): w podstawowym składzie w meczu przeciwko Glasgow Hawks, wygranym 22:15 (mimo przegrywania w drugiej połowie 3:15). Selkirk awansowało w tabeli z piątego na czwarte miejsce;
  • Daniel Tomanek (Stirling County, National League Division 1): w podstawowym składzie w pierwszym meczu sezonu przeciwko Melrose, wygranym 20:7. Stirling County zaczyna sezon od drugiej lokaty w tabeli.

Zapowiedzi

Za tydzień wraca The Rugby Championship: pierwszy pojedynek z serii o Bledisloe Cup, czyli Australia – Nowa Zelandia, a do tego starcie Argentyny z Południową Afryką. W kobiecym międzynarodowym rugby Anglia rozegra kolejny test przed Pucharem Świata, tym razem z Walią.

W grze będą już wszystkie trzy największe ligi europejskie. We Francji w trzeciej kolejce Top 14 grają m.in. Bordeaux z Castres, Racing 92 z Lyonem, a ja liczę na emocje w meczu Brive z Montpellier. W drugiej kolejce Premiership derby Londynu Harlequins – Saracens. Startuje URC i tu na pierwszy ogień m.in. derby południowoafrykańskie (szlagierowe spotkanie Sharks – Stormers i Lions – Bulls), irlandzkie (Ulster – Connacht) oraz walijskie (Scarlets – Ospreys). Drugą kolejkę rozegrają w grupach drużyny uczestniczące w Rugby Europe Super Cup (m.in. zmierzą się beniaminkowie – Romanian Wolves z Batumi).

W kraju czwarta kolejka Ekstraligi – w najciekawszych parach Ogniwo zagra ze Skrą, a Orkan z Lechią. Mam nadzieję, że ciekawie będzie też w meczu Juvenii z Master Pharmem Rugby Łódź. Poza tym Posnania gra z Arką (szansa na pierwsze zwycięstwo dla jednej z tych drużyn), a Pogoń z Budowlanymi Lublin. Ponadto odbędzie się druga kolejka pierwszej ligi (a w niej rewanż za ubiegłosezonowy finał) i pierwszy turniej Polskiej Ligi Rugby 7.

4 komentarze do “Polki w dziesiątce najlepszych siódemek świata”

    • Ostatni protokół z obrad Zarządu PZR dostępny na stronie pzrugby.pl pochodzi sprzed półtora roku 🙂 Nieoficjalnie słyszałem dwie różne wersje, więc nie ma sensu rozpowszechniać, skoro jedna może być błędna…

      Odpowiedz
  1. Dzięki za dobrą lekturę!
    A z ciekawostek Niall Annett jest pierwszym graczem w historii Premiership, który dostał czerwoną kartkę nie mając na koncie nawet minuty gry dla swojego zespołu. Nie do pobicia w sumie:)

    Odpowiedz

Dodaj komentarz