Rugby w rozkroku

20-minutowa czerwona kartka. Reguła 22/50 i 50/22. Złoty punkt i złote przyłożenie. Drop-out z linii bramkowej. Captain’s challenge. To część przepisów testowanych w rozgrywkach rugby w różnych zakątkach naszego globu. Ich pomysłodawcy chcą jednego: przyśpieszyć, uatrakcyjnić grę. Ale czy przy okazji nie dzieje się coś niedobrego?

Ewolucja i zamęt

Rugby jest żywym organizmem. Cały czas ewoluującym. Rozbieżności w przepisach zdarzają się tu nie od dziś. Już w XIX w. w meczach międzynarodowych między Anglikami i Szkotami wybuchały wielkie spory: w 1871 H.H. Almond spór o prawidłowość przyłożenia rozstrzygnął na korzyść drużyny, która mniej krzyczała, ale podobna historia, która zdarzyła się kilkanaście lat później, doprowadziła do pierwszego rozłamu w rugby: to wówczas powstała International Rugby Football Board (czyli dzisiejsze World Rugby), bez udziału Anglików. Rozłam skończył się po paru latach, ale różne wyjątki od przepisów wciąż się pojawiały. W ostatnich czasach sporo nowych rozwiązań testowano w różnych rozgrywkach. Zwykle pojawiały się w ligach o mniejszym znaczeniu, ale na tyle dobrze zorganizowanych, aby dało się z nich wyciągnąć materiał analityczny pozwalający ocenić konsekwencje zmian.

Mam wrażenie, że w ciągu ostatniego roku zjawisko to zyskało o wiele większą skalę, wciąż słyszymy o daleko idących „testowych” nowinkach w każdym kącie świata, i to w ligach o dużym znaczeniu. Rok temu spore nowinki zaprowadzili Australijczycy i Nowozelandczycy w Super Rugby AU i Super Rugby Aotearoa. W tym roku liczbę nowinek zwiększyli, a w ślad za nimi poszła amerykańska Major League Rugby i turniej Rainbow Cup stanowiący przedłużenie sezonu jednej z czołowych europejskich lig Pro14. I choć niektóre motywy się powtarzają, to tak naprawdę w każdym kącie świata wygląda to trochę inaczej. Ba, sam zastanawiam się, co będzie z tegorocznym Super Rugby Trans-Tasman, które zaczyna się za kilka tygodni: przyjmą tam wariant australijski, nowozelandzki, jakąś ich kombinację czy może (co zresztą pewnie najmniej prawdopodobne) ze zmian zrezygnują? Dogrywki będą rozstrzygać „złote punkty” czy „złote przyłożenia”?

Gdy próbujemy odpowiedzieć na pytanie, dlaczego rugby przegrało z piłką nożną wyścig o rząd sportowych dusz na świecie, wyjaśnień znajdziemy sporo. Przyczyn jest wiele i nakładają się na siebie, choć w mojej opinii najbardziej przyczyniło się to, że w piłce, aby rozegrać podwórkowy mecz, wystarczy dwóch dzieciaków i napompowany kawałek skóry czy cokolwiek innego, co da się kopać. Rugby wymaga więcej organizacji, więcej dzieciaków, więcej przygotowania. I więcej znajomości przepisów. Te są w rugby bardziej skomplikowane w niż w piłce nożnej. A co robią wskazani wyżej organizatorzy rozgrywek i zgadzające się na „testowanie zmian” World Rugby? Komplikują je jeszcze bardziej. Dziś kibic oglądając rozgrywki i przełączając się w sobotni ranek z Super Rugby Aotearoa na Super Rugby AU, trafia z jednego świata w inny. Owszem, różnice nie są fundamentalne – to nadal 30 facetów, piłkę podaje się tylko do tyłu, a przyłożenie jest warte 5 punktów (choć może to nie najlepszy przykład, bo i w Global Rapid Rugby próbowano to zmienić, i próbuje się to zmienić w Major League Rugby). Ale przy tak skomplikowanych zasadach gry, każdy niuans ma znaczenie. Ba, niekiedy mam wrażenie, że nawet komentatorzy mają z tym problem.

Czerwona kartka

Niektóre z tych zmian wydają się mieć sens. Być może niedługo zobaczymy je w każdym zakątku rugbowego świata i przyzwyczaimy się do nich, tak jak przyzwyczailiśmy się do wszystkich poprzednich. Ale jedna z nich świadczy o tym, że światowe rugby chyba samo nie wie, w którą stronę się obrócić. Na dodatek to jedyna zmiana identyczna w tych wszystkich czterech rozgrywkach wskazanych powyżej. Dotyczy efektów czerwonych kartek: zamiast skutkować osłabieniem drużyny do końca meczu, w tych ligach po 20 minutach trener może wpuścić na boisko świeżego gracza, aby zajął miejsce wyrzuconego z boiska.

Inicjatorzy tej zmiany uzasadniają ją przede wszystkim wpływem czerwonych kartek na obraz gry. Niewątpliwie, mają rację – jeśli czerwona kartka zostanie pokazana na początku meczu, drużyna pokarana w ten sposób drastycznie traci szanse na zwycięstwo. Taki kartonik w bardzo wielu przypadkach decyduje o rezultacie. Bo rugby to taki sport, w którym brak jednego zawodnika na boisku można niwelować, gdy ma się siły, a przeciwnik nie odstaje nadmiernie poziomem, ale im dłużej gra w osłabieniu trwa, im tych sił zostaje mniej, tym bardziej ta różnica w liczebności jest widoczna. I stąd pomysł, aby drużyna po 20 minutach z powrotem mogła grać w składzie 15-osobowym.

Ale spójrzmy na inny „gorący” obecnie temat: problem niezwykle bolesnych skutków wielokrotnych urazów głowy, jakich zawodnicy doznają podczas meczu. Wpędzają one byłych (a nawet aktualnych) graczy rugby w encefalopatię urazową. Owszem, wielu takich zdarzeń uniknąć się nie da, bo wynikają z naturalnej dynamiki gry. Ale część można wyeliminować i jednym z kroków w tym kierunku poczynionym przez World Rugby jest rygorystyczne karanie ataków na głowę przeciwnika. I wydaje się, że ta czerwona kartka jest jedyną sankcją, jaka w tym momencie może realnie wpłynąć na zachowanie zawodników na boisku. Tylko ryzyko jej otrzymania, zawieszenia na kilka tygodni i co najważniejsze – osłabienia swojej drużyny w sposób, który może doprowadzić do porażki – może zmobilizować zawodników do tego, aby grać bezpieczniej. Wiele się o tym mówi, w ostatnich czasach czerwonych kartek mocno przybyło (a głównym „winnym” tego zjawiska są właśnie takie sytuacje) i pewnie to nie zmieni się, dopóki do gry nie wejdzie młodsze pokolenie nauczone nieco inaczej szarżować. Zwłaszcza tam, gdzie sędziowie mają do dyspozycji TMO, bo oku kamery takie zdarzenie zazwyczaj nie ujdzie (i TMO w coraz większym stopniu zajmuje się właśnie takimi zdarzeniami).

Tymczasem pojawia się zasada, że jednak po 20 minutach można na boisko kogoś wstawić. Można wysłać zastępstwo, uzupełnić skład. A zatem ten jeden z najważniejszych czynników odstraszających zawodników od gry na pograniczu ryzyka nagle okazuje się czynnikiem zmarginalizowanym. Może więc warto grać na krawędzi? Chyba nie w tę stronę rugby powinno podążać.

Kapitan i sędzia

Inna ze zmian (tym razem tylko w Nowej Zelandii i Rainbow Cup) to tzw. captain’s challenge. Czyli TMO na życzenie kapitana drużyny. Przez większość meczu – tylko w określonych sytuacjach, np. jeśli zdaniem kapitana przyłożenie zdobyto z naruszeniem przepisów. W kluczowych momentach – praktycznie w każdym zakresie. Jak to działa w praktyce? W niedawnym meczu Chiefs przeciwko Crusaders, tuż przed upływem 80 minut kapitan gości Scott Barrett postanowił wykorzystać swoją szansę. Jego drużyna minimalnie przegrywała, przeciwnik odzyskał piłkę. Tuż pod nosem sędziego. Nieważne, że trudno było do czegokolwiek się przyczepić – captain’s challenge dawało jeszcze jakąś niewielką szansę na odzyskanie piłki. Nic nie wykazało. Dwie minuty niepotrzebnego TMO zabiły atmosferę meczu w kluczowym momencie.

Barrett po tym meczu został skrytykowany za postępowanie niezgodne z duchem gry. Ale on też skrytykował przepis, który dał mu taką możliwość: zasady gry w rugby są wystarczająco skomplikowane, a zadanie sędziego na boisku wystarczająco trudne. Musi sobie radzić z 30 facetami nabuzowanymi do granic możliwości, którzy sami czasami mają problem z tym, co wolno, a czego nie wolno. Musi mieć autorytet, niekwestionowany, absolutny. Decyzje, które podejmuje, często nie są zerojedynkowe – sporo mamy na boisku sytuacji, których ocena jest niejednoznaczna. Captain’s challenge tylko tę rolę na boisku utrudnia. Spowoduje, że takie właśnie nie do końca jednoznaczne sytuacje będą źródłem sporów, frustracji i złości na sędziego. I kto wie, do czego to doprowadzi.

Co zmienić?

Nie, nie jestem przeciwnikiem wszystkich wprowadzanych zmian. Ba, uważam, że niektóre powinny iść dalej. Nakazujemy przyspieszenie gry w ruckach, a może w ogóle warto zastanowić się na tym, by zrezygnować z komendy use it w ich przypadku i wprowadzić obowiązek zagrania piłki po pięciu sekundach od momentu, gdy tylko stanie się widoczna. Niech skończy się budowanie dżdżownic. Gdy skracamy czas na wykonanie podwyższenia czy kopu z rzutu karnego, może warto zastanowić się (tak, wiem, to byłaby rewolucja, dziś nierealna) nad ograniczeniem kopów z podstawek i celebracji, która im towarzyszy. To, że da się kopnąć na bramkę z dropa, udowadniają siódemkowicze, a w ostatniej kolejce Super Rugby także Ben Donaldson z Waratahs.

Ale nie podkopujmy z jednej strony tego, co budujemy z innej. Nie mówmy, że dbamy o bezpieczeństwo zawodników, robiąc jednocześnie coś odwrotnego. I nie odbierajmy rugby tego, co tę grę wyróżnia (cóż, jednym z elementów, który miał spory wpływ na przyciągnięcie akurat mnie do rugby, był stosunek graczy do sędziego).

10 komentarzy do wpisu „Rugby w rozkroku”

  1. Dzięki za artykuł i ciekawe wprowadzenie.
    Proszę pamiętać o tym, że nad zmianami przepisów pracują specjalne grupy eksperckie, uwzględniające szereg różnych stron – bo to ludzie, którzy patrzą na to jakie nieoczywiste zmiany mogą się pojawić w grze w wyniku korekty przepisu. Tutaj świetnym przykładem jest to, co piszesz o kopie na bramkę z karnego. Kop z podstawki (oraz jego wartość – 3 punkty, w porównaniu np. do Rugby League gdzie to tylko 2) pozwala ekipom z wybitnym kopaczem karać rywali nawet za przewinienia popełnione na połowie rywala – to się przekłada na spadek ilości karnych, a im mniej karnych, tym bardziej płynna gra i…o to jest ta korzyść, która jest istotna dla twórców przepisów.
    Co do „czelendży” to sama idea nie jest zła, zwłaszcza jeśli się ją ograniczy do punktu 1 tego zapisu czyli gry faul i akcji punktowych (wyobraź sobie, gdyby taką opcję mieli All Blacks w meczu z Francją w 2007…) i to w czasach TMO wg mnie się obroni, natomiast absurdalny jest drugi zapis umożliwiający kontrolę KAŻDEJ decyzji w ostatnich 5 minutach, a to właśnie o takie zachowanie Scotta Barretta chodziło.
    Zgadzam się też z koniecznością walki „gąsienicami”, też nie mogę na to patrzeć – tutaj myślałem o tym, jak to rozwiązać – bo np. można byłoby zakazać ekipie z piłką dołączania do formacji po komendzie „use it”, ale…to by dawało dużą przewagę ekipie w obronie, która często właśnie po niej zaczyna (lub wzmacnia) walkę o piłkę, wiedząc że rywale są pod presją czasu. A przepis trzeba zrobić sensowny i jasny dla wszystkich uczestników (zawodników, kibiców i sędziów).
    Podoba mi się też eksperymentalny przepis o wykopie z lini bramkowej, wzięty rodem z 13-tek oraz o tym, że po złym kopie z rozpoczęcia nie można wybrać młyna – to wg mnie krok w dobrą stronę, wpływający na płynność gry, zmniejszenie liczby kontuzji i…ilości karnych.
    Na koniec czerwona kartka – pełna zgoda, to musi być wykluczenie definitywne, bo inaczej czerwona kartka na początku meczu będzie miała niewiele większy ciężar gatunkowy niż żółta.
    Warto też się odnieść do tego, co piszesz o „nowym pokoleniu” w kwestii wysokiej szarży – aby tak było, trzeba to też zgrać przepisami dla konkretnych grup wiekowych. Swego czasu we Francji w zawodach chyba do U-15 (ale nie dam sobie za to obciąć ręki, że akurat w tej) karana była szarża już powyżej linii bioder, bo właśnie celem było ograniczenie wysokich ataków – nie wiem, jak to się rozwinęło, ale to chyba jedyna sensowna droga.
    Pozdrawiam serdecznie i dziękuję za dobrą lekturę.

    Odpowiedz
    • Przede wszystkim wielkie dzięki za cenny komentarz.

      Gdy chodzi o ograniczenie kopów – zdaję sobie, że kij ma dwa końce. Ale ograniczenie kopów z podstawki wyobrażam sobie na przykład poprzez zróżnicowanie liczby punktów nie od ich okoliczności, ale od sposobu wykonania (2 pkt za kop z podstawki, 3 pkt za kop z dropa). A minimum spore skrócenie czasu, bo celebracja tego wydarzenia, zwłaszcza, gdy drużyna prowadzi, a czas dobiega końca, jest irytujące (gdzieś to teraz „testują”, bodaj w MLR)…

      Odnośnie weryfikacji decyzji sędziego na życzenie mam obawy, że to pójdzie w złą drogę. W końcu dojdzie do tego, że każda akcja skończona przyłożeniem, nieco bardziej płynna będzie kwestionowana (w granicach liczby dostępnych challenge’ów), aby doszukać się aptekarskiego przodu. Gdzieś czytałem opinię, że ta weryfikacja to krok dobry, bo zwykle udowadnia kibicom, że sędziowie jednak się nie mylą (co pokazał krykiet i coś tam jeszcze). Ale w rugby granice między białym a czarnym są często płynne i zdarza się, że te same sytuacje można ocenić na dwa różne sposoby. I to może potęgować frustrację, bo każdy na TMO zobaczy swoją rację. W ostatnim meczu Ulster – Connacht goście odzyskali piłkę w ostatniej minucie wykorzystując challenge, ale zaczęło się od wrzaśnięcia na sędziego, że podjął złą decyzję. I choć sędzia naprostował zawodnika, to ja obawiam się, że challenge będzie prowadził do takich zachowań. Ale moja opinia na pewno jest mniej warta od opinii sędziego 🙂

      W ruckach pomysłem jest też (i to chyba szeroko omawianym) ograniczenie liczby zawodników, którzy mogą w nich uczestniczyć. Do kopów z linii bramkowej też nie mam wielkich zastrzeżeń, choć przy bezpośrednim aucie nie powinny odsuwać gry dalej niż na piąty metr.

      Oprócz czerwonej kartki najbardziej boli mnie skala tych zmian i ich wielki wypływ w najsilniejszych ligach. Zrobił się zamęt. Rozumiem testowanie pojedynczych zmian w pojedynczych ligach, ale teraz nie mamy do czynienia z „testowaniem”, ale właśnie z parciem do wątpliwego uatrakcyjnienia gry pod przykrywką „testowania” (ja naprawdę nie mam nic do remisów i uważam, że dogrywki nie są specjalnie potrzebne). A do tego najbardziej popularna jest najgorsza z tych wszystkich nowinek.

      Ps. We Francji obniżenie szarż zdaje się wprowadzili także u seniorów, w rozgrywkach amatorskich (https://www.world.rugby/news/550965). Nie wiem, jednak, jak to się skończyło.

      Odpowiedz
      • Co do kopów z podstawki – to tutaj można byłoby rozwiązać to tak, że np. w ostatnich 10 (20 etc.) minutach czas na kop nie jest liczony do czasu gry – to, co prawda, problem dla sędziów, gdy nie mają dodatkowych osób które w tym by mogły pomóc. Natomiast skrócenie do 60 sekund czasu na podwyższenie (czyli tyle ile na karny) wydaje się być ok. Słyszałem, że były propozycje aby zrezygnować z podwyższeń dla przyłożeń „między słupami” – choć tutaj akurat nie mam do końca zdania, bo jednak nie raz widziałem jak ktoś chybił i z takiej pozycji – tragizm (piękno) sportu.
        Weryfikacja – jeśli jest 1 na mecz i dotyczy konkretnego zagrania faul lub konkretnego błędu przy akcji zakończonej przyłożeniem, to chyba będzie sensowne i raczej nie będzie prowadziło do nadużyć. Dodam, że w takich sytuacjach sędziowie sami chętnie z TMO korzystają. Tu mówimy o czymś naprawdę wyjątkowym np. bloku we wczesnej fazie akcji etc. (tak chyba w jednym z tegorocznych meczów w NZ), czego nie wyłapali sędziowie.
        Co do ilości graczy w rucku – nie chciałbym tego musieć liczyć, zwłaszcza jak by ekipy miały koszulki w jednym kolorze:) to wg mnie miałoby za duży wpływ na taktykę poszczególnych ekip i szło by mocno w kierunku Rugby League – zatem byłbym na „nie”.
        Dogrywki – to wg mnie urozmaicenie do meczów play-off, wg mnie w normalnym sezonie doprowadzi do zwiększenia ilości kontuzji i tu pełna zgoda.
        I tak tylko podpytam, bo nie do końca zrozumiałem to zdanie „A do tego najbardziej popularna jest najgorsza z tych wszystkich nowinek.” Którą miałeś na myśli?
        Pozdrawiam

        Odpowiedz
        • Najgorsza to 20-minutowa czerwona kartka. Jest w Super Rugby Aotearoa, Super Rugby AU, Major League Rugby i Rainbow Cup…

          7 punktów za przyłożenie między słupami „testują” w MLR. Kiepski pomysł, dodatkowo komplikujący zasady i punktację.
          Chętne korzystanie przez sędziów z TMO to argument raczej przeciwko challenge’om – wszak gdy mają wątpliwości, robią to. Inna sprawa, że być może niekiedy na skorzystanie z TMO mogą mieć wpływ jakieś pretensje jednej z drużyn, ale obawiam się że challenge tego nie zmieni (a jeśli zmieni, to będzie to zmiana na gorsze, bo sędzia będzie czekał, czy ktoś ma pretensje, czy nie).
          Ilość graczy w rucku – no tak, trąci league. Ale ja wolałbym regułę pięciu sekund bez „use it”. Kłopot tylko w liczeniu 🙂

          Odpowiedz
  2. Fantastyczny tekst!!!

    Wielka szkoda że twórcy tych „wspaniałych” pomysłów tego nie przeczytają. Oczywiście nie jest to choroba tylko rugby. W każdej drużynowej dyscyplinie sportu znajdziemy różne przepisy w różnych miejscach świata. W piłce nożnej w zależności od rozgrywek raz mamy dogrywkę po 90 minutach, innym razem od razu rzuty karne. Raz jest VAR raz go nie ma, itd. To wg mnie jest złe. Powinno się ujednolicić przepisy.

    Mnie też czasem wkurzają dłużyzny w grze. Te wszystkie celebracje zgodne z przepisami, ale jednak niezgodne z duchem gry. Drop niezłe rozwiązanie ale wystarczyłoby zatrzymać czas zaraz po przyłożeniu aż do kopu. Wtedy zawodnik nie mógłby już kraść czasu. Czerwona kartka to zdecydowanie przepis który chroni obecnie zawodników. Zrobienie z tego kary 20 minut jest igraniem z ludzkim zdrowiem. Nie wiem kto to wymyśla, ale mam nadzieję (chyba złudną…) że nikt za te pomysły nikomu nie płaci…

    Odpowiedz
  3. Brawo!
    W pełni się z Panem zgadzam. Zmiany dotyczące czerwonej kartki oraz captain’s challenge są wg mnie delikatnie mówiąc nietrafione.
    Przy okazji, dziękuję za wspaniałe teksty umieszczane na tej stronie 🙂

    Odpowiedz

Dodaj komentarz