Jak się dostać na Puchar Świata?

Jak się dostać na Puchar Świata w rugby union? Niezwykle trudno. Federacji zrzeszonych w World Rugby jest nieco ponad setka. W Pucharze Świata występuje ich obecnie dwadzieścia. Jedna piąta to niemało. Ale we wszystkich dziewięciu dotychczasowych edycjach rozgrywek zobaczyliśmy zaledwie 25 reprezentacji. Rotacja wręcz symboliczna.

Trudne reguły

Ta dwudziestka drużyn startujących co cztery lata w Pucharze Świata walczy nie tylko o medale i nieśmiertelną sławę. Stawka podzielona jest w pierwszej fazie na cztery grupy po pięć ekip. Dwie najlepsze reprezentacje z każdej grupy awansują do ćwierćfinałów i mają szanse na medale. Ale o trzecie miejsca też toczy się walka, bo każdy ćwierćfinalista i każda drużyna z trzeciego miejsca zyskuje dodatkowy bonus: gwarancję występu na kolejnej takiej imprezie. To oznacza, że kończąc jeden Puchar Świata (a właściwie – kończąc jego fazę grupową) znamy 60% uczestników kolejnego Pucharu – aż 12 z 20 miejsc na kolejnej imprezie jest zajęte, a dla chcących dostać się doń z zewnątrz pozostaje tylko osiem wolnych miejsc.

Reguła awansu aż dwunastu ekip na podstawie wyników z poprzedniego Pucharu została wprowadzona przed zawodami z 2007. Wcześniej podobna zasada też działała, ale wyniki z poprzedniej imprezy promowały mniejszą liczbę drużyn. Najbliżej 60% było w 1995, gdy 9 z 16 miejsc miało automatycznych kwalifikantów – do ośmiu ekip z ćwierćfinałów poprzedniego Pucharu dołączył debiutujący w mistrzostwach gospodarz Południowa Afryka. Najciekawiej było przed Pucharem rozgrywanym w 1999, gdy tylko trzy ekipy uzyskały wywalczyły awans na imprezie z 1995, do tego doszedł gospodarz (w sumie: tylko 20% składu), a pozostałych 16 miejsc zostało wypełnionych w drodze kwalifikacji.

Format kwalifikacji do Pucharu Świata we Francji szczególnie boli. Boli, bo znowu to jest walka tylko o osiem miejsc, ale boli szczególnie, bo walczyć o nie będzie wyjątkowo niewielka grupa reprezentacji. W Europie o dwa miejsca (i trzecie w barażu) zagra siedem ekip. W Azji o jedno miejsce w barażu z drużyną Oceanii – trzy. Format rozgrywek w Ameryce jest nieznany, ale udział weźmie prawdopodobnie tylko sześć ekip (walcząc o dwa miejsca w turnieju i trzecie w barażu). Nie wiemy, ile będzie drużyn w Oceanii (liczba ekip w Oceania Cup bywa zmienna), ale to też tylko kilka. Najwięcej w Afryce – jeśli w 2022 obecny format Africa Cup zostanie zachowany, szansę będzie miało szesnaście drużyn. W sumie na całym świecie daje to około czterdziestu reprezentacji. Żałośnie mało, jeśli porównamy z innymi dyscyplinami sportu (i nie chodzi tu wyłącznie o piłkę nożną). Mało też w porównaniu z poprzednimi imprezami. Oczywiście, w pewnym stopniu tłumaczeniem jest pandemia, która skróciła cykl kwalifikacyjny o co najmniej rok (dotąd eliminacje zaczynały się trzy lata przed imprezą). Jednak wydaje się, że można było znaleźć rozwiązanie tego problemu zupełnie inne, niż radykalne obcinanie liczby uczestników.

Bolesne statystyki

Patrząc na trzy ostatnie imprezy oraz najbliższą we Francji – czyli te edycje, na które dzięki wynikom z poprzedniej edycji awansowało po 12 drużyn – w składzie tej dwunastki zmiany zachodzą symboliczne. 10 zespołów gwarantuje sobie udział za każdym razem. Rotacja dotyczy tylko dwóch miejsc: aktualnie zajęły je Japonia (drugi raz z rzędu) i Fidżi.

Ale nawet patrząc na drużyny, które do awansu na Puchar Świata potrzebują przebrnięcia kwalifikacji, rotacja także wygląda słabiutko. Od początku istnienia imprezy tylko raz zdarzyło się, że w kolejnej imprezie zabrakło więcej niż jednej drużyny uczestniczącej w poprzedniej: w 1995, gdy nie zakwalifikowały się Fidżi, Stany Zjednoczone i Zimbabwe, a ich miejsce zajęły zaproszona Południowa Afryka oraz Wybrzeże Kości Słoniowej i Tonga. Poza tym w każdym kolejnym Pucharze Świata występował komplet drużyn z poprzedniego z wyjątkiem jednej ekipy: w 1991 zabrakło Tonga, w 1999 Wybrzeża Kości Słoniowej, w 2003 Hiszpanii, w 2007 Urugwaju, w 2011 Portugalii, w 2015 Rosji, a w 2019 Rumunii.

We wszystkich jedenastu edycjach imprezy wzięło udział zaledwie 25 reprezentacji. Pięć z nich pojawiło się tam raz czy dwa. Pozostałych 20 to właściwie stali goście. Licząc od 1999 (czyli powiększenia liczby uczestników do 20) aż 17 zespołów pojawia się regularnie co 4 lata, a trzy kolejne zaliczyły pojedyncze wpadki (Gruzja i Rumunia po jednej, Urugwaj dwie). Tylko w te „wpadki” były w stanie wpasować się drużyny spoza tej dwudziestki.

I patrząc na układ sił na świecie trudno się spodziewać, abyśmy doszło do istotnej zmiany układu sił. Sporo przemawia za tym, że trudno będzie Rumunom w kwalifikacjach europejskich (tu faworytem do drugiego miejsca za plecami Gruzji wydaje się Hiszpania), o niespodziankę mogą starać się Chilijczycy, którzy ostatnio świetnie się prezentowali (ale oni walczyć będą raczej o baraż niż bezpośredni awans). Trudno też z góry przewidywać wynik barażu na zakończenie kwalifikacji. Ale poza tym nie grożą nam niespodzianki. Ba, gdyby nawet zorganizować kwalifikacje z prawdziwego zdarzenia, zakładające konieczność walki o awans dla wszystkich poza gospodarzem, zapewne nic by to w składzie imprezy nie zmieniło. Drużyny, które zajęły trzy czołowe miejsca w grupach na pewno poradziłyby sobie.

Dlaczego tak się dzieje?

Dlaczego tak się dzieje? Cóż, wiadomo, rugby to gra niezwykle wymagająca i zmiana poziomu drużyny wymaga zmiany poziomu całej piętnastki. To łatwe nie jest. Ale stało się jeszcze trudniejsze od momentu, gdy w rugby zagościł profesjonalizm. Symboliczna data to 1995, ale pieniądze w rugby były od zawsze. Nawet po rozłamie z 1895 (gdy poszło przecież nie o płacenie za grę, ale o zwrot kosztów), gdy władze rugby union tak bardzo podkreślały konieczność zachowania amatorstwa, niemal natychmiast musiały zacząć przymykać oko na to, co działo się w Walii – inaczej Walijczycy przyłączyliby się do rozłamowców z Northern Rugby Football Union. Ale prawdziwe i powszechne pieniądze to czasy właśnie pierwszych pucharów świata. Pieniądze były od zawsze, ale odkąd pojawiło się niepisane przyzwolenie, a potem oficjalna zgoda, szanse na prawdziwy sukces zachowali tylko ci, którzy mogli poświęcić się rugby w całości.

I choć mówimy o tym, że Puchar Świata w rugby jest trzecią pod względem popularności imprezą sportową na świecie, to rugby jako sportowi do tego trzeciego miejsca chyba trochę brakuje. I nakłada się na to sporo czynników. Brak zainteresowania rugbowej elity resztą świata – Anglicy chętniej zagrają z południowoafrykańską prowincją niż z Hiszpanią czy Portugalią. Niedopuszczanie tej reszty świata do jakichkolwiek decyzji (do dziś trudno mówić o demokracji w WR, a otwarcie na większą liczbę nowych członków nastąpiło dopiero w latach 80. i postępuje powoli). Ale najważniejsza z tych przyczyn to ograniczona liczba pieniędzy w tym sporcie – pojawiły się tu bardzo późno i to w nielicznych jego zakątkach. Zresztą, zawodowców w tym sporcie też nie jest wielu. Lig zawodowych jest w tym świecie jak na lekarstwo, choć powoli ich przybywa (MLR, SLAR, rozwija się liga rosyjska – w odwrotnym kierunku podąża rozpadająca się powoli liga rumuńska). Amatorów i zawodowców (jako grupy) różnicują nie tylko pieniądze, ale i poziom sportowy. I sukces w sporcie może zapewnić tylko napływ pieniędzy, które pozwoliłyby skupić się na sporcie. Jeśli po pieniądze gracze muszą wyjeżdżać za granicę – cóż, większość z nich podniesie poziom sportowy nowej ojczyzny, a nie starej. Australia, Nowa Zelandia, Anglia, Szkocja – wszystkie te reprezentacje pełnymi garściami czerpią z zawodników przybywających do tych krajów za chlebem. W ślad za nimi idą kolejne federacje – sporo korzystali z łagodnych zasad naturalizacji Japończycy, przez chwilę wydawało się, że ich tropem podążą Niemcy (tam jednak pieniędzy brakło). Choć akurat w tych ostatnich nacjach nie chodzi o graczy z krajów bez profesjonalnych lig, ale o zawodników z rugbowych mateczników, którzy nie mają szans na występy w swoich kadrach.

Wielka przygoda

Czy to wszystko oznacza, że bez pieniędzy nie ma sensu w ogóle walczyć o udział w Pucharze Świata? Nie ma sensu marzyć? Że bez ściągania zawodników z Oceanii ani rusz? Nie. Oczywiście, bez pieniędzy szanse na awans są mizerne. Ale w sporcie zawsze chodzi o walkę. I niekiedy nawet bez wielkich pieniędzy zdarzają się piękne sportowe przygody. Niedawno pisałem tu o reprezentacji Litwy: nasi sąsiedzi grali na piątym poziomie europejskim (a właściwie szóstym, bo przecież wliczyć trzeba Puchar Sześciu Narodów). A mimo to w 2010 znaleźli się o dwa kroki od awansu i choć szanse na ich przekroczenie były mizerne, to przygoda, jaką przeżyli pokonując wcześniejsze bariery, na pewno pozostała w pamięci ich kibiców. Tak, i chodziło tu o reprezentację z rugbowego zaścianka. Inny przykład to mecze całkowitych rugbowych kopciuszków zaczynających kwalifikacje – już tradycyjnie pierwszy ich mecz, niezależnie od tego jaki poziom prezentują przeciwnicy, sędziuje ten sam arbiter, który prowadził finał poprzednich mistrzostw świata. W 2012 Meksykowi i Jamajce sędziował Craig Joubert, a w 2016 Jamajce oraz Saint Vincent i Grenadynom – Nigel Owens. Czy to nie fantastyczny moment dla tych reprezentacji?

Popatrzmy na kwalifikacje do Pucharu Świata z 1999: o awans musiały walczyć takie potęgi jak Anglia, Australia, Szkocja czy Irlandia. Owszem, kwalifikacje było wielopoziomowe i te wielkie marki wystąpiły tylko na ostatnim ich etapie, walcząc z najlepszymi z dotychczasowych rozgrywek. Ale to była jedna z naprawdę niewielu szans, by reprezentacje takie jak Hiszpania, Portugalia, Gruzja i nawet Holandia stanęły naprzeciw tak renomowanych przeciwników w meczach o prawdziwą stawkę. Jasne, Holandia przegrała z Anglią 0:110, Gruzja z Irlandią 0:70, a Portugalia ze Szkocją 11:85. Ale to były pierwsze mecze tych ekip z takimi przeciwnikami (niekiedy jedyne). Przyciągnęły znacznie większą niż zwykle uwagę lokalnych mediów. Dziś faworyci też wygraliby bez problemu. Ale zainteresowanie mediów u maluczkich byłoby jeszcze większe, a przede wszystkim dostaliby szansę na grę z najlepszymi.

Kwalifikacje są przygodą, a jednocześnie grą o największą stawkę w świecie rugby. W świecie, który zapatrzony jest w wielkie trofea (i wielkie gwiazdy, które po nie sięgają), udział w tym wielkim wyścigu, na którego końcu pozostają najlepsi, zawsze jest nobilitacją. I okazją, aby zaistnieć w lokalnym światku, aby zostać opisanym w mediach, aby zdobyć sponsorów, aby w sporcie pojawiały się odrobinę większe pieniądze. Przeciwnik z wyższej półki (a najlepiej – z tej najwyższej) to okazja najlepsza. I tak krok po kroku. Kolejny mecz, kolejny sponsor, a może dzięki uzyskanym w ten sposób pieniądzom, wpompowanym na początek w szkolenie młodzieży, promocję i organizację coraz bardziej profesjonalnych rozgrywek – sportowy poziom mógłby się podnosić. A każdy ewentualny sukces na tej drodze jeszcze bardziej taką machinę napędza. Oczywiście, sport jaki jest każdy widzi: na każdego wygrywającego przypada co najmniej jeden przegrywający. Ale gwarancji sukcesu nie ma nigdzie, a my jednak ten sport uprawiamy i chcemy wygrywać.

My

I w takiej sytuacji jest właśnie Polska. Nie ma co liczyć na to, że stanie się cud i ktoś nas kasą obsypie (zresztą, takie eksperymenty czasami smutno się kończą, czego najlepszym przypadek romans Wilda z Niemcami). Nie dostaliśmy nawet teoretycznej szansy na dostanie się na Puchar Świata we Francji. Trzecia liga europejska, w której gramy na co dzień, szerszego zainteresowania mediów nie przyciągnie.

Mimo to, coś się dzieje i to właśnie tam, gdzie powinno. Owszem, powoli, ale kierunek właściwy. Zwiększa się zainteresowanie mediów, kluby pracują nie tylko nad tym, żeby wysłać ekstraligową drużynę na kolejny mecz, ale także żeby pojawić się w mediach, przyciągnąć kibiców i szkolić młodzież. Która zresztą osiąga sukcesy – wszak nasze młodzieżówki w 2020 miały grać na imprezach rangi mistrzowskiej. Krok po kroku do celu się zbliżamy.

Byłoby jednak nam odrobinę łatwiej, gdyby gdzieś tego Graala było widać na horyzoncie – gdybyśmy grali mecze, o których można napisać, że są rywalizacją o Puchar Świata, co nam w tym roku odebrano. Byłoby nam też łatwiej, gdybyśmy grali częściej. Nie ograniczali się do REC, ale spróbowali zagrać od czasu do czasu z kimś spoza tego grona. Może jakimś drugoligowym klubem angielskim, może reprezentacją z REC, która chciałaby przetestować zmienników. Po to, aby zagrać z lepszymi i czegoś od nich się nauczyć. I może sami też moglibyśmy zrobić to samo dla drużyn, które są o poziom niżej.

Ot, takie marzenia.

2 komentarze do wpisu „Jak się dostać na Puchar Świata?”

  1. Znakomity tekst!!!
    Kwintesencja tego co było poruszane od kilku miesięcy w komentarzach na tym blogu. Teraz trzeba to przetłumaczyć i wysłać do WR;) Niech się wstydzą;)

    Odpowiedz
    • Albo opublikować na jakimś znanym angielskim portalu rugbowym. Nawet w formie komentarza lub wysłać normalnie, może przedrukują:)

      Odpowiedz

Dodaj komentarz